Kajakarstwo sportowe – od 1930 do 1939
Kajakarstwo sportowe – od 1930 do 1939
Równolegle do kajakarstwa turystycznego także i sport kajakowy rozwijał się dynamicznie i szybko nadrabiał opóźnienia.
Jedną z pierwszych imprez sportowych wyłącznie dla kajakarzy były prawdopodobnie długodystansowe regaty na Sole, między Żywcem, a Oświęcimiem, zorganizowane w 1929 r. przez Klub „Hellas” i Klub Kajakowy Kanoistów. Do wyścigu, ze względu na wysoki stan rzeki – dopuszczono tylko ośmiu doświadczonych kajakarzy. W tym samym roku w Poznaniu odbyły się pierwsze regaty między klubowe.
W 1932 r. sekcja kajakowa KW „Wisła” zorganizowała pierwsze mistrzostwa Warszawy, w których startowali zawodnicy z 20 sekcji i klubów. Uczestnik tych mistrzostw Władysław Rutkowski, do dziś przechowuje program imprezy. Pamięta też, że jedna z warszawskich firm ofiarowała na nagrody duże piłki plażowe, wchodzące wtedy właśnie w modę. Był on zresztą pierwszym w Polsce zawodnikiem, który na wzór wioseł widzianych za granicą, ustawił pióra pod kątem 90 stopni względem siebie, tak jak to stosuje się ciągle jeszcze w kajakarstwie regatowym. W 1932 r. w Bydgoszczy odbyły się mistrzostwa Pomorza.
Pierwsze związkowe ogólnokrajowe regaty kajakowe rozegrano w 1932 roku na jeziorze Garczyn koło Kościerzyny. Podczas tej imprezy odbyły się 4 wyścigi o tytuły mistrzów Polski. Natomiast oficjalne, o pełnym programie mistrzostwa Polski zorganizował na Wiśle w roku następnym okręg krakowski, a kolejne MP odbywały się rokrocznie, z tym że od 1936 r. do wybuchu drugiej wojny światowej organizowane je w Pucku na Zatoce. Rozgrywano konkurencje kajakowe i to nie tylko na sprzęcie wyczynowym, lecz także na turystycznym i na składakach.
W okresie międzywojennym kontakty międzynarodowe polskich kajakarzy klasycznych były stosunkowo nieliczne. Jedną z pierwszych imprez, w jakiej brali udział, były I Mistrzostwa Europy w Pradze w 1933 r. Polacy startowali jedynie w konkurencji składaków zajmując niestety ostatnie – siódme i ósme miejsca. Jednakże start w tych mistrzostwach, w których uczestniczyli kajakarze z 14 państw, pozwolił na zdobycie pierwszych doświadczeń i zorientowanie się w kierunkach rozwojowych wyczynowego sportu kajakowego.
W okresie międzywojennym mistrzostwa Europy rozegrano tylko raz w 1934 r. w Kopenhadze. Zwyciężyli w nich Niemcy. W roku 1935 zawodnicy polscy uczestniczyli w międzynarodowych regatach w Sopocie. Przygotowania prowadzono na wodach Zatoki Puckiej. Obóz treningowy, pierwszy w historii polskiego kajakarstwa, zorganizowano na Helu. Jak wspomina uczestnik tego zgrupowania, ówcześnie reprezentant Polski, a po wojnie Prezes Polskiego Związku Kajakowego – Antoni Bazaniak, treningi prowadzono na trasie z Helu do Jastarni. Start w Sopocie nie przyniósł jednak poważniejszych sukcesów.
Premierą spotkań międzypaństwowych stał się mecz Polska-Niemcy rozegrany we Wrocławiu w dniu 18 maja 1936 r. Nasza reprezentacja niestety przegrała.
Dopiero na Kongresie MKOl w 1934 r. w Atenach wprowadzono kajakarstwo do programu Igrzysk Olimpijskich. Zadecydowano także, że pierwsze regaty odbędą się podczas Igrzysk XI Olimpiady w Berlinie. Program przewidywał jedynki i dwójki kajakowe i kanadyjki na dystansie 1000 m oraz na 10 000 m jedynki i dwójki składaki i kajaki oraz dwójki kanadyjki. Na starcie stanęli kajakarze z 19 krajów.
Polskę reprezentowali Antoni Bazaniak i Marian Kozłowski w kategorii sportowej dwójek sztywnych, czyli K-2 na 10 000 m. Zajęli 11 miejsce. Mówiąc o tym starcie -oprócz młodego wieku i niedoświadczenia polskiej obsady – trzeba także wziąć pod uwagę sprawę sprzętu. Polska dwójka wiosłowała wtedy na ciężkich kajakach własnej produkcji wykonanych według projektu inż. Plucińskiego. Co prawda na Igrzyska w Berlinie A. Bazaniak i M. Kozłowski otrzymali kajak w prezencie od swego trenera Niemca Ericha Arndta, ale wykonany był on z klepki cedrowej i ważył 36 kg, podczas gdy przeciwnicy dysponowali już wówczas sprzętem o około 16 kg lżejszym.
Trzeba podkreślić, że od Igrzysk Olimpijskich w Berlinie do I Kajakowych Mistrzostw Świata w szwedzkiej miejscowości Vaxholm, podniósł się bardzo poziom polskiego kajakarstwa. Mistrzostwa odbyły się w dniach 6 i 7 sierpnia 1938 r. Polskę reprezentowało wówczas trzech zawodników: Czesław Sobieraj z Harcerskiej Drużyny Wilków Morskich z Poznania oraz dwójka toruńska: W. Wejszewski i E. Lisiński. Obie osady startowały w konkurencjach długodystansowych, na 10 km. Wspaniały sukces odniósł Czesław Sobieraj, który w walce z 17 przeciwnikami zdobył srebrny medal. Zwyciężył Szwed Karl Widmark, natomiast brązowy medal wywalczył jego rodak Egon Nilsson.
Znacznie mniej do powiedzenia w swojej konkurencji miała polska dwójka. Ostatecznie zajęła ona 9 miejsce pozostawiając za sobą osady Danii, Czechosłowacji, Łotwy i Anglii. Obie polskie osady startowały także na 1000 m. Czesław Sobieraj zajął w finale wysoką, czwartą pozycję, natomiast osada pomorska odpadła w półfinale. Nieoczekiwanie jednak Polska zajęła wysokie miejsce w ogólnej punktacji, gdyż mając tylko dwie osady uplasowała się na szóstej pozycji, na 14 startujących krajów.
O wartości ówczesnego polskiego kajakarstwa sportowego świadczył także fakt, że w 1935 r. wiceprezes PZK major Waldemar Sekunda udał się do Rumunii, by organizować tam kajakarstwo. Dwa kajaki ofiarowane wówczas przez PZK stały się zalążkiem rumuńskiego sprzętu regatowego.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że w roku 1934 zaczęto również organizować mistrzostwa kraju w konkurencjach górskich. Tak więc pogromcy dzikich wód czyli kajakarze górscy mają niewiele krótszą historię niż ich koledzy startujący na spokojnych wodach.
Pierwszych zjazdów zaczęto dokonywać od roku 1880 alpejskimi rzekami: Izerą, Uchem, Innem na starych łodziach wioślarskich. Była to dodatkowa rozrywka członków sekcji wioślarskich klubów szwajcarskich, austriackich i niemieckich. Natomiast pierwszym kajakarzem, który spłynął górską rzeką był wspomniany wyżej, wynalazca składa – Alfred Heurich. Jego wyczyn, spływ „Delfinem” Izerą z Tlz do Monachium w 1905 r., potwierdził przydatność tego typu łodzi do wędrówek po górskich rzekach. W dwa lata później, kiedy zaczęto produkować składaki fabrycznie, na dużą skalę, spływy rzekami Tyrolu i Bawarii stały się bardzo popularne. W ten sposób doszło do pierwszych zawodów zorganizowanych w 1921 r. W dniach 16 i 17 lipca odbyły się na Izerze regaty składaków na trasie, którą przebył 30 marca 1905 r. Alfred Heurich. Od tego czasu imprezy tego rodzaju stały się w krajach alpejskich coraz częstsze, a z biegiem lat przeniosła się ta dyscyplina sportu do innych części Europy. Stopniowo zaczęto ulepszać regulaminy, wprowadzać systematyczny trening zawodników, unowocześniać sprzęt. Początkowo startowano tylko na kajakach, natomiast kanadyjki (również składane) po raz pierwszy poddano próbie w dniu 30 lipca 1926 lipca 1926 r. na Izerze. Ponieważ próba ta była udana, ten typ łodzi znalazł się w programach następnych regat. W dniu 8 października 1933 roku również Szwajcarzy zorganizowali pierwszy slalom na górskiej rzece Aar w pobliżu Rapperswilu. Slalom ten uznany później został przez Międzynarodową Federację Kajakową za pierwszy, historyczny start nowej konkurencji kajakarstwa górskiego. Zdobywała ona bardzo szybko popularność i w ciągu paru lat zaczęto uprawiać ją już w kilkunastu krajach Europy.
W Polsce prekursorami kajakowania po wodach górskich byli członkowie krakowskich klubów wioślarskich: J. Fischer i A. Grabski z oddziału wioślarskiego „Sokoła” oraz prof. L. Leszko z sekcji wioślarskiej AZS. Pływali oni w latach dwudziestych po Dunajcu. Dzięki „Przeglądowi Sportowemu” i „Sportowi Wodnemu” spopularyzowany został w naszym kraju kajak składany, a tym samym powstały warunki szybkiego rozwoju kajakarstwa górskiego.
Kolebką polskiego kajakarstwa górskiego stała się Szczawnica, gdzie w czerwcu 1933 r. otwarto pierwszą przystań Pienińskiej Sekcji Kajakowej. Sekcja ta działała przy miejscowym Oddziale Towarzystwa Sportowego „Wisła”. Jego założycielami byli: Dr Artur Werner i Czesław Winiawski. Kajakarstwo górskie jako pierwsi uprawiali mgr Adam Pilecki, Franciszek Ciesielka, Wojciech Piecyk i Franciszek Majerczuk. Sprzęt dostarczał sekcji szkutnik Franciszek Ciesielka, prowadzący jednocześnie wypożyczalnię kajaków. Następnym ośrodkiem kajakarstwa górskiego stał się Nowy Sącz.
W dniach 20 i 21 maja 1934 r. odbył się I Międzynarodowy Wyścig Górski o Mistrzostwo Polski, zorganizowany przez PZK i sekcję kajakową TS „Wisła”. Wzięli w nim udział zawodnicy z Austrii, Czechosłowacji i Niemiec oraz oczywiście Polacy. Trasa z Nowego Targu do Nowego Sącza miała około 90 km długości, a zawodnicy przebywali ją w dwóch etapach: Nowy Targ – Szczawnica i Szczawnica – Nowy Sącz. Tylko w dwójkach mieszanych wygrała polska osada – Mucha i Górska, w innych kategoriach zwyciężyli kajakarze zagraniczni.
Pierwszy slalom przeprowadzono w Polsce w tymże roku, w Krakowie na Wiśle i miał on charakter biegu zręcznościowego tzw. „Gymkhany”.
Trzeba mocno podkreślić, że sukces Czesława Sobieraja na I Kajakowych Mistrzostwach Świata w Vaxholm był świadectwem pozycji jakie polskie kajakarstwo pod koniec łat międzywojennych zajmowało w Europie. Odnosiliśmy zresztą już nie tylko sukcesy sportowe, lecz przede wszystkim organizacyjne. Polscy delegaci byli aktywnymi uczestnikami kongresów JRK wnosząc swój poważny wkład do rozwoju światowego kajakarstwa. W roku 1938 major Waldemar Sekunda został wybrany na przewodniczącego Komisji Sportowej JRK, a Kongres przyznał Polsce organizację mistrzostw świata w 1942 r. Miały się one odbyć w Augustowie. W związku z tym w kwietniu 1939 r. obradowało w Warszawie prezydium JRK, które przeprowadziło również wizytację miejsca planowanej imprezy. Wybuch drugiej wojny światowej przekreślił te projekty, chociaż JRK nie zawiesiła swej działalności i funkcjonowała jeszcze do 1942 r.
Roman Klim
Kajakarstwo turystyczne od 1930 do 1939
Kajakarstwo turystyczne od 1930 do 1939
Lata 30-te XX w. stanowią najwspanialszy okres rozkwitu polskiego kajakarstwa. Niezwykle dynamicznie rozwijało się polskie kajakarstwo w okresie od powstania PZK do wybuchu II wojny światowej. W tym czasie prowadzono niezwykle wytężoną pracę organizacyjną. Główny jej kierunek stanowiła oczywiście turystyka, rozwijająca się żywiołowo. Niemała była w tym zasługa wielu wybitnych działaczy. Dzięki talentowi organizacyjnemu Marii Podhorskiej-Okołów powstawały obiekty turystyczne, kluby, organizowano spływy, wystawy sprzętu… Oprócz niej działała cała plejada wspaniałych i oddanych sprawie działaczy. Choć tylko z nazwiska wymienić należy: braci W.R. Drygów, M. Ohli, O. Chlamtatscha, T. Grabowskiego, T. Czajkowskiego, L. Sołtysa, S. Gabryszewskiego, L. Leszka, W. Rzońca, T. Przybylskiego, E. Michalika, S. Andruszewicza, C. Woźnego, E. Muszelskiego, Z. Baumgart-nera, B. Jastrzębskiego. Byli także Rothowie, Nideccy i wielu innych.
W tym czasie podjęto produkcję lekkiego, o ciężarze 25 kg kajaka składanego w Zakładach Kauczukowych w „Piastowie”. W ramach zagospodarowania szlaków wodnych powstało 15 stanic wodnych i 17 stanic kajakowych, głównie nad Brdą (10), na Pojezierzu Brodnickim oraz Suwalsko-Augustowskim .
Gwałtownie rośnie ilość spływów i imprez kajakowych. I tak np. w 1931 r. sześciu maturzystów z Ostrowca Świętokrzyskiego, na zbudowanych przez siebie drewnianej konstrukcji – dwuosobowych kajakach „Neptun”, „Delfin” i „Syrena” odbyli spływ Kamienną i Wisłą do Bałtyku, po czym już Zatoką Gdańską do Gdyni i Helu. Spływ trwał w sumie 20 dni, nie licząc kilkudniowych postojów na zwiedzanie. Szybkość płynięcia wyniosła około 9 km/h, pokonano trasę długości 640 km. Godnym podkreślenia jest fakt, że wszyscy uczestnicy tej trudnej wyprawy (K. Dybowicz, M. Morawiecki, J. Rylski, S. Szafrański, H. Summ i A. Żebrowski) byli nowicjuszami w kajakowaniu. Wypłynęli oni z Ostrowca 9 czerwca, a dopłynęli do Gdyni 5 lipca, przy czym na Kamiennej musieli sforsować 14 młynów i jazów.
Z każdym rokiem wzrastała liczba członków w Klubach. Na przykład w Kolejowym Klubie Wioślarskim w Krakowie liczba członków powiększyła się w 1932 r. o 21 osób i liczył on 34 osoby. W sezonie tegoż roku tylko ten jeden Klub zorganizował 303 wycieczki kajakowe i wioślarskie, pokonując 38 708 km. Bardziej doświadczeni członkowie odbywali spływy zagraniczne – Prutem i Dunajem do Morza Czarnego oraz z Czerniowiec do Warny. Młodsi koledzy spływali Wisłą do Bałtyku i dalej do Helu. W 1939 r. Klub ten liczył już 66 osób. Zorganizował 197 wycieczek a jego członkowie przepłynęli w sumie 35 589 km, przy czym za najpoważniejszy kajakowy wyczyn należy uznać opłynięcie na składakach Sycylii przez M. Plebańczyka, Z. Figułę, E. Naglera i B. Dziewińskiego.
Tradycją zaś tego Klubu stało się pływanie Wisłą na trasie Kraków-Bałtyk, co uczyniono w tym roku kilkakrotnie.
Wiosną 1932 roku w Warszawie przy Wale Miedzeszyńskim pod numerem 9 otwarto stanicę Sekcji Wodnej Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. W jej budynku mieściły się pomieszczenia klubowe, szatnie, ciemnia fotograficzna, dwie łazienki i prysznice. Było też 5 boksów na 45 kajaków, 80 szafek na sprzęt i ubrania członków Sekcji. Prezesem Sekcji był Władysław Gruszczyński, wiceprezesem i zarazem szefem przystani Adam Wisłocki, a gospodarzem Maria Podhorska-Okołów. Sekcja liczyła 65 członków, z których 30 przepłynęło w roku 1932 16 000 km, a rekord pobiła Halina Zasztowtowa przepływając kajakiem 2000 km.
Rozwojowi turystyki kajakowej sprzyjała niczym nie krępowana swoboda poruszania się po wodach śródlądowych, a także morskich. Pomocną w tym względzie była możliwość przewożenia kajaków tanim, ale jednocześnie bardzo solidnym transportem kolejowym, co umożliwiało realizację dłuższych, wielodniowych wypraw do odległych zakątków kraju, by jak najwięcej zwiedzić i dotrzeć tam, gdzie szlak nie był jeszcze przetarty. Przejazdy nie były trudne, ponieważ kolejowe wagony bagażowe zabierały sprzęt turystyczny i kajaki bez ograniczeń.
W roku 1933 miało miejsce kilka znaczących wydarzeń. Jego najgłośniejszą imprezą wodną był odbyty w czerwcu i lipcu -gigantyczny jak na owe czasy – spływ Wisłą pod hasłem „Przez Polskę do morza”. Jej organizatorem była Liga Morska i Kolonialna przy wydatnej pomocy Państwowego Urzędu przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego. Komandorem Spływu był generał brygady Stanisław Kwaśniewski – kierownik Wydziału Żeglugi Śródlądowej przy Zarządzie Głównym LMiK. Do Torunia był to spływ gwiaździsty w oparciu o własne plany, natomiast 4 sierpnia wszyscy uczestnicy spotkali się w tym mieście – obchodzącym 700-lecie -aby go zwiedzić. Następnego dnia ogromna liczba kajaków, łodzi wiosłowych i żaglownych wyruszyła na trasę: Fordon-Chełmno-Grudziądz-Gniew-Tczew-Gdańsk.
W Gdańsku uczestników spływu załadowano na holowniki i „Dar Pomorza” i przewieziono do Gdyni. Płynięto w grupach województwami. W spływie uczestniczyli wodniacy z całej Polski. Wzięło w nim udział 2100 uczestników i około 1000 łodzi. Wśród uczestników bracia Roman i Janusz Zalescy i Adolf Nowicki pokonali 2958 km, a Jan Paprocki i Zbigniew Więcek przepłynęli 2750 km. 12 listopada 1933 r. w niedzielę w sali kinoteatru „Stylowy” w Warszawie odbył się uroczysty pokaz filmu o spływie „Przez Polskę do morza”.
Innym, również ważnym wydarzeniem tego roku było otwarcie nieco wcześniej pierwszej Ogólnopolskiej Wystawy Kajakowej, Turystyki Wodnej i Wioślarstwa połączonej z targami. Jej organizatorem był Klub Wioślarski „Wisła” w Warszawie, w porozumieniu z Polskim Związkiem Kajakowym i Polskim Związkiem Żeglarskim. Wystawę zorganizowano w dniach od 17 kwietnia do 8 maja na terenach wystawowych „Bagatela” w Warszawie. Miała ona niezwykle bogatą ofertę zawartą w siedmiu działach, ogarniającą całokształt problematyki wodniackiej i o szerokiej skali rozpiętości tematycznej, w której kajakarstwo było jednym z fragmentów, zresztą bardzo znaczącym. Najbardziej okazałe eksponaty i największe stoiska należały do Stoczni Łodzi Władysława Urbaniaka z Poznania. Firma ta obok regatowych łodzi wioślarskich i jolek dała przegląd kilku typów kajaków. Uwagę zwracał luksusowy kajak kryty afrykańskim gabonem o mosiężnych okuciach, dwuosobowy i przystosowany do żagla (cena 420,- zł). Stocznia Modlińska Państwowych Zakładów Inżynierii obok ślizgaczy pokazała kajaki sosnowe w cenie 90,-zł. Kajak typu „Delfin” Fabryki Wyrobów Gumowych „Wolbrom”, zaopatrzony był w nowość – w boczne komory powietrzne oraz wewnętrzne torby na przybory i bagaż. Kajak ten można było złożyć w dwa ręczne pakunki o łącznym ciężarze – wraz z wiosłami – 35 kg (cena 410,- zł). Fabryka Wyrobów Drzewnych hr. Larissch-Mnnicha w Jaworzu na Śląsku zaprezentowała kajaki, składane zwane „Polski Pionier” (cena 510 zł.) Fabryka Śmigieł i Wyrobów Drzewnych (Szamański i Ska) pokazała kajak ze sklejki o gr. 3 mm, bardzo mocny lecz ciężki. Kajak aluminiowy o wadze 28 kg (cena 500 zł) został wyeksponowany przez Firmę „Perun”. Zakłady Kauczukowe „Piastów” wyszły na rynek z nowym typem kajaka uprzednio nie używanym, o nowej konstrukcji szkieletu i siedmiowarstwowej powłoce gumowej. Fabryka Fornierów i Dykty braci Konopackich w Mostach zastosowała do budowy kajaków sklejkę „hydroplanową”, odporną na wilgoć. Kajaki tego rodzaju wyrabiały Mazowieckie Warsztaty Szkutnicze w Płocku. Na uwagę zasługiwały wyroby uczniów Szkoły Rzemiosł w Aleksandrowie oraz Państwowego Instytut Robót Ręcznych w Warszawie. Instytut przedstawił kilka typów kajaków zaprojektowanych przez inż. Paulego. Z polskich wytwórców były jeszcze wyroby Ernesta Jenknera z Bielska i Jana Lahna z Chojnic, a z zagranicznych „Klepper” z Niemiec i Związku Producentów Czeskich. Trzeba podkreślić, że idea wystawy znakomicie wyszła naprzeciw 35-tysięcznej rzeszy kajakujących wówczas w Polsce.
Powodzenie i sukces spływu „Przez Polskę do morza” w 1933 r. spowodowały, że ci sami organizatorzy urządzili go ponownie w 1934 r. pod hasłem „Cała Polska do morza”. Spotkały się na nim zespoły uczestników z niemalże wszystkich naszych rzek, aby ponownie udokumentować ich wartość nie tylko jako śródlądowych szlaków wodnych (co było oczywiste), ale podkreślić znaczenie ich związków i zespolenia z morzem i wyjścia w szeroki świat. Postanowiono, że Spływ zatrzyma się w Warszawie, w dniu otwarcia III Światowego Zjazdu Polaków, to jest 5 sierpnia, po czym wyruszy do Gdyni. W imprezie uczestniczyło 1400 osób i 773 łodzie.
W 1934 r. ustanowiono Turystyczną Odznakę Kajakową. Miała ona zachęcać do uprawiania tej dyscypliny turystyki. I rzeczywiście patrząc z perspektywy czasowej, można stwierdzić, że doskonale spełniła tę rolę.
W roku 1934 było już 57 klubów i sekcji kajakowych zrzeszonych w Polskim Związku Kajakowym. W latach 1935-1939 kajakarstwo turystyczne objęło swym zasięgiem już cały kraj. Na ogólną liczbę 9300 członków Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, do Polskiego Związku Kajakowego należało 7500. Oprócz uprawianej indywidualnie i w klubach turystyki kajakowej urządzane były ogólnopolskie spływy kajakowe na Brdzie i Dunajcu, które w latach późniejszych stały się międzynarodowymi i trwają do dzisiaj. I Międzynarodowy Spływ Kajakowy Brdą na Trasie Charzykowy-Bydgoszcz odbył się w 1937 r. Został także zrealizowany pierwszy kurs kierowników wycieczek, obozów i spływów kajakowych. Równocześnie organizuje się inne spływy dla cudzoziemców. Zawsze wyjeżdżają z Polski pod urokiem naszych szlaków wodnych. Niemałym naszym osiągnięciem było przyznanie Polsce przez I.R.K. (Międzynarodową Organizację Kajakową) w roku 1938 -I miejsca za najlepszą działalność turystyczną. Nie mniejszym sukcesem było powołanie w tym samym roku do Zarządu I.R.K. naszej przedstawicielki – Marii Podhorskiej – Okołów, jako wybitnej specjalistki do spraw turystycznego kajakarstwa. Był to niewątpliwie jej osobisty sukces, ale także wyróżnienie dla polskiego kajakarstwa turystycznego. Wydarzeniem bez precedensu do dzisiaj było także uznanie przez I.R.K. języka polskiego za jeden z oficjalnych języków tej federacji, a także przyznanie Polsce prawa organizowania II Mistrzostw Świata w Augustowie w 1942 r.
Godnym podkreślenia jest fakt, że w 1938 r. funkcjonowały w Polsce 143 kluby kajakowe oraz 326 przystani i stanic wodnych.
Roman Klim
Początki kajakarstwa w Polsce
Początki kajakarstwa w Polsce
Kajakarstwo w Polsce rozwinęło się znacznie później niż w innych krajach. Co prawda pierwszą wzmiankę znajdujemy jeszcze w prasie ubiegłego stulecia, ale w sumie próby były nieśmiałe i nieliczne, nie budzące żadnego oddźwięku w społeczeństwie. W dniu 26 maja 1887 r. na łamach „Kuriera Warszawskiego” ukazała się wzmianka, w której czytamy m.in.: „Niespodziewany, a tak przez drużynę wioślarską upragniony przybór wody pobudził do życia młodą instytucję. Łachy piaszczyste, do niedawna złowrogo wyzierające z wody, nawet najbardziej zamiłowanych w sporcie wioślarzy zniechęcały do jazdy i odbierały energię. Z chwilą jednak podniesienia się poziomu rzeki, mnóstwo łodzi rasowych zaroiło się na Wiśle, a gigi, raceboty, skulingi, ośmiowiosłowki i kajaki dokazywały cudów zręczności. Nastał więc już przedregatowy sezon”. Dalsze wzmianki o kajakowych zawodach znajdujemy w „Kurierze Warszawskim” z 1896 r. Zorganizowane zostały przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, które powstało w roku 1878, a zalegalizowane zostało przez władze carskie w cztery lata później. Otóż WTW oprócz działalności zasadniczej prowadziło także różne inne sekcje, jak np. gimnastyki, kajakową, szermierczą itp. Podczas regat organizowanych przez WTW startowali również kajakarze. Ich wyścigi poprzedzały zmagania wioślarzy. Pierwsze wyścigi kajakarzy odbyły się w 1896 r. na Wiśle, na dystansie 1000 metrów.
Uczestniczyło w nich trzech kajakarzy: Stanisław Siwko, Adolf Normark i Dymitryj Mokryjewicz. Wyścig rozegrano z biegiem rzeki. Pierwszy do mety dopłynął Stanisław Siwko na kajaku „Zuch” przed Adolfem Normarkiem na „Karle”. Trzeci kajak nazywał się „Smyk”. Turystyka wodna nie była obca ówczesnym Polakom, jednakże nie można jej zaliczyć do kajakarstwa. Już w roku 1872 ojciec polskiej turystyki wodnej Zygmunt Gloger organizował swe pierwsze wycieczki łodzią po Niemnie, Wiśle, Bugu i Biebrzy. Jego poprzednikiem był poeta i geograf Wincenty Pol, który w 1858 r. zachwycał się spływem Dunajcem, odbytym łódką przez, jak to dawniej nazywano, Pieniński Wyłom. Prawdziwy wybuch turystyki już naprawdę kajakowej nastąpił zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległego bytu. W 50 lat po wędrówkach Glogera kontynuatorami jej, jak pisze w swoich wspomnieniach Marian Plebańczyk, jeden z tych, co ukochali kajakarstwo, byli: „… tacy późniejsi jej luminiarze, jak Arkady Fiedler, który nim wybrał się po „Ryby śpiewające w Ukajali” i do „Kanady pachnącej żywicą”, najpierw w 1924 r. przepychał się „Przez wiry i porohy Dniestru” czy też Władysław Grzelak, który zdobywał swe ostrogi rasowego włóczęgi wodnego płynąc „Łódką z biegiem Wisły”. Zanim arcymistrz włóczęgów, Wacław Korabiewicz, wybierze się „Kajakiem do minaretów” na polskich rzekach uczy się rzemiosła wodniackiego, które – trzeba to przyznać – opanował po mistrzowsku. Zanim mistrz narracji Melchior Wańkowicz, będzie po drugiej wojnie światowej, trochę snobistycznie, poszukiwał „żaby” – to w zaraniu polskiej turystyki z większym nabożeństwem w sercu i radością w duszy będzie penetrował podwarszawskie rzeczki i rzeczułki, a później znajdzie się „Na tropach Smętka”.
Trzeba dodać do słów M. Plebańczyka, że wśród tych prekursorów znaleźli się Stanisław Rischka ze Lwowa, Antoni Grabski, L. Leszko, sam. M. Plebańczyk z Krakowa i Maria Podhorska – Okołów.
W tym okresie bujnego rozwoju polskiego kajakarstwa zarówno turyści jak i sportowcy należeli do klubów i stowarzyszeń narciarskich oraz wioślarskich. Dlatego też bardzo trudne do uchwycenia są prawdziwe początki kajakarstwa. Wiadomo, że pierwszy samoistny klub kajakowy powstał dopiero w 1924 r. Ze wspomnień seniorów polskiego kajakarstwa oraz nielicznych źródeł pisanych wynika, że ten pierwszy klub powstał w Mysłowicach i nazywał się „Hellas”. Jak czytamy w „Sporcie Wodnym” z maja 1926 r. klub początkowo liczył 9 członków z 4 łodziami, lecz już po upływie czterech miesięcy liczba członków wzrosła do 16, a łodzi do dziesięciu (4 jedynki i 6 dwójek). Ciekawa jest również informacja, że podczas zabawy składakowców, jaka odbyła się 1 lutego 1927 r. przeprowadzono zawody, podczas których padł, o czym sami zainteresowani zapewne nie wiedzieli, pierwszy nieoficjalny rekord Polski: dwóch członków klubu złożyło składak – dwójkę w czasie 9 minut. Pierwszym prezesem owego jednosekcyjnego, samoistnego polskiego klubu kajakowego był dr Kos.
Ten okres bardzo ciekawie wspomina Władysław Grzelak, który po raz pierwszy dosiadł składaka w 1927 roku. Pisze o tym, że jeden z założycieli Klubu „Hellas” trudnił się uboczną sprzedażą składaków sprowadzanych z Niemiec, trochę różniących się od słynnego Kleppera i tańszych. Było to wówczas bodaj pierwsze źródło w Polsce, gdzie można było zaopatrzyć się w składak. Tam też Władysław Grzelak razem z T. Guzowskim, za mniej więcej dwutygodniowy zarobek, zakupili składak, odznaczający się ładną linią i przyjemnym kolorem. Od razu też nastąpił chrzest wodny nowego składaka. Wprost z miejsca zakupu czyli z Mysłowic „Pstrąg” jak torpeda śmignął przez „trójkąt” niegdyś trzech cesarzy, gdzie zlewają się dwie Przemsze: Biała i Czarna. Po wielogodzinnym wiosłowaniu, minąwszy „gruzy Tyńca prastare” zatrzymali się w Krakowie. Następnie bez namysłu udali się koleją do Nowego Targu, a stamtąd dorożką do Czorsztyna. Dunajec urzekł ich swym czarem w Pieninach. Olśnieni płynęli, a raczej spadali z progów rozhukanej rzeki. „Pstrąg” był jednym z pierwszych, a może i pierwszym składakiem, widzianym przy „Zbójnickim Skoku”. Potem całe ich roje ciągnęły na Dunajec. Sława tej niezwykłej rzeki rozniosła się szeroko wśród wodniaków. Były lata gdy połowa kajakowców warszawskich Zielone Świątki spędzała w Pieninach. Wziąwszy na Przemszy, Wiśle i Dunajcu ślub ze składakiem, byli nienasyceni w podróżach poślubnych. Nastąpił wtedy jeszcze jeden przerzut koleją ze Starego Sącza do Sambora na Dniestr. Na trzecim etapie swej inauguracyjnej wędrówki „Pstrąg” spływał spokojnie, bez wstrząsów, obok „wirów i porohów” przez pełne osiem dni aż do wyznaczonej mety w Zaleszczykach.
Stwierdzone ponad wszelką wątpliwość wybitne zalety turystyczne składaka sprawiły, że w roku 1928 już nie wrócili na łódź wioślarską. Z „Pstrągiem” w trzech torbach wybrali się na „Niemen het precz”, jak mówi piosenka, aż do Stołpców. Przez szereg dni ta śliczna wstęga wodna, opiewana w polskiej poezji, powieści i piosence snuła się przed ich zachwyconymi oczami. Brzegi Niemna miały wówczas właściwy rzekom Litwy wdzięk trudny do wysłowienia. Pod Niemnowem „Pstrąg” wśliznął się do śluzy Kanału Augustowskiego w istny labirynt tratew. Z trudem się z niego wydostał i pomykał w dalszej drodze od jeziora do jeziora. Czarna Hańcza, jedna z najpiękniejszych w Polsce rzek, usiłowała go usidlić nie tylko tratwami. Owszem, podbiła serca załogi „Pstrąga”. Ale romans z kim innym miała nawiązać. Okazało się to pięć lat później kiedy wyszła z druku niecodzienna książka Wandy Miłaszewskiej. Był to romans nie „Pstrąga” lecz „Bobra” z Czarną Hańczą, romans kajaka z rzeką. Z tekstu i ze zdjęć jakie tylko mistrz Bułhak mógł wykonać, rozległ się donośny hańczyny zew do turystów wodnych, by ją nawiedzali. Więc ciągnęli do Suwałk, na Wigry, na jeziora: Białe, Necko, Serwy i na Suchą Rzeczkę, owe „dwa kilometry cudu”, by napatrzeć się wodnym krajobrazom w świetle uwielbień literackich. Natomiast sfatygowany nie tylko tymi wycieczkami, ale i coniedzielnymi spacerami „Pstrąg” znalazł innego armatora. Zaś Władysław Grzelak w pierwszej krajowej wytwórni składaków Jenkera i Wagnera w Bielsku zaopatrzył się w nowy, niebieski składak. Ten „Urwipołeć” (bo tak się nazywał ten drugi składak) powędrował koleją za granicę, aż do Budziejowic. Tam puścił się w towarzystwie czeskiej kanoe „Wisła” z biegiem Wełtawy. Ta wycieczka była bardzo interesująca i przyjemna dzięki udziałowi w niej dwóch zaprzyjaźnionych Czechów: Kralla i Moravca. Szlak długości ok. 200 km, z Budziejowic do „Zlatej Prahy”, przebyli spacerkiem w ciągu tygodnia. Atmosfera serdecznej gościnności w klubach praskich, wzmocniła węzły przyjaźni wodno-turystycznej z czeskimi pobratymcami, zamanifestowanej następnie w zbiorowym spływie polsko-czeskim z biegiem Wisły, odbytym w tymże 1930 roku.
W dniu 17 listopada 1928 roku z inicjatywy W. Pyki powstał na Śląsku, gdzie najwcześniej rozwinął się ożywiony ruch składakowo-turystyczny, Katowicki Klub Ka-noistów lub – jak podają inne źródła Klub Kajakowy Kanoistów. Jednak Jan Broekere twierdzi, że w 1933 r. „Klub Kanoistów z Katowic”, za czasów prezesury Stanisława Macielińskiego obchodził 50-lecie istnienia ponieważ założono go w 1883 r.). W roku 1929 powstały m.in.: Sekcja Kajakowa KW „Wisła” i Sekcja Kajakowa WKS „Żoliborz” w Warszawie, Sekcja Kajakowa WKS „Wawel” w Krakowie (obecnie Kolejowy Klub Wodny), Akademicki Klub Włóczęgów w Wilnie oraz w Bydgoszczy Klub Wioślarski „Gryf’ i Bydgoski klub Wioślarek. Powstały też Kluby Kajakowe we Lwowie, Poznaniu i Katowicach. Zresztą w latach 1928-1930 Kluby Kajakowe mnożą się jak przysłowiowe grzyby po deszczu. W rozwoju ruchu kajakowego poważny udział mają też harcerze. M.in. na drugi Narodowy Zlot Harcerzy w Poznaniu, w 1929 r. na własnoręcznie zbudowanych kajakach (tzw. dykciakach) popłynęła drużyna harcerska (15- i 19-latków), im. Bartosza Głowackiego z Suwałk. Trasa wiodła z jezior Augustowskich, Kanałem Augustowskim, Narwią, Wisłą, Bzurą i Wartą, a jej długość wyniosła 1000 km.
Pomocna dłoń narciarzy wyciągnięta została do kajakarzy zanim się na to zdecydowali wioślarze. Zarówno Polski Związek Narciarski jak i Polski Związek Towarzystw Wioślarskich miały pełne prawo do objęcia opieką kajakarstwa, bowiem początkowo sekcje tej dyscypliny sportu działały zarówno w klubach narciarskich jak i wioślarskich.
Spory kompetencyjne dotyczące tego, kto ma się zaopiekować tą dyscypliną trwały, a tymczasem kajakarstwo odczuwało brak jednego ośrodka koordynującego poczynania klubów, sekcji i działaczy, tym bardziej że turystyka i sport rozwijały się żywiołowo. Kres w pierwszej fazie dyskusji położyło powołanie przez Polski Związek Narciarski Komisji Kajakowej. Kiedy stało się to w roku 1928 bardzo dotknięci poczuli się wioślarze oraz działacze związani z klubami wodniackimi. Rozpoczęły się polemiki i dyskusje na łamach prasy.
Część klubów i sekcji nie kwapi się z wypełnieniem deklaracji przystąpienia do PZN. Tak mija rok 1929. Pod koniec tego roku Związek Związków Sportowych postanowił powołać specjalną komisję do opracowania statutu związku kajakowego oraz zorganizowania zebrania konstytucyjnego przyszłej, niezależnej organizacji kajakarstwa.
W wyniku prac komisji w dniu 2 maja 1930 roku odbył się w Warszawie zjazd delegatów klubów i sekcji kajakowych, na którym powołano do życia Polski Związek Kajakowców i wybrano pierwszy zarząd, na czele którego stanął gen. Stanisław Kwaśniewski. Wyrazem konstytuowania się naczelnych władz polskiego kajakarstwa pod auspicjami wioślarzy i narciarzy było wprowadzenie do statutu PZK przepisu, że w skład zarządu wchodzą referenci turystyczni PZN i PZTW, a w razie likwidacji PZK jego majątek przejdzie na rzecz Polskiego Związku Narciarskiego. Mimo, iż powstanie PZK nastąpiło w 1930 roku za początek zorganizowanego kajakarstwa przyjmuje się jednak rok 1928 i od tego roku liczy się wszystkie jubileusze i okresy rozwoju w historii polskiego kajakarstwa. Trzeba podkreślić, że jeszcze w 1930 r. związek zmienia nazwę na Polski Związek Kajakowy.
Do Polskiego Związku Kajakowców zgłosiło akces około 30 sekcji i klubów. Niestety, precyzyjne określenie tej liczby nie jest łatwe, ponieważ mnóstwo dokumentów zaginęło w okresie wojny, inne zaś zostały zagubione podczas jednej z reorganizacji sportu polskiego na początku lat pięćdziesiątych.
Witold Bublewski wspomina także, że dnia 4 listopada 1934 r. odbyło się posiedzenie Zarządu PZK, na którym rozpatrywano zawieszenie Klubu „Krakovia”, budowę stanicy kajakowej na Dunajcu, tablice orientacyjne dla oznakowania stanic kajakowych i miejsc obozowania, problem zaopatrzenia stanic w łóżka i sienniki a ponadto sprawy bieżące.
Witold Bublewski jako członek pierwszego Zarządu Głównego i współzałożyciel PZK podaje również, że pierwsze regulaminy PZK tworzono pod przewodnictwem ówczesnego majora, a późniejszego pułkownika Lewakowskiego z WiG. On też był twórcą projektu obecnego proporczyka PZK. Natomiast W. Bublewski oprócz tego, że był autorem książki pt. „Kajakami na wodnym szlaku”, ogłosił ponadto szereg artykułów dot. turystyki i organizacji spływów kajakowych ze specjalnym uwzględnieniem harcerstwa. Organizował też „punkty postoju” na rzekach, znakowanie szlaków wodnych, masową produkcję kajaków.
W pierwszym Zarządzie Głównym PZK Witold Bublewski był sekretarzem, obowiązki prezesa pełnił wówczas mjr Sekunda.
Roman Klim
Prekursorzy kajakarstwa – Warington Baden-Powell
Prekursorzy kajakarstwa – Warington Baden-Powell
Warington Baden-Powell był o 10 lat starszy od swego najmłodszego, ale sławnego brata generała Roberta Baden-Powella. Rozpoczął swoją karierę we flocie handlowej na szlaku do Indii. Prowadził praktykę w Sądzie Admiralicji i był doradcą Królowej.
Przejażdżki łodzią stały się dla niego naturalnym rozwinięciem jego umiłowania do życia na wolnym powietrzu, co miało także istotny wpływ na zainteresowania jego brata Roberta obozowaniem i harcerstwem.
Podczas gdy Mac Gregor został uznany za tego, który po raz pierwszy wprowadził kajak wiosłowy typu „Rob Roy”, to właśnie Baden Powell wynalazł i spopularyzował kajak żaglowy.
Baden-Powell odkrył w kajakarstwie dwie niewątpliwe przyjemności: „pierwsza to zdrowe cieszenie się wolnym i swobodnym życiem przy pięknej pogodzie i w różnorodnej scenerii, a druga bardziej sensacyjna, walczenie pod żaglem i zmaganie się ze wzburzoną wodą”.
W 1869 r. Baden-Powell oraz jego przyjaciel określany w relacji wyłącznie inicjałem „H” pływali kajakami „Nautilius” i „Isis” po rzekach, kanałach i jeziorach Szwecji. W dniu 20 lipca 1869 r. dotarły one na parowcu z Gravesendu do Gothenburga.
W tej podróży dwaj młodzi kajakarze byli ciągle przemoczeni do suchej nitki i stawiali czoła ponurej pogodzie przez dużą część sześciotygodniowego spływu.
Przenikliwe deszcze, szkwały, silne wiatry i wzburzona woda złożyły się w sumie na kwintesencję ich podróży. W porównaniu do ich spływu, podróże morskie Mac Gregora wyglądały jak luksusowe rejsy.
Ich pożywienie i zakwaterowanie również często były bardzo skromne. Na przykład drugą noc spędzili na skalistych brzegach rzeki Gotha wewnątrz ich kajaków, leżąc na kocykach w przemoczonych ubraniach, przykryci wyłącznie płaszczem nieprzemakalnym. Zdarzało się, że podczas szukania suchego miejsca, gdzie mogliby odpocząć w nocy, nie mogli znaleźć żadnej sadyby ani znaku ludzkiego życia, lecz tylko pogłębiającą się ciemność i przerażający deszcz – mżący lub padający z dużą siłą. Gdy udawało się im znaleźć nocleg, często nie było to nic więcej niż stodoła lub poddasze, gdzie składowano siano. Nawet w Grand Hotelu w Oslo mogli jeść obiad składający się wyłącznie z ciemnego pieczywa z masłem, jajek, mleka i gorącej wody oraz dzielić jedną dużą izbę na górze, służącą jako sypialnia. Trzeba tutaj podkreślić, że w takich sytuacjach towarzysz Baden-Powella kryjący się za literą „H”, kimkolwiek był, nie wypowiadał ani słowa skargi. Jednocześnie intrygujące jest to, że Warington Baden-Powell nie podał żadnej wzmianki o tajemniczym „H”.
Najatrakcyjniejszą cechą rejsu jeśli nie trudnością była sceneria. Klucze ptaków nad Trollhaffen i Berg na Kanale Gotha, ponad 120 stóp nad ziemią wywarły na nich ogromne wrażenie, podobnie jak wspaniały krajobraz pomiędzy rzeką Motała i jeziorem Glan. „Tutaj wysokie skały wznoszą się po obu stronach, ślady sztormów w ciągu wieków widać na ich bokach, gąszcz ponurych jedlin przy skałach, które zwisają nad rzeką, podczas gdy w innych miejscach sceneria zmienia się i płynie się przez swojskie piękne obszary, obfitujące w jasne łąki pełne traw i krajobrazy angielskiej rzeki”.
Widok ich kajaków wzbudził wiele lokalnego zainteresowania, lecz na skutek nieznajomości języka szwedzkiego możliwe były tylko krótkie dialogi z tymi, których spotkali na swojej drodze. Szwedzka gazeta codzienna „Aften Blatt” uroczyście ogłosiła ich przybycie do Sztokholmu w następujących słowach: „Dwaj Anglicy o których pisaliśmy wcześniej, podróżując na kajakach przez Szwecję, przybyli do stolicy i wylądowali na północnej stronie Placu Gustawa Adolfa. Po wylądowaniu podróżnicy wyciągnęli kajaki z wody i biorąc je pod każde ramię, udali się na przechadzkę po mieście”.
Para podróżników przyznała jednak skromnie, że pod ręką było czterech bagażowych do pomocy.
Ze Sztokholmu wyruszyli parowcem do Malm i w czasie tej podróży odwiedzili stocznię morską w Karlskronie, gdzie obejrzeli okręty wojenne, z których „John Ericson” według nich był najbardziej godny uwagi, ponieważ miał dwa ciężkie działa w jednej wieży.
Baden-Powell i „H”, bez wyraźnej przyczyny przeprawili się z Malm do Danii, niezależnie od siebie. Nie była to łatwa przeprawa. Pogoda była tak burzliwa i wiało tak mocno, że często trzeba było wybierać wodę z kajaka (ryc. 21). Po odpoczynku na wyspie Saltholm i obejrzeniu licznych fok, Baden-Powell przybył do Kopenhagi, gdzie dowiedział się, że „H” wyprzedził go i „Isis” spoczywa już w holu Hotelu Phoenix. Tutaj wsiedli do pociągu, a następnie popłynęli parowcem do Kolonii, gdzie dokładnie zbadali trzy znaleziska o charakterze nautologicznym.
Następny pociąg zawiózł ich do Hamburga, gdzie odpoczywali przez tydzień, a następnie pożeglowali do Alster, chociaż Baden-Powell uważał, że pływanie nocą przy brzegu jeziora jest bardzo niebezpieczne. Kajaki zostały wreszcie przewiezione parowcem z powrotem do Londynu, a stąd dopłynęły do Searl „raczej podrapane i poobijane, ale dobrze zahartowane solą i słońcem i wciąż silne w walce z wiatrem i konarami”.
Historia ich wyczynów ukazała się w dwu edycjach Ciornhill Magazine (październik i listopad 1870 r.). Relacja ta została następnie wydrukowana w formie książki („Canoe Travelling: long of a cruise on the Baltic”). Zawierała ona długą listę praktycznych rad dotyczących budowy i montażu kajaka i co było już niemal tradycją, wskazówki dotyczące zapasów, ubioru i gotowania. Herbatę zarekomendowano w niej jako poręczniejszą niż kawa, wołowinę Leibiga przedstawiono jako pożyteczną, gdy ryby i jajka nie były dostępne, a brandy jako potrzebną do oczyszczania niedobrej wody, kiedy brakowało piwa lub mleka. Niezastąpione były złoto, skrzynka z narzędziami, lakier, kit, noże w futerale, sprzęt wędkarski, naładowany pistolet i „okulary słoneczne użyteczne podczas kierowania się pod słońce”. Zwrócono także uwagę na chłodne noce na Przylądku Inverness i potrzebę posiadania nieprzemakalnej płachty do uformowania namiotu. Kuchenkę „Rob Roy” opisano jako „małe cudo”, zdolne czasami do ugotowania kwarty zupy w ciągu pięciu minut.
Baden-Powell twierdził, że od czasu wcześniejszej o sześć lat podróży Mac Gregora zbudowano już setki kajaków, poczyniono ogromne udoskonalenia i ukończono pomyślnie wiele innych długich zagranicznych rejsów morskich. Doświadczenia każdego z nich, gdy zostały rozpowszechnione, pomogły w ogólnym rozwoju kajaka i jego wyposażenia w takim stopniu, że te pierwsze pojazdy z kilku pionierskich lat nie mogą się równać ze współczesnymi. Wkrótce po ukazaniu się książki w 1871 r., John Mac Gregor zapisał krótko w swoim dzienniku, że „spotkał poetę Browninga i jadł obiad z Baden-Powellem”.
Powell uważał, że różni się od Mac Gregora pod jednym względem. Napisał wówczas: „Niektórzy mężczyźni znajdują dużą przyjemność w przebywaniu sam na sam ze swoimi myślami w obcym kraju przez miesiące, jednak, urok ten zostaje zniszczony w przerwach na konieczne kontakty z miejscowymi ludźmi. Cieszyło mnie wiele samotnych rejsów, samotnych, ponieważ mój kajak był jedyny w tej części świata. Lecz jeśli chodzi o długą podróż, to wolę tak wielu kompanów jak jest to możliwe, ponieważ nawet gdy dwoje ludzi jest razem, każdy problem staje się o połowę mniejszy, a przyjemność dwa razy większa”. W świetle tej wypowiedzi paradoksalne jest to, że Baden-Powell nie zamieścił żadnego opisu jakiegokolwiek zdarzenia czy rozmowy ze swoim kompanem określonym jako „H”.
Rok po powrocie Baden-Powella znad Bałtyku, jego rodzina zdecydowała się spędzić wakacje letnie w wiosce Wye. Warington, razem ze swoimi braćmi Georgem i Robertem (miał wówczas 15 lat), popłynęli w kajakach w górę Tamizy „dopóki rzeka nie stała się strumieniem, a w końcu potokiem, który był zbyt mały by ich nieść. „Wtedy przenieśli kajaki do górnego biegu rzeki Avon. Wiosłując, żeglując i holując kajaki, popłynęli w dół rzeki do Bath, Bristolu i Avonmouth, a następnie rzeką Severn i po przeprawie do Chepstow skierowali się na północ wzdłuż Wye do Walii.
Końcowe fragmenty dziennika Baden-Powella odnoszą się do gruntowych przygotowań „Nautiliusa” do rejsu po Morzu Śródziemnym, lecz nie znaleziono potwierdzenia tej podróży.
Warington Baden-Powell napisał też „Harcerstwo na morzu dla chłopców”, które Robert – wówczas Lord Baden-Powell -uzupełnił w 1931 r., wspominając o swoim długu w stosunku do starszego brata za jego harcerskie porady. Baden-Powell wniósł także dziesięciostronicowe opracowanie o kajakarstwie do edycji Encyklopedii Sportu i Gier Suffolka w roku 1897. Napisał w nim, że „Rob Roy” jest wystarczający jeśli chodzi o spokojne rzeki, kanały i jeziora, lecz nie nadaje się do wód o szybkim nurcie i do transportu. Wyposażenie obozowe oraz odzież, które mogą zmieścić się w kajaku typu „Rob Roy”, nadawać się mogą tylko dla lalki, ale na pewno nie dla człowieka, chyba że nocleg każdej nocy zapewniony jest w hotelu.
Roman Klim
Prekursorzy kajakarstwa – Philip Gilbert Hamerton
Prekursorzy kajakarstwa – Philip Gilbert Hamerton
Relacje z morskich podróży kajakowych większości członków pierwszego w świecie angielskiego Królewskiego Klubu Kajakowego były publikowane w dalece mniejszym stopniu niż w przypadku jego Kapitana. M. in. jedną z mniej znanych podróży była odbyta we Francji w „papierowym” kajaku. Stało się to za przyczyną Philipa G. Hamertona, który w wieku 32 lat, w roku 1866 został członkiem Królewskiego Klubu Kajakowego.
Hamerton miał ekscentryczny charakter. W 1857 r. wydzierżawił dom w gospodarstwie rolnym na samotnej 30-akrowej wysepce Innistrynich na jeziorze Awe. Tutaj zachwycał się surową scenerią z jeziorami, górami i dzikimi wrzosowiskami, a szczególnie „ciemnymi wodami jeziora Awe rozbijającymi się o skały kilku pięknych wysepek”, gdy jego łódź przepływała w szarym i mrocznym zmierzchu. Przede wszystkim uwielbiał biwakowanie, pływanie łodzią i szkicowanie.
W 1862 r. przeniósł się do Burgundii, poślubił Francuzkę i zamieszkał w pobliżu miejscowości Autun. Dom Hamertona graniczył z płytkim i krętym strumieniem Ternin, na którym eksperymentował z budowanymi przez siebie kajakami. Przez Autun przepływała też rzeka Arroux, dopływ Loary, którą pragnął zbadać, bo „łączyła wszystkie wdzięki pięknej scenerii, malowniczą architekturę i przyrodę oraz mającą swoją specyfikę, gdyż żaden człowiek nie próbował płynąć nią w dół”. Jego stolarz sporządził konstrukcję szkieletu kajaka, którą Hamerton pokrył paroma warstwami mocnego, wodoodpornego papieru łączonego z czymś w rodzaju mastyksu, zwanego „eunduit Ruolz” (od jego wynalazcy, sławnego chemika). Swoim amerykańskim czytelnikom Hamerton wyznał, że potrzeba było 12 miesięcy, aby „enduit Ruolz” stwardniał, ale z braku tego czasu woda zaczęła przenikać do środka. Kajak miał także papierowy pokład i pomimo swej wiotkości, okazał się sprawnym pojazdem, chociaż nabierał zbyt dużo wody.
Jednym z celów tej podróży było dostarczenie kwasorytów z nieznanej dotychczas rzeki. W konsekwencji czego tempo było niezmiernie wolne i zmęczyłoby każdego innego towarzysza, ale nie Toma, jego ogromnego psa, „który płynął przez całą podróż za kajakiem, w dół progów rzecznych”.
Hamerton tłumaczył swoją radość z podróżowania po nieznanej europejskiej rzece szansą „odnalezienia wiele z tego, co warte jest odkrycia”. Jednocześnie podkreślał, że konieczne jest dla odczuwania całkowitej przyjemności z podróży odkrywczej, by miejsce, które ma być zbadane nie powinno być przedtem eksplorowane przez innych, lub przynajmniej nie z tymi samymi celami i zamiarami”.
Ekspedycja rozpoczęła się pięknego jesiennego popołudnia w 1866 r., gdy „Jenny” została przewieziona na wozie do brzegów rzeki w Voudenay Le Chateau (ryc. 17). Następnego ranka popłynął bez przeszkód, gdyż rzeka choć wąska, nie była początkowo zawalona drzewami, jakkolwiek wkrótce trzeba było poruszać się leśnym tunelem o szerokości czterech stóp. Pnie przewróconych drzew, splątana roślinność i kilka ostrych zakrętów, spowodowały opóźnienia, tonięcie kajaka, a wreszcie jego transport przez pole. W ciągu pierwszego dnia przebyto jedną milę, a noc spędzono w gospodzie w Youdenay l”Eglise. Ponieważ nie można było pokonać rzeki, następnego ranka trzeba było przewieźć kajak na wozie dwie lub trzy mile, zanim został on ponownie spuszczony na wodę. Od tego miejsca, godzinna podróż w dół wąskiej i męczącej rzeki przywiodła Hamertona do okrągłych i kwadratowych wież zamku Igornay, który szkicował przez pięć godzin (ryc. 18). Później trzeba było przetransportować kajak przez jaz młyna i przeciągnąć przez mieliznę, lecz wkrótce szybki prąd poniósł go w dół do progów rzecznych, u stóp stromego i lesistego wzgórza. Po przebyciu tego trudnego odcinka, Hamerton wpadł do wody kiedy kajak przepływał pod przewróconym drzewem. Jednak Hamerton szybko wylał wodę z kajaka i odzyskał swoje rzeczy wraz z pudełkiem z płytami kwasorytów.
Po podjęciu podróży na nowo, szczególnie mocno drażniły go grupki ludzi stojących na brzegu rzeki i patrzących na jego mały stateczek oraz przyjmujących śmiechem. Hamerton tę sytuację mądrze skomentował, że „są to cierpienia filozoficzne, które zna każdy malarz krajobrazu”. Po szybkim uporaniu się z wieloma wąskimi przejściami pomiędzy grubymi wierzbowymi pniami, Hamerton dotarł do połączenia rzek Arroux i Dree. „Rzeka była teraz ciągiem pięknych i rozległych sadzawek połączonych z sobą przez bystre, szemrzące mielizny, przez które kajak sunął wesoło i szybko, nie dotykając dna”.
Na koniec zakręt tej pięknej rzeki odsłonił Autun, na zboczu wysokiego wzgórza, niebieskiego, w mgiełce pogodnego popołudnia, z masywnymi murami i wieloma wieżami, a także stare Augustodunum, którego rzymskie fortyfikacje otaczały targ warzywny. Gdy kajak przepłynął pod mostem, Hamerton zauważył po prawej stronie, że dwie spośród czterech ścian wieży znanej jako „Świątynia Janusa”, chociaż przebite postrzępionymi otworami, stały nadal. Dwa strumienie dopływały do Arroux pod murami miejskimi, lecz mimo to dalej rzeka była nie do przebycia ponieważ podczas niedawnej powodzi most wiszący został zerwany. Tak więc kajak trzeba było transportować lądem. Ta zwłoka spowodowała, że znalazł się on na wodzie w ciemnościach, na bystrej i kamienistej rzece w odległości sześciu mil od najbliższej wsi. Tak więc noc trzeba było spędzić na brzegu rzeki w wąskim kajaku, do którego Hamerton nasypał sitowia i włożył wełniany worek.
Kolejnego ranka Hamerton wyrył w metalu zamek Chaseux, malowniczą ruinę nad rzeką, której wieże uważał za zbyt małe jak na wytwór epoki feudalizmu. W małej wiosce Etang, która posiadała dwa piękne mosty i właśnie zbudowaną stację kolejową, uznał stare domy w pobliżu rzeki jako dobry temat do wyrycia. Jeden dzień spędził także na badaniu rzeki Beuvray i wzgórza Uchon, które dźwigało na swoim skalistym szczycie wysoki fragment średniowiecznego zamku, oraz „kołyszący się kamień” – La Pierre qui Croule.
Kontynuując swoją podróż, podziwiał przepiękny krajobraz i dotarł do St. Nizier, bardzo dziwnej i małej wioski, z niewielkim i nieużywanym romańskim kościołem.
W końcu, po długiej podróży w jasnym wspaniałym świetle księżyca nadającemu niewysłowiony czar i poezję każdemu zakrętowi rzeki, papierowy kajak dopłynął triumfalnie do rozległych wód Loary pod Digoin.
To właśnie „Przegląd Dwutygodniowy” opublikował w lutym 1867 r. relację Hamertona z rzeki Arroux pt. „Podróż kajakiem”. Potem poprawił tekst i wydrukował go ponownie w postaci seryjnej z kwasorytami wydrukowanymi na specjalnym papierze.
36 kwasorytów znajdujących się w teczce zaprojektowanej przez Johna Leightona, zostało również wydanych w sześciu comiesięcznych partiach przez Colnaghi’ego w 1867 r. Hamerton zadedykował te kwasoryty „Kapitanowi i członkom Królewskiego Klubu Kajakowego”.
Celem Hamertona było wydanie jego relacji w postaci książki z dodatkowymi ilustracjami. Dlatego w lipcu 1870 r. rozpoczął sporządzanie większych arkuszy metalu, zamierzając ponownie obejrzeć krajobrazy całej rzeki, lecz wraz z francuską porażką pod Sedanem i abdykacją cesarza Napoleona III 4 września, gorączka szpiegomanii opanowała Francję. Hamerton musiał zarzucić ten pomysł „gdyż nie jest bezpiecznie we wrześniu 1870 roku odsuwać zasuwę furtki do ogrodu każdego domu we Francji”.
„Nieznana rzeka” ukazała się w 1871 r. gustownie oprawiona w ozdobioną złoceniami niebieską tkaniną i 37 kwasorytami.
Książka ta została również opublikowana przez Roberta Brothersa z Bostonu w 1872 r., który doniósł, że okazała się ona sukcesem i była powszechnie podziwiana. „Jest to czarująca książka i powinniśmy wydać popularną edycję”. „Seeley’s” pisał o kolejnej edycji z ośmioma ilustracjami w 1874 r. Tak więc historia tej podróży kajakiem ukazała się w sprzedaży, nie mniej niż pięć razy.
Roman Klim
Prekursorzy kajakarstwa – John Mac Gregor
Prekursorzy kajakarstwa – John Mac Gregor
Kajakarstwo zawdzięczało gwałtowny wzrost swej popularności w dużej mierze Johnowi Mac Gregorowi, który zaprojektował kajaki typu „Rob Roy” oraz opisał swoje podróże w cyklu relacji, które zdobyły szerokie publiczne uznanie.
Mac Gregor zajmował się wieloma sprawami, gdyż poza tym, że był filantropem, podróżnikiem, oraz adwokatem, pełnił wyśmienicie funkcje organizatora, wykładowcy i publicysty. Jego ojcem był generał Duncan Mc Gregor. Gdy miał zaledwie pięć tygodni, przeżył utratę „Kentu”, statku wschodnio-indyjskiego, który zapalił się w Zatoce Biskajskiej. Jego zamiłowanie do podróżowania łodziami sięga dzieciństwa – od momentu, gdy pozwolono mu prowadzić łódź na Kanale Grand Junction w Weedon w Nort-Hamptonshire. Później, w wieku 15 lat, dopisało mu wielkie szczęście, gdyż uratował się z żelaznego kutra, który zatonął na wzburzonym morzu w rejonie Kingstown.
Po ukończeniu szkoły, Mac Gregor kontynuował naukę w Trinity College w Dublinie, a następnie w Trinity College w Cambridge, gdzie zdobył popularność zajmując się wioślarstwem, chociaż nie udało mu się utrzymać w pierwszej ósemce.
Posiadając własne zasoby finansowe poświęcił się głoszeniu Ewangelii, podróżom oraz aktywnym zajęciom filantropijnym, jak np. w Stowarzyszeniu Pucybutów.
Podczas rewolucji w 1848 r. przebywał w Paryżu, a w roku następnym odbył swoją pierwszą długą podróż na Środkowy Wschód. Na Malcie „jadł obiad z Gubernatorem i pływał jego jachtem”, zwiedzając wyspę, na której św. Paweł ocalał z katastrofy morskiej. Płynął „na ląd stały obierając ten sam kurs, którym św. Paweł i jego towarzysze najprawdopodobniej uciekli. W archiwum przeczytał relację z rozbicia ich statku”.
W 1853 r. Mac Gregor wspiął się na Mont Blanc i Wezuwiusz, a po odwiedzeniu Ameryki w 1859 r. pojechał do Rosji. W 1861 r. udał się w podróż w dół Dunaju „na wspaniałym parowcu”. Podróżował także do Grecji, a później do północnej Afryki.
Pierwszą ze swoich słynnych podróży kajakiem rozpoczął dopiero w 1865 r. Z jego relacji wynika jednak, że jego zainteresowanie kajakarstwem zostało rozbudzone w maju 1848 r. gdy zobaczył łódź kauczukową Archibalda Smitha. Upłynęło więc 17 lat zanim Mac Gregor rozpoczął pierwszy z tych samotnych rejsów, dzięki którym stał się tak znany.
Pierwszy kajak typu „Rob Roy” z zakrytym dziobem, został zbudowany z drewna dębowego, a tylko rufa była cedrowa. Jego długość wynosiła 15 stóp, szerokość 28 cali i wysokość 9 cali. Był na tyle niewielki, że mógł zmieścić się w wagonie kolejki niemieckiej. Ważył 80 funtów, a jego zanurzenie wynosiło 3 cale. Poza wiosłem o długości 7 stóp z dwoma piórami, kajak posiadał maszt z żaglem. Jedwabna flaga brytyjska trzepotała przy dziobie, a nazwa „Rob Roy” namalowana była niebieskimi literami na rufie.
Pierwszą europejską podróż Mac Gregor zaplanował na co najmniej 11 rzekach, w tym m.in. na Renie, Dunaju i Marnie – i 6 kanałach w Belgii i Francji. Będąc dobrym rysownikiem i posiadając szkicownik w kajaku, Mac Gregor zilustrował swoje wyczyny. Jego ubiór składał się z siwego flanelowego garnituru i marynarki z Norfolk z rzemykami na ramionach i 6 kieszeniami -przewiązanej paskiem w talii, która przetrwała jego 4 pierwsze podróże, nie straciwszy nawet jednego guzika. Słomiany kapelusz z Cambridge, podwatowane brezentem buty, niebieskie okulary oraz zapasowy garnitur na niedzielę i wieczorowy strój dopełniały jego garderobę.
„Rob Roy” pożegnał Most Westminsterski 29 lipca 1865 r. podczas przypływu i przy upalnej pogodzie.
Po rejsie do Soufhend nastąpiła podróż koleją wzdłuż mola, by złapać parowiec do Sheernen, skąd londyńska Spółka Kolejowa zabrała kajak do Dover, ulokowany na węglu w tendrze. Z Ostendy kajak został przewieziony pociągiem do Brukseli, przetransportowany wozem przez miasto do następnej stacji i wyładowany w Namur, gdzie został umieszczony na noc w prywatnym salonie właściciela domu, spoczywając „z wdziękiem” na dwóch krzesłach. Od tego momentu rozpoczęła się jego podróż na rzece Mozie.
W Liege dołączył do niego hrabia Aberdeen, którego ojciec był premierem w latach 1852-1855, a jego brat James Gordon -wioślarz z Cambridge – był ekspertem w kajakarstwie i jako pierwszy przepłynął w „Rob Roy’u” Kanał La Manche. Hrabia Aberdeen posiadał kajak zbudowany z drewna jodłowego. Razem dopłynęli do ufortyfikowanego miasta Maastricht, tutaj wsiedli do pociągu do Kolonii, a następnie popłynęli w górę Renu do Bingen i Mainz i znów koleją do Asschaffrenburg, skąd kajaki popłynęły w dół rzeki Men do Frankfurtu. Stąd jego „aktywny i sympatyczny” kompan musiał powrócić do Anglii.
Mac Gregor dotarł pociągiem do Freiburga, a następnie dojechał wozem do źródeł Dunaju w Donaueschingen, skąd popłynął kajakiem w dół rzeki, mijając wyspy o różnych kształtach i rozmiarach. Sceneria do Friedingen i Beuron swoim pięknem, ze wspaniałymi graniami wnoszącymi się wysoko po obu stronach, z niedostępnymi lasami, przewyższała krajobrazy znad rzeki Wye. W każdym mieście przybycie jego kajaka wzbudzało ogromne zainteresowanie. Gdy opuszczał Tuttlingen o szóstej rano, most i jego okolice były zatłoczone, a nieznany mężczyzna poprosił z szacunkiem o opóźnienie startu o 5 minut, gdyż jego wiekowy ojciec bardzo pragnął zobaczyć kajak. W Tuttlingen podniecenie związane z kajakiem Mac Gregora „stało się niemal śmieszne”, a na moście w jego pobliżu zebrało się ponad 1000 osób, aby zobaczyć jak łódź rusza.
W Ulm Mac Gregor wsiadł do pociągu jadącego do Friederickshaffen nad jeziorem Constance, a po przejażdżce po jego wodach, odszukał Ren, przepłynął jezioro Zeller i ruszył dalej do progów Schaffhausen, gdzie wsiadł do pociągu do Zurychu. Po odbyciu rejsu po jeziorach Zurich, Zug i Lucerne Mac Gregor pokonał dziką rzekę Reuss. W bardziej osamotnionych miejscach „drzewa tworzyły gęste zarośla i dzikie kaczki wylatywały z nich z pluskiem trzepocąc skrzydłami, a niektóre większe ptaki jak dropy często krążyły nad kajakiem”. Za Imyl brzegi rzeki nabrały innego charakteru. „Były strome i wysokie, ich wysokość rosła w miarę jak posuwaliśmy się naprzód pomiędzy dwoma pionowymi ścianami z warstwowo ułożonego żwiru i głazów”. Głuchy ciężki ryk wokół brzegów rzeki stawał się głośniejszy i właśnie tutaj Mac Gregor przeżył najbardziej ekscytujące chwile, gdyż kajak został zmieciony z pochyłego występu płaskich skał i „wówczas w zasięgu wzroku pojawił się ogromny, biały grzbiet przerzucającej się piany, hałas był ogromny, a poczucie podniecenia i zamętu wypełniało umysł”. Przed sobą zobaczył wysoką na sześć stóp falę, w którą kajak był wciągany przez potężny prąd. „Kajak zanurzył się przodem w błyszczącym kopcu piany, gdy zacisnąłem zęby i chwyciłem kurczowo wiosło. Silna masa wody uderzyła mnie w klatkę piersiową, zamykając się dookoła mojej szyi, jak gdyby chwyciły mnie zimne dłonie, zapierając mi oddech”. Wkrótce Mac Gregor znalazł się w Bremgarten. „Wśród cienistych drzew, pod gigantycznymi skałami, nad bystrymi progami rzecznymi pomiędzy sadami, winnicami i zdrowo pachnącym sianem”, kajak płynął dalej w dół rzeki, tam gdzie rzeka Reuss łączy się z Limmet i Aar, zanim dotarł do Renu w Waldshut 12 września.
Mac Gregor naraził się na niebezpieczeństwo płynąc zbyt blisko wodospadu Lauffenburg, a wodospad Rheinfelden też był przyczyną gwałtownego podniecenia.
„Wyobraźcie sobie parę setek akrów wody w białych grzebieniastych falach, z czarnymi skałami opierającymi się walczącej rzece oraz głośny, grzmiący huk zmieszany z dziwnym syczeniem, gdy z dziesięciu tysięcy spiczastych bałwanów woda wyrzucana jest w powietrze. „Rob Roy” przetrwał te uderzenia i obciążenia bez większego jednak uszczerbku”.
Pomiędzy Rheinfelden a Bale Mac Gregor pożałował powrotu do cywilizacji i utraty tej przyjemnej prostoty, której doświadczył. „Tutaj mamy wspólne świece i dlatego nie gasimy ich”. W tym miejscu zobaczył też mężczyzn ciągnących barkę i zmuszonych przejść pomiędzy krzakami na brzeg, często brodząc w samym Renie, gdyż nie było ścieżki holowniczej, którą chodziły konie ciągnące barki. Zarówno w Lauffenburg jak i w Bale dowiedział się o wyczynach czterowiosłowej łodzi, która z pięciu Anglikami na pokładzie, została wysłana drogą lądową z Londynu do Schaffhausen, z uwagi na niski poziom wody w Renie, sześć tygodni wcześniej. Ponieważ minęli progi rzeczne w czasie powodzi, gdy skały były zakryte, bezpiecznie przybyli do Bali. Ich odzież i bagaże były jednak przemoczone.
W Bale Mac Gregor opuścił Ren i po przetransportowaniu kajaka lądem, znalazł odgałęzienie częściowo zniszczonego kanału Rodan-Ren, gdzie ruch był niewielki. Rozwidlenie tego kanału prowadziło do Mulhouse, lecz gdy władze kolejowe odmówiły przewiezienia jego kajaka, „Rob Roy” musiał kontynuować podróż kanałem Bale. Uważał „tego typu podróżowanie za nieznośne”, gdyż obejmowało ono „jazdę” blisko wzgórz przez serię męczących śluz, „które zostały przemierzone przez cztero wiosłową łódź „Waterwitch” kilka lat wcześniej”. Co gorsze, część kanału była bez wody, ze względu na naprawę śluzy. W końcu wół ciągnął kajak do Thann (ryc. 9), skąd „Rob Roy” został przewieziony do nowootwartej linii kolejowej do Wesserling, gdzie wynajęto wygodny czterokołowy powóz na 35-milo-wą wyprawę przez dział wód gór Vosges do wsi Bussang. Tutaj rzeka Mozela miała wielkość szemrzącego strumyka. Po spędzeniu nocy w Remire w „nieprzyjemnej gospodzie, w której wszędzie panował nieporządek i brud”, kajak pozostawiono w wodzie o milę dalej. „Piękna roślinność wodna drgała na zmarszczkach wody dookoła kamieni… Woda w tej rzece była bardzo czysta i chłodna, tworząca zakręty poprzez głębokie sadzawki, a potem ponad bulgoczącymi mieliznami z rybami, ptactwem wodnym, z lasami i urodzajnymi polami. Te widoki stanowiły najmilej widzianą odmianę po kanale, który opuściliśmy”.
Wszędzie nad rzeką można było zobaczyć praczki klepiące i szorujące bieliznę i jednocześnie zajęte rozmową (ryc. 10). Poziom wody w Mozeli z powodu posuchy był najniższy od 30 lat. Po spędzeniu nocy w Epinal oraz w Chatel, Mac Gregor przybył do miejsca, gdzie Mozela stawała się tak wąska – z pionowymi brzegami skalnymi – że Mac Gregorowi przypomniała się „skała blisko Liverpoolu, przecinająca starą linię kolejową do Manchesteru”. Dalej rzeka przekształciła się w „kanał” skalny, którego szerokość nie wynosiła nawet 5 stóp, ale jego głębokość osiągała nawet 20 stóp. W końcu kajak musiał być ciągnięty kilka „setek jardów przez najbardziej niewygodne skały”. Zanim dotarł do Char-mes ujrzał górną część pięknej jońskiej kolumny, biały marmurowy cokół oraz pęknięty fronton. Jak te architektoniczne fragmenty znalazły się w tym miejscu, na pewno pozostanie tajemnicą.
Mozela stała się mniej interesująca, więc Mac Gregor w Charmes wsiadł do pociągu jadącego do Blainville, położonego nad rzeką Meurthe, gdzie natknął się po raz pierwszy na dwóch młodych Francuzów, ćwiczących wiosłowanie. Następnie podążył do ogromnej zapory o wysokości 15 stóp, po której nastąpił labirynt mielizn i w rezultacie trzeba było holować kajak. W końcu Mac Gregor uciekł do ruchliwego Kanału Nancy. Stamtąd kajak został przewieziony koleją nad rzekę Marnę w Epernay. Poobijaną podczas jazdy w wagonie bagażowym łódź trzeba było naprawiać w pierwszej wiosce. Różne łańcuchy i zapory kamienne stanowiły przeszkodę w liczącej około 200 mil podróży w dół Marny. Po spędzeniu nocy w Hotelu Elephant w Chateau Thierry obserwował tratwy: „niektóre zbudowano z beczułek wiązanych za pomocą wikliny, inne z desek i z ociosanych kłód, a pozostałe z wielkich grubo ciosanych drzew. Słomiana buda na każdej z tych tratw służyła za kabinę kapitana, a jej załoga musi spędzić do dwóch tygodni na ciągnięciu i pchaniu ich do Sekwany”. W Nogent, po sześciu tygodniach wspaniałej pogody, ochłodziło się. Od czasu do czasu widać było statek spacerowy. W niektórych miastach spotkać można było wiele łodzi o płaskim dnie.
W Meaux znajdował się most z domami na nim oraz ogromnym kołem młyńskim wypełniającym jego przęsła. Widząc otwartą śluzę kanału pomiędzy Meaux i Lagny, Mac Gregor wpłynął do niej ,jedynie dla urozmaicenia” i wkrótce ją minął aby znaleźć się w tunelu (później wysadzonego podczas wojny francusko-pruskiej), wewnątrz którego znajdowała się ogromna i pusta łódź. Wypełniała ona całkowicie tunel, a jej załoga poszła na obiad. Mac Gregor najpierw musiał sam wyciągnąć tę łódź, „a potem kajak dumnie sunął mając cały tunel dla siebie”. Wpływając do następnego kanału aby ściąć zakręt rzeki, kajak zaczął się zapełniać roślinnością z ogromnych kęp sitowia, krzaków oraz drzew, pomiędzy którymi musiał się z trudem przeciskać. Mac Gregor stoczył ciężką walkę aby przedostać się przez to bagno. Tej nocy został niedobrze przyjęty na poddaszu gospody „Pod wesołymi włóczęgami”, natomiast kajak spokojnie spoczywał w altanie.
W drodze do Paryża liczne wyspy utrudniały wybór najlepszego kanału skracającego drogę. Im bliżej Paryża tym brzegi rzeki coraz bardziej były upstrzone willami, a liczne statki spacerowe cumowały przy schludnych schodkach.
Tak zakończyła się pierwsza podróż Mac Gregora w „Rob Royu”, która została opisana w prasie brytyjskiej, francuskiej, niemieckiej, a nawet amerykańskiej.
Mac Gregor opowiadał, że „przyjemność pływania nową rzeką jest bardzo szczególna i fascynująca. Każde kilka jardów przynosi coś nowego, pobudzającego podniecenie. Tu zrywa się żuraw, tam trzepocze kaczka, błyszczący pstrąg skacze z pluskiem obok ciebie, pośpieszny dźwięk skał i wody ostrzega cię na zakręcie i wkrótce natykasz się na bardzo trudny odcinek. Wszystko to jest dodatkiem do scenerii, ludzi, pogody oraz postanowienia, że musisz w jakiś sposób pokonać każdą trudność i nie możesz zostawić swojej łodzi w opustoszałym miejscu, powinieneś także przybyć do domu przez zmrokiem. Nie możesz zapomnieć, że twoja torba na drugie śniadanie jest pusta. Wszystko to sprawia, że umysł który mógłby usnąć i chrapać przez 100 mil w wagonie kolejowym, pozostaje ciągle rozbudzony”.
Książka „1000 mil w kajaku „Rob Roy” na 20 jeziorach i rzekach Europy” z drzeworytami z rysunków autora, została opublikowana w styczniu 1866 r. W przeciągu miesiąca wydrukowano nową edycję. „The Times” poświęcił książce 2 1/4 kolumny niezmąconej niczym pochwały, a drugie wydanie w nakładzie 2000 egz. zostało sprzedane w ciągu pięciu dni. Cesarz Napoleon III po przeczytaniu książki polecił zorganizować wystawę statków spacerowych. Mac Gregor natychmiast wysłał mu specjalnie oprawiony egzemplarz książki oraz fotografię. W maju ukazało się trzecie wydanie książki. Do końca roku sprzedano 8000 egzemplarzy. Trzeba dodać, że jedenaste wydanie ukazało się w 1880 r., a dwudzieste pierwsze w 1908 r.
Popularność Mac Gregora prawdopodobnie wzięła się z tego, że odwoływał się on do odważnych Anglików, którzy pragnęli być raczej podróżnikami niż turystami.
Entuzjazm jaki powitał publikację z relacji jego podróży kajakiem spowodował, że Mac Gregor założył Królewski Klub Kajakowy, aby „udoskonalać kajaki, promować kajakarstwo i jednoczyć kajakarzy”. Pierwsze spotkanie zostało zorganizowane w „Gwieździe i Podwiązce” w Putney 27 lipca 1866 r. Wówczas to przyjęto 20 członków, a Mac Gregora wybrano Kapitanem. Każdy szlachcic, który posiadał kajak lub wynajął go na rok, mógł zaproponować swoją kandydaturę i zostać wybrany członkiem. Pierwsza lista członków obejmowała wybitnych wioślarzy, podróżników, alpinistów i atletów, a w ciągu kilku miesięcy Klub zdobył patronat Jego Królewskiej Wysokości Księcia Walii, który przyjął zaproszenie by zostać pierwszym Komandorem.
Z protokołu pierwszego spotkania Królewskiego Klubu Kajakowego wynika, że zostały zaplanowane podróże już na 1866 r., m.in. po Anglii, Walii, Szkocji, do Irlandii, Norwegii, Szwecji, Danii… Tego roku kajak „Grzechotnik” został zwodowany na rzece Trent. „Robin Hood” popłynął do Windermere, „Szybki” i „Włóczęga” wyruszyły do Szkocji podczas gdy „Rip-ple” popłynął na Ren. Pływały także „Wędrowiec”, „Marzenie”, „Obieżyświat” i „Sowizdrzał”. Okazało się, że wielu członków wraz ze swoimi kajakami i psami postanowiło spotkać się na rzece Clyde. Dzienniki członków Klubu zawierały opisy wielu zabawnych przygód, niebezpiecznych epizodów, a także „katastrof’ kajaków i zgon jednego psa. Jeden z członków uderzył w most na rzece Severn i pozostał na nim kurczowo trzymając się go, podczas gdy jego kajak odpłynął dnem do góry. Inny uderzył w tamę i miał dwukrotną wywrotkę w ciągu dwóch dni. I wreszcie zaistniał nietypowy przypadek, kiedy to członek Klubu wypływając na wzburzone morze, został pochwycony przez tłum wypatrujących go pań, które przeniosły go wraz z kajakiem na brzeg, tak jak gdyby wzywał pomocy, co oczywiście nie miało miejsca.
Po zapoznaniu się ze wszystkimi sprawozdaniami gazeta „Pall Mail” skomentowała, że Królewski Klub Kajakowy „łączy maksimum niebezpieczeństwa i niewygód z minimum użyteczności”. W rezultacie Mac Gregor namówił dziennikarza, który to napisał do wstąpienia do Klubu i to pomogło mu odzyskać utraconą pogodę ducha i dobry humor.
Lista członków Klubu stale się powiększała, a rok 1866 obfitował w wiele podróży. Jeden z członków, James Gordon pożeglował swym kajakiem przez Kanał La Manche do Boulogne i popłynął przez Francję do Morza Śródziemnego.
Drugi zrobił to samo, ale bez Morza Śródziemnego, natomiast trzeci udał się w dół Dunaju i rzekami Moldau i Elbe. Czwarty miał na pokładzie psa, który na lądzie ciągnął kajak na kółkach. Dwóch spośród trzech, którzy podążali wokół skalistego wybrzeża Skye dotarło do wyspy Rum. Inni udali się na rejsy po rzece Clyde, po Tamizie i po irlandzkich wodach. Zdarzyły się także samotne rejsy do Indii i do Australii.
Jeszcze w 1866 r. Mac Gregor popłynął nowym i mniejszym kajakiem przez Skandynawię opisując swoje wrażenia w książce „Rob Roy” na Bałtyku”. Ten kajak ponownie zbudowany przez Searle’a był krótszy o 12 cali, węższy o 2 cale, płytszy o 1/2 cala i lżejszy o 9 funtów od poprzedniego. „Rob Roy” został przewieziony do Norwegii na statku i dotarł do Christianii (Oslo) 2 sierpnia. Następnie został przetransportowany 60 mil pociągiem do Kongsvingor i drezyną do brzegów małego jeziora (ryc. 12). Z tego miejsca Mac Gregor zamierzał popłynąć do Sztokholmu. Chociaż mapa wskazywała strumień płynący z tego jeziora i łączący się z serią innych jezior, nie znaleziono wylotu. Mac Gregor miał szczęście, że uzyskał pomoc od żołnierzy będących na manewrach, którzy przenieśli kajak na sąsiednie jezioro. Jednak żegluga okazała się trudniejsza niż oczekiwano, gdyż na niektórych jeziorach znajdowały się liczne wyspy, z których wiele nie było zaznaczonych na mapie i trudno było ustalić ich tożsamość. W rezultacie Mac Gregor musiał się przy nich zatrzymywać i wspinać na cyple w celu znalezienia drogi.
Następny problem stanowiły kłody drewna w pobliżu tartaków. W jednym miejscu drewno rozciągało się wzdłuż rzeki Vrangs tak daleko jak można było sięgnąć wzrokiem. W polu widzenia nie było nikogo ani żadnego domu, więc Mac Gregor najpierw musiał przenieść bagaż w górę przez las, a potem ciągnąć „Rob Roya” (ryc. 13). Potem był łańcuch jezior i transport kajaka lądem na wozie do jeziora Venern i miasta Karlstadt, skąd odchodziły parowce przez Kanał West Gotha. „Parowiec spieszył wzdłuż brzegów kanału, a wysokie zielone trzciny pochylały się w niskich ukłonach, podczas gdy fale uderzały z pluskiem pomiędzy krzakami i wyganiały drobne ptactwo wodne z jego nocnych łowów, świergoczące gniewnie”.
Śluzy były zawsze otwierane przez kobiety, które pracowały „wściekłe”, chociaż młode dziewczyny z ogromnymi krynolinami, usadowione wysoko w górze i obracające uchwyty dźwigni, stanowiły dziwny widok. „Gdy ranek mijał, wiejskie dziewczyny rozpoczynały sprzedaż świeżych malin w ślicznych koszyczkach z kory brzozowej, a także masło i bekony. W ten sposób parowiec tanio zdobywał zaopatrzenie i był w stanie zapewnić pasażerom staranny i tani jadłospis”.
Kanał Gotha prowadził do jeziora Viken, a następnie do jeziora Vettern, gdzie Mac Gregor zatrzymał się w Vadstena by spotkać się ze starym przyjacielem. Wpływając na rzekę Motała, minął łańcuch jezior, jeden lub dwa kanały oraz wiele śluz włączając jedenastą u wlotu do jeziora Roxen, w drodze do Norrkping i Bałtyku.
Mac Gregor tydzień spędził w Sztokholmie. Tutaj zdziwił się, że nie można zobaczyć „prawie żadnych” statków spacerowych. Wsiadł na parowiec do Orebro, a następnie pociągiem dojechał do Treboda, gdzie długo żeglował po Kanale West Gotha. Potem ruszył koleją do Gothenburga, parowcem do jeziora Venern i Kanałem Carla Grafa do Trolhetta, gdzie wodospady zostały pokonane za pomocą licznych śluz, aż do pięknej rzeki Gota. Powrót nastąpił parowcem do Gothenburga, a stamtąd do Kopenhagi przez Helsingborg.
W Kopenhadze „Rob Royem” zainteresował się ogromny tłum, dlatego został umieszczony na otomanie na noc w ogromnej sali balowej hotelu. Kolejny odcinek podróży to jazda pociągiem przez Zelandię i statkiem do Svendbergu. We Flensburgu „Rob Roy” został umieszczony na szczycie wagonu kolejowego jadącego do Hamburga. Tutaj Mac Gregor popłynął dookoła portu, wzdłuż rzeki Łaby do Gluckstadt, a następnie wsiadł na parowiec do Helgolandu, wciąż brytyjskiej kolonii oraz bardzo ciekawego, interesującego miejsca. „Wysiadamy z ogromnych statków, niesieni na ludzkich plecach przez ostatnią toczącą się falę” do tej porośniętej na szczycie skały z czerwonymi graniami i gromadką białych, niebieskich i szarych domów u jej stóp. Gubernator był zarówno „miłośnikiem kajakarstwa jak również gwardzistą”, na którego biurku leżała relacja z zeszłorocznej podróży „Rob Roya”. Tak więc Mac Gregor przez trzy dni był mile widzianym gościem. Wracając do Bremerhaven, urządził sobie „długą i zachwycającą wycieczkę” w górę rzeki We-ser, przed powrotną podróżą parowcem nad Tamizę.
Mac Gregor oszacował, że w ciągu dwóch miesięcy przebył ponad 1000 mil kajakiem, w tym 300 pod żaglem. 500 mil przejechał pociągiem, wiozło go 25 parowców, a „Rob Roy” przebył następne 1000 mil przez rzeki, jeziora i morza. Jego wydatki wyniosły w sumie 45 funtów.
Natychmiast po powrocie Mac Gregor opracował notatki z podróży w formie literackiej, czego efektem było ukazanie się w 1866 roku książki pt. „Rob Roy na Bałtyku”. Kolejny wielki sukces towarzyszył tej publikacji. Wznowiono także sprzedaż pierwszej. Do tego czasu zbudowano już około 200 kajaków „Rob Roy”. Gazety zapełnione były artykułami o kajakach i kajakarstwie. Wzbudzały one wiele komentarzy i kontrowersji. Według niektórych podróże kajakiem wzdłuż wybrzeża były „niewarte świeczki gdy można popłynąć parowcem”, w innych zaś twierdzono, że kajak może przydać się wyłącznie na wodzie nie nadającej się do żeglugi dla innych rodzajów statków i łodzi. Następny krytyk uważał kajak za niezgrabny o płaskim dnie, „śmieszny” i napisał, że Mac Gregor „stopniowo staje się wodnym centaurem, jego dolna część ciała jest łodzią, a górna podróżującym Anglikiem”.
Zimą 1866 r. Mac Gregor intensywnie analizował swoje wyczyny i podróże z dwóch poprzednich lat i rozważywszy wszystko dokładnie doszedł do wniosku, że istnieją pewne czynniki ograniczające kajakarstwo, a całkowita przyjemność z podróży miałaby miejsce tylko wtedy, gdyby posuwanie się naprzód nie zależało jedynie od siły mięśni, a żywność mogła być przechowywana na pokładzie i byłoby możliwe spanie na jednostce. Dlatego postanowił zbudować żaglówkę, największą jaką mógłby prowadzić podczas burzliwej pogody w pojedynkę silny mężczyzna. Została ona zaprojektowana przez Johna White’a z Cowes, a zbudowana przez Forresta z Limehouse – budowniczych łodzi ratunkowych. Jej długość wynosiła 21 stóp. Podstawowym wymogiem było bezpieczeństwo, które m.in. zostało zapewnione przez cztery wodoszczelne komory oraz podwójną warstwę poszycia: honduraskiego mahoniu i żółtej sosny z płótnem żeglarskim w środku. Ponadto nadmuchiwana łódź ratunkowa o długości osiem stóp umieszczona była w komorze sypialnej, łódź była całkowicie przykryta z wyjątkiem otwartego i kwadratowego kokpitu o bokach i głębokości wynoszących 3 stopy, znajdującego się blisko rufy, na której było siedzenie z korkowym podkładem. W dwóch dużych skórzanych kieszeniach, zamocowanych w kokpicie znajdowały się: długi nóż i lina, linijka ze skalą stopową z kości słoniowej oraz lornetki wyprodukowane przez Stewarda ze Strandu. Po lewej stronie siedzenia znajdowały się drzwiczki, które opuszczone służyły za stół do posiłków, odsłaniając jednocześnie „kredens” kuchenny, w którym znajdowały się: płaski miedziany imbryk, miedziana patelnia oraz rondel, emaliowany talerz i sztućce. Po prawej stronie w podobnej przegródce były: pudełko z herbatnikami, flaszka rumu, świeczki, latarnia okrętowa oraz denaturat. W kabinie pod głównym pokładem były umieszczone cztery pudełka opatrzone napisami: „Opatrunki”, „Przybory do czytania i pisania”, „Narzędzia”, „Jedzenie”. W nocy Mac Gregor mógł spać poniżej głównego włazu. Pisał on, że „wewnętrzne urządzenia jego żaglówki służące do gotowania, czytania, pisania, zaopatrzenia całkowicie różniło się od tych wszystkich elementów na jakimkolwiek innym jachcie, od kiedy te pojazdy były projektowane z myślą o samotnych podróżach”.
Łódź żaglowa „Rob Roy” została zwodowana w Woolwich 7 czerwca 1867 r. (ryc. 14) i powoli ruszyła w kierunku Paryża. Z Dover Mac Gregor popłynął do Boulogne, a potem wzdłuż francuskiego wybrzeża do Le Havre. Z tego portu łódź była holowana w górę rzeki na linie przez sześć różnych parowców, z których ostatni napędzany był za pomocą łańcucha położonego na dnie Sekwany. Mac Gregor uważał tą część podróży za bardzo męczącą ponieważ brakowało uroku w tego rodzaju posuwaniu się w górę rzeki. Docierając do St. Cloud 30 czerwca, przygotował on swoją łódź na francuską wystawę statków spacerowych, malując jej wnętrze na niebiesko.
Około 30 angielskich i francuskich kajaków zebrało się na regaty organizowane w trakcie tej wystawy. Niestety, Cesarz Napoleon III, który ofiarował nagrodę 1000 funtową, nie uczestniczył w tym wydarzeniu, a Książę Walii musiał pozostać w Londynie by przyjąć sułtana Turcji.
Po regatach, w których Mac Gregor nie uczestniczył, popłynął w dół rzeki, lecz okazało się to trudnym zajęciem ze względu na szybki prąd wody, ogromny ruch barek oraz zbyt niską wysokość mostów na Sekwanie.
Zanim dotarł do miejsca połączenia się Sekwany i Oise, postanowił przejść na holowanie w dół rzeki do Le Havre, lecz jak się okazało nawet w Rouen trudno było znaleźć miejsce do zakotwiczenia, a niemożliwe było spokojnie dobić do nabrzeża. Na domiar złego podczas holowania pod ostatnim mostem kapitan, obniżywszy komin statku, zapomniał o łodzi, której maszt uderzył w most, zgiął się, ale na szczęście nie złamał. W końcu, gdy zakotwiczono na noc w Quilleboeuf, łódź prawie zatonęła, dostawszy się pomiędzy dwa parowce. Po jednodniowym odpoczynku w Le Havre, Mac Gregor opuścił port bardzo wczesnym rankiem i raczej przypadkowo niż celowo wpłynął do Littlehampton.
Po przybyciu do Littlehampton 24 lipca, Mac Gregor dostarczył do „Timesa” relację ze swojej podróży, toteż jego łódź nie potrzebowała prezentacji, gdy dotarł on do Cowes na Królewskie Regaty Jachtów. Na koniec łódź żaglowa „Rob Roy” powróciła wzdłuż południowego wybrzeża a następnie zaryzykowała podróż w górę rzeki do Maidstone i wiele razy przemierzała Tamizę w górę i w dół przed powrotem do Woolwich 21 września.
Przez następnych sześć tygodni Mac Gregor pracował nad „Samotną podróżą w łodzi żaglowej „Rob Roy”, która została opublikowana 14 grudnia. Drugie jej wydanie ukazało się następnego roku w maju.
W czerwcu 1868 r. Mac Gregor popłynął swoją łodzią żaglową z Erith w górę Tamizy, a następnie rozpoczął żeglugę na rzece Wey w Weybridge. 18 czerwca popłynął na rzece Arun i dotarł do Littlehampton następnego dnia.
W lipcu 1868 r. Mac Gregor postanowił popłynąć do Egiptu i Palestyny. 29 września wyruszył swym najnowszym kajakiem „Rob Roy” (piątym z kolei) z Tempie Pier do Mostu Londyńskiego, gdzie przyłączył się do „Tanjore”, płynącego do Aleksandrii i Port Saidu, aby zrealizować to co miało być jego najbardziej znaną podróżą.
Nowy dębowy kajak, którego długość wynosiła 14 stóp, z cedrowym pokładem, został zbudowany przez Johna Pembury z Mortlake. Posiadał on granatowe żagle dla złagodzenia blasku słońca. Zwodowano go pod koniec października.
W tym czasie gdy płynął Mac Gregor, Kanał Sueski nie był jeszcze gotowy. Prawdopodobnie była to pierwsza jednostka turystyczna, która tutaj dotarła, chociaż parowce, motorówki i egipskie żaglówki w tym czasie już pływały po Kanale Sueskim, ale miały one zupełnie inny charakter i cel żeglugi. Ogromne pogłębiarki, dźwigi i windy pracowały bez przerwy dniem i nocą, wydobywając piasek i muł i gromadząc je po obu stronach w imitacje gór.
W Suezie, w listopadzie 1868 r. Mac Gregor spotkał 27-letniego Henry’ego Mortona Stanley’a z „New York Herald”, powracającego z Abisynii, któremu pożyczył egzemplarz „Samotnej podróży”. Zainteresowała ona tak Stanley’a, że przesiedział całą noc dopóki jej nie przeczytał. Pod wrażeniem tej lektury powiedział Mac Gregorowi, że mógłby pisać regularne artykuły do swojej gazety o kajakach i jego obecnej podróży i aby to zapoczątkować gotów jest zatelegrafować do Associated Press aby te informacje znalazły się w 500 amerykańskich gazetach. Mac Gregor skomentował to następująco: „Co za fantastyczny gatunek stanowią ci Jankesi. W zamian dałem mu krótki list polecający do Livingstone’a”.
Wracając do Port Saidu, Mac Gregor wsiadł na parowiec do Bejrutu, a potem ruszył w górę rzek Abana i Pharpar. Po spędzeniu trzech tygodni w Syrii, 6 stycznia 1869 r. znalazł się nad źródłami Jordanu. Przez jakiś czas pływał po Jordanie, a potem gdy zaczęły przeszkadzać mu skały przeniósł się na jezioro Hijaneh. Było ono pokryte trzcinami o wysokości 10 lub więcej stóp. „Największa jaką ujrzałem mierzyła 20 stóp, uwzględniając pięć stóp zanurzenia. Te trzciny stanowiły przeszkodę, którą trudno było pokonać”. W tej sytuacji Mac Gregor był zmuszony do posługiwania się kompasem. Dalsza jednak podróż kajakiem stała się niemożliwa za Mostem Córek Jakuba, ponieważ ujście Jordanu do Morza Galilejskiego miało gwałtowny spadek i wypełnione było kataraktami i wodospadami. Transport kajaka przez tą nierówną okolicę kamienistych wzgórz i przepaści przyprawiających o zawrót głowy był bardzo trudny. Po zbadaniu dolnych partii Jordanu, aż do zniszczonego mostu Semakh, oddalonego od Morza Galilejskiego o 1,5 mili, wylądował na równinie Genezaret i odwiedził Kanę oraz Nazaret. Następnie jako pierwszy badacz rzeki Kishon, popłynął w jej dół. „Nudna to rzeka, z której trudno się dostać, poprzez szeroką i piaszczystą równinę pełną krokodyli, do Morza Śródziemnego”.
Relacja z jego rejsów po Nilu, Morzu Czerwonym, jeziorze Genezaret i wodach Damaszku została opublikowana w listopadzie 1869 r. W przeddzień publikacji zamówiono 2000 egzemplarzy „Rob Roya na Jordanie”, ale w ciągu dwóch tygodni sprzedano 5000 egzemplarzy. Na przestrzeni 12 miesięcy ukazały się cztery wznowienia, a książka wydawana była do 1908 r.
Mac Gregor wiele razy podczas swoich wypraw kajakowych o włos uniknął nieszczęścia, co jest zresztą mocno uwypuklone w jego książkach. Znajdują się tam rysunki przedstawiające go w momencie jak kurczowo ściska w dłoni wiosło, gdy kajak rzuca się na progi rzeki Reuss lub walczącego w swoim wątłym stateczku w sztormie, obok przylądka Head albo wypadającego za burtę by ratować łódź niszczoną przez dwa parowce na Sekwanie. Najbardziej dramatyczna była sytuacja wówczas, gdy płynął wzdłuż Jordanu ścigany przez tłum Arabów. Po zranieniu go z brzegu został wzięty do niewoli w prosty sposób polegający na wyniesieniu go wraz z kajakiem z wody i zaniesieniu przed oblicze miejscowego szejka (ryc. 15). Zdołał jednak uciec przy pomocy Hany, swojego przewodnika i podjął na nowo podróż.
John Mac Gregor w dalszym ciągu organizował swoje podróże w latach 70-tych. Znaczną część lata 1870 r. spędził z Królewskim Klubem Kajakowym oraz podróżując kajakiem wzdłuż południowego wybrzeża z Cowes do Plymouth, Falmouth i Wyspy Scilly, obserwując sporo niemieckich statków zablokowanych w portach ze strachu przed francuskimi okrętami w Kanale La Manche.
W sierpniu 1871 r. Mac Gregor zwiedził wybrzeże i Kanały Holandii oraz Zuyder Zee. W tym holenderskim rejsie Mac Gregor miał kilka poruszających wydarzeń. M. in. „Rob Roy” został niemal wessany do kilwatera i śruby ogromnego parowca. Mac Gregor sporządził dokładne notatki z tej podróży, lecz w końcu zadecydował, że jego przeżycia nie dają podstaw do napisania książki. Autor jego biografii Edwin Hodder twierdził natomiast, że był to jeden z najbardziej interesujących rejsów, dzięki któremu mogłaby powstać książka.
W 1872 r. rejs rzeką Crimea został odwołany na korzyść podróży na Szetlandy. W 1873 r. Mac Gregor zaplanował podróż na Azory, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie aby w tym czasie poślubić Annę Caffin, którą „kochał w milczeniu od 8 lat”. Ślub odbył się 4 grudnia w Blackheath. Jego wyczyny kajakowe zostały w ten sposób zakończone. Zamiast tego przeprowadził serię niezwykle udanych objazdów z wykładami, aby zebrać pieniądze na cele dobroczynne. Wygłosił 56 wykładów dotyczących „Rob Roya” zarabiając 4.160 funtów, a w 1878 r. udało się mu osiągnąć swój cel, którym było zebranie 10000 funtów, sumy którą darował różnym misjom i stowarzyszeniom, w działalność których był zaangażowany. Zmarł w lipcu 1892 r. w wieku 67 lat po długiej i wyczerpującej chorobie.
Chociaż Mac Gregor najbardziej był znany ze swoich kajakowych wyczynów to jednak największe osiągnięcia wynikają z pomocy jaką niósł porzuconym i znajdującym się bez opieki dzieciom w Londynie. Jego wpływ na młodych ludzi ze wszystkich warstw społecznych był ogromny. Głębokie zrozumienie dla ich położenia, kłopotów i trudności korelowało z jego mężnym charakterem, a osiągnięcia budziły ich podziw. Tym bardziej, że wyczyny Mac Gregora były raczej efektem silnej i ambitnej natury niż niespokojnego usposobienia. Podróże kajakowe były zresztą także okazją do przekazania i rozpowszechnienia jego wiary i poglądów misyjnych wśród szerokich kręgów słuchaczy i w różnych środowiskach świata. M. in. w tym celu woził w swoim kajaku odpowiednie traktaty napisane w językach francuskim i niemieckim by darować je tym, u których wzbudzały zainteresowanie. Mac Gregor był wybitnym człowiekiem, który wiódł życie polegające na cierpliwym czynieniu dobra.
Geneza turystyki kajakowej w Europie
Geneza turystyki kajakowej w Europie
Bazę i klimat początków i rozwoju turystyki kajakowej w Europie tworzyły wydarzenia, które rozgrywały się znacznie wcześniej, a były bardzo interesujące z nautologicznego punktu widzenia. W roku 1843 porucznik Królewskiej Marynarki Wojennej Peter Halkett wynalazł pierwszą łódź dmuchaną, stosując zamiast foczych skór materiał kauczukowy do wykonania łodzi podobnej do tych używanych przez Eskimosów grenlandzkich. Nazywano ją łódź-płaszcz albo płaszcz-łódź ponieważ można było ją nosić jako płaszcz wtedy, kiedy nie była używana jako łódź. Ten duży płaszcz nieprzemakalny był wyposażony w zbiornik z powietrzem, który dawał się szybko nadmuchać miechami. Płaszcz, miechy i para wioseł w całości ważyły ok. 12 funtów czyli niecałe 6 kg, a łódź miała 6 stóp długości. Tym gumowym pontonem z dwoma towarzyszami w dniu 10 czerwca 1844 odbył on podróż w dół Tamizy z Kew do mostu w Westminsterze. Opis tej podróży sporządzony przez Petera Halketta jest najwcześniejszą relacją o wycieczce łodzią rekreacyjną w Anglii.
Peter Halkett przeprowadził dalsze podróże doświadczalne w różnych punktach południowego wybrzeża Anglii: w Brighton, Portsmouth, Spithead i Plymouth, także w Zatoce Firth of Tay w Szkocji, Cove of Cork i w Zatoce Dublińskiej w Irlandii i wreszcie w Zatoce Biskajskiej, gdzie w listopadzie 1844 r. miał możliwość zademonstrowania swojej łodzi – płaszcza załogom eskadry okrętów wojennych. Udało się mu, pomimo wysokich fal przedostać się z HMS Caledonia do HMS St. Vincent. Admirał Milne jak również później Admiralicja – po przetestowaniu tych gumowych łodzi w Portsmouth i Spithead – stwierdzili, że wynalazek jest bardzo pomysłowy i łodzie tego typu mogą mieć zastosowanie w badaniach geologicznych, wyprawach badawczych i ekspedycjach odkrywczych.
John Franklin, który zabrał gumową łódź na swoją ostatnią, nieszczęsną wyprawę arktyczną (1845) stwierdził, że gdyby miał taką ze sobą podczas pierwszej swojej podróży na Morze Polarne (1819-21) to podróżnicy na pewno zdołaliby uniknąć wielu kłopotliwych sytuacji, a także uratować życie tych, którzy umarli z głodu i wycieńczenia.
George Simpson z Kompanii Zatoki Hudsona zabrał ze sobą gumową łódź dla Lądowej Ekspedycji Arktycznej (1846-7). Rae, kierownik tej ekspedycji napisał, że gumowa łódź okazała się wielce pożyteczna w przeprawie przez rzekę przy Zatoce Repulse Bay, a rybacy przedkładają ją nad łódź płócienną przy stawianiu sieci. Łódź ta woziła dwóch mężczyzn i ponad 100 kg zapasów i była używana przez 6 tygodni na skalistym wybrzeżu bez konieczności naprawy.
Pod kierownictwem Halketta rozpoczęto produkcję gumowych łodzi w firmie Samuela Matthewsa z Charing Cross (w Londynie), pierwotnie założonej przez Charlesa MacKintosha. W roku 1862 Komisja Wystawy Międzynarodowej przyznała Halkettowi medal za jego gumową łódź-plecak o długości 8 stóp, która była w stanie wozić dwie osoby.
Najwcześniejszą wzmianką o tym, że gumowe łodzie były używane w celach rekreacyjnych jest wpis w dzienniku Johna Mac Gregora w dniu 22 maja 1848 r., w którym stwierdza, że spotkał Archibalda Smitha i zobaczył jego łódź kauczukową, która stanowiła płaszcz, namiot, łódź i łóżko i być może popłynie na niej na jeziora w przyszłym roku.
Innym ważnym i pionierskim wydarzeniem na polu rekreacji i turystyki wodnej było zabranie w 1851 r. angielskiej łodzi wiosłowej na kontynent europejski i turystyczna penetracja szlaków wodnych w Europie. Tym pierwszym pionierem był Robert Mansfield (1824-1908)*. Miał on wówczas 27 lat. Był synem pastora z hrabstwa Hampshire. Po ukończeniu Uniwersytetu w Oksfordzie został wykwalifikowanym adwokatem, lecz nigdy nie traktował swego zawodu poważnie. Znaczną część życia poświęcił wędrówkom po Szkocji i innych krajach europejskich. Był dobrym strzelcem i jednym z pierwszych Anglików pasjonujących się golfem, ale sławę uzyskał jako niezmordowany wioślarz.
Łódź, która po raz pierwszy pojechała na kontynent nosiła nazwę „Lilia Wodna” i była czterowiosłową jednostką pływającą po Tamizie, długą na 36 stóp, zbudowaną przez firmę Noulton Wyld z Lambeth, nadrzecznej dzielnicy Londynu. Posiadała dekorację w postaci brytyjskich lwów na wiosłach i sterze oraz flagę brytyjską, która powiewała na mosiężnym maszcie przymocowanym do dziobu. Załogę stanowiło czterech wioślarzy i sternik.
„Lilia Wodna” została umieszczona na pokładzie parowca „Fyrlood” na przystani św. Katarzyny w Londynie i przewieziona do Rotterdamu.
Tam przekazano ją na statek „Niderlander”, który płynął w górę Renu przez trzy dni. 31 lipca 1851 r. „Lilia Wodna” została opuszczona na wodę w Mannheim. Stąd popłynęli w dół Renu do Kolonii, wpływając w różne dopływy lub zatrzymując się w różnych miejscach aby badać i poznawać.
Ta pierwsza podróż Mansfielda okazała się sukcesem. Dlatego na następny rok zaplanował podróż w dół Dunaju, do Budapesztu dwuwiosłową łodzią także nazwaną „Lilia Wodna”. Tym razem załogę stanowił jego kuzyn Campbell i Alfred Thompson -student Trinity College w Cambridge jako sternik. Wyprawa ta okazała się bardziej interesująca niż poprzednia. „Lilia Wodna” została przewieziona statkiem do Wiirzburga, skąd popłynęli w górę rzeki Main i Regnitz do Bambergu. Tutaj wpłynęli do Kanału Króla Ludwika, który łączył rzeki Regnitz i Altmiihl, a w XIX w. morza Północne i Czarne. Na odcinku z Bambergu do Dietfurtu przeszli przez około sto śluz. W Kelheim dopłynęli do Dunaju, a 9 sierpnia ruszyli w dół rzeki do Ratyzbony. Mimo spienionych fal, miarowo wiosłując i ostrożnie sterując, przepłynęli niebezpieczny skalny odcinek rzeki między i przybyli do Linzu. Zwiedzili obszar wokół tego miasta, w tym 420-jardową pochylnię w rejonie wodospadów na rzecze Traun w Lambach, zbudowaną z drewna i opartą na palach, aby umożliwić barkom przewożącym sól ominięcie wodospadu. Z Linzu popłynęli do miejsca, gdzie rzeka Traun wpada do Dunaju. Wiedeń opuścili 31 sierpnia „wśród wrzawy zgromadzonych widzów”. Za Bratysławą liczne wyspy i długie flotylle unoszących się na wodzie młynów wodnych przymocowanych w poprzek i wzdłuż rzeki, komplikowały i tak już utrudniony jej bieg. Podróż zakończono w Budapeszcie (ryc. 5). Odległość z Kitzingen do Budapesztu wyniosła około 700 mil, a przeciętnie przepłynęli wiosłując 28 mil każdego z 25 dni, kiedy byli na wodzie. Gdy podróż się zakończyła, „Lilia Wodna” została sprzedana dyrektorowi spółki parowców pływających po Dunaju za 12 funtów.
Podróż ta została opisana w książce pt. „Lilia Wodna na Dunaju”, która jest prawdziwą kopalnią wiedzy na temat miejsc odwiedzanych przez nich: kościołów, kopalni soli, wodospadów, anegdot, plotek i komentarzy na temat obcokrajowców, a przede wszystkim żeglugi, rybołówstwa, flisactwa, szkutnictwa, budowli hydrotechnicznych.
Dziennik okrętowy „Lilii Wodnej” został wydany anonimowo w roku 1852 aby poradzić czytelnikom jak mogliby zobaczyć „najpiękniejsze widoki Europy w sposób ekonomiczny, nowy i przyjemny”.
Później ukazało się jeszcze sześć edycji tego wydawnictwa w różnych wersjach.
Trzecia wyprawa Mansfielda wiodła przez Francję. Rozpoczęta została w sierpniu 1853 r. w innej, dwuwiosłowej łodzi zbudowanej przez firmę Noulton Wyld, w towarzystwie Campbella i A.A. Vansit-tarta na Kanale Burgundzkim w Dijon. Z miejscowości St. Jean de Losne popłynęli w dół Saony do Lyonu i w dół Rodanu do Beaucaire. Tutaj „Lilia Wodna” została umieszczona na barce i wysłana kanałem do Tuluzy, podczas gdy załoga zwiedzała konno Pireneje. Jednak Mansfield otrzymał list, w którym żądano natychmiastowego powrotu do domu. W tej sytuacji jego dwaj towarzysze zaniechali dalszej podróży i sprzedali „Lilię Wodną”. Relacja z trzeciej podróży „Lilii Wodnej”, ukazała się w 1874 roku. Wydawnictwo Tauchnitz także umieściło to sprawozdanie w zbiorze autorów angielskich dla rozpowszechnienia ich na kontynencie europejskim. To samo zrobiło także Wydawnictwo Routledge w szóstej angielskiej edycji dziennika okrętowego „Lilii Wodnej”.
Mansfield poślubił córkę pułkownika L’Estrange, Zofię, w brytyjskiej ambasadzie w Brukseli w 1853 r. Miał z nią dwie córki. Napisał kilka książek. Pod koniec życia osiedlił się w Londynie, gdzie zmarł w 1908 roku.
Nowoczesne kajakarstwo rodzi się dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia i to wyłącznie w celach turystycznych. Za „praojca” kajakarzy należy uważać Szkota Johna Mac Gregora (1825-1892), który w 1864 roku zbudował na wzór kajaków eskimoskich łódź z drewna oraz sklejki (dł. 4 m, szer. 0,75 m i wadze ok. 30 kg) i nazwał ją imieniem bohatera powieści Waltera Scotta – „Rob Roy” (ryc. 7). Na wodach rzek brytyjskich, szwedzkich, francuskich, palestyńskich i na Nilu demonstrował on nową technikę wiosłowania -twarzą do kierunku jazdy, a więc odwrotną niż stosowaną w wioślarstwie, przeżywającym w owym okresie bujny rozwój. W dniu 26 lipca 1865 roku założył Mac Gregor pierwszy w Anglii, a także na świecie, klub kajakowy „Royal Canoe Club”, do którego w 1867 roku wstąpił ówczesny książę Walii, późniejszy król Edward VII. Szybko rosła liczba członków tego klubu, wprowadzano także nowe typy łodzi. W 1868 roku RCC posiadał już ponad 300 kajaków „lekkich”, „Rob Roya” i „wyścigowych”. W tym samym mniej więcej czasie rozwijać się zaczęło kajakarstwo turystyczne i sportowe w Niemczech i Francji.
W Ameryce Północnej najpopularniejsze były łodzie typu canoe. W 1871 r. powstał pierwszy klub w Stanach Zjednoczonych nazwany New York Club, a następnie wiele innych. W USA powołano też wkrótce, w 1880 r. pierwszą na świecie kajakową federację narodową – American Canoe Association. Związek ten już w 1885 roku zorganizował regaty kajakowe. Odbyły się one na górskiej rzece Arkansas. W Ameryce Północnej trwa okres świetności „canoe”.
Na łodziach tego typu tysiące ludzi uprawia sport i turystykę. W roku 1887, jako drugi na świecie, rozpoczął działalność Brytyjski Związek Kajakowy (British Canoe Association – BCA). Szeroko zakrojona działalność angielskich kajakarzy, którymi byli przeważnie studenci, przyczyniła się do powstawania klubów w różnych krajach, a to z kolei miało wpływ na powołanie do życia federacji narodowych. I tak w 1900 roku powstał Kanadyjski Związek Kajakowy (Canadian Canoe Association – CCA), w 1904 roku Szwedzki Związek Kajakowy (Fóreningen for Kanot Idrott-FKI), w 1913 roku Czeski Związek Kajakowy (Svaz Ka-noistu a Vodnich Turistu), w 1914 roku Niemiecki Związek Kajakowy (Deutscher Kanu Verband – DKV), w 1921 roku -związki kajakowe Austrii i Danii.
Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak wspomnieć, że na Węgrzech pierwsze wzmianki prasowe o kajaku ukazywały się w latach 1821, 1824 i 1835, a pierwsi zagraniczni turyści kajakowi przybyli tam podobno w 1830 roku. Nie było to jednak to, co współcześnie nazywamy kajakarstwem i dlatego tych dat nie można przyjąć za początki kajakarstwa, jak również trudno uwierzyć w rozegranie w 1862 roku na Węgrzech prawdziwych zawodów kajakowych. W Niemczech natomiast rozpoczęto uprawiać kajakarstwo bezpośrednio po podróżach w tym kraju Mac Gregora i od razu uzyskało ono ogromną popularność. Pierwsze regaty rozegrano w 1881 r. we Wrocławiu. Jednak pierwsze regaty na świecie najprawdopodobniej zorganizował w Londynie Royal Canoe Club w 1867 roku. Jednakże do popularyzacji kajaka przyczyniły się wielkie wyczyny znanych ogólnie i podziwianych ludzi. I tak brat twórcy angielskiego skautingu, Warington Baden-Powell (1847-1921) zbudował własnoręcznie pierwszy kajak żaglowy i opłynął nim jedną z Wysp Brytyjskich. Było to w 1869 roku. Pływał także po innych wodach europejskich. Natomiast jeszcze przed nim, w swoim „papierowym” kajaku w 1866 roku pływał Philip Hamerton (1834-94). W 1867 roku ukazała się jego książka pt. „Wyprawa kajakarska”, a w 1871 r. nastąpiło pierwsze wydanie „Nieznanej rzeki”. W tej chronologii dziejów kajakarstwa należy również wspomnieć, że w 1875 roku pojawiła się po raz pierwszy na ziemiach czeskich kanadyjka. Była to zasługa wielkiego miłośnika kajakowania i działacza kajakowego Ferdynanda Zinke’go. Jednak drugim człowiekiem po Baden-Powellu, który jeszcze w ubiegłym stuleciu przyczynił się do tak znacznej popularyzacji kajaka był znany badacz Arktyki Fridtjóf Nansen. Zetknął się on z kajakami eskimoskimi podczas swojej pierwszej wyprawy polarnej na Grenlandię. Obserwował wówczas jak między bryłami lodu przewijały się zręcznie smukłe kajaki, a wiosła jak skrzydła wiatraka migały coraz szybciej i szybciej. Dlatego podczas swojej wyprawy na biegun północny w latach 1895-96, podczas której dotarli na północ ziemi tak daleko jak nikt jeszcze nigdy nie dotarł, nie popełnił błędu i nie zabrał z sobą ciężkich szalup, jakie ciągnęli za sobą po lodzie jego nieszczęśni poprzednicy. W swoim marszu po lodach wraz z Johansenem po opuszczeniu uwięzionego w lodach „Frama”, w kajakach skupiła się cała nadzieja wędrowców. Ich wielomiesięczna podróż, w której niezawodnymi towarzyszami odkrywców były kajak, sanie i narty, stała się epopeją bohaterstwa, nadludzkiej woli i poświęcenia. Bez kajaków byliby zgubieni. W trakcie licznych przepraw i podróży wodnych przeżyli na nich w rejonie Ziemi Franciszka Józefa m.in. spotkania z wielkimi ociężałymi morsami. Podczas pierwszego spotkania jeden z takich olbrzymów, wypływając z głębin na powierzchnię, otarł się przypadkiem o kajak Nansena. Podczas drugiego zarzucił na burtę olbrzymie kły i rozdarł płótno na długości 15 cm. Nansen zdzielił go wiosłem po głowie. Entuzjastyczne opisy Nansena („Życie Eskimosów”, „Wśród lodów i nocy”) wybitnie spopularyzowały kajak na kontynencie.
Norwegowie zbudowali dla „Frama” specjalne muzeum, w którym – wyciągnięty na ląd – stoi on w całości. Podczas zwiedzania statku, na którym zachowano wszystko do najmniejszego szczegółu z czasów pamiętnej wyprawy, wzruszenie ludzi interesujących się kajakarstwem muszą budzić właśnie kajaki używane przez Nansena.
Od czasu Baden-Powella rozpoczął się trwający 40-50 lat okres, w którym problem kształtu łodzi był dla kajakarzy zagadnieniem najważniejszym. Pojawił się niemiecki inżynier Heymann, który na podstawie doświadczeń z zakresu techniki lotniczej i własnych obliczeń zrewolucjonizował panujące dotychczas poglądy w dziedzinie budowy kajaków.
Stosując się do popularnej wówczas zasady „natura jest naszym wzorem”, Heymann odwrócił kształt kajaka, przez co upodobnił go formą do ryby, zapewniając mu większą szybkość na wodzie. Wydawało się, że jest to kształt najlepszy. Tak również myśleli kajakarze niemieccy aż do czasu sportowej konfrontacji swoich sił ze Szwedami. Niemcy wyjechali na zawody do Szwecji pewni zwycięstwa w heyman-nowskich kajakach, tymczasem w jego osiągnięciu przeszkodziła im nowa, nieznana dotychczas forma kajaka opracowana przez szwedzkich konstruktorów. Kajak ich produkcji dawał jeszcze większą szybkość niż kajak Heymanna. Nazwano go „tetroedr”.
W tym samym mniej więcej czasie, w Anglii modelarz statków William Frondę odkrył, że łodzie dłuższe posuwają się po wodzie szybciej.
Miało to znaczenie szczególnie dla kajakarstwa wyczynowego i dlatego kajaki sportowe zaczęły się coraz bardziej wydłużać. W końcu wprowadzono na zawodach sportowych ograniczenie długości łodzi i ustalono przepisy, które obowiązują do dziś i kajak sportowy jednoosobowy może mieć maksymalnie 520 cm długości. Od tego czasu konstruktorzy kajaków całą uwagę zwrócili na samą budowę łodzi, a nie maksymalne jej wydłużenie.
W roku 1904 syn aptekarza, młody monachijski student architektury Alfred Heurich buduje pierwszy składany kajak typu „Delfin”. Ten prototyp dzisiejszych składaków, zbudowany był na wzór kajaków eskimoskich, które Heurich pilnie przestudiował w monachijskim muzeum. Ta pierwsza próba udała się. Dnia 30 maja 1905 roku twórca składaka po raz pierwszy przepłynął na nim górską rzekę Izerę z miejscowości kuracyjnej Bad Tltz do Monachium. Spływ trwał pięć godzin i wykazał doskonałe walory kajaka składanego. Potwierdziły się one podczas spływów po górskich rzekach. Udowodniły jego większą przydatność w tych warunkach niż kajaka sztywnego, a Heurich zyskał miano „ojca niemieckiego kajakarstwa”. Składak staje się modny, rośnie jego popularność. Po vstaje pierwsza sekcja składakowa przy bawarskim „Touring Clubie”, a jej członkowie z zapałem uprawiają turystykę kajakową, zwłaszcza po tak licznych w Bawarii rzekach górskich. Popularność składaka przyczyniła się do założenia w 1907 roku w Rosenheim pierwszej na świecie wytwórni kajaków składanych Johanna Kleppera. Istnieje ona do dziś, chociaż przejął ją inny właściciel i nadal buduje najlepsze na świecie typy składaków. Na klepperowskim kajaku wypłynął z Lizbony 28 marca 1928 roku kapitan Romer, obierając kierunek do Ameryki. Po wielu przygodach, po dłuższej przerwie na Wyspach Kanaryjskich, osiągnął on 30 lipca Wyspę Św. Tomasza na Morzu Karaibskim. 11 sierpnia rozpoczął ostatni etap do Nowego Jorku, niestety, nie ukończył go ginąc w gwałtownym sztormie. Podobny wyczyn, na szczęście bez tragicznego zakończenia, powtórzono na klepperowskim kajaku dopiero po drugiej wojnie światowej.
Warto zauważyć, że Alfred Heurich był nie tylko pierwszym konstruktorem składaka, ale również jako pierwszy pisał podręczniki kajakowe, cieszące się dużą popularnością w owych czasach. Również inny kajakarz niemiecki – Frelle – budując składaną kanadyjkę, zrewolucjonizował dotychczasową technikę budowy tych łodzi.
Wykonywano też szereg prób holowania kajaków, co dało ciekawe rezultaty. Zaobserwowano, że kształt kajaka stwarza 25% oporu, natomiast opór tarcia stanowi 75%. Od czasu stwierdzenia tego faktu już nie tylko forma, lecz także gładkość zewnętrznej powierzchni kadłuba stała się bardzo ważna. Najlepiej fakt ten wykorzystali Austriacy, którzy na Igrzyska Olimpijskie przyjechali do Berlina z kajakami nowej konstrukcji, tak zwanymi „Schalen-boota-mi” lub inaczej „linzer-bootami”. Były to pierwsze typy kajaków „skorupowych”, a ich zewnętrzna powierzchnia nie była zbudowana z klepek, była więc o wiele gładsza i równiej wykończona. Mieszkańcy Linzu (od tego miasta nowa konstrukcja wzięła swoją nazwę) wykonali kadłub kajaka, czyli skorupę, z jednolitego materiału, co dało podstawy nowej technologii budowy kajaków prasowanych, a później z tworzyw sztucznych.
Szybki rozwój kajakarstwa w Europie, Ameryce Północnej i na innych kontynentach oraz powstanie federacji narodowych sprawiły, że konieczne stało się powołanie organizacji międzynarodowej. Doszło do tego w Kopenhadze 20 stycznia 1924 roku. W stolicy Danii spotkali się delegaci z 4 krajów. Powołali oni do życia Międzynarodowe Przedstawicielstwo Kajakowe -JRK (Internationale Representantschaft Kanusport). W tym samym roku odbywały się Igrzyska Olimpijskie w Paryżu. Tam też po raz pierwszy w historii kajakarstwa odbyły się pokazy regat kajakowych z udziałem zawodników 4 krajów. Wbrew zrodzonym wówczas nadziejom droga do osiągnięcia olimpijskiego awansu była jednak daleka. Międzynarodowy Komitet Olimpijski dopiero w 1934 roku – na kongresie w Atenach – włączył kajakarstwo do programu Igrzysk Olimpijskich w Berlinie. Jak oczekiwana była to decyzja, niech świadczy fakt, że wystartowało od razu 19 reprezentacji kajakarskich, w tym także polska, składająca się z dwóch zawodników Antoniego Bazaniaka i Mariana Kozłowskiego.
Roman Klim
Historia i charakterystyka kajaka
Historia i charakterystyka kajaka
Mówiąc o kajaku należy sprecyzować jego pojęcie. Według definicji i kategorii sportowych jest to łódź o kształcie wrzecionowatym, ostro zakończona na dziobie i rufie, przykryta pokładem z kokpitem, w którym siedzi kajakarz twarzą do kierunku jazdy i napędza ją wiosłem dwu piórowym, trzymanym swobodnie w rękach i nie opartym o żadne urządzenie. Kanadyjka różni się od kajaka tym, że ma dziób i rufę nie tak długie jak kajak i charakterystycznie podwinięte do góry, może mieć pokład lub nie, a zawodnik klęczy na jednym kolanie i posługuje się wiosłem jednopiórowym swobodnie trzymanym w rękach. Ta forma łodzi, jak i sposób wiosłowania, przetrwały do dzisiaj od czasów najdawniejszych.
Wśród licznych definicji kajaka należałoby przytoczyć jedną podaną przez Zbigniewa Grzywaczewskiego, Stefana Kalickiego, Juliusza Kruszewskiego i Przemysława Nocona w „Ilustrowanej encyklopedii dla wszystkich – okręty i żegluga”. Mówi ona o tym, że kajak jest lekką łódką jednoosobową lub dwuosobową, częściowo zapokładowaną, napędzaną wiosłami dwu-piórowymi przez wioślarzy siedzących w kierunku jazdy. Kajaki charakteryzują się bardzo lekką konstrukcją i małym zanurzeniem, wykonywane są z drewna, sklejki lub z tworzyw sztucznych, jako nierozbieralne lub składane (składaki). Pierwotne konstrukcje kajaków stosowane były przez Eskimosów i miały poszycie skórzane. Niektóre kajaki bywają wyposażone w sprzęt żaglowy i boczne miecze.
W najdawniejszych czasach łódź była podstawowym sprzętem domowym. Służyła do podróżowania, polowania i walki z innymi plemionami. Dzisiejszy kajak, łódź wioślarska, tratwa, żaglówka – to nie tylko w przenośni – ze wspólnego pnia. Drzewo genealogiczne wodnych dyscyplin sportu i turystyki sięga daleko wstecz i jest mocno rozgałęzione. Świadczą o tym liczne, do dziś zachowane pamiątki z przeszłości. One to właśnie mówią, jak w zależności od miejscowych warunków powstawały różne typy łodzi: od starych kanoe, używanych do dziś przez północnoamerykańskich Indian z plemion: Irokezów, Siuksów i Apaczów do kajaków Eskimosów, konstruowanych z przeróżnych materiałów. Trzeba dodać, że właśnie na kanoe Indianie dokonywali cudów zręczności na górskich rzekach kanadyjskich, podczas gdy Eskimosi doprowadzili do perfekcji jazdę na kajakach po morzu. Mówią o tym ludowe przekazy: legendy, ballady i pieśni, których ślady znajdujemy w literaturze ludzi białych, a także potomków mieszkańców tych krain.
Wykopaliska archeologiczne stale pozwalają przesuwać wstecz datę narodzin kajaka i kanoe. Np. brytyjski archeolog sir Leonard Wolley, prowadzący badania w ruinach miasta Ur znajdującego się na terytorium dzisiejszego Iraku, znalazł grób jednego z sumeryjskich królów. W grobie znajdował się wykonany ze srebra model kanoe i wiosła. Wiek tego znaleziska ocenia się na około 6000 lat. Prace wykopaliskowe prowadzone w Egipcie dowodzą, że już na ponad 2000 lat p.n.e. były tam w użytku łodzie, podobne kształtem do wieloosobowych kanadyjek. Sposób wiosłowania Egipcjan podobny był do stylu stosowanego przez Indian. W sławnym muzeum pergamońskim w Berlinie znajduje się rysunek, ryty w kamieniu, przedstawiający taką właśnie kanadyjkę z ośmioma wioślarzami. Natomiast rzeźby w pałacu w Korsabat przekonują nas, że stylem kanadyjskich Indian wiosłowali także Fenicjanie. Podobnie zresztą jak Wikingowie. W tym ostatnim przypadku dowodem jest łódź wojenna wykopana w Szlezwiku, a pochodząca z ok. III w. n.e.
Najstarsze informacje o kajakach czerpiemy zarówno z legend, jak i wykopalisk, znaków runicznych i rzeźb archaicznych. Warto przypomnieć np. treść starej pieśni islandzkiej, eddy, która mówi o cudownej łodzi Skiddlandmir. Odyn – skandynawski bóg wojny, wichru i śmierci mógł ją złożyć i schować do kieszeni kaftana. Jak głosi podanie – konstruktorem tego mitologicznego składaka był karzeł Sindri. Inna opowieść potwierdza chyba fakt, że ludzie północy od bardzo dawna znali składane kajaki. Mówi ona bowiem, że tak zwani Finsee, pół ryby – pół ludzie po wyjściu na ląd zrzucali rybią łuskę i stawali się normalnymi ludźmi. Należy przypuszczać, że po prostu zdejmowali oni skórzane składaki, w których przemierzali morskie odmęty.
O znaczeniu kajaka dla ludzi północy mówią prehistoryczne znaki runiczne odkryte w jaskiniach, w których ongiś zamieszkiwali przodkowie Skandynawów. Obok rysunków nart widnieją tam również wizerunki kajaka. Natomiast na podstawie wykopalisk kanadyjskich udało się odtworzyć szczegóły budowy pierwotnych kanoe. Winnetou i inni bohaterowie powieści Karola Maya mieli szczęście podróżować nie tylko na grzbiecie koni, lecz także w zwinnych, w różne kolory pomalowanych kanoe z kory drzew, głównie z brzozy. Północni sąsiedzi Indian, Eskimosi, nie mogli w żaden sposób korzystać z przykładu Irokezów i innych plemion. W walce z morskimi falami potrzebne im były zupełnie inne łodzie niż kanoe z kory. Musiały one być podobnie szybkie i zwrotne, ale jednocześnie znacznie bardziej szczelne. Szkielet wykonany z kości lub ości obciągali skórą reniferów albo fok, zostawiając jedynie niewielki otwór, przez który wchodzili do kajaka. Otwór ten uszczelniany był skórzaną odzieżą Eskimosów. Przy tym typie łodzi potrzebne było inne wiosło mające pióra po obu stronach. W ten oto sposób powstał prototyp kajaka, który aż do dnia dzisiejszego uległ niewielkim tylko zmianom. Eskimosi osiągnęli prawdziwie mistrzowski poziom w posługiwaniu się kajakami. Jak pisze w swej książce arcybiskup Uppsali, Olaus Magnus, w 1597 r. widział on w Aslo (dzisiejszym Oslo), jak sprawnie Eskimosi posługiwali się kajakami. Już wtedy potrafili oni wykonywać „eskimoskę”, a więc posiedli umiejętność, którą obecnie powinien mieć każdy zawodnik, jeżeli w przypadku wywrotki nie chce opuścić kajaka, a znowu móc wiosłować. Tak więc prawzo-rem dzisiejszego kajaka jest wąskie czółno eskimoskie (co w języku Lapończyków i Eskimosów brzmi „Ka-i-ak”), zwane też kajakiem grenlandzkim lub alaskim w zależności od okolicy skąd pochodził pierwowzór. Mniejsza łódź używana przez kobiety nosiła nazwę „umiak”. Egzemplarze kajaka eskimoskiego można oglądać m.in. w muzeach etnograficznych budapesztańskim i florenckim. Są to łodzie o linii w zasadzie mało różniącej się od używanych do dziś w myśliwstwie, rybołówstwie, turystyce i jako środek komunikacji wodnej. Kajak pierwotny – obok nart – był zasadniczym środkiem lokomocji ludów dalekiej północy. Posługiwali się nim mieszkańcy obu brzegów Cieśniny Beringa, nazywając go „bajdarami” (która to nazwa do dziś przetrwała w języku rosyjskim), mieszkańcy Wysp Aleuckich, Czukczowie i syberyjscy Samojedzi. Natomiast prawzór kanadyjek powstał na wschodnich wybrzeżach Kanady. Znane były one również wśród Indian uprawiających myślistwo i rybołówstwo, zamieszkujących północną Alaskę. Staroindiańskie mity mówią o perfekcji jazdy indiańskich myśliwych w swych „canoe”, którzy swobodnie pływali na górskich rzekach kanadyjskich, pełnych porohów skalnych, katarakt i wodospadów. Ich ślady znajdujemy w powieściach Londona, Meyne Reida, Curwooda czy Grey Ohla – Szarej Sowy. Tak więc można stwierdzić, że używane obecnie w sporcie i turystyce kanadyjki pochodzą w prostej linii od czółen Indian północnoamerykańskich. Sama zaś nazwa z pewnością wywodzi się z wysp Morza Karaibskiego. Kiedy na przełomie piętnastego i szesnastego wieku przybyli tam Hiszpanie i Portugalczycy, mieszkańcy wysp nazywali swe czółna „canagua”, która to nazwa została przez odkrywców przekręcona na „canoa”. Od tego słowa powstało angielskie canoe, niemieckie kanu i francuskie canot.
Kształt i forma kajaków i kanadyjek były na przestrzeni wieków różne. Różne były również sposoby ich budowania: od oparcia kształtu na szkielecie z ości ryb i drewna, obciągniętym powłoką ze skóry foki lub morsa, zszytej ścięgnami reniferów uszczelnionymi tłuszczem, poprzez kajaki o drewnianym szkielecie z klepek, sklejek lub forniru cedrowego, mahoniowego czy innego szlachetnego gatunku drewna (regatówki), do bezszkieletowego z płótna, mat szklanych i żywic poliestrowych. Kanadyjki natomiast w swej pierwotnej formie były drążone z pnia a z czasem budowano je przez obciągnięcie szkieletu płatami kory zszytymi włóknem z korzeni jodły. Kształt kajaków i kanadyjek wyczynowych znacznie odbiegł od swego pierwowzoru, gdyż został dostosowany do wymogów zawodów, a więc do szybkiego poruszania się po wodzie. W sporcie wyczynowym kanadyjki pojawiły się później od kajaków. Natomiast reasumując problem genezy kajaka i kanadyjki, należy stwierdzić, że oprócz głównej linii rozwojowej jednostek pływających, mamy również linie boczne, które osiągnęły już na tym etapie swój punkt szczytowy. Są to właśnie skórzaki – łodzie ze skóry na drewnianym szkielecie a więc kajaki i umiaki eskimoskie, lub łodzie z kory drzew (gre i vindla w Australii, kanadyjka Indian z Ameryki Północnej czy anan Indian z Ziemi Ognistej). Jednostki te świadczą o olbrzymiej umiejętności przystosowania się człowieka do warunków każdego środowiska. Trzeba jeszcze mocno podkreślić, że grenlandzkie umiaki i kajaki ze skóry są co najmniej rówieśnikami dłubanek.
Pierwsze zapoznały się z kajakami narody żeglujące po morzach północnych -przede wszystkim Anglicy, oni też rozpowszechnili je w Europie. Angielski badacz Burrcugh, który w II połowie XVI wieku przebywał wśród Samojedów, już w 1556 roku wspomina o kajakach jako o najpoważniejszym środku komunikacji wodnej oraz myślistwa. W 1723 r. nieznany Saksończyk przedstawił Augustowi Mocnemu, na Łabie, łódź o kształcie kajaka, nazwaną kieszonkową. Jednak dalszych losów tej łodzi nie przekazano, więc należy wnioskować, że król nie docenił tego „cudu techniki”. James Cook, który w latach 1790-tych był na Aleutach, z zachwytem pisze o kajaku jako o skutecznym środku transportu.
Technika pływania kajakiem po dzikich wodach
Technika pływania kajakiem po dzikich wodach
Nowe możliwości, jakie stworzył sprzęt z tworzyw sztucznych oraz możliwości szybkiego przerzucania sprzętu sztywnego w dowolne miejsce (transport samochodowy) uczyniły, zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej, bardzo popularną turystykę graniczącą z wyczynem uprawianą na wodach o dużym stopniu trudności. Wody te, to rzeki górskie o nieregularnym nurcie, zaliczane do tzw. wód dzikich. Ich pokonywanie możliwe jest tylko na sprzęcie 2 tworzyw poliestrowych: kajakach jedynkach, oraz kanadyjkach jedynkach i dwójkach (oczywiście wyposażonych w fartuchy). Sprawą równie ważną jak sprzęt jest odpowiednia technika, której wymagają zmieniające się w szybkim tempie sytuacje i występujące przeszkody naturalne.
Pływanie, nawet turystyczne po wodach, których stopień trudności jest większy niż III wymaga znajomości i opanowania elementów techniki slalomowej.
Z drugiej strony ta forma kajakarstwa dostarcza wielu emocji i jest świetną formą doskonalenia umiejętności, dlatego też zyskuje coraz więcej zwolenników.
Trudności techniczne występujące na wodach dzikich związane są z dużym spadkiem wody, a tym samym jej dużą prędkością. Nie regularności brzegów (zwężenia, gwałtowne zakręty), oraz występujące w nurcie głazy, wystające ponad powierzchnię wody i ukryte pod nią są przyczyną powstawania wirów, dużych fal, od-wojów i cofek.
Pokonywanie dzikich wód wymaga szczególnie pewnego związania kajakarza z łodzią, aby napęd mógł być skutecznie przenoszony na kajak czy kanadyjkę i aby wszelkie manewry wykonywane były pewnie. W związku z tym siedzenie kajaka powinno być tak wyprofilowane, aby unieruchamiało dolną część ciała. Nogi lekko zgięte w kolanach opierają się o podnóżek, a rozstawione kolana powinny zapierać się o specjalnie wyprofilowane podpórki. Równocześnie górna część korpusu powinna odleć dużą swobodę ruchów. W kanadyjkach klęczy się jak najniżej, z równoczesnym okraczanym przysiadem na siodełku, uda i stopy są unieruchomione w pętlach z taśmy.
Różnica techniki w kajaka i kanadyjce – wynika przede wszystkim z rodzaju wiosła i pozycji zajmowanej w tych łodziach. Kajak jedynka – daje największe możliwości techniczne ze względu na duży i obustronny zasięg wiosła, co umożliwia bardzo szybkie manewry i reakcje. Kanadyjka jedynka — jest łodzią bardzo trudną do opanowania. Wiosło, którym posługujemy się tylko z jednej strony ogranicza zasięg. Z reguły nie zmienia się strony wiosłowania w CI, a zakres wiosłowania po stronie przeciwnej do normalnej uzyskuje się poprzez sięgnięcie wiosłem bez zmiany uchwytu. Kanadyjka dwójka – każdy z członków załogi wiosłuje po swojej stronie. Obaj uzupełniają się, a tylny, mający lepszy przegląd sytuacji spełnia rolę kapitana.
Zasady doboru długości wioseł w pływaniu po wodach dzikich
- dla kajaków jedynek – 210 – 220 cm
- dla kanadyjek dwójek – 145 – 155 cm
- dla kanadyjek jedynek – 150 – 160 cm
Przybliżona reguła mówi, że w C II wiosło powinno sięgać do podbródka, a w CI – o 5 ca dłuższe, a w kajakach na wysokość połowy ręki uniesionej do góry.
Elementy techniki
Manewry, które wykonuje się podczas pokonywania wód dzikich trudno nieraz precyzyjnie rozdzielić na poszczególne elementy. Tym niemniej nożna, opierając się na technice stosowanej w slalomie usystematyzować pewne elementy, które pozwolą opisać sposób pokonywania najważniejszych typów przeszkód.
Płynięcie naprzód – Podobnie, jak przy pływaniu turystycznym, czy też w kajakarstwie płaskim pociągnięciem wiosłem wykonuje się wzdłuż burt łodzi, aby uniknąć niezamierzonego skręcania. Ale uchwyt wiosła jest o 1-2 szerokości dłoni większy, aby być przygotowanym do szerokich pociągnięć sterujących. Poza tym w trakcie wiosłowania można zmienić szerokość uchwytu w celu zwiększenia działającej dźwigni niosła.
W kanadyjce, aby możliwe były długie, pionowe pociągnięcia, nachyla się górną część ciała przy zanurzeniu pióra.
W kanadyjce każde pociągnięcie wymaga korekcji wytrąconej z kierunku łodzi. Na wodzie spokojnej sterowanie może odbywać się poprzez przekręcenie pióra wiosła na zewnątrz.
Na wodzie dzikiej, trudnej wystosowuje się kanadyjkę poprzez skręcenie pióra wiosła do wewnątrz końcowej fazy pociąg-cięcia. Równocześnie ręką trzymającą główkę wiosła przyciągamy górną część drzewca wiosła do siebie. Środek drzewca oparty jest o burtę, a pióro poprzez powstałą dźwignię odpychana jest od burty i wysterowuje łódź. Ten sposób wysterowania jest bezpieczny, bowiem wiosło jest wtedy cały czas gotowe do ewentualnego podparcia łodzi wytrąconej z równowagi.
Płyniecie do tyłu. Odbywa się poprzez odwrócenie ruchów przy płynięciu do przodu. Ręka ciągnąca staje się wypychającą i na odwrót. Ruch do tyłu stwarza duże trudności wskutek przesunięcia środka ciężkości ku rafie i zanurzeniu się rufy pod wodę, co powoduje trudności w sterowaniu i niebezpieczeństwo wywrotki.
Zmiana kierunku – ma najważniejsze znaczenie w technice pływania po wodach dzikich. Wymagają tego liczne przeszkody naturalne, które przy szybkim prądzie zmuszają do błyskawicznych manewrów zmiany kierunku płynięcia.
W slalomie kajakowym wykształciły się specjalne formy techniki. W okresie początkowym była to technika uderzeń do przodu i do tyłu (kontr).
W celu zwiększenia szybkości manewrów (co jest ostatecznym celem slalomu) powstała technika wykorzystująca każdy manewr zmiany kierunku również do napędu łodzi. Jest to tzw. technika pociągnięć.
Zmiana położenia łodzi – jest najprostszym sposobem zmiany kierunku. Wiosłowanie nadal pozostaje takie, jak przy płynięciu prosto, natomiast poprzez boczny skręt bioder łódź zostaje przechylona, z tym że środek ciężkości pozostaje nad środkiem wyporu. Wygięcie kila skręca łódź w kierunku przeciwnym do wychylenia. W takiej pozycji powiększa się również wznos kila (linia kila zanurzona jest na mniejszej długości), przez co łódź skręca łatwiej niż normalnie.
Drugi sposób przechyłu łodzi uzyskuje się poprzez wychylanie środka ciężkości ciała poza środek wyporu. Przez to uzyskuje się:
- przedłużenie dźwigni wiosła,
- większą zdolność skrętu łodzi,
- większą siłę pociągnięcia dzięki pracy mięśni górnej części korpusu.
Znajdujące się w przodzie pióro wiosła służy do napędu i zmiany kierunku oraz podtrzymuje ciężar ciała. Im większa jest różnica szybkości pióra wiosła i wody, tym łatwiejsze jest utrzymanie łodzi w tej pozycji. Ten sposób pochylenia łodzi stosuje się zawsze na szybkim aorcie przy promowaniu oraz przechodzeniu z wody spokojnej na szybki nurt.
Zasadą podstawową jest pochylenie łodzi w taką stronę, aby prąd uderzał w dno łodzi. Im prąd jest szybszy, tym pochylenie łodzi musi być większe. Jeżeli woda nacierać będzie na pokład kajaka czy kanadyjki, spowoduje to niechybnie wciśnięcie pokładu pod powierzchnię i wywrotkę.
Oczywiście zmianę kierunku uzyskać można stosując którykolwiek z omówionych wcześniej elementów (kontrowanie, zagarnianie z jednej strony lub zagarnianie łukiem od dzioba). Z tym, że kontrowanie może spowodować wywrotkę i nie zaleca się stosować tego elementu na wodach dzikich.
Elementem, który daje bardzo duże możliwości manewru jest ściąganie łodzi na wiosło. Manewr ten dla kanadyjki dwójki został omówiony w rozdziale III. Również w kajaku jedynce wykonuje się ten element i to zarówno w przypadku, jeżeli kajak posiada prędkości względem wody, jak i bez prędkości.
Element ten wykonywany bez prędkości polega na podparciu się piórem wiosła włożonego do wody równolegle do burty kajaka i przyciągnięciu kajaka do wiosła. Tym samym kajak zostaje przesunięty w bok o odległość zależną od zasięgu pociągnięcia.
Jeżeli kajak posiada prędkość względem wody, wystarczy włożenie pióra wiosła do wody ukośnie. W tym przypadku pióro wkłada się do wody, stroną pracującą skierowane ku dziobowi kajaka. Prędkość kajaka względem wody spowoduje, ściągnięcie dziobu na wiosło i zwrot kajaka. Im bardziej do przodu włożone będzie wiosło tym zwrot j będzie bardziej widoczny. Natomiast przy zanurzeniu pióra bliżej środka kajaka, skręt będzie słabszy, ale wystąpi równocześnie boczne przesunięcie kajaka. Dodatkowo przyspieszyć można zwrot ściągając wiosło do burty kajaka.
Pokonywanie przeszkód na wodach dzikich
Bezpieczne pływanie po wodach dzikich wymaga oprócz opanowania techniki również bardzo dobrego czytania wody, jak również umiejętnego wykorzystywania zjawisk zachodzących w nurcie.
Wpływanie z szybkiego nurtu w cofkę i wodę spokojną. Aby móc przepłynąć trudniejsze odcinki wody górskiej, należy przed nimi zatrzymać się, wybrać najdogodniejszą drogę przejścia. W celu zatrzymania się wykorzystujemy cofki bądź odcinki wody spokojnej występujące za głazami wystającymi z wody i w zatokach przy brzegach rzeki.
Po ustawieniu kajaka ukośnie w stosunku do nurtu wiosłujemy mocno w kierunku cofki. W momencie, gdy dziób kajaka znajdzie się w zasięgu wody wstecznej stosujemy manewr ściągnięcia kajaka na wiosło zakończony podciągnięciem równoległym wzdłuż burty. Prąd spycha w tym czasie rufę kajaka i obraca go samoczynnie. Manewr tak wykonany pozwala na zatrzymanie się nawet na bardzo szybkim prądzie, o ile w korycie rzeki występują głazy wystające ponad powierzchnię, lub zatoki ze spokojną lub wsteczną wodą.
Promowanie pod prąd. Jeżeli znajdujemy się na wodzi spokojnej, a chcemy prze-promować przez silny prąd należy wejść w nurt z możliwie dużą prędkością, aby prąd nie obrócił łodzi. Równocześnie pamiętać należy o balastowaniu (przechył na taką stronę, aby nurt uderzył o dno łodzi).
Zwrot na prądzie. Wyjścia z cofki w celu dalszego spłynięcia z prądem odbywa się poprzez manewr zwrotu. Napływamy ukośnie pod prąd, gdy dziób łodzi znajduje się na nim, stosujemy ściąganie dzioba na wiosło w celu przyspieszenia zwrotu. Oczywiście w momencie, gdy łódź znajduje się w pozycji ukośnej i bocznej względem prądu konieczne jest balastowanie.
Płynięcie po dużych falach, które są regularne i nie kryją głazów jest stosunkowo proste. Dobrze jest, aby łódź posiadała prędkość względem wody, bo łatwiejsze jest wtedy manewrowanie. Wszystkie zwroty wykonywać należy na szczycie fali, bowiem łódź na wtedy tylko jeden punkt podparcia i bardzo łatwo wykonać jest zwrot.
Wiosłujący na falach płasko, co ułatwia zachowanie równowagi i umożliwia ewentualną podpórkę wiosłem.
Przepływanie progów i szypotów, czyli tych siejąc w których występuje duża, nieregularna fala, odwoje i wiry należy do najtrudniejszych w pływaniu po wodach dzikich. Taki odcinak wymaga przed przepłynięciem rozeznania z wody, a o ile to możliwe również z brzegu i wybranie najlepszego przejścia. Staramy się, aby utrzymać łódź równolegle do linii nurtu i w odwój wejść u z dużą szybkością, prostopadle do tworzącego się wału wody. Cały czas wiosłujemy, bowiem ugrzęźnięcie w odwoju to pewna wywrotka i wciągnięcie kajaka w dno.
Manewrowaine pomiędzy przeszkodami (głazami) – opiera się na zwrotach łodzi. Jeżeli nie starcza miejsca i czasu, aby wykonać zwrot poprzez np. zagarnianie półkoliste od dziobu wygodniej jest zastosować element ściągania kajaka na wiosło. Pozwala to na wymijanie przeszkód tkwiących gęsto w korycie (np. szachownica).
Zachowanie się w czasie wywrotki na wodach dzikich
- nie puszczać wiosła,
- wydostać się możliwie szybko z kajaka (wychodzi się z kajaka z fartuchem, natomiast w kanadyjce fartuch pozostaje na kopicie,
- chwycić się kajaka (na dziobie i rufie są pętle z linki, dobrze również umocować linki wzdłuż burt od dziobu do rufy),
- starać się dopłynąć do brzegu mając kajak przed sobą (w razie uderzenia o głazy stanowi on pełną osłonę)
Piotr Chrupczalski
Technika pływania – żeglarstwo kajakowe
Technika pływania – żeglarstwo kajakowe
We współczesnej turystyce kajakowej nie spotyka się już praktycznie kajaków żaglowych, które posiadają wszystkie zalety śródlądowej łodzi żaglowej. Ale użycie żagla w kajaku wyposażonym w miecze boczne daje również duże możliwości.
Działanie żagla polega na wykorzystaniu siły zasysającej będącej wynikiem różnicy ciśnień po stronie nawietrznej (nadciśnienie) i zawietrznej (podciśnienie) żagla. Siła ta (S) działa w kierunku przepływa strug powietrza (w kierunku wiatru). Rozkłada się ona aa dwie składowe: S1 – „ślizgająca się” wzdłuż powierzchni żagla i nie wpływająca na ruch łodzi i S2 – prostopadłą do powierzchni żagla i wywołującą siłę napędową. Tę siłę S2 rozłożyć z kolei można na składową zgodną z osią łodzi (P) i wywołującą ruch do przodu i składową prostopadłą do tej osi (Q) – wywołującą boczne spychanie łodzi. Siłę Q w znacznej mierze równoważy opór boczny kajaka powiększony jeszcze przez zamontowanie dodatkowych mieczy.
Zależnie od kata istniejącego między kierunkiem wiatru a kierunkiem poruszania się łodzi będziemy mówić o odpowiednim kursie.
Kurs „pełnym wiatrem” (fordewind) – kierunek ruchu łodzi jest zgodny z kierunkiem wiatru. Kie występuje dryfowanie.
Kurs 3/4 wiatru (baksztag) – gdy wiatr wieje pod kątem – 45°. Żagiel ustawia się podobnie jak przy wietrze pełnym, ale bardziej się luzuje.
Kurs 1/2 wiatru (półwiatr) – wiatr wieje prostopadle do osi podłużnej łodzi, żagiel ustawia się po dwusiecznej kąta między osią łodzi i kierunkiem wiatru.
Kurs 1/4 wiatru (beidwind). Wiatr ostrzejszy od półwiatru z kierunkiem do – 135°. Żagiel wybiera się wtedy dość znacznie (wg zasady, że najbardziej korzystne jest ustawienie żagla w płaszczyźnie dwusiecznej kąta zawartego między kierunkiem wiatru, a kursem. Położenie gdy łódź stoi dziobem do wiatru, nosi nazwę „do łopotu” lub „w dryfie”. Wtedy około 35° w prawo i w lewo od osi kajaka znajduje się w polu martwym, tzn. wiatr z tego kierunku nie może wywołać ruchu łodzi do przodu.
Jeżeli łódź przechodzi z kursu 1/4 przez 1/2, 3/4 do pełnego wiatru, to mówimy, te łódź zaczyna iść pełniej. O przejściu z kursu „pełnym wiatrem” do 1/4 mówimy, że łódź idzie „ostrzej” do wiatru.
Pracujące żagle zawsze znajdują się po stronie zawietrznej łodzi.
Jeżeli łódź płynie takim kursem, że prawa burta jest nawietrzna, a żagle znajdują się po stronie lewej, to mówimy, że jest to prawy hals. Lewym halsem płynie łódź mająca wiatr z lewej strony (a żagle po stronie prawej). Przy kursie pełnym wiatrem hals jest dowolny. Można ustawić grot z jednej strony, a fok z drugiej. Przy tym kursie uważać należy na możliwość samoczynnego przerzucania żagla na drugą burtę (co grozi chybotnięciem kajaka i wywrotką).
Gdy oś podłużna łodzi przecina kierunek wiatru, łódź wykonuje zwrot.
Zwrot przez sztag jest wykonywany wtedy, gdy łódź idzie coraz ostrzej, przechodzi linię wiatru (położenie „do łopotu”), przechodzi na przeciwny hals i opada do wiatru aż do wejścia na nowy kurs. Ostrzenie do wiatru musi się odbywać na stosunkowo dużej szybkości, aby po wybraniu żagli i wychyleniu steru kajaka miał on prędkość pozwalającą mu przejść przez „pole martwe” i złapać wiatr z przeciwnej strony. Po tym manewrze można pomóc sobie wiosłem. Po przejściu linii wiatru odpadamy od wiatru, aby nabrać prędkości, a dopiero potem ostrzymy i wychodzimy na nowy kurs.
Zwrot przez rufę wykonuje się odpadając od wiatru i przechodząc linię wiatru rufą. Dokładnie w momencie przejścia linii wiatru należy wybrać grot i fok, przerzucić go na drugą stronę i wyluzować. Przy silnym wietrze samoczynne przerzucenie grota przez wiatr grozi wywrotką. Oczywiście, wszystkie te manewry wykonuje się wykorzystując ster, który działa najlepiej, jeżeli jego wychylenie od osi kajaka nie jest większe niż 45°.
Aby żeglowanie kajakiem było bezpieczne dla załogi, należy przestrzegać kilka zasad:
- nie nocować na stałe szotów. Należy je trzymać w ręce, bowiem w razie silniejszego podmuchu wiatru lub nagłej zmiany jego kierunku konieczne jest wyluzowanie żagla, a nawet wypuszczenie szota z ręki,
- wszelkie manewry stawiania i opuszczania żagli, naprawy uszkodzeń itp. wykonuje się ustawiając kajak „do łopotu”,
- odbijamy i dobijany do brzegu w miarę możliwości w pozycji „do łopotu”, najlepiej przy pomocy wioseł. Przy dobijaniu należy całkowicie wyluzować żagiel.
- załoga nie może być skrępowana nocnym fartuchem lub w inny sposób związana z kajakiem ze względu na możliwości niespodziewanej wywrotki,
- pływać można tylko mając na sobie sprawny sprzęt ratunkowy (kapok, koło i kamizelkę).
Piotr Chrupczalski

601-418-860,
048-667-2281
zamów kajaki na wakacje już dziś

