Miesięczne archiwum: Luty 2010

Warka — Miasto Turystów i Krajoznawców PTTK

„Dorocznym zwyczajem rzesze warszawian spędziły Zielone Świątki w Warce i okolicy. Pociągi były przepełnione. Zaludniły się nadpi­lickie plaże. Warka winna stać się stałym miejscem świątecznego wypoczynku dla warszaw­skiego świata pracy” — 18 maja 1948 r. pisał do gazety Wiktor Krawczyk, zwolennik przekształcenia Warki w „punkt turystyczno-​​weekendowy”.

„Piękne położenie na wysokim brzegu Pilicy”; „wielkie przestrzenie leśne”; „suchy i zdrowy klimat”; poten­cjalne „miejsce krótkich wycieczek kolejowych lub kolarskich oraz na weekendy dla miesz­kańców bliskiej stolicy”; „piękne plaże i tereny wędkarskie”; rzeki Pilica i Wisła. Wszystko to w połączeniu z walorami histo­rycznymi stawiało Warkę „w rzędzie miejscowości, które miłośnikom historii dają głębokie przeżycia” — w 1949 r. pisał Wiktor Krawczyk w przewodniku Warka. Do broszury dołączono mapę przed­sta­wiającą szlak turystyczny (w skali 1:300 000) Warszawa-​​Piaseczno (miasto)-Góra Kalwaria-​​Czersk-​​Konary-​​Piaseczno (wieś)-Warka. Do Warki można też było dojechać pociągiem (z Dworca Głównego) przez Chynów oraz samochodem przez Raszyn, Grójec i Jasieniec. Latem 1949 r. PKS zamierzał uruchomić linię autobusową z Warszawy przez Grójec, Warkę, Kozienice do Zwolenia. Szosy miały być „dość dobre dla wycieczek samochodami i kolarskich”. Natomiast największym minusem Warki, czemu nie przeczył sam W. Krawczyk, była słaba baza noclegowa.

Idea Warki, jako ośrodka „turystyczno-​​weekendowego”, pojawiła się też u Romana Wojcie­chow­skiego w przewodniku Warka i okolice (Warszawa 1951). Warka miała obsługiwać głównie stolicę, Radom, Łódź i Tomaszów Mazowiecki. Mowa akurat o tych miastach, bo, jak z euforią pisał Wojcie­chowski, powstały już projekty inwestycyjne przeznaczone do szybkiej realizacji: 1. Szeroki, spławny kanał Łódź — Pilica, 2. Autostrada wzdłuż tego kanału i całej skarpy nadpi­lickiej aż do Garwolina, 3. Droga turystyczna u podnóża samej skarpy. Uregu­lowanie Pilicy miało przywrócić jej dawną spławność i żeglowność, dać Łodzi połączenie wodne z Warszawą i Morzem Bałtyckim. Na autostradzie wzdłuż rzeki dobrze jeździłoby się na rowerach. Reszty miało dokonać uczynienie z Warki siedziby powiatu (powrót do czasów Mazowsza książęcego i Rzeczy­po­spolitej szlacheckiej), czyli tym samym okrojenie teryto­rialne powiatu grójeckiego. Inne atuty? Dobra komunikacja, „malowniczy krajobraz”, „ciekawa przeszłość histo­ryczna”, „twórczy entuzjazm budowy lepszego jutra”, „słońce”, „zdrowe powietrze”, plaże, woda, lasy, łąki, „mieszkanie i niedrogie wyżywienie”, „bogactwo owoców i warzyw”, „obfitość ryb i ptactwa wodnego”. I, co najważ­niejsze, kiedyś z uroków nadpi­lickiej skarpy korzystali: Tadeusz Kościuszko i Piotr Wysocki

Cóż, nie utworzono powiatu z siedzibą w Warce, nie uczyniono z Pilicy na powrót rzeki spławnej, nie zbudowano wielkiego schroniska turystycznego przy parku w Winiarach etc. etc. Miasto Pułaskiego jednak przyciągało turystów, i to z całej Polski, z czego zdawano sobie sprawę nawet w Grójcu.

Władze powiatu grójeckiego szacowały, że w 1973 r. ruch wycieczkowy w powiecie grójeckim osiągnie około 260 tys. turystów. Wypoczynek koncen­trowałby się w rejonach i ośrodkach: Warka i okolice, wieś Pilica, Tomczyce, Budy Micha­łowskie, Biejków, Biało­brzegi, Przybyszew, Osuchów, Ostrołęka, Śreniawa, tereny nad Pilicą i kompleksy leśne. 8 maja 1973 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Grójcu powołało komitet do spraw koordynacji ruchu turystycznego na terenie powiatu.

Szkoda, że nie stworzono długo­letniej strategii rozwoju turystyki dla Grójec­czyzny oraz należytej infra­struktury turystycznej. Lansowana przez PTK i PTTK idea uczynienia z Warki „punktu turystyczno — krajo­znawczego” w dalszym ciągu czeka na pełniejszą realizację. A przecież sami warszawscy lekarze twierdzili, iż Warka mogłaby być nawet „miejsco­wością wypoczynkowo — uzdrowiskową”.

Gorzką pociechą dla Warki może być przypadek Częstoniewa koło Grójca. W latach trzydziestych XX w. i bezpo­średnio po zakoń­czeniu II wojny światowej lekarz powiatowy Stanisław Kowal­czewski próbował zorga­nizować tam uzdrowisko. Teraz mamy w Często­niewie nowoczesne wysypisko śmieci.

Wszyscy do Warki!

Początkowo niewiele wycieczek urządzano i niewiele przyj­mowano. Prawdo­po­dobnie w 1947 r. w celach turystycznych przyjechało do Warki tylko 20 osób. W czerwcu 1948 r. przyjęto liczną wycieczkę szkolną z Belska Dużego. W kompletnie znisz­czonym w czasie II wojny światowej mieście nie było aż tak wiele do oglądania i nie było gdzie spać.

Poprawa sytuacji nastąpiła dzięki nawiązaniu współpracy z Warszawskim Oddziałem PTK im. Aleksandra Janow­skiego. 26 maja 1948 r. „Życie Warszawy” opubli­kowało tekst pióra Wiktora Krawczyka pt. Piękna okolica i histo­ryczne zabytki. Warka zaprasza na wycieczki. „Pociąg do Warki odchodzi z Dworca Głównego w Warszawie o godz. 9.10. Podróż trwa półtorej godziny. Bilet normalny kosztuje 180 zł. Po południu można wyjechać z Warki do Warszawy w godz. 16.45, 18.30 i 21.23. Na miejscu zgłoszonym wycieczkom PTK przydzieli przewodnika oraz umożliwi wyżywienie” — pisał Krawczyk. Na początku czerwca tego roku pierwsza oficjalna wycieczka Warszaw­skiego Oddziału PTK im. Aleksandra Janow­skiego odwiedziła Warkę, Starą Warkę i Piaseczno (wieś). Gości oprowadzał W. Krawczyk, a obiad spożyto w restauracji u Lucyny Rutkowskiej, członkini Zarządu miejscowego Oddziału PTK. Wśród warszawian który jednak nie wygłosił plano­wanego odczytu Nasze Ziemie Północne (Warmia, Mazury, Malborskie, Kwidzyn).

W kwietniu 1950 r. — Warkę odwiedziło kilku „krajo­znawczych łazików” (m.in. A. Janus, W. Przybo­rowski i Grzybowski) oraz wycieczka krajo­znawców — wszyscy z Oddziału Warszaw­skiego PTK. 30 lipca tego roku zabytki Warki podziwiała wycieczka Koła Związku Młodzieży Polskiej przy Związku Spółdzielni Pracy w Warszawie. Na 25 września 1950 r. swój przyjazd do Warki zapowie­działa wraz klasą XI nauczy­cielka Szkoły Ogólno­kształcącej z Warszawy (ulica Żelazna 88). W 1951 r. (do maja) w Warce przyjęto 21 wycieczek, tj. około 1000 osób, głowie młodzież szkolną ze stolicy. Na ożywienie ruchu turystycznego pozytywnie wpłynęło otwarcie w maju 1951 r. Muzeum Regio­nalnego PTTK.

9 grudnia 1951 r. do Warki miała przyjechać w celach turystycznych ekipa czołowych sportowców warszawskich i w związku z tym 7 grudnia miejscowy Klub Sportowy wystąpił do Zarządu Oddziału PTTK w Warce o przydzielenie przewodnika. Czter­dziestu sportowcom pokazano m.in. Muzeum Regionalne.

Oznaką zwrócenia większej uwagi na zagad­nienie turystyki było powołanie, w kancelarii szkolnej, biura Informacji Turystycznej, czynnego w każdą środę w godzinach 17.00 — 19.00 i obsłu­gi­wanego przez W. Barkowską, W. Podym­niakową oraz W. Krawczyka. Można było tu bezpłatnie uzyskać dane o miejsco­wo­ściach wypoczyn­kowych, zapoznać się z rozkładem jazdy pociągów i autobusów PKS w Polsce, skorzystać z przewodników turystycznych, map komuni­ka­cyjnych itp. Wreszcie, przyj­mowano zgłoszenia amatorów turystyki, którzy chcieli zwiedzić Warkę i okolice, oferując im przewodnika i, jeśli była potrzeba, nocleg. W 1950 r. na stacji kolejowej i w mieście ustawiono plany turystyczne Warki, pozwa­lające zorientować się przybyszom w miejscowych atrakcjach.

W dniach 18 – 22 lipca 1952 r. pod patronatem Zarządu Głównego PTTK odbywał się Turystyczny Rajd Kolarski Szlakiem PKWN Chełm-​​Lublin-​​Kazimierz Dolny-​​Warka-​​Warszawa, będący spraw­dzianem dla infra­struktury turystycznej Warki. Uczest­niczyli w nim miejscowi kolarze: m.in. Ryszard Gabler, Stanisław Kowalski i Edward Kozłowski. Wzięli oni udział w defiladzie centralnej na Placu Konstytucji w Warszawie. W ten sposób uczczono uchwalenie ustawy zasad­niczej PRL. Pismem z 2 sierpnia 1952 r. Zarząd Oddziału informował Zarząd Główny PTTK, że w organizacji Rajdu na terenie Warki wyróżnili się miejscowi PTTK-​​owcy: Stanisław Wolny, Wiktor Krawczyk, Stanisław Marci­nowski, Józef Skoczek. Józef Buza (z Komitetu Miejskiego PZPR) zmobi­lizował uczestników rajdu z Warki. Zarząd PGR Laski „wypożyczył” słomę, na nocleg. Bezpłatny transport słomy i wody to zasługa Dyrekcji Mazowieckiej Wytwórni Win. Zarząd GS „Samopomoc Chłopska” zapewnił wyżywienie.

10 sierpnia 1952 r. obsłużono wycieczkę Rady Zakładowej przy Warszawskim Zespole Budow­nictwa Przemy­słowego Drobnej Wytwór­czości. Być może po Warce oprowadzał ją przewodnik, mający, zgodnie z zaleceniem Zarządu Okręgu PTTK w Warszawie wydanym 4 lipca tego roku, na lewej ręce opaskę z zielonego płótna (o szerokości 9 cm) z czarnym napisem „PRZEWODNIK”. Rankiem 31 sierpnia 1952 r. „zachwyceni gościn­nością z żalem” opuścili Warkę Ed. Miero­szewicz i St. Jarosz­kiewicz (PTTK Warszawa).

Koło przewodników PTTK

W 1949 r. kurs dla przewodników ukończyło osiem osób. W. Krawczyk zapoznał je z proble­matyką warecką (struktura gospo­darcza, przemysł, rzemiosło, handel, rolnictwo itp.). W 1950 r. posiadano tylko pięciu czynnych przewodników. Po urucho­mieniu Stanicy Wodnej jeszcze bardziej wzrosło na nich zapotrze­bowanie. Początkowo większość przewodników rekru­towała się z Koła Młodzie­żowego PTTK przy LO. 29 czerwca 1962 r„ po egzaminie w Zarządzie Okręgu Mazowieckiego PTTK w Warszawie przy ulicy Litewskiej, upraw­nienia przewodnika turystycznego (po Warce) otrzymali Aleksander Gajewski oraz Tadeusz Kulawik. W następnych latach upraw­nienia przewodników terenowych (na województwo warszawskie)

Parafia Świętego Mikołaja w Warce

Z prawdziwą radością oddajemy w Wasze ręce pierwszy numer Infor­matora Parafialnego w Warce, a zarazem pierwszy w Archi­diecezji Warszawskiej. Informator niniejszy powstał dzięki inicjatywie firmy AZUR, której wydaw­nictwami mogą się już cieszyć mieszkańcy innych parafii.

Wydaw­nictwa te mają na celu przede wszystkim informować parafian o aktualnych wydarzeniach, bieżących sprawach z życia ich parafii, ale też przypominać o przeszłości wszak tak stary kościół jak nasz może poszczycić się pewnymi tradycjami.

O tym właśnie zamierzamy pisać, bowiem w planach są kolejne infor­matory, a już za tym numerze znajdziecie na zastępie notatkę o naszym świętym patronie Mikołaju, biskupie Miry oraz o kilka słów o historii i wystroju kościoła, a także o tym, co się ostatnio ze naszej parafii działo.

Mamy nadzieję, że Informator odegra rolę integrująca nasze środowisko i spotka się z sympa­tycznym odbiorem z Waszej strony. Bardzo nam zależało na tym, aby wydanie pierwszego numeru zbiegło się ze świętem naszego patrona, przypa­dającym w dniu 6 grudnia i wielkim zaszczytem, jakim są odwiedziny Księdza Biskupa Mariana Dusia.

Na koniec składamy podzię­kowanie wszystkim firmom, które zamieściły w Infor­matorze swoją reklamę, w efekcie czego może on być rozpro­wadzany całkiem gratisowo.

jeszcze raz serdeczne Bóg zapłać! Proboszcz

Słowo o świętym patronie.

Święty Mikołaj z Miry od wieków otaczany szczególną czcią, czego wyrazem i dowodem jest m. in. to jak wiele kościołów w całej Europie obrało go za swego patrona. W samym tylko Rzymie możemy ich znaleźć aż kilka­naście, a i w Polsce posiadamy ich nie mało, wymie­niając chociażby te najoka­zalsze w Gdańsku i Elblągu, sanktuaria na Śląsku i Pomorzu, nie zapominajmy, iż w kościołach pod innym wezwaniem znajduje się w sumie ponad tysiąc ołtarzy i wizerunków tego świętego. Jednak najstarsze ślady kultu św. Mikołaja związane są z Konstan­ty­nopolem, gdzie cesarz Justynian w VI wieku wystawił wspaniałą bazylikę, zaś w VII wieku inny władca — Bazyli Macedończyk w samym pałacu królewskim kazał wybudować kaplicę ku czci świętego. W tych czasach już udawały się liczne pielgrzymki do Miry miasta, w którym sprawował on zaszczytny urząd biskupa.

Mikołaj urodził się w mieście Patara w ok. 270 roku jako jedyne dziecko swoich rodziców, upragnione i gorąco przez nich wymodlone. Pochodził z zamożnej rodziny, ale od wczesnej młodości wyróżniał się hojnością, chętnie wspomagał ubogich i nigdy nie pozostawiał bez wsparcia bliźniego będącego w potrzebie. Na szczególne podkre­ślenie zasługuje tutaj fakt, że zawsze działał on skrycie, unikając rozgłosu. Jego skromności i pokorze towarzyszyła już od młodzieńczych lat wyjątkowa pobożność. Odkąd został biskupem miasta Miry (obecnie Demre) nie tylko nie zmienił swych godnych naśla­dowania obyczajów, lecz jeszcze gorliwiej sprawował swe obowiązki duszpa­sterskie. Biografowie tak czcigodni jak św. Grzegorz I Wielki opisują chwalebne czyny Mikołaja oraz cuda, których dokonywał. Było to m. in. osobiste wypro­szenie łaski u srogiego cesarza Konstantyna dla niespra­wie­dliwie skazanych na śmierć młodzieńców z Miry; uratowanie modlitwą rybaków przeby­wa­jących na morzu podczas straszliwej nawałnicy, dzięki czemu pozostaje on również patronem marynarzy i rybaków. Innym znów razem z wielkim poświę­ceniem ratował ludzkie życie i niósł pomoc dotkniętym zarazą. Posiadał podobno nawet moc wskrze­szania zmarłych, o czym opowiada jedna z legend. Pomimo powszechnego szacunku jakim się cieszył i jego dosięgnęły prześla­dowania za czasów cesarzy Dioklecjana i Maksy­miliana, do tego stopnia, że znalazł się w więzieniu, gdzie przebywał do roku 313. Uwolniony dopiero na mocy edyktu medio­lań­skiego, oddany całą duszą Bogu i ludziom powie­rzonym jego opiece, dalej wypełniał wzorowo obowiązki biskupa Miry, aż do momentu, gdy Pan powołał go na wieczną służbę do Siebie w dniu 6 grudnia roku 345 (lub 352). Mikołaja pochowano w mieście, któremu poświęcił tyle pracy i miłości. Doczesne szczątki Świętego pozostawały tam do 1087 roku, kiedy sprowadzono je uroczyście do włoskiego miasta Bari i złożono w specjalnie przezna­czonym grobowcu w bazylice wznie­sionej ku czci Mikołaja.

Bari, dumne ze swego świętego dwukrotnie w ciągu roku urządza uroczy­stości związane z kultem św. Mikołaja mianowicie: 6 grudnia w rocznicę śmierci oraz 9 maja — w dniu upamięt­niającym sprowa­dzenie relikwii. Ceremonia majowa odtwarza wydarzenia sprzed wieków. Do przystro­jonego przepięknie miasta wpływa statek z dwumetrową figurą świętego, którą następnie obwozi się po mieście specjalnym powozem, czemu towarzyszą procesje i korowody. Wszystko wprost tonie w kwiatach, a atmosferę przenika powszechna radość. Zupełnie tak jak wtedy, gdy święty Mikołaj przynosi prezenty, bo przecież z tym nam się on głównie kojarzy, z radością oczekiwania adwen­towego i czarem Świąt Bożego Narodzenia.

W Polsce św. Mikołaj zawsze cieszył się wielkim poważaniem i to nie tylko z powodu podarków. W dawnych czasach oprócz wspomnianych już rybaków i marynarzy także pasterze obrali go za swego opiekuna i wierzyli, że pomaga im chronić trzody. Wielu słynnych Polaków nosiło jego imię np. Rej czy Kopernik.

Wśród 16 świętych i 6 błogo­sła­wionych Mikołajów, to właśnie nasz święty Mikołaj z Miry cieszy się największą sławą i otoczony został ponad wszelką wątpliwość zasłużoną czcią i chwałą.

Bądźmy dumni z naszego Patrona, rozważajmy w cichej modlitwie jego dzieła i niepo­spolitą skromność, i podążajmy drogą, którą nam wskazał.

Marzena Ziemska

Historia parafii świętego Mikołaja w Warce.

Pierwsze wzmianki o naszej miejscowości pochodzą z XI wieku, na ten okres niektórzy historycy przenoszą datę erygowania pierwszej parafii w Warce, jako że powszechnie przyjętym zwyczajem w średnio­wiecznej Polsce było zaznaczać swoją przyna­leżność do świata chrze­ści­jań­skiego, wybudo­waniem choćby najskrom­niejszego kościółka. Nie mogło być inaczej i tutaj — w Warce, dawnym grodzie i zarazem ośrodku powiatu.

Fundacja naszego kościoła powstała w XIII wieku, co prawdo­po­dobnie wiązało się ze sprowa­dzeniem przez księcia Ziemowita I dominikanów, zaś sam przywilej nadania wystawił jego syn Bolesław, dzięki czemu zostali oni uposażeni w klasztor i kościół. Pod koniec XIV wieku wzniesiono kościoły Matki Bożej, św. Katarzyny oraz św. Mikołaja drewniany, konse­krowany w roku 1501 lub 1502. Budowę kościoła murowanego rozpoczętą w 1603 przerwał pożar w 1616, ale pomimo tych trudności konty­nuowano na przestrzeni lat 1623 – 1635. Ponowne znisz­czenie nastąpiło w 1656 roku i zapewne wiąże się z drama­tycznym wydarzeniem histo­rycznym jakim był potop szwedzki. Przeta­czając się przez nasz kraj pozostawił za sobą tylko zgliszcza, a został powstrzymany w cudowny sposób za sprawą Jasno­górskiej Pani, której pierwszym rycerzem wówczas został ksiądz Kordecki.

Planowana budowa trójna­wowego kościoła ostatecznie nie doszła do skutku, zreali­zowano ją tylko częściowo, wznosząc nawę północną (lewą). Ponownej konse­kracji w 1661 roku dokonał biskup poznański W. Tolibowski.

W drugiej połowie XIX wieku podjęto gruntowne prace nad remontem i przekształ­caniem wyglądu świątyni, dodano m. in. niektóre ozdoby we wnętrzu, odnowiono bądź przema­lowano obrazy zgodnie z ówczesnymi wymogami estetycznymi. W reszcie w roku 1899 kościół otoczono neogo­tyckim murem, w skład którego wchodziły kapliczki i dzwonnica.

Druga wojna światowa nie oszczędziła polskich miast ani kościołów. Warka szcze­gólnie ucierpiała w 1944 roku z powodu zaciekłych walk o znajdujący się tu w bezpo­średnim sąsiedztwie słynny przyczółek zwany warecko-​​magnuszewskim. Odbudowę znacznie uszko­dzonego działaniami wojennymi kościoła zakończono w 1948 roku.

Przez wiele lat kościół św. Mikołaja był otwarty dla wiernych jedynie w niedziele i święta; decyzją Księdza Prymasa Kardynała Józefa Glempa dnia 15.06.1993r. erygowano nową parafię pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej w kościele pofran­cisz­kańskim, tak więc odtąd w Warce istnieją dwie parafie.

W ciągu ostatnich pięciu lat dokonano we wnętrzu kościoła i najbliższym otoczeniu wielu widocznych zmian, żywimy nadzieję, iż wszyscy przyznają — zmian na lepsze, dowodzących odnowy życia religijnego i wspól­no­towego. Do znaczących naszych osiągnięć należy remont generalny prezbi­terium, którego uwień­czeniem była konse­kracja przez Księdza Prymasa nowego ołtarza w dniu 6 grudnia 1997 roku; remont zewnętrznej elewacji, a wreszcie ostatnia z inwestycji, zreali­zowana w bieżącym roku wyłożenie terenu wokół kościoła nową kostką brukową.

Zycie każdego chrze­ści­janina rozpoczyna się z udzie­leniem pierwszego sakramentu czyli chrztu w świątyni, a kończy pożegnanie pogrzebem i złożeniem doczesnych szczątków w poświęconej ziemi, a zatem nie można nie wspomnieć również o otrzymaniu nowego cmentarza grzebalnego, sąsia­du­jącego z cmentarzem komunalnym. Poświęcenie cmentarza odbyło się 2 listopada 1997 roku podczas uroczystej Mszy, odpra­wionej przez Księdza Biskupa Mariana Dusia.

Marzena Ziemska

Wystrój Kościoła świętego Mikołaja

Kościół nasz jest pięknie usytuowany na wznie­sieniu, co w dawnych czasach miało nie tyle znaczenie estetyczne, co w pewnej mierze — strate­giczne, dokąd bowiem jeśli nie do świątyni podążali wierni uchodząc przed najazdami wrogów, klęską żywiołową lub nawałnicą. Roztacza się stąd przepiękny widok na bliższe i dalsze okolice, których mieszkańcy wiedli niegdyś pobożny żywot zgodny z biciem dzwonu — serca parafii np. na Anioł Pański. Według niego mierzyli pory dnia, pracy i odpoczynku, znoju i wesela.

Dzisiaj również dla każdego chrze­ści­janina pozostaje on jakby drogo­wskazem w codziennym pośpiechu i zapędzeniu ku dalekim upragnionym celom. Tu możesz zwolnić tempa, przysiąść na chwilę, odetchnąć nieco od całego zgiełku świata, pogrą­żywszy się w modlitwie, a może i zadumie. A gdy już odmówisz i „Zdrowaś Mario…” , i „Ojcze nasz…” , spójrz dookoła. Jaki jest ten nasz kościół? Niczym blizny, nosi na sobie ślady wszystkich nieszczęść: wojen, najazdów, pożarów, tak starannie zamaskowane kolejnymi remontami, przebu­dowami itd.

W kruchcie zachodniej przywitają nas dwa barokowe krucyfiksy. We wnętrzu najpierw przyciąga oczy główny ołtarz, późno­re­ne­sansowy, z obrazem przed­sta­wiającym Matkę Boską z Dzieciątkiem, z okala­jącymi go figurami świętych Jana Chrzciciela i Mikołaja Biskupa; nad nimi wznosi się również XVII –wieczna chusta św. Weroniki z wizerunkiem twarzy Pana, świadectwem jego cierpienia tuż przed ukrzy­żo­waniem. W niszach po bokach ołtarze św. Barbary (uprzednio pod wezwaniem Bożego Ciała) i św. Katarzyny. Św. Barbarze towarzyszą w dodanej tercji św. Andrzej i św. Jan Ewangelista, a ze zwień­czenia spogląda na nich Matka Boska Bolesna przyodziana w srebrną koszulkę; całość oddzielona od nawy głównej wysoką półkolistą arkadą. Z tej samej prawej strony, inaczej niż zazwyczaj w kościołach, ambona, po której krętych schodkach od dawna nikt nie wstępuje, aby wygłosić kazanie, w dobie głośników i wzmac­niaczy. Może trochę żal.

Po przeciwnej północnej stronie, jako zakoń­czenie jedynej bocznej nawy, zupełnie inna w nastroju kaplica pod wezwaniem św. Krzyża, dawniej zwana Literacką, z przepiękną dekoracją rzeźbiarską ołtarza, którego centrum stanowi krzyż z Panem Jezusem. Niskie, przy-​​ciężkie sklepienie kolebkowo-​​krzyżowe zdaje się przytłaczać i nas, i ten krucyfiks jakby dźwigało na sobie bezmiar grzechów całego świata. Niewiele światła przedostaje się przez koliste okienko osadzone w rozgli­fionej wnęce, co potęguje uczucie powagi wobec mrocznego misterium męki pańskiej, zmusza nas wręcz, aby uklęknąć i zatopić się w rozwa­żaniach, a oto objawi nam się zaraz i ta myśl podniosła: po Golgocie nastąpi wszakże Zmartwych­wstanie. Wielki jest urok tego niezwykłego miejsca!

Przenosząc to radośniejsze wrażenie, przejdźmy z powrotem do środka głównej nawy i wznieśmy wzrok ku górze, gdzie Matka Boża z Dzieciątkiem w otoczeniu Aniołów, grających i śpiewa­jących na Jej cześć, króluje w niebie-​​siech. Wokół symbole Jej cnót źródło krysta­licznie czystej wody, śnieżnobiałe lilie, łagodne gołębice. Oprócz tego przed­sta­wienia mamy też XVII-​​wieczną kopię malowidła Matki Boskiej Często­chowskiej, i namalowany również w XVII wieku na blasze miedzianej wizerunek św. Jacka Odrowąża z Matką Bożą z Dzieciątkiem.

Większość obrazów przema­lowano w XIX wieku. Może wydawały się zbyt staro­świeckie, barwy straciły wyrazistość okopcone dymem świec płonących codziennie przez dziesiątki lat. Nie znano zresztą współ­czesnych metod odnawiania i konserwacji dzieł sztuki, ale zrobiono to, co w odczuciu tamtych ludzi zdawało się najlepsze i nie dowiemy się prawdo­po­dobnie nigdy jak owe malowidła wyglądały; pozostaną tylko domysły, otoczone mgiełką tajemnicy. Każda epoka dodaje coś od siebie. I my staramy się pozostawić po sobie — coś równie trwałego i pięknego: czy to marmurową posadzkę w prezbi­terium, czy kostkę na dziedzińcu lub nową plebanię. Uszanujmy i miejmy zawsze na względzie wszystko, co zostało odzie­dziczone po ojcach, dziadach i pradziadach. Wielu jest przecież miesz­kańców parafii św. Mikołaja od pokoleń związanych z Warką. Uczyńmy zatem co w naszej mocy, abyśmy mogli być dumni z naszej parafii, a dobry Bóg nam pobło­gosławi i nie opuści w potrzebie!

Marzena Ziemska

Maria Komornicka poetka z Grabowa nad Pilicą

Sobotni dzień 7 marca rozpoczął się wizytą na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, gdzie delegacja nauczycieli i uczniów z Zespołu Szkół w Grabowie wraz z księdzem proboszczem złożyła kwiaty i zapaliła znicze na grobie rodziny Komor­nickich, w którym spoczywa również poetka. Kolejnym, istotnym punktem programu była sesja popularno-​​naukowa, która odbyła się w Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce.

Sesję rozpoczęto od zwiedzania wystawy: „Jawa i sen. Maria Komornicka w 60. rocznicę śmierci”. Sesja zgromadziła wielu znamie­nitych gości: przed­sta­wicieli władz, ludzi świata kultury i nauki, nauczycieli oraz młodzież. Dyrektor muzeum — Iwona Stefaniak oprowadziła zebranych gości po ekspozycji, a następnie w muzealnej bibliotece otworzyła sesję. Wygłoszono cztery referaty na temat życia i twórczości Marii Komor­nickiej. Jako pierwsza swój referat pt. „Maria K. — reaktywacja. Współ­czesna recepcja twórczości Marii Komornickiej” — zaprezentowała Katarzyna Ewa Zdanowicz — poetka i dzien­nikarka, obecnie dokto­rantka na Uniwer­sytecie Śląskim. A także autorka książki o M. Komor­nickiej pt. „Kto się boi Marii K? Sztuka i wykluczenie”.

Kolejny referat, wygłoszony przez Beatę Kacperek nosił tytuł: „Dlaczego nie było wielkich artystek? Kilka uwag na temat życia i twórczości Marii Komor­nickiej”. Jego autorka pisała pracę magisterską o Marii Komor­nickiej na Uniwer­sytecie M. Curie — Skłodowskiej w Lublinie. Trzecią referującą była Stanisława Bachanek — wieloletni metodyk nauczania języka polskiego i były pracownik Kuratorium Oświaty w Radomiu. Wykład ten, zatytu­łowany „Maria Komornicka i jej mała ojczyzna w edukacji regio­nalnej”, zawierał wiele praktycznych wskazówek i dlatego był szcze­gólnie warto­ściowy dla nauczycieli.

Kończący sesję referat „Nikt nie jest prorokiem… moje spotkania z Marią Komornicką w Grabowie” wygłosiła Grażyna E. Wnuk — dyrektor Zespołu Szkół w Grabowie nad Pilicą w latach 1991 – 2006. Podzieliła się osobistymi wspomnieniami i doświad­czeniami związanymi z odkry­waniem niezwykłej postaci poetki w miejscu jej urodzenia.

W przerwie sesji odbył się koncert „Spotkajmy się w niebie” przygo­towany przez Tomasza Wachnow­skiego — poetę, tekściarza i kompo­zytora. Po koncercie były też dyskusje na temat życia i twórczości poetki, nie do końca jeszcze odkrytej. Wszyscy zabie­rający głos zgodzili się, że „tajemnicę” Marii Komor­nickiej zgłębiać można jedynie czytając jej dzieła.

Pierwszy dzień obchodów został zwieńczony wieczorem poetyckim w Zespole Szkół w Grabowie nad Pilicą. Na tę chwilę sala gimna­styczna zamieniła się w „Kawiarnię Marii”, magiczne miejsce, gdzie sceneria, zapach kawy, blask świec wprowadził widzów w tajemniczy świat poezji Marii Komor­nickiej. Na scenie jej utwory recytowała młodzież gimnazjalna.

W niepo­wta­rzalnej kawiarni na zakoń­czenie wieczoru bardzo intere­sujący koncert wykonała Ola Maurer — artystka z Piwnicy pod Baranami.

Niedziela, 8 marca rozpoczęła się uroczystą mszą świętą w intencji Marii Komor­nickiej. Parafialny kościół zaszczycili swą obecnością członkowie rodziny Komor­nickich oraz przed­sta­wiciele władz wojewódzkich, powia­towych i gminnych.

Po eucha­rystii zaproszeni goście oraz mieszkańcy Grabowa udali się pod urząd gminy, gdzie nastąpiło odsło­nięcie i poświęcenie pomnika Marii Komor­nickiej. Autorem pomnika jest Tomasz Górnicki — student IV roku rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, obecny także na uroczystościach.

Po odczytaniu Aktu Erekcyjnego Pomnika, członkowie Komitetu Honorowego (Gen. Stanisław Nałęcz-​​Komomicki — bratanek Marii, Piotr Szpren­da­łowicz — Członek Zarządu Województwa Mazowieckiego, Janusz Stąpór — Starosta Kozienicki i Euzebiusz Strzelczyk — Wójt Gminy Grabów nad Pilicą) jako „ojcowie chrzestni pomnika” — odsłonili postać Marii Komor­nickiej. „Po latach Maria wróciła do Grabowa, który tak bardzo ukochała” — w swoim wzruszającym przemó­wieniu stwierdził Generał Stanisław Nałęcz — Komornicki, bratanek Marii Komor­nickiej. Po przemó­wieniach okolicz­no­ściowych złożono kwiaty u stóp poetki.

Bezpo­średnio po uroczy­stości — delegacja młodzieży szkolnej, rodziny Komor­nickich i gości złożyła kwiaty na rodzinnym grobowcu Komor­nickich na cmentarzu parafialnym w Grabowie.

Kolejna część obchodów miała miejsce w budynku szkoły. Tu odbyło się nadanie imienia Marii Komor­nickiej jednej z sal lekcyjnych i odsło­nięcie przepięknej tablicy marmurowej. Uczestnicy obchodów obejrzeli film poświęcony Marii Komor­nickiej: „Nadmiar Życia” oraz zapre­zen­towano laureatów międzysz­kolnych konkursów. Uroczy­stości zakończyły się podzię­ko­waniami, które Komitet Organi­zacyjny Obchodów 60. Rocznicy Śmierci Marii Komor­nickiej skierował do wszystkich, którzy wspomagali wspomniane przed­się­wzięcie, a jedno­cześnie sprzyjali promocji i rozwojowi regionu.

Maria Komornicka „doczekała się rehabi­litacji” w swoim rodzinnym Grabowie. Należy mieć teraz nadzieję, że coraz liczniejsi będą sięgać do jej dzieł.

Pomysło­daw­czynią przypo­mnienia Marii Komor­nickiej i jej twórczości oraz obchodów 60. rocznicy śmierci była Grażyna Ewa Wnuk, wielo­letnia nauczy­cielka języka polskiego i dyrektor Zespołu Szkól w Grabowie nad Pilicą.

Uroczy­stości odbyły się dzięki pomocy i wsparciu Urzędu Marszał­kow­skiego Województwa Mazowieckiego, Starosty Kozie­nickiego i Wójta Gminy Grabów nad Pilicą.

W pracach związanych z organizacją uroczy­stości uczest­niczyli: dyrekcja i nauczyciele Zespołu Szkół, proboszcz parafii pw. Św. Trójcy w Grabowie nad Pilicą, pracownicy Wydziału Promocji i Kultury Starostwa Powia­towego w Kozie­nicach, dyrektor i pracownicy Muzeum im. K. Pułaskiego w Warce.

Starostwo Powiatowe Kozienice po II wojnie światowej

Kiedy w styczniu 1945 r. usunięto wojska niemieckie z terenu Ziemi Kozie­nickięj w nowych warunkach ustro­jowych rozpoczął się proces organi­zowania życia społeczno-​​politycznego. Wraz z postępami Armii Czerwonej na froncie wojennym, na tereny zdobyczne wysyłane były specjalne grupy operacyjne, które miały rozpoznać teren i zorga­nizować — wzorowany na ZSRR — aparat władzy. Tworzono podwaliny pod rodzącą się demokrację ludową z jej wszystkimi przywarami, odtwarzano także struktury admini­stracyjne, bez których niemożliwe byłoby odbudowanie znisz­czonej Polski.

Dekret PKWN z 21 sierpnia 1944 r. ustanawiał organy admini­stracji ogólnej w postaci starostw ze starostami na czele i urzędów wojewódzkich, którymi kierowali wojewodowie. Kompe­tencje poszcze­gólnych organów admini­stracji państwowej normowała ustawa Krajowej Rady Narodowej (KRN) z 11 września 1944 r. o zadaniach rad narodowych, która to równo­cześnie podpo­rząd­ko­wywała gminne, miejskie, powiatowe i wojewódzkie rady narodowe KRN oraz dekret PKWN z 23 listopada 1944 r.: „O organizacji i zakresie działania samorządu teryto­rialnego”, na podstawie którego przywrócono przed­wojenne instytucje samorządowe. Wprowadzono całkiem nowe rozwiązania admini­stracyjne: koegzy­stencję zakorze­nionych w społe­czeństwie rozwiązań samorzą­dowych z przeszcze­pionymi zza wschodu wzorcami sowieckimi w postaci rad narodowych, które pełniły funkcje nadzorcze wobec organów admini­stracji ogólnej, przez co mogły wywierać wpływ na poszczególne instytucje publiczne.

Podanie szcze­gółowej liczby ludności zamiesz­kującej powiat w pierwszych powojennych latach nastręcza wielu kłopotów. Przyjąć można ilość, która pochodzi ze spisu z początku 1949 r., mianowicie 119 612 osób, jako wartość niepod­le­gającą znacznym wahaniom.

Powiat kozienicki o powierzchni 1 857 km.2 był trzecim pod względem powierzchni powiatem woj ewództwa kieleckiego. Podzielony został na 21 gminy, w tym 19 wiejskich, 2 miasta o charakterze gminy miejskiej i 305 gromad. Pierwszym, powojennym starostą kozie­nickim został — mianowany dnia 19 stycznia 1945 r. — bezpartyjny, sympa­ty­zujący z socja­listami, przed­wojenny zastępca starosty mgr Konstanty Bulli. Ta nominacja zapewniła pozory powrotu do porządku z okresu II RP.

Pomimo posłu­giwania się ustawo­dawstwem między­wo­jennym, komuniści nie zamierzali powracać w sposób rzeczywisty do trady­cyjnej formy urzędów, w tym także starostw. Dlatego też wojewoda kielecki Eugeniusz Wiślicz — Iwańczyk wydał instrukcję jak należy pojmować rolę i stanowisko starosty. Tam też czytamy, że starosta na obszarze podległego mu powiatu był:

  • przed­sta­wi­cielem rządu, sprawującym z tego tytułu funkcje, przekazane mu rozpo­rzą­dzeniami oraz innymi przepisami prawnymi, lub specjalnie zleconymi przez rząd;
  • szefem admini­stracji ogólnej, tj. admini­stracji publicznej (spraw wewnętrznych) oraz innych działów admini­stracji, bezpo­średnio zespo­lonych we władzach admini­stracji ogólnej.

W instrukcji tej wojewoda szcze­gólnie zaznaczał, że starosta był faktycznym gospo­darzem powiatu, z tego tytułu zobowiązany był utrzymywać najści­ślejszy kontakt i współpracę z miejscowym społe­czeństwem i jego zrzeszeniami w postaci wszelkich związków i stowa­rzyszeń, zarówno politycznych jak i ekono­micznych. Co ważne — zobli­gowany on został do koordynacji działalności wszystkich czynników państwowych, w myśl zasad­niczej działalności rządu.

Powierzone starostwu zadania wykonywane były przez rozbu­dowany aparat admini­stracyjny. Według „Tymcza­sowego Planu Organi­za­cyjnego Starostw Powia­towych” z końca 1945 r. Starostwo Powiatowe w Kozie­nicach złożone było z 24 referatów: ogólno — organi­za­cyjnego, społeczno — politycznego, administracyjno-​​prawnego, wyzna­niowego, wodnego, kamo-​​administracyjnego, przemy­słowego, aprowizacji i handlu z podre­fe­ratami: aprowizacji, przemysłu oraz handlu i spółdziel­czości, budżetowo-​​gospodarczego, kultury i sztuki, admini­stracji mieniem opusz­czonym, admini­stracji „mieniem wojskowym”, ogólno — samorzą­dowego, finansowo — budże­towego, pośredniego nadzoru nad gminami i GKPO (gminne kasy pożyczkowo — oszczęd­no­ściowe), bezpo­średniego nadzoru nad gminami i GKPO, kasowo — rachun­kowego, podat­kowego, drogowego, budow­lanego, zdrowia, opieki społecznej, weterynarii, bezpie­czeństwa przeciw­po­ża­rowego oraz kancelarii.

Do końca 1948 r. przed­stawiona powyżej struktura organi­zacyjna starostwa powia­towego zmieniała się, zmieniały się także osoby piastujące poszczególne stanowiska. Według stanu z 21 marca 1947 r. ilość referatów w kozie­nickim starostwie zmniejszyła się do 20. Podkreślić należy, że dobór stanowisk odbywał się według klucza partyjnego. W tym czasie (połowa 1947 r.) przyna­leżność partyjna pracowników starostwa na stano­wiskach kierow­niczych przed­stawiała się nastę­pująco: członków PPR — 12, członków bezpar­tyjnych –21. Najważ­niejsze funkcje obsadzone były jednak przez członków PPR nazywa­jących siebie komunistami albo ich sympatyków, krypto­ko­mu­nistów. Na stanowisku starosty urzędował Andrzej Peszke z PPS — przed­wojenny nauczyciel, wicestarostą był zaś Bernard Piórkowski.

W 1948 r. stan organi­zacyjny starostwa wyklarował się według zaleceń komuni­stycznej centrali. Osoby podejrzane o szerzenie niezgodnych z nową linią polityczną poglądów zostały pozbawione stanowisk. Posługując się nowomową komuni­styczną– od wpływów odsunięto: „reakcjo­nistów” i elementy sprzy­jające „wrogim siłom”. Na ich miejsce zatrudniano tzw. jednostki „postępowe”. Stan liczbowy kadry kierow­niczej w starostwie wynosił 44 osoby, tj. starosta, 17 kierowników i 26 pomocników. Od polowy 1947 r. funkcję starosty pełnił Władysław Klimecki z PPS, wicestrosty — Wacław Bobowicz. Na czele poszcze­gólnych referatów stali: Wacław Bobowicz (ogólny i organi­zacyjny), Stefan Smolarczyk (budżetowo-​​gospodarczy), Władysław Krawczyk (społeczno-​​polityczny, porządkowy, samorządowy, motory­zacyjny), Antoni Gozdera (admini­stracyjny, wyznaniowy, wodny), Kazimierz Mańka (wojskowy), Feliks Sztemberg (karno-​​administracyjny), Irena Kubicka (przemysłowy), Stanisław Gostyński (odbudowy), M. Pacho­ło­wiecka (opieki społecznej), dr Aleksander Werbel (weterynarii), dr S. Kalwas (zdrowia), Eugeniusz Kruszyński (aprowizacji), Wacław Janaszek (rolny i reformy rolnej), Szczepan Szewczyk (pełno­mocnik rządu), Karol Letkiewicz (Powiatowy Inspektor Przyspo­so­bienia Rolniczego i Wojskowego), Giecewicz (pomiarowy). Niestety, polityka kadrowa polegająca na obsadzaniu stanowisk przez powolnych partii ludzi przynosiła więcej szkód niż korzyści. Potwierdzał to wielo­krotnie Józef Pokusa — który od 1 lutego 1949 r. objął stanowisko starosty kozie­nickiego. W jednym ze sprawozdań narzekał na personel: „są to ludzie z terenu, przeważnie z niższym wykształ­ceniem, którzy bagate­lizują sobie pracę; w innym zaś stwierdzał, że: stosunki panujące w starostwie kozie­nickim oraz styl pracy i organizacji są tak złe, że uzdro­wienie ich wymaga specjalnie wytężonej pracy”.

Ustawą z 20 marca 1950 r. w celu dalszego wzmoc­nienia Państwa Ludowego i przyspie­szenia budowy socjalizmu w Polsce zniesiono starostwa powiatowe i funkcję starosty. Ostatnim w opisywanym czasie starostą kozie­nickim, a zarazem pierwszym Przewod­ni­czącym Prezydium Powiatowej Rady Narodowej był Roch Kowalski.

Krzysztof Zając

Kazimierz Mróz

Na łamach Biuletynu Nasz Powiat rozpo­czynamy nowy cykl, w którym postaramy się krótko prezentować znanych i zasłu­żonych ludzi, histo­rycznie związanych z powiatem kozie­nickim. Pierwszą osobą na lamach będzie Kazimierz Mróz — wybitny nauczyciel, historyk, przyrodnik regio­nalista, prawdziwy pasjonat ziemi kozie­nickięj i radomskiej.

Kazimierz Mróz urodził się 18 stycznia 1891 r. we wsi Jastrzębia jako syn Piotra i Ewy z Ptasińskich. Rodzice posiadali małe kilku­na­sto­morgowe gospo­darstwo. Wychował się w domu kulty­wującym polską tradycję narodową — jego ojciec był uczest­nikiem Powstania Stycz­niowego, zapewne to on zaszczepił w nim również pęd do wiedzy. Był on regularnym prenu­me­ratorem i czytel­nikiem trudno dostępnej prasy przezna­czonych dla środowisk wiejskich: „Pszczółka„‚, „Zaranie”, „Gazeta Świąteczna”.

Młody Kazimierz w 1904 r. ukończy! wiejską szkolę początkową, poczym — głównie z braku finansów — przez kilka lat pomagał rodzicom w gospodarce. W 1911 r. ukończył szkołę rolniczą w Pszczelinie. W roku następnym, jak sam pisał: „(…) udałem się pieszo, ze 12 mil [ok. 100 km. — przyp. K.Z.] i złożyłem egzamin na I-​​szy kurs Warszawskich Kursów Pedago­gicznych”. W 1916 r. ukończył te kursy, w między­czasie przemia­nowane na Seminarium Nauczy­cielskie im. S. Konar­skiego! poczym skierowany został do nauczania w szkole w Cecylówce, a następnie w Wólce Brzózkiej. gdzie pracował przez 3 lata. Już w wolnej Polsce otrzymał stypendium Rady Szkolnej Powiatowej w Kozie­nicach i wstąpił na roczny Kurs Pedago­giczny w Warszawie. Po odbyciu służby wojskowej w 1920 r. powraca do powiatu kozienickie-​​go, gdzie kolejne 3 lata naucza w Wólce Brzózkiej. W 1923 r. został mianowany nauczy­cielem w szkole powszechnej w Lodzi. w chwilach wolnych od zajęć zawodowych pogłębia swoją wiedzę uczęsz­czając do Instytutu Nauczy­ciel­skiego, specjalność historia oraz do Wyższej Szkoły Nauk Społeczno-​​Ekonomicznych, którą ukończył w 1928 r. Od tego roku zaczął pracę w szkole powszechnej w Kozie­nicach, gdzie nauczał nieprze­rwanie aż do wysie­dlenia Kozienic przez Niemców w 1944 r. W między­czasie wstępuje do Studium Pracy Społeczno — Oświatowej przy Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie, które ukończył w 1932 r., jego praca dyplomowa pt. Jastrzębia, wieś powiatu radom­skiego została opubli­kowana w 1935 r. W 1931 r. poślubił Marię Kinastównę, nauczy­cielkę z Łodzi.

Czas pracy Kazimierza Mroza w Kozie­nicach to okres jego niebywałej wysiłku eduka­cyjnego, badawczego i naukowego.

Prowadzi zakrojone na szeroką skalę regionalne badania histo­ryczne i przyrodnicze, gromadzi pamiątki przeszłości, sukce­sywnie powiększa swój księgozbiór oraz udziela się społecznie. Popula­ryzuje owoce swojej pracy poprzez liczne opracowania. Poza wspomniana monografią Jastrzębi, w 1939 r. ukazała się drukiem praca Szkoły w Kozie­nicach (1602−1939), regularnie publikuje artykuły na łamach prasy lokalnej (m.in. w „Głosie Młodej Wsi”). Pod koniec lat 30 — tych doceniono jego pasję i docie­kliwość w odkrywaniu oraz przeka­zywaniu wiedzy. W 1938 r. odznaczony został brązowym i srebrnym medalem za długo­letnią służbę oraz Srebrnym Wawrzynem Akade­mickim za szerzenie zamiłowania do literatury polskiej nadanym przez Polską Akademię Literatury.

W czasie wojny i okupacji nadal naucza w Kozie­nicach, jedno­cześnie czynnie angażuje się w działalność konspi­racyjną ruchu ludowego. Jego mieszkanie w Kozie­nicach i dom w Jastrzębi były miejscem spotkań działaczy Stron­nictwa Ludowego „ROCH”. W czasie obrad czołowych działaczy politycznych powiatu kozie­nickiego Kazimierz Mróz pozorował prace w przydomowym ogródku spełniając rolę „czujki”. Był kolporterem konspi­ra­cyjnej prasy centralnej na powiaty iłżecki, radomski i kozienicki. Co ciekawe, swoje zamiłowanie do pszcze­larstwa wykorzystał również do pracy w ruchu oporu — jeden z jego uli był skrytką dla przecho­wywania prasy konspi­ra­cyjnej na powiat kozienicki i radomski. Niestety w czasie okupacji spłonął jego dom, a żywioł pochłonął większość z jego zbiorów w tym liczącą około 5000 wolumenów bibliotekę.

Po wojnie wrócił do swoich rodzinnych stron, gdzie rzucił się w wir pracy społecz-​​no-​​nauczycielskiej. Był członkiem i przewod­ni­czącym Gminnej Rady Narodowej w Kozłowie, do 1952 r. uczy) i kierował szkołą w Jastrzębi, po czym przeszedł na zasłużoną nauczy­cielską emeryturę. Dalej jednak aktywnie działa! społecznie i prowadził szeroko zakrojone badania przyrodnicze i histo­ryczne w terenie oraz kwerendy archiwalne w Warszawie, Kielcach, Radomiu. Zaowo­cowały one wieloma opraco­waniami regio­nalnymi. Kazimierz Mróz był członkiem wielu organizacji społecznych, po wojnie wielo­krotnie nagradzany i odznaczony, m.in.: medalem Radom­skiego Towarzystwa Naukowego „Bene Meriti”, Krzyżem Kawale­ryjskim Orderu Odrodzenia Polski Polonia Restituta, Ziotą Odznaką Związku Nauczy­cielstwa Polskiego, Złotą Odznaką Polskiego Towarzystwa Geogra­ficznego, Honorową Odznaką Archiwisty, odznaką od Naczelnej Dyrekcji Archiwów Państwowych w Warszawie.

Bliscy wspominają go jako człowieka, który prowadził wyjątkowo skromne życie. nie miał nigdy wolnego czasu, pracę zawodową łączył z naukową, a wszelkie środki pieniężne przeznaczał na naukę, zbieranie pamiątek przeszłości oraz zakup książek. Zawsze z chęcią pomagał młodym nauczy­cielom, studentom i pracownikom naukowym, którzy szukali u niego trudno dostępnej wiedzy specja­li­stycznej. Najbardziej odpowiadały mu potrawy jarskie.

Jeszcze za życia stal się „żywą legendą”. Do lat 90-​​tych napisano o nim wiele artykułów w prasie regio­nalnej i ogólno­krajowej. Do dziś jego uczniowie, publikacje oraz działalność wywierają duży wpływ na oblicze ziemi radomskiej i kozienickięj.

Kazimierz Mróz zmarł 16 stycznia 1987 r., pochowany jest na cmentarzu w Jastrzębi.

Krzysztof Zając

Poznajemy Mazowsze, okolice Sochaczewa

Doskonałą trasą do zapro­po­nowania gościom, którzy przyjeżdżają odwiedzić rodzinę lub znajomych w Warszawie, mogą być okolice Sochaczewa. Czekają tu na zwiedza­jących sanktuaria, pałace, dwory, stare kościoły i intere­sujące muzea.

Z Warszawy wyruszamy trasą numer 2 na Poznań. Na samym wstępie mamy więc zapewnione mocne drogowe wrażenia, gdyż jest to droga o wyjątkowo dużym nasileniu ruchu. Pierwszy przystanek robimy w miejscowości Paprotnia. Znajduje się tu dawny zajazd z zabudo­waniami i kuźnia z przełomu XIX i XX wieku. Podobno w tym zajeździe Maria Walewska przypo­mniała Napoleonowi jego obietnice wobec Polski. W budynku kuźni jest dziś restauracja, a w zabudo­waniach motel z basenem.

Niepo­kalanów

Aby dotrzeć do niepo­ka­la­now­skiego sanktuarium maryjnego, należy zjechać z szosy poznańskiej. Już z dala widać wieże moder­ni­stycznego kościoła z 1954 roku. Tuż obok kościoła znajduje się muzeum poświęcone św. Maksy­mi­lianowi Marii Kolbe. Łatwo do niego trafić, bo wszędzie są znaki, kierujące do odpowiednich budynków. W pawilonie muzealnym zgromadzono pamiątki poświęcone zarówno świętemu, jak i obrazujące dzieje klasztoru. W niewielkiej sali można obejrzeć pamiątki misyjne zakonników, zaś w drewnianej kaplicy skromną celę, w której żył święty. Niepo­kalanów jest ośrodkiem kultu, corocznie odwie­dzanym przez tysiące pielgrzymów.

Szymanów

W leżącym tuż za Niepo­ka­lanowem Szymanowie, stoi piękny, neore­ne­sansowy pałac, wybudowany w 1902 roku dla księcia Konstantego Lubomir­skiego, siedziba słynnej szkoły żeńskiej z internatem, prowa­dzonej przez zakonnice. Pałac i park jest własnością Sióstr Niepo­kalanek. Współ­za­ło­ży­cielka zakonu, Matka Marcelina Darowska, w 1996 roku została wpisana w poczet błogo­sła­wionych. Główna siedziba zakonu mieściła się niegdyś w Jazłowcu koło Buczacza, skąd siostry uciekły w 1945 roku, zabierając wtedy ze sobą figurę Najświętszej Marii Panny Jazło­wieckiej, która obecnie umieszczona jest w dobudowanej do pałacu, nowoczesnej kaplicy.

Wokół zabudowań rozciąga się park i bardzo zadbany ogród, a tuż za murem, po drugiej stronie ulicy, stoi barokowy kościół parafialny z 1667 roku.

Guzów

Z Szymanowa, drogą na Bolimów, dojedziemy do drogi numer 50 w kierunku Żyrardowa. Tuż przed Żyrardowem znajduje się niewielka wieś Guzów, z okazałym pałacem w stylu francu­skiego renesansu, przypo­mi­nającym zamki nad Loarą. Trudno dostrzec go z drogi, gdyż schowany jest za zabudo­waniami cukrowni.

Pałac w dzisiejszej formie powstał w 1895 roku. Ma jednak dłuższą historię — pierwszy dwór (drewniany) zbudowano w 1599 roku. Ponad 160 lat później urodził się w nim kompozytor Michał Ogiński (kompozytor m.in. poloneza „Pożegnanie ojczyzny”). W 1797 roku dobra nabył Feliks Łubieński, minister sprawie­dliwości Księstwa Warszaw­skiego. W 1880 roku przebudował pałac według projektu W Hirschela. W 1894 roku założono park i wybudowano kaplicę. Dziś jedynie kaplica jest odnowiona, a pałac popada w coraz większą ruinę.

Sochaczew

Sochaczew jest jednym z najstarszych miast zachodniego Mazowsza. Powstał jako osada targowa, leżąca na przecięciu szlaków handlowych, biegnących z czterech stron świata. Gród był ważnym bastionem obronnym Mazowsza, tu m.in. w 1286 roku został odparty atak wojsk litewsko-​​ruskich. W 1377 roku książę Siemowit III na zamku socha­czewskim zwołał zjazd książąt — panów mazowieckich, podczas którego ustanowiono nowy zbiór praw dla Mazowsza, zwany „Statutami Mazowieckimi”, albo „Statutami Socha­czewskimi”. W 1410 roku Sochaczew oglądał wojska prowadzone przez Jagiełłę pod Grunwald. Największy rozkwit miasto przeżywało w XV i XVI wieku. W 1563 roku miało tu swoje warsztaty ponad 200 rzemieślników.

Zahamowanie rozwoju Sochaczewa nastąpiło w XVII wieku, ale całkowity jego upadek miał miejsce w czasie potopu szwedzkiego. Do czasu rozbiorów miasto było już tylko ośrodkiem drobnego handlu i miejscem, w którym odbywały się sejmiki szlacheckie. Wtedy też masowo zaczęła napływać do miasta ludność żydowska. Miasto i zamek zostały powtórnie zniszczone w czasie powstania kościusz­kow­skiego. Podczas I wojny światowej, od grudnia 1914 do lipca 1915, Sochaczew był terenem zaciekłych walk, linia frontu rosyjsko-​​niemieckiego przechodziła wzdłuż rzek: Bzury i Rawki. We wrześniu 1939 roku stał się obiektem bombardowań, miejscem zaciekłych walk o miasto, będące fragmentem bitwy nad Bzurą. Niemcy po zajęciu miasta wymor­dowali całą ludność żydowską, czyli jedną czwartą mieszkańców.

Miasto ma piękną kartę walk o Polskę. To w Socha­czewie znajdowała się komenda AK obwodu „Skowronek”, którego żołnierze walczyli w Puszczy Kampi­noskiej oraz w Powstaniu Warszawskim.

W dawnym ratuszu ma siedzibę Muzeum Ziemi Socha­czewskiej i Bitwy nad Bzurą. Zobaczyć w nim można eksponaty związane z II wojną światową, prezen­towane na stałej wystawie „Pole bitwy 1939-​​45″. Poza bronią i sprzętem znajduje się tu wiele dokumentów i fotografii, opisu­jących dzieje Sochaczewa i okolic podczas okupacji hitle­rowskiej. Na dziedzińcu znajduje się skansen militariów i sprzętu bojowego WP.

Z zamku socha­czew­skiego pozostały jedynie ruiny. Wzniesiony w XIV wieku, za czasów księcia Siemowita III, na miejscu dawnego drewnianego grodu, zniszczony podczas najazdu wojsk litewsko-​​ruskich, od 1476 roku był siedzibą starostów socha­czewskich. Został odbudowany gruntownie przed 1630 rokiem. Niedługo po tym zniszczyli go Szwedzi. Odrestau­rowany w 1790 roku, podczas powstania kościusz­kow­skiego, po raz kolejny zniszczony przez Prusaków. Od tego momentu nieod­wra­calnie niszczeje. Zachowały się tylko mury elewacji zachodniej z otworami okiennymi, fragmenty elewacji południowej i wschodniej oraz resztki ścian działowych.

Wielbiciele kolejek wąsko­to­rowych na pewno wiele czasu spędzą w Muzeum Kolei Wąsko­torowej. Zgromadzono tu największy zbiór pojazdów wąsko­to­rowych w Polsce, liczący ponad sto parowozów, lokomotyw, drezyn i wagonów. Do najcie­kawszych należą: tzw. bryka Piłsud­skiego, wagon kolei konnej, drezyna .Warszawa”, platformy do przewozu amunicji, salonka wojskowa oraz najstarsze w Polsce parowozy wąsko­torowe z lat 1882 – 83. W każdą sobotę, od 7 czerwca do 27 września bez względu na pogodę i frekwencję kursuje pociąg „Puszcza”.

Impreza zaczyna się o godzinie dziewiątej zwiedzaniem muzeum, o 9:40 następuje odjazd pociągu do Wilcz Tułowieckich, do których pociąg przybywa o godzinie 10:55. Turyści mają czas na spacer ścieżkami Puszczy Kampi­noskiej do godziny 12:00. Potem następuje odjazd pociągu do Tułowic, po dziewięciu minutach jesteśmy na miejscu. Do 13:30 trwa ognisko. Odjazd pociągu z Tułowic do Sochaczewa następuje o godzinie 13:34. W Socha­czewie jesteśmy o 14:40. Istnieje też możliwość urucho­mienia pociągu na zamówienie.

Żelazowa Wola

Jest niemal zrośnięta z Socha­czewem. To urokliwe miejsce, położone wśród pól przeciętych drogami, wzdłuż których rosną prawdziwe mazowieckie wierzby, warte jest odwie­dzenia. Obowiązkiem każdego Polaka powinno być zwiedzenie dworku, miejsca urodzin Fryderyka Chopina i parku, w którym przez cały sezon letnio-​​jesienny odbywają się ogólno­do­stępne koncerty na świeżym powietrzu.

Giżyce

Do Giżyc dojedziemy drogą numer 577 z Sochaczewa w kierunku Łącka. Warto tu obejrzeć ładnie odnowiony, gotycki kościółek z 1440 roku oraz pałac z drugiej polowy XIX wieku. W pałacu mieści się obecnie Dom Dziecka.

Brochów

W drodze powrotnej do Warszawy odwiedźmy gminę Brochów, leżącą na skraju Puszczy Kampi­noskiej. W Brochowie warto zobaczyć kościół obronny. Świątynia zawdzięcza swój obecny wygląd przebudowie dokonanej wiatach 1551 — 1561 przez Jana Baptystę z Wenecji. Dzięki trzem wieżom obronnym ze strzel­nicami, kościół przypomina średnio­wieczny zamek obronny. Wrażenie to potęgują mury z XVII wieku, jak również pozostałości fosy. Wewnątrz można zobaczyć m.in. kominki do gotowania pożywienia dla obrońców świątyni. Niewiele jest takich obiektów na świecie, które łączyłyby jedno­cześnie funkcje sakralne i obronne. Wielo­krotnie niszczony, m.in. podczas potopu szwedzkiego, I i II wojny światowej, za każdym razem jednak był odnawiany. Dziś w jego murach odbywają się koncerty „Mazowsze w koronie”, organi­zowane przez Samorząd Województwa Mazowieckiego.

Tułowice

W Tułowicach stoi prześliczny, klasy­cy­styczny, typowy polski dwrór z 1800 roku, wzniesiony dla rodziny Lasockich. Budynek zdobią pilastry toskańskie, zwieńczone trójkątnym szczytem. Wokół dworu znajdują się budynki gospo­darcze, m.in. powozownia, w której zgromadzono kolekcję powozów używanych przez polskie ziemiaństwo w XIX wieku. Niestety, zwiedzanie jest możliwe tylko po wcześniejszym uzgod­nieniu terminu (tel/​fax (22) 725−71−17).

Śladów

Zatrzymajmy się tu na chwilę — na wale przeciw­po­wo­dziowym nad Wisłą stoi pamiątkowy obelisk, upamięt­niający drama­tyczne wydarzenia z września 1939 roku. Hitlerowcy atakując broniące się tutaj oddziały polskich żołnierzy, użyli miejscowej ludności, jako żywej zasłony. Chcąc oszczędzić niewinnych ludzi walczące polskie oddziały poddały się. Żołnierze razem z cywilami zostali zamordowani.

Opracowała Elżbieta Tomaszewska

Chluba Ziemi Zwoleńskiej — Jan Kochanowski

Jan Kocha­nowski (ur. 6 czerwca 1530 w Sycynie koło Zwolenia, zm. 22 sierpnia 1584 w Lublinie) — wybitny poeta polski epoki renesansu, sekretarz królewski. Pochodził ze szlacheckiej rodziny Kocha­nowskich herbu Korwin, był synem Piotra Kocha­now­skiego, sędziego ziemskiego sando­mier­skiego i Anny Biała­czowskiej herbu Odrowąż.

Studia rozpoczął na Akademii Krakowskiej w 1544. W latach 1547 – 1550 mógł studiować w którymś z uniwer­sytetów niemieckich, bądź też przebywać na jednym z dworów magnackich. Wiatach 1551 – 1552 studiował na uniwer­sytecie w Królewcu, skąd wyjechał do Włoch, do Padwy. Na uniwer­sytecie padewskim został nawet konsy­liarzem nacji polskiej, tocząc spór o samodzielność z żakami niemieckimi. Pisał już we Włoszech drobne utwory po łacinie. W kraju przebywał na dworach, m.in. Tarnowskich, Tyczyńskich i Jana Firleja oraz biskupa krakow­skiego Filipa Padniew­skiego. Dzięki poparciu podkanc­lerzego koronnego Piotra Myszkow­skiego dostał się na dwór Zygmunta Augusta, gdzie ok. 1564 r. mianowano go sekre­tarzem królewskim. Dzięki Myszkow­skiemu dostał też prebendy kościelne: probostwo poznańskie i zwoleńskie.

Służył królowi podczas burzliwych sejmów, zajmował się działaniami politycznymi, czego ślady widać w jego utworach. W 1567 towarzyszył królowi w wyprawie radosz­ko­wiekiej, będącej próbą demon­stracji zbrojnej w czasie wojny przeciwko Rosji. Oddał znaczne usługi w trakcie przygotowań do wyprawy na Moskwę w 1568 r. Przy dworze Zygmunta II Augusta służył do 1572 r. W latach 1555 – 1556 przebywał ponownie w Królewcu na dworze arcyksięcia Albrechta Hohen­zollerna, by następnie w latach 1556 – 1559 odbyć dwie kolejne podróże do Włoch. Stamtąd drogą poprzez Francję (gdzie zetknął się z Ronsardem) i Niemcy wrócił już na stałe do Polski.

W 1574 r. osiedlił się w odzie­dzi­czonym po ojcu majątku w Czarnolesie (Czarnym Lesie). W 1576 r. poślubił Dorotę Podlo­dowską herbu Janina, z którą miał sześć córek i jednego syna. Kocha­nowski pędził w Czarnolesie bukoliczny żywot ziemianina. W tym okresie powstała Odprawa posłów greckich, a wkrótce po niej parafraza Psałterz Dawidów (1579). Największą pamięć zyskał dzięki Trenom, napisanym po śmierci ukochanej córki Urszulki w 1579.

Zmarł nagle, przypusz­czalnie na zawał serca, w Lublinie 22 sierpnia 1584. Pochowany został w Zwoleniu. Znajduje się tam nagrobek z jednym z dwóch zacho­wanych wizerunków poety. W mieście postawiono na jego cześć dwa pomniki: w parku samego poety i przy gimnazjum poety z Urszulką.

Trzy wieże Czerska

Czersk — wieś położona u stóp potężnego zamczyska — posiada starą metrykę. Jego historia zaczyna się wprawdzie w I połowie XIII wieku — co potwierdzają dokumenty pisane — ale żeby zloka­lizować tu gród, teren ten znacznie wcześniej musiał odznaczać się odpowiednimi warunkami obronnymi, a co za tym idzie, posiadać pewną ciągłość osadniczą.

Około roku 1245 do Czerska przeniesiono — ze stołecznego wówczas Grójca — kasztelanię, a później — siedzibę archi­dia­konatu. Od tej pory Grójec stracił swą pierw­szo­planową rolę południowym Mazowszu, a Czersk stał się najważ­niejszym ośrodkiem politycznym i kościelnym w tej części Mazowsza.

Przed wspomnianymi zmianami admini­stra­cyjnymi, został tu wzniesiony — z fundacji księcia mazowieckiego Konrada I — obronny zamek. Tworząc tę siedzibę książę mianował równo­cześnie Czersk stolicą księstwa czerskiego, jednej z nowo utworzonych jednostek admini­stra­cyjnych. Zachowane w archiwach dokumenty świadczą o tym, że znany z krewkości książę więził w murach swej nowej warowni, młodo­cianego wówczas Bolesława Wstydliwego i jego matkę Grzymisławę, chcąc w ten sposób wymóc na nim zrzeczenie się praw do księstwa krakow­skiego. W roku 1229 więźniem zamku był także książę Henryk Brodaty, którego Konrad chciał zmusić do zrzeczenia się dzielnicy senio­ralnej. No cóż, różne były wówczas sposoby na osiąganie osobistych celów.

Konrad I Mazowiecki jest najbardziej znaną postacią czerskiego zamku — i prawdę mówiąc — jemu też Czersk najwięcej zawdzięcza. A jak powstało udzielne księstwo mazowieckie? Na mocy testamentu Bolesława Krzywo­ustego, Mazowsze przypadło Bolesławowi Kędzie­rzawemu. Po nim ziemie te odzie­dziczył jego syn — Leszek. Po jego bezpo­tomnej śmierci przeszły na jego stryja, Kazimierza Sprawie­dliwego. Dwaj synowie Kazimierza — Leszek Biały i właśnie Konrad, zawarli między sobą układ w Sando­mierzu, na mocy którego młodszy — Konrad otrzymał Mazowsze wraz z ziemiami chełmińską, dobrzyńską i kujawską.

Sam Konrad I przeszedł do historii jako ten, który sprowadził do Polski Krzyżaków — czym naraził się na niechęć potomnych. Ale — gwoli sprawie­dliwości — powiedzieć trzeba, że uczynił to w konkretnych warunkach politycznych. I chyba wówczas każdy na jego miejscu uczyniłby tak samo. Książę bowiem był wytrawnym politykiem i człowiekiem mądrym. Choć przecież — jak wszyscy Piastowie — z natury popędliwy i porywczy, nie gardzący nawet brutal­nością w załatwianiu swych politycznych i rodzinnych porachunków (Piastowie to krwawa dynastia), przecież był świetnym organi­zatorem i dobrym gospo­darzem. Nadawał ziemie rycerzom i Kościołowi, jako że postęp chrze­ści­jaństwa na ziemiach mazowieckich był znacznie opóźniony. Przyznawał ludności liczne swobody i zachęcał do osadnictwa na tych terenach. Dzięki temu właśnie wrastało zalud­nienie Mazowsza. Kiedy jednak częste najazdy Prusów zmusiły księcia do ucieczki i schro­nienia się w okolicach Wiskitek kolo Sochaczewa — wpadł na pomysł, aby szukać pomocy przeciwko pogańskim plemionom u Krzyżaków, co w konse­kwencji spowo­dowało oddanie im ziemi chełmińskiej w lenno w 1226 roku, choć formalne jej przekazanie nastąpiło dopiero w dwaj lata później.

Panowanie krewkiego księcia przypada na bardzo burzliwe lata. Urodził się w 1187 roku. Od 1202 roku był także księciem krakowskim. Potem stracił tron senioralny, by go odzyskać w latach 1229 – 1232 i następnie w 1241 – 1243. Nie zanie­dbywał swoich ziem. Gospo­darował bardzo mądrze. Dbał nie tylko o rozwój ziem i osadnictwo, zajmował się także ochroną zwierzyny i zaszczepił swoimi następcom ideę walki o tron krakowski. Przez wiele lat bronił swego dziedzictwa przed najazdami Jaćwingów i Prusów, posuwając się w tym zmaganiach niekiedy nawet do gwałtów i morderstw, ale takie to wówczas były czasy, bezkom­pro­misowe i bezlitosne. Kiedy zmarł w roku 1247 — pozostawił Mazowsze kwitnące, pod względem gospo­darczym i — jak na owe czasy — bezpieczne.

Przypuszczać więc należy, że właśnie dzięki daleko­siężnym planom politycznym księcia Konrada Grójec stracił swoją dotych­czasową pierw­szo­planową rolę na południowym Mazowszu, najpraw­do­po­dobniej ze względu na dogod­niejsze położenie Czerska, a to z uwagi na obronność miejsca jak też i przechodzące tam szlaki handlowe.

Mimo zniszczeń spowo­do­wanych najazdami Litwinów i Rubinów, którzy to w roku 1262 zdobyli zamek — jeszcze wówczas nie uforty­fi­kowany — mimo śmierci kolejnego dziedzica — księcia Ziemowita I w niewoli jego syna — Konrada II, Czersk nie przestawał się rozwijać. Po przenie­sieniu tu wspomnia­nychjuż urzędów, stał się najważ­niejszym ośrodkiem miejskim południowego Mazowsza, ale tylko na pó wieku, bowiem najbardziej zasłużony dla tej dynastii książę Janusz I, rozbudował zamek, potwierdzi nadane miastu przywileje i… przeniósł siedzibę książęcą do Warszawy.

Od początku XIV wieku datuje się powolny upadek grodu, a godzi się wspomnieć, że Czerski otrzymał prawa miejskie przed 1350 r. Przyczyn upadku miasta było wiele, między innymi: odsunięcie się koryta Wisły, wielo­krotne znisz­czanie powodowane najazdami i pożarami oraz… stały rozwój nieda­lekiej Warszawy. Mimo to Czersk aż do wieku XIX był siedzibą władz admini­stra­cyjnych ziemi czerskiej, obejmującej trzy okręgi z miastami: Czerskiem, Warką i Grójcem.

Po włączeniu Mazowsza do Korony w roku 1526, ziemie te dostały się królowej Bonie — jako oprawa. Rezydując na zamku warszawskim, była jednak częstym gościem w Czersku i właśnie tutaj, jak również w sąsiednim Grójcu czy Goszczynie — nadawała przywileje na zakładanie ogrodów, w których zalecała uprawę nie znanych wówczas w Polsce warzyw, które przywiozła ze swojej rodzinnej ziemi — księstwa Bari.

Miasto jednak upadło. Nowych zniszczeń przysporzyły mu, a także zamkowi — najazdy szwedzkie. W budowli tej — po bitwie pod Warką, gdzie wojska polskie pod wodzą Stefana Czarnieckiego, rozgromiły liczne zgrupowanie szwedzkie — schroniły się pozostałe przy życiu oddziały Szwedów. Po kilku­dniowych walkach, broniący się w murach zamku najeźdźcy — wysadzili go w powietrze. Od tej pory fortalicja ta pozostaje w ruinie.

I Czersk przeżył — krótki wprawdzie — okres odrodzenia, kiedy to starostą został tu marszałek wielki koronny — Franciszek Bieliński, który postawił sobie za punkt honoru restaurację miasta i zamku. Zamie­rzenia te przerwała jego przed­wczesna śmierć i zaprze­paszczone zostały podjęte już prace. Gród znów począł ubożeć, zamilkł gwar licznie i hucznie odbywanych tu jarmarków, a i mieszkańcy woleli jeździć po zakupy do pobli­skiego miasta, zwanego Nowym Jeruzalem, zwanym dziś jako Góra Kalwaria. Tradycje były jednak bardzo silne, skoro aż do początków XIX wieku Czersk stanowił siedzibę starosty i kasztelana, mieściły się tu także sądy — grodzki i ziemski. Miasta nie ominęły także różne nieszczęścia, powodowane licznymi kataklizmami: zarazami, pożarami, oraz wylewami rozlewisk Wisły. Mieszkańcy grodu cierpieli za udział w powstańczych zrywach narodowych, a i zniszczeń przysporzyły mu dwie wojny światowe. Cierpiało miasto, jego substancja i mieszkańcy.

Zamek czerski posiada dotychczas zachowane trzy wieże. Najoka­zalsza — to wieża bramna z brana wjazdową, usytuowaną od strony wschodniej. Na przeciw­ległym krańcu dziedzińca wznosi się okrągła baszta zwana — ze względu na swój archi­tek­to­niczny kształt i funkcję pełnioną w zamku — arsenałem. Trzecia i największa z zacho­wanych wieżyc — to baszta więzienna, pod którą znajduje się loch mający 10 m. głębokości. Mury są obecnie zabez­pieczone przed niszczeniem a sam zamek przysto­sowano do pełnienia funkcji obiektu turystycznego, stano­wiącego wspaniałą pamiątkę historii tych ziem.

Każdy kto wejdzie w mury czerskiej warowni, będzie urzeczony urokiem tego miejsca, jego spokojem i oddechem wieków tchnących ze starych, gotyckich jeszcze murów. Nie skąpi zamczysko wrażeń i uroków. Pozwoli również na chwilę zadumy nad ułomnością ludzkich poczynań, szybkością upływa­jącego czasu i nad ojczystą historią, która będąc w zasięgu ręki, jest równo­cześnie tak odległą.

Santa Piva di Warka

Santa Piva di Warka

Warka spogląda wyniośle ze swej wysokości, na zwartą zieleń usado­wionej od południa Puszczy Stromeckiej i niebieszczącą się powierzchnię tulącej się do podnóża skarpy Pilicy.

Nazwa miasta nie ma jedno­znacznego wyjaśnienia. Etymolodzy wywodzą ją od słowa „warować”, jako że w tym właśnie miejscu lokuje się średnio­wieczną warownię (strażnicę), czuwającą u nadpi­lickiej przeprawy, oraz — co niewy­kluczone — od słowa „warzyć”, pocho­dzącego od trady­cyjnego zajęcia miesz­kańców, jakim było i jest warzenie piwa.

Zaczątkiem Warki było zapewne grodzisko, którego fragmenty do dziś widoczne są w wiosce położonej kilka kilometrów na wschód od dzisiejszej Warki, zwanej Starą Warką. Tu istniało prawdo­po­dobnie pierwsze założenie dzisiejszego organizmu miasta, które z niezbyt dobrze wyjaśnionych przyczyn, poczęło egzystować w nieod­ległym, ale przecież innym miejscu.

Dokumenty pisane informują, że w roku 1231 książę mazowiecki Konrad I, przebywał wraz ze swoim dworem właśnie w Starej Warce, która to wówczas stanowiła większy ośrodek książęcy. Nie jest — co prawda — pewne, czy funkcjonował on w okresie jego panowania, ale znajdowany tam materiał arche­olo­giczny, wystę­pujący w promieniu 1500 m od grodziska, świadczy o żywotności tego ośrodka. Przypuszcza się, że istniał tu zapewne kościół, bowiem zachowana tradycja, oparta zresztą na zaginionym źródle przekazuje, że istniała tu w Starej Warce kaplica, obsłu­giwana przez kapelana książęcego. Na prężność tego ośrodka wskazuje również założenie tu w roku 1255 — przez księcia Ziemowita I — konwentu domini­kań­skiego, oraz powrót książąt do wsi Warka w drodze zamiany na wieś Lechanice (dziś: Mechanice, przyp. A.Z.R-S.) i Opożdowo (Opożdżew), przepro­wa­dzonej przez księcia Konrada II w roku 1284, która to stanowiła zalążek przyszłego lokacyjnego miasta.

Prawa miejskie otrzymała Warka w roku 1321 z rąk księcia mazowieckiego Trojdena I, lokującego tu ów ośrodek na prawie chełmińskim. Wielką widać sympatię miał książę do Warki, skoro mimo rezydowania w niewielkim Czersku — stolicy okolicznych ziem — pochowany został w roku 1341 w kościele Dominikanów, sprowa­dzanych w to miejsce jeszcze za czasów panowania księcia Ziemowita I. Dziś książę spoczywa w podziemiach kościoła Franciszkanów, wraz ze swoim bratem Ziemowitem II, zmarłym w roku 1343 oraz księżnę Danutą Anną, córką księcia litew­skiego Kiejstuta — siostrą Witolda i żoną księcia Janusza I Starszego, zmarłego w 1429 roku. Szczątki Ich Dostojności zostały przeniesione z rozbie­ranego w roku 1844 kościoła Dominikanów, do obecnego kościoła pofran­cisz­kań­skiego, a fakt ten upamiętnia umieszczona przy wejściu głównym do kościoła, kamienna tablica.

Nie tylko jednak tymi osobi­sto­ściami słynie to miasto. Okres rozwoju miasta trwa do dziś, a jego największy rozkwit przypada na XV i XVI wiek, kiedy to Warka słynęła jako ośrodek rzemiosła, głównie szewstwa i browar­nictwa. To ostatnie zajęcie było najbardziej ulubione wśród miesz­kańców nadpi­lickiego grodu, bowiem tradycje tegoż pozostały do dziś żywe. Piwo wareckie było wysoko cenione nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Ekspor­towano go w wielkich ilościach do Czech, na Węgry i nawet do Szwecji. Ten złocisty napój zawdzięcza swój smak podobno niepo­rów­ny­walnie smacznym wodom Pilicy. Rzeka była fanta­stycznym dobro­czyńcą miesz­kańców. Wówczas była spławna i roiło się od niej od galarów i barek załado­wanych przeróżnym dobrem, trans­por­towanym dalej Wisłą do Torunia i Gdańska. Pilicy więc miasto zawdzięcza nie tylko położenie, dobrobyt i sławę, ale do dziś znakomite walory krajobrazowe.

Rozwój miasta przerwały nadawane szlachcie przywileje, ograni­czające możliwości wytwórcze miesz­kańców, oraz zanik żeglowności rzeki. Inne nieszczęścia spowo­dowały najazdy szwedzkie w XVII wieku, oraz wojny elekcyjne w początkach wieku XVIII, pożary, zarazy i polityka zaborców. Zniszczeń dopełniły walki prowadzone podczas I Wojny Światowej, oraz zmagania na przyczółku warecko — magnu­szewskim w 1944 roku.

Powróćmy jednak do piwa. Musiało być znakomite, skoro w roku 1483, książę mazowiecki Bolesław V, wydał przywilej, zastrze­gający wyłączność sprzedaży wareckiego piwa w ratuszowej piwnicy Warszawy. Warka była bezkon­ku­ren­cyjnym ośrodkiem w tym czasie, jeżeli chodzi o produkcję tego napoju. Przyznać też trzeba, że i palenie gorzałki mniejsze tu miało znaczenie niż w innych, sąsiednich miastach. Np. w roku 1570 wypalono tu tylko 3 garnce gorzałki a w roku 1571 — 4 garnce, co stawiało wówczas miasto daleko poniżej średniej.

Piwa jednak produ­kowano tu najwięcej, biorąc pod uwagę ośrodki miejskie ziemi czerskiej. W roku 1537 tytułem czopowego (rodzaj opłaty za produkcję piwa. Nazwa wywodzi się od czopu zatyka­jącego beczkę. Pierwotnie ilość czopów równała się ilości beczek. Potem pozostała tylko nazwa, (miara bowiem się zmieniała) miasto zapłaciło nieba­gatelną sumę 101 florenów i 10 groszy. Wyjaśnić tu trzeba, że od każdego waru piwa, opłata wynosiła 3 grosze, choć zgodnie z wypisami z ksiąg lustra­cyjnych stwierdzało się, że piwowarzy wareccy zalewali do każdego waru piwa i wiele więcej słodu niż gdzie indziej i chyba w tym tkwi tajemnica jakości wareckiego piwa. W roku 1578 pobrano tytułem czopowego kwotę 1408 florenów, jednak nie od liczby warów, ale od wartości wypro­du­ko­wanego napitku.

Tajemnice warzenia piwa przeka­zywano zgodnie z ojca na syna i każdy z rzemieślników posiadał monopol na swoje tajniki zawodowe, które też skrzętnie skrywał przed konku­rentami, a o popycie na tę wspaniałość niech świadczy krążąca w wielu wersjach anegdota.

Nuncjusz papieski, kardynał Gaetano Aldobrandini (późniejszy papież Klemens VIII, przez wiele lat przebywał w Polsce. W tym też czasie — jako że piwo było nie tylko napojem, ale także ważnym skład­nikiem codziennego pożywienia — wśród polewek, szcze­gólnie cenioną była polewka piwna. Piwem tez popijano jedzenie suche i ciężko­strawne potrawy, oraz nie zawsze dobrze przyrządzone), szcze­gólnie sobie upodobał właśnie warecki napój. Tuż po przyjeździe do Rzymu, ciężko zachorował, a przyczyną choroby był wrzód, umiej­scowiony w gardle. Złożony goryczą wyszeptał w malignie: „piva di Warka”. Obecni przy tym duchowni sądząc, że ich zwierzchnik modli się do jakiejś nie znanej im świętej, po ostatnich słowach chorego: „piva di Warka”, odpowie­dzieli chórem na wzór litanii: „ora pro nobis”, co w dosłownym tłuma­czeniu brzmiało: „Święte piwo z Warki, módl się za nami”. Chory usłyszawszy tę niedo­rzeczność — aczkolwiek wielce zabawną — roześmiał się serdecznie, powodując tym samym pękniecie dolegliwego wrzodu, co przyniosło natych­miastową poprawę zdrowia. Tak więc nawet wspomnienie wareckiego piwa, ocaliło papieża.

Tradycje warzel­nictwa była tak wielkie, że praktycznie zawsze w mieście produ­kowano piwo. Do czasów wybudowania nowego — nowoczesnego wówczas browaru w roku 1975 — produkcję prowadził stary, XIX wieczny browar, którego piwnice do dziś służą Wareckiej Wytwórni Win, jako miejsce leżakowania znako­mitych win owocowych. W mieście i okolicach, a nawet odległych od Warki miejsco­wo­ściach, nigdy nie brak amatorów jasnego wareckiego, bowiem nieza­leżnie od miejsca produkcji i stoso­wanych urządzeń, napój ten zachował tradycyjne walory smakowe.

Piwo lubili wszyscy, ale chyba najbardziej żołnierze, którym ten napój rekom­pensował wszystkie trudy tego ciężkiego rzemiosła i nic w tym dziwnego, że miasto słynie również ze znako­mitości wojskowych i to wielkiego kalibru.

Najbardziej znanym przed­sta­wi­cielem tej profesji jest Kazimierz Pułaski, syn wareckiego starosty (1747−1779), bohater dwóch narodów. Były konfederat barski i generał brygady Stanów Zjedno­czonych Ameryki Północnej, poległy w bitwie pod Sawannach. Związki między naszym krajem a Stanami Zjedno­czonymi eksponuje Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego, usytuowane w rodzinnym dworku Pułaskiego w dzisiejszej dzielnicy Warki — Winiarach.

Nie mniej znanym jest słynny inicjator Nocy Listo­padowej z 1830 roku, Piotr Wysocki, którego grób znajduje się na miejscowym cmentarzu. Zawsze jest na nim wiązanka kwiatów, wyrażająca pamięć i szacunek dla tego, którego dewizą było: „Wszystko dla Ojczyzny — nic dla mnie”.

Bywali w Warce i inni nie mniej znani. Tu toczył swoją zwycięską bitwę ze Szwedami w roku 1656 — hetman Stefan Czarniecki i tu zginął rosyjski oficer, uczestnik Powstania Stycz­niowego 1863 roku, rozstrzelany na nadpi­lickich błoniach — Władysław Konowicz. Tu wreszcie rozpoczął swój bojowy szlak 1 Pułk Lotnictwa Myśliw­skiego „Warszawa”, tocząc powietrzne boje w walkach o przyczółek warecko — magnu­szewski w sierpniu 1944 roku. i rakietnic — Józef Bem, stacjo­nujący w miejscowych koszarach.

Śladów dawnej zasobności miasta szukać należy w pozostałych z dawnych lat zabytkach archi­tektury, z których najcie­kawszym przed­sta­wi­cielem jest wspomniany już kościół pofran­cisz­kański, którego budowę rozpoczęto w roku 1652. Inną budowlą tego typu jest kościół farny, zbudowany w latach 1603 – 1635. W jego murach spoczywają prawdo­po­dobnie szczątki XV-​​wiecznego siłacza — Stanisława Ciołka, pocho­dzącego z nieda­lekiej Ostrołęki, a który to — jak mówią opowieści — sam wciągnął na wieżę kościoła Mariackiego w Krakowie dzwon, którego podobno 40 ludzi nie mogło podźwignąć.

Zabytkiem jest również wspomniany już pałac Pułaskich, otoczony wspaniałym XVIII — wiecznym parkiem z okazami rzadkiego i niekiedy egzotycznego drzewostanu. Przypomnieć też trzeba, że Warka w okresie swojej świetności miała aż 7 kościołów.

Obecnie miasto poza produkcją piwa, oraz znako­mitymi sokami owocowymi z Wareckiej Wytwórni Win, słynie także ze wspaniałych sadów, jako że teren ten jest zagłębiem owocowym w regionie.

Tradycje sadow­nictwa i warzyw­nictwa sięgają tu bardzo odległych czasów, bowiem aż początków XVI wieku. Wówczas to, po przyłą­czeniu Mazowsza do Korony w roku 1526, ziemiami tymi władała królowa Bona, żona Zygmunta I Starego, która otrzymała je jako wdowią oprawę po śmierci króla. Ona to wprowadziła swoimi nadaniami pierwsze uprawy warzyw i drzew owocowych, jak też założyła pierwsze winnice. Próby upraw winorośli na szerszą skalę czyniono jednak dopiero w latach pięćdzie­siątych naszego stulecia. Plantacje te były, obok zielo­no­górskich, największymi w kraju, choć klimat w Polsce nie jest korzystny dla uprawy winorośli. Po tych winnicach pozostały obecnie tylko wspomnienia, jakże wspaniałych dorocznych festynów, zwanych Świętem Winobrania, kiedy to sam Bachus, siedzący na beczce wina, rozda­wanego szczodrze i za darmo spragnionym miesz­kańcom i przybyszom z odległych nawet stron, krążył na rydwanie po uliczkach miasta, wzbudzając zachwyt i uznanie. A jakież temu towarzyszyły imprezy! Ileż tam było wrażeń! Jedno z takich świąt uświetniła nawet swoją obecnością pierwsza powojenna Miss Polonia, pani Alicja Bobrowska, wprowa­dzając niemało zamie­szania wśród brzydszej części społe­czeństwa miasta, a zazdrości tej ładniejszej, jako że miss otrzymała wówczas w podarunku samochód rodzimej produkcji, „Warszawę”. Lało się więc wareckie wino (i piwo) strumieniami, a wielu gościom przybyłym z odległych regionów, po dziś dzień śnią się owe bachanalia, wareckie piwo i wyśmienite, owocowe wino o niepo­wta­rzalnym, truskawkowym smaku.

Miasto ma wiele uroku. Wiele też obecnie przeżywa kłopotów, jak każ-​​dy żyjący organizm, ale jest prężnym ośrodkiem miejskim, otacza opieką swoich sławnych i podtrzymuje tradycje zawodowe. Choć można by miesz­kańcom zarzucić wiele, to pozaz­drościć im można wspaniałego położenia miasta i…ich wielkiego lokalnego patriotyzmu.

Słodkie wspomnienia

Jak to się stało, że tuż obok, na wschodnich rubieżach wsi Jasieniec wyrosła wioska o dźwięcznej nazwie Czersk, nikt już dziś tego nie dociecze. To, że nowe domy wznosiły się obok jasie­nieckich, nie jest znów takie dziwne, zważywszy ze Jasieniec rozrastał się ponad miarę i ludzi przybywało zewsząd mrowie, zwłaszcza w końcu XIX wieku. Dlaczego jednak wyodrębniła się zupełnie nowa wieś oddzielona od Jasieńca jedynie krótką uliczką, nie wiadomo. Nawet jeden z najstarszych miesz­kańców wioski — Jan Wągrodzki, wielki miłośnik Jasieńca i znawca jego przeszłości — bezradnie rozkładał ręce. Na nic się zdały jego wielo­letnie w tym zakresie badania i znakomita mimo upływu lat — pamięć. Ponadto nie było w pobliżu żadnych czarnych lasów, ani też ciemnych wód, by stąd choćby wywodzić nazwę przysiółka. Jedynymi „ciemnymi” plamami w okolicy, były dość podmokłe grunty, położone w okolicach leniwie tu meandrującej Kraski, ciągnące się od Warpęsów po Boglewską Wolę. To zaś było raczej powodem do dumy niż wstydu. Co by jednak nie mówić, był sobie ten drugi Czersk pod Jasieńcem nie bez kozery, bowiem nazwa ta wielce przewrotnie nadaną mu była.

Być może nie warto byłoby nawet o tym wspominać, ot wioska jak inne, niczym szcze­gólnym się z pozoru nie wyróżnia. Warte jednak wspomnień, są jej bliźniacze związki z przyległym Jasieńcem, a były to zależności nie byle jakie. Czersk bowiem był przed­sionkiem Jasieńca i jego sypialnią, efektem wielko­prze­my­słowych aspiracji i krzty zjadliwości jakiejś. Toć to Czersk przecie był wsią służebną Jasieńca, a kto by tam dochodził, który to Czersk.

Aby jednak ustalić wzajemne relacji obydwu wsi, należy odnieść się do dziejów Jasieńca.

Pierwsze informacje o Jasieńcu pochodzą z około połowy wieku XIV. Wówczas to ukazał się pierwszy dokument, w którym wzmian­kowano jasie­niecką parafię, choć informacje o istniejącym we wsi kościele, są prawie o sto lat wcześniejsze! Wzmianka ta dotyczyła parafii już istniejącej i wprzę­gniętej w admini­stracyjny mechanizm polskiej państwowości. Młodej jeszcze co prawda, ale już dobrze okrzepłej. Jej dzieje sięgają prawdo­po­dobnie wieku XII, jako że wówczas to — z fundacji rodziny Jasie­nieckich herbu Jasieńczyk — wystawiono tu niewielki drewniany kościółek. Parafię erygowano nieco później, podkre­ślając w ten sposób nadrzędność wioski w stosunku do sąsiednich.

Był więc kościółek w Jasieńcu symbolem władzy i świadectwem możności wsi. Wznoszono w nim modły przez długie lata, aż zdarzyło się nieszczęście! Zaprószony ogień szybko strawił świątyńkę, i miejscowy pleban, którego wymieniono w dokumentach z 1472 roku — Mikołaj Warponż, przez pewien czas odprawiał msze pod prostym krzyżem, prosząc wiernych o datki i pokorę. Widać działania jego na coś się przydały, bowiem może to dzięki nim lub ślepej fortunie, w niedługim czasie wzniesiono we wsi kolejną drewnianą budowlę, wyświęcając ją w 1603 roku i ofiarowując Duchowi Świętemu. Parafii stawała się coraz obszer­niejsza. W roku 1540 należało do niej 21 wsi, ale już w roku 1616 stanowiła ona religijne centrum dla 27 miejscowości okolicznych. Była drugą co do wielkości po parafii grójeckiej.

Czas jednak robił swoje. Mimo opieki wiernych w ponad wiek potem i ten kościół uległ znisz­czeniu. Może było to umyślne działanie patrona kościoła, bowiem w niedługi czas po tym wydarzeniu, sam kasztelan ciecha­nowski, Władysław Grzego­rzewski, generał major regimentu gwardii królewskiej, darował nieco grosza na budowę nowego, murowanego już kościoła. Muratorzy przystąpili do budowy w 1747 roku pod nadzorem znako­mitego, a wielce sławnego architekta i autora projektu budowli — Jakuba Fontany, kończąc ją w roku 1754.

Wielkie to były dla Jasieńca dni. Kościół jaśniał tysiącem świec, grzmiąc wspaniałymi akordami dzięk­czynnych hymnów i naprawdę cieszył oczy harmonią kształtów. Było na co patrzeć.

Nazwa wsi Jasieniec jest typową nazwą flory­styczną i pochodzi bez wątpienia od przepastnych borów porasta­jących niegdyś te okolice, a w których to potężne jesiony prym wiodły, czcią napawając słowiańskich a mazowieckich przecie poddanych. Źródłosłów tej nazwy potwierdza również nazwa nieda­lekiej, bo odległej od Jasieńca o niespełna 2 km na wschód wsi Jasionna. W roku 1508 pisano tę nazwę — Jassy­enycze, ale już w 1569 roku, piszący wymieniali ją w dokumentach jako Jasieniecz.

Zmieniały się czasy, zmieniali się ludzie, a i wieś przechodziła z rąk do rąk. W roku 1819 urodziła się w Jasieńcu jedna z pierwszych polskich emancy­pantek, prekursorka walk o równo­upraw­nienie kobiet — Eleonora z Gagat­nickich Zamięcka. Była ona autorką licznych dzieł filozo­ficznych i pedago­gicznych, między innymi: „Myśli o wychowaniu kobiet” i „Kurs nauk wyższych dla kobiet”, w których pierwsza poruszyła myśl o reformie nauczania i wychowania dziewcząt. Jej śmierć w 1869 roku w niczym nie zmieniła rozwoju Jasieńca. Przeszła bez echa, a ona sama została na długie lata zapomniana, gdyż kolejne rocznice jej śmierci były tak samo ciche jak ona. A warto by choćby z perspektywy lat spojrzeć na jej osiągnięcia w dziedzinie, której poświęciła swoje dość krótkie życie.

Lata jednak mijały. Zmieniały się pokolenia i zmieniał się sam Jasieniec. Choć biednie się żyło siermiężnym poddanym, nie żałowali grosiwa na utrzymanie swojej wspaniałej świątyni. Nie żałowali go także miejscowi i okoliczni dziedzice. Właściciele Jasieńca — Domańscy i Suscy a następnie — Jarna­towscy, na własny koszt przepro­wadzali remonty bieżące i fundowali niezbędne wyposażenie.

Gorące widać były modły parafian, skoro w końcu XIX wieku zaczęli do Jasieńca przybywać ludzie z różnych stron kraju, a najwięcej z Mazowsza. Przybywali tu agitowani przez miejscowych posiadaczy, którym przewodzili Jan Tadeusz książę Lubomirski i Antoni Dali Trozzo. Posta­nowili oni wraz z innymi w Jasieńcu zloka­lizować największy wówczas zakład przemysłowy w grójeckiem — cukrownię.

Dlaczego właśnie cukrownię, trudno dziś dociec, w każdym razie oczywistym jest, że powodem wznie­sienia tego rzadkiego wówczas zakładu, nie była bynajmniej troska o miesz­kańców wsi. Taka była po prostu koniunktura i interesy okolicznych 16 właścicieli okolicznych dóbr, którzy posta­nowili zbić niezłą fortunę na tym słodkim surowcu.

W roku 1867 Spółka Akcyjna — powołana przez wspomnianych już, a co zamoż­niejszych ziemian — uruchomiła ów zakład, dając zatrud­nienie i chleb wielu mało i bezrolnym chłopom. Oni to właśnie stawiali pierwsze niewielkie domki nieopodal Jasieńca, znajdując tam wypoczynek i dach nad głową. Czersk — bo tak później nazwano ów przysiółek — co prawda widzieli jedynie nocą, bowiem w dzień pochłaniała ich wyczer­pująca praca w ja-​​sienieckiej cukrowni. Jej budynki wzniesiono tuż u zbiegu dróg wiodących z Grójca do Warki i z Jasieńca do Zbroszy i Biało­brzegów przez Promnę. Nadano jej nazwę „Czersk”.

I w tej nazwie należy szukać rozwiązania owej zagadki związanej z nazwą przyja­sie­nieckiego Czerska. Otóż Jasieniec nie był lak bardzo znany. Kojarzył się z Jasieńcem radomskim, a to nie rokowało dobrej reklamy cukrowni. Użyto więc przewrotnie nazwy „Czersk”, aby zakład jedno­znacznie kojarzył się z ziemią czerską, a ów Czersk był przecie w całej Rzeczy­po­spolitej znany. Ponieważ owa pod jasie­niecka osada pracowników cukrowni, położona była opodal zakładu, oddzielona jedynie parkiem dworskim, przeto z czasem — około 1880 roku — Czerskiem ją nazwano, potwier­dzając ją jako integralną część cukrowni.

Wspomnieć się godzi, że od tego czasu datuje się historia przepro­wa­dzonego przez Jasieniec traktu grójecko — wareckiego. Niegdyś przed laty najkrótszy szlak z Grójca do Warki wiódł przez Krobów, Kociszew, Olszany, Międzechów i Laski. Z chwilą urucho­mienia jasie­nieckiej cukrowni, dawny szlak został poniekąd zaniechany, bowiem Jasieniec odtąd stanowił ważny etap na nowej trasie, którą przepro­wadzono od Skurowa przez Pabie­rowice, Rytomo­czydła i Nową Wieś, łącząc w ten sposób majątki liczących się w okolicy dziedziców, wśród których był właściciel Boglewic — Edward Berson. Cóż, byli przecież udzia­łowcami i chyba dobrze się stało, bowiem droga ta dla Jasieńca stała się pierwszym i strate­gicznym oknem na świat. Drugie okno otworzyła — uruchomiona w roku 1920 — bocznica grójeckiej kolejki wąskotorowej.

Pełną parą pracowały myjnie i desty­larnie. Wioska rozrastała się i zamożniała. Powołano Straż Ogniową i orkiestrę dętą, wielką wówczas rzadkość na polskiej prowincji. Instrumenty kosztowały krocie! Instytucje te stanowiły wielką dumę miesz­kańców Jasieńca i nie lada zazdrość wzbudzały w okolicy. Członkami Straży byli przed­sta­wiciele miejscowej elity i ksiądz proboszcz także! Jasieniec przeżywał okres największej prosperity.

Mimo niewąt­pliwych korzyści wynika­jących z urucho­mienia tu właśnie cukrowni, co pozwoliło na wzrost zamożności miesz­kańców, urbanizację wioski i jej kulturalny rozwój — była tu nawet świetlica, szkoła dla dzieci pracowników, a nawet szpital dla ubogich, mający długo­letnią tradycję od 1737 roku — nieszczęście przyszło nagle. Kryzys owych czasów nie ominął i jasie­nieckiej cukrowni. Z szesnastu członków założycieli i kilku­dzie­sięciu udzia­łowców, zaczęli się wykruszać mniej majętni i bardziej narażeni na rynkowe kaprysy. Popyt na cukier — mimo pewnego zapotrze­bowania — i taniego surowca produ­ko­wanego we wzorcowych wówczas gospo­dar­stwach Suskich i Janaszów w Dańkowie i innych majątkach w okolicach Jasieńca, znacznie zmalał. Upadek firmy był nieuchronny. Co przezor­niejsi pozbywali się akcji ratując co się da, inni po prostu zbankrutowali.

Cukrownia zakończyła swoją działalność w 1927 roku, zmuszając wielu pracowników do zarobkowej emigracji do nieda­lekiej Warszawy i do nędzy tych, których na ową emigrację stać nie było, choćby z braku odwagi. Ostatnim dyrektorem cukrowni był Stanisław Waligórski. Zawiesiła działalność — z powodu braku sponsora — Straż Ogniowa i pokryły się patyną niegdyś złociste hełmy junaków. Wioska stała się smutna i szara. W dawnych budynkach cukrowni zloka­li­zowano składy i magazyny rolnicze, przejęte przez zarząd komisa­ryczny. Wkrótce zresztą i te zmieniły właściciela. W niektórych pomieszczono szkołę do dziś zresztą istniejącą pod szyldem Szkoły Mecha­nizacji Rolnictwa. Znikły pozostałe urządzenia i maszyny, a w dawnym budynku admini­stracji cukrowni przez lata miał swoją siedzibę Urząd Gminy.

Pasmo niepo­wodzeń trwało. Przeżył Jasieniec trudne lata okupacji. Z trudem wielkim egzystował w powojennej rzeczy­wi­stości. W roku 1962 została zlikwi­dowana trakcja osobowa kolejki łączącej Jasieniec przez Grójec i Piaseczno z Warszawą, a w roku 1965 uległa likwidacji trakcja towarowa. Fascy­nowano się wówczas możli­wością manewrową i tanią eksplo­atacją samochodów. Zamknięto drugie okno Jasieńca.

W tym mniej więcej okresie nastąpił kolejny zwrot w dziejach wsi. Co światlejsi rolnicy posyłali swoje dzieci do szkół, a te wracały z nich pełne wiedzy i zapału. Na niezbyt urodzajnych gruntach poczęły wyrastać jabłoniowe sady, ziele­niejąc się wśród pól i skrząc różno­barwnym kwiatami wiosną. Jasieniec zamożniał. Był to efekt owej trady­cyjnej już zadziorności i uporu jasie­nieckich ludzi, pomnych na swój histo­ryczny rodowód. Zresztą różnie z tą historią bywało i choć niektórzy mieszkańcy gminy biedę klepali, to uporu, wytrwałości i hartu było w nich wiele. Być może cechy te pozostały po licznej tu niegdyś szlachcie zagonowej biedującej w sąsiednich Tworkach i Gośnie­wicach, których w wieku XVI spora tu ilość była. Nawet w rodowych Gośnie­wicach zagonów już im nie stało. Ba, sami Gośniewscy herbu Nowina liczyli w roku 1504 tylko 10 głów, ale w roku 1540 już 25. Taką biedę klepali, że zmuszała ich ona do wynaj­mowania się za płatnych, a fałszywych świadków w różnych sądowych sporach pieniaczy, przecież jednak zamoż­niejszych od nich. Wszystko dla chleba. Może i bieda zmuszała ich do tego, może wrodzone warcholstwo i choć sławni byli z tego, to sławniejsi byli jako niezwykle bitni żołnierza, sławę Jasieńca i Gośniewic daleko poza granice Rzecz­po­spolitej niosąc. Znano ich dzielność nawet w Prusach!

Niewiele już śladów pozostało po jasie­nieckiej cukrowni, w miejscu gdzie dziś się znajduje szkolne boisko sportowe. Biegające tam dzieci nawet nie wiedzą, iż przed niewielu przecież laty, miejsce to było obiektem dumy miesz­kańców Jasieńca, ich źródłem egzystencji i…pożądania przybyszów. O cukrowni nie pozostały nawet słodkie wspomnienia! Zapomnienie pochłonęło ją tak samo, jak podobne jej zakłady w okolicy: młyn parowy w Falęcinie czy fabryki płótna w Grójcu i Błędowie.

Jedynym śladem tamtych czasów są na pewno dość dobrze zachowane okoliczne dwory i ich pozostałości położone w okolicach Jasieńca. Wiele przetrwały, ale świadczą o solidności wykonania, okraszonego dywidendami z jasie­nieckiej cukrowni. Warto popatrzeć na piękne budowle w nieda­lekich Pabie­ro­wicach, Turowicach, Woli Boglewskiej czy Woli Łychowskiej. Trzeba odwiedzić przepiękne Warpęsy rodziny Suskich. Wspaniała to historia i temat na wiele opowiadań. Dzieje każdej z tych miejscowości to swoista lekcja tradycji i patriotyzmu, lekcja historii.

Mimo wielu zmian, zatarcia śladów dawnej pięknej przeszłości, jest dziś Jasieniec dużą wsią gminną i siedzibą władz lokalnych. Nadal dominuje nad okolicznymi wioskami i jest stolicą parafii obecnie pod wezwaniem Wniebo­wstą­pienia Najświętszej Marii Panny. Takim chyba już pozostanie. Jak dawniej sąsiaduje z Czerskiem, którego miano powoli wychodzi z użycia. Choć ten ostatni nadal pozostaje odrębną jednostką admini­stracyjną, to dziś rzadko już kto przyzna się do tego, że mieszka w Czersku, cedując to na rzecz Jasieńca.

W miarę upływu czasu wiele się wokół Jasieńca zmieniło. Popadające niegdyś w ruinę okoliczne dwory we wspomnianych już miejsco­wo­ściach, zaczynają żyć ponownie. Pieczo­łowicie restau­rowane, tkwią w otacza­jących je pięknych parkach i choć wszystkie wymagają jeszcze wielu prac, są świadectwem. tych, którzy w niech niegdyś mieszkali, przyczy­niając się walnie do niegdy­siejszej, a może i dzisiejszej sławy Jasieńca. Może owa wielkość wynika z nadmiaru lokalnego patriotyzmu miesz­kańców, pomnych że właśnie tu istniał niegdyś zakład, którego już nie ma i nigdy już chyba w tym regionie nie będzie.

Nazwa jasie­nieckiego przysiółka Czersk pozostała tylko dla podtrzymania tradycji, choć może dziwnym zrządzeniem losu, nazwa ta podtrzymuje pamięć o wielko­prze­my­słowych ambicjach Jasieńca.

Autor: Andrzej Zygmunt Rola — Stezycki, Dyrektor