Warka

Wyprawa Foto prawym brzegiem Pilicy z Warki na Bielany

Czytaj dalej

Warka — Miasto Turystów i Krajoznawców PTTK

„Dorocznym zwyczajem rzesze warszawian spędziły Zielone Świątki w Warce i okolicy. Pociągi były przepełnione. Zaludniły się nadpi­lickie plaże. Warka winna stać się stałym miejscem świątecznego wypoczynku dla warszaw­skiego świata pracy” — 18 maja 1948 r. pisał do gazety Wiktor Krawczyk, zwolennik przekształcenia Warki w „punkt turystyczno-​​weekendowy”.

„Piękne położenie na wysokim brzegu Pilicy”; „wielkie przestrzenie leśne”; „suchy i zdrowy klimat”; poten­cjalne „miejsce krótkich wycieczek kolejowych lub kolarskich oraz na weekendy dla miesz­kańców bliskiej stolicy”; „piękne plaże i tereny wędkarskie”; rzeki Pilica i Wisła. Wszystko to w połączeniu z walorami histo­rycznymi stawiało Warkę „w rzędzie miejscowości, które miłośnikom historii dają głębokie przeżycia” — w 1949 r. pisał Wiktor Krawczyk w przewodniku Warka. Do broszury dołączono mapę przed­sta­wiającą szlak turystyczny (w skali 1:300 000) Warszawa-​​Piaseczno (miasto)-Góra Kalwaria-​​Czersk-​​Konary-​​Piaseczno (wieś)-Warka. Do Warki można też było dojechać pociągiem (z Dworca Głównego) przez Chynów oraz samochodem przez Raszyn, Grójec i Jasieniec. Latem 1949 r. PKS zamierzał uruchomić linię autobusową z Warszawy przez Grójec, Warkę, Kozienice do Zwolenia. Szosy miały być „dość dobre dla wycieczek samochodami i kolarskich”. Natomiast największym minusem Warki, czemu nie przeczył sam W. Krawczyk, była słaba baza noclegowa.

Idea Warki, jako ośrodka „turystyczno-​​weekendowego”, pojawiła się też u Romana Wojcie­chow­skiego w przewodniku Warka i okolice (Warszawa 1951). Warka miała obsługiwać głównie stolicę, Radom, Łódź i Tomaszów Mazowiecki. Mowa akurat o tych miastach, bo, jak z euforią pisał Wojcie­chowski, powstały już projekty inwestycyjne przeznaczone do szybkiej realizacji: 1. Szeroki, spławny kanał Łódź — Pilica, 2. Autostrada wzdłuż tego kanału i całej skarpy nadpi­lickiej aż do Garwolina, 3. Droga turystyczna u podnóża samej skarpy. Uregu­lowanie Pilicy miało przywrócić jej dawną spławność i żeglowność, dać Łodzi połączenie wodne z Warszawą i Morzem Bałtyckim. Na autostradzie wzdłuż rzeki dobrze jeździłoby się na rowerach. Reszty miało dokonać uczynienie z Warki siedziby powiatu (powrót do czasów Mazowsza książęcego i Rzeczy­po­spolitej szlacheckiej), czyli tym samym okrojenie teryto­rialne powiatu grójeckiego. Inne atuty? Dobra komunikacja, „malowniczy krajobraz”, „ciekawa przeszłość histo­ryczna”, „twórczy entuzjazm budowy lepszego jutra”, „słońce”, „zdrowe powietrze”, plaże, woda, lasy, łąki, „mieszkanie i niedrogie wyżywienie”, „bogactwo owoców i warzyw”, „obfitość ryb i ptactwa wodnego”. I, co najważ­niejsze, kiedyś z uroków nadpi­lickiej skarpy korzystali: Tadeusz Kościuszko i Piotr Wysocki

Cóż, nie utworzono powiatu z siedzibą w Warce, nie uczyniono z Pilicy na powrót rzeki spławnej, nie zbudowano wielkiego schroniska turystycznego przy parku w Winiarach etc. etc. Miasto Pułaskiego jednak przyciągało turystów, i to z całej Polski, z czego zdawano sobie sprawę nawet w Grójcu.

Władze powiatu grójeckiego szacowały, że w 1973 r. ruch wycieczkowy w powiecie grójeckim osiągnie około 260 tys. turystów. Wypoczynek koncen­trowałby się w rejonach i ośrodkach: Warka i okolice, wieś Pilica, Tomczyce, Budy Micha­łowskie, Biejków, Biało­brzegi, Przybyszew, Osuchów, Ostrołęka, Śreniawa, tereny nad Pilicą i kompleksy leśne. 8 maja 1973 r. Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Grójcu powołało komitet do spraw koordynacji ruchu turystycznego na terenie powiatu.

Szkoda, że nie stworzono długo­letniej strategii rozwoju turystyki dla Grójec­czyzny oraz należytej infra­struktury turystycznej. Lansowana przez PTK i PTTK idea uczynienia z Warki „punktu turystyczno — krajo­znawczego” w dalszym ciągu czeka na pełniejszą realizację. A przecież sami warszawscy lekarze twierdzili, iż Warka mogłaby być nawet „miejsco­wością wypoczynkowo — uzdrowiskową”.

Gorzką pociechą dla Warki może być przypadek Częstoniewa koło Grójca. W latach trzydziestych XX w. i bezpo­średnio po zakoń­czeniu II wojny światowej lekarz powiatowy Stanisław Kowal­czewski próbował zorga­nizować tam uzdrowisko. Teraz mamy w Często­niewie nowoczesne wysypisko śmieci.

Wszyscy do Warki!

Początkowo niewiele wycieczek urządzano i niewiele przyj­mowano. Prawdo­po­dobnie w 1947 r. w celach turystycznych przyjechało do Warki tylko 20 osób. W czerwcu 1948 r. przyjęto liczną wycieczkę szkolną z Belska Dużego. W kompletnie znisz­czonym w czasie II wojny światowej mieście nie było aż tak wiele do oglądania i nie było gdzie spać.

Poprawa sytuacji nastąpiła dzięki nawiązaniu współpracy z Warszawskim Oddziałem PTK im. Aleksandra Janow­skiego. 26 maja 1948 r. „Życie Warszawy” opubli­kowało tekst pióra Wiktora Krawczyka pt. Piękna okolica i histo­ryczne zabytki. Warka zaprasza na wycieczki. „Pociąg do Warki odchodzi z Dworca Głównego w Warszawie o godz. 9.10. Podróż trwa półtorej godziny. Bilet normalny kosztuje 180 zł. Po południu można wyjechać z Warki do Warszawy w godz. 16.45, 18.30 i 21.23. Na miejscu zgłoszonym wycieczkom PTK przydzieli przewodnika oraz umożliwi wyżywienie” — pisał Krawczyk. Na początku czerwca tego roku pierwsza oficjalna wycieczka Warszaw­skiego Oddziału PTK im. Aleksandra Janow­skiego odwiedziła Warkę, Starą Warkę i Piaseczno (wieś). Gości oprowadzał W. Krawczyk, a obiad spożyto w restauracji u Lucyny Rutkowskiej, członkini Zarządu miejscowego Oddziału PTK. Wśród warszawian który jednak nie wygłosił plano­wanego odczytu Nasze Ziemie Północne (Warmia, Mazury, Malborskie, Kwidzyn).

W kwietniu 1950 r. — Warkę odwiedziło kilku „krajo­znawczych łazików” (m.in. A. Janus, W. Przybo­rowski i Grzybowski) oraz wycieczka krajo­znawców — wszyscy z Oddziału Warszaw­skiego PTK. 30 lipca tego roku zabytki Warki podziwiała wycieczka Koła Związku Młodzieży Polskiej przy Związku Spółdzielni Pracy w Warszawie. Na 25 września 1950 r. swój przyjazd do Warki zapowie­działa wraz klasą XI nauczy­cielka Szkoły Ogólno­kształcącej z Warszawy (ulica Żelazna 88). W 1951 r. (do maja) w Warce przyjęto 21 wycieczek, tj. około 1000 osób, głowie młodzież szkolną ze stolicy. Na ożywienie ruchu turystycznego pozytywnie wpłynęło otwarcie w maju 1951 r. Muzeum Regio­nalnego PTTK.

9 grudnia 1951 r. do Warki miała przyjechać w celach turystycznych ekipa czołowych sportowców warszawskich i w związku z tym 7 grudnia miejscowy Klub Sportowy wystąpił do Zarządu Oddziału PTTK w Warce o przydzielenie przewodnika. Czter­dziestu sportowcom pokazano m.in. Muzeum Regionalne.

Oznaką zwrócenia większej uwagi na zagad­nienie turystyki było powołanie, w kancelarii szkolnej, biura Informacji Turystycznej, czynnego w każdą środę w godzinach 17.00 — 19.00 i obsłu­gi­wanego przez W. Barkowską, W. Podym­niakową oraz W. Krawczyka. Można było tu bezpłatnie uzyskać dane o miejsco­wo­ściach wypoczyn­kowych, zapoznać się z rozkładem jazdy pociągów i autobusów PKS w Polsce, skorzystać z przewodników turystycznych, map komuni­ka­cyjnych itp. Wreszcie, przyj­mowano zgłoszenia amatorów turystyki, którzy chcieli zwiedzić Warkę i okolice, oferując im przewodnika i, jeśli była potrzeba, nocleg. W 1950 r. na stacji kolejowej i w mieście ustawiono plany turystyczne Warki, pozwa­lające zorientować się przybyszom w miejscowych atrakcjach.

W dniach 18 – 22 lipca 1952 r. pod patronatem Zarządu Głównego PTTK odbywał się Turystyczny Rajd Kolarski Szlakiem PKWN Chełm-​​Lublin-​​Kazimierz Dolny-​​Warka-​​Warszawa, będący spraw­dzianem dla infra­struktury turystycznej Warki. Uczest­niczyli w nim miejscowi kolarze: m.in. Ryszard Gabler, Stanisław Kowalski i Edward Kozłowski. Wzięli oni udział w defiladzie centralnej na Placu Konstytucji w Warszawie. W ten sposób uczczono uchwalenie ustawy zasad­niczej PRL. Pismem z 2 sierpnia 1952 r. Zarząd Oddziału informował Zarząd Główny PTTK, że w organizacji Rajdu na terenie Warki wyróżnili się miejscowi PTTK-​​owcy: Stanisław Wolny, Wiktor Krawczyk, Stanisław Marci­nowski, Józef Skoczek. Józef Buza (z Komitetu Miejskiego PZPR) zmobi­lizował uczestników rajdu z Warki. Zarząd PGR Laski „wypożyczył” słomę, na nocleg. Bezpłatny transport słomy i wody to zasługa Dyrekcji Mazowieckiej Wytwórni Win. Zarząd GS „Samopomoc Chłopska” zapewnił wyżywienie.

10 sierpnia 1952 r. obsłużono wycieczkę Rady Zakładowej przy Warszawskim Zespole Budow­nictwa Przemy­słowego Drobnej Wytwór­czości. Być może po Warce oprowadzał ją przewodnik, mający, zgodnie z zaleceniem Zarządu Okręgu PTTK w Warszawie wydanym 4 lipca tego roku, na lewej ręce opaskę z zielonego płótna (o szerokości 9 cm) z czarnym napisem „PRZEWODNIK”. Rankiem 31 sierpnia 1952 r. „zachwyceni gościn­nością z żalem” opuścili Warkę Ed. Miero­szewicz i St. Jarosz­kiewicz (PTTK Warszawa).

Koło przewodników PTTK

W 1949 r. kurs dla przewodników ukończyło osiem osób. W. Krawczyk zapoznał je z proble­matyką warecką (struktura gospo­darcza, przemysł, rzemiosło, handel, rolnictwo itp.). W 1950 r. posiadano tylko pięciu czynnych przewodników. Po urucho­mieniu Stanicy Wodnej jeszcze bardziej wzrosło na nich zapotrze­bowanie. Początkowo większość przewodników rekru­towała się z Koła Młodzie­żowego PTTK przy LO. 29 czerwca 1962 r„ po egzaminie w Zarządzie Okręgu Mazowieckiego PTTK w Warszawie przy ulicy Litewskiej, upraw­nienia przewodnika turystycznego (po Warce) otrzymali Aleksander Gajewski oraz Tadeusz Kulawik. W następnych latach upraw­nienia przewodników terenowych (na województwo warszawskie)

Parafia Świętego Mikołaja w Warce

Z prawdziwą radością oddajemy w Wasze ręce pierwszy numer Infor­matora Parafialnego w Warce, a zarazem pierwszy w Archi­diecezji Warszawskiej. Informator niniejszy powstał dzięki inicjatywie firmy AZUR, której wydaw­nictwami mogą się już cieszyć mieszkańcy innych parafii.

Wydaw­nictwa te mają na celu przede wszystkim informować parafian o aktualnych wydarzeniach, bieżących sprawach z życia ich parafii, ale też przypominać o przeszłości wszak tak stary kościół jak nasz może poszczycić się pewnymi tradycjami.

O tym właśnie zamierzamy pisać, bowiem w planach są kolejne infor­matory, a już za tym numerze znajdziecie na zastępie notatkę o naszym świętym patronie Mikołaju, biskupie Miry oraz o kilka słów o historii i wystroju kościoła, a także o tym, co się ostatnio ze naszej parafii działo.

Mamy nadzieję, że Informator odegra rolę integrująca nasze środowisko i spotka się z sympa­tycznym odbiorem z Waszej strony. Bardzo nam zależało na tym, aby wydanie pierwszego numeru zbiegło się ze świętem naszego patrona, przypa­dającym w dniu 6 grudnia i wielkim zaszczytem, jakim są odwiedziny Księdza Biskupa Mariana Dusia.

Na koniec składamy podzię­kowanie wszystkim firmom, które zamieściły w Infor­matorze swoją reklamę, w efekcie czego może on być rozpro­wadzany całkiem gratisowo.

jeszcze raz serdeczne Bóg zapłać! Proboszcz

Słowo o świętym patronie.

Święty Mikołaj z Miry od wieków otaczany szczególną czcią, czego wyrazem i dowodem jest m. in. to jak wiele kościołów w całej Europie obrało go za swego patrona. W samym tylko Rzymie możemy ich znaleźć aż kilka­naście, a i w Polsce posiadamy ich nie mało, wymie­niając chociażby te najoka­zalsze w Gdańsku i Elblągu, sanktuaria na Śląsku i Pomorzu, nie zapominajmy, iż w kościołach pod innym wezwaniem znajduje się w sumie ponad tysiąc ołtarzy i wizerunków tego świętego. Jednak najstarsze ślady kultu św. Mikołaja związane są z Konstan­ty­nopolem, gdzie cesarz Justynian w VI wieku wystawił wspaniałą bazylikę, zaś w VII wieku inny władca — Bazyli Macedończyk w samym pałacu królewskim kazał wybudować kaplicę ku czci świętego. W tych czasach już udawały się liczne pielgrzymki do Miry miasta, w którym sprawował on zaszczytny urząd biskupa.

Mikołaj urodził się w mieście Patara w ok. 270 roku jako jedyne dziecko swoich rodziców, upragnione i gorąco przez nich wymodlone. Pochodził z zamożnej rodziny, ale od wczesnej młodości wyróżniał się hojnością, chętnie wspomagał ubogich i nigdy nie pozostawiał bez wsparcia bliźniego będącego w potrzebie. Na szczególne podkre­ślenie zasługuje tutaj fakt, że zawsze działał on skrycie, unikając rozgłosu. Jego skromności i pokorze towarzyszyła już od młodzieńczych lat wyjątkowa pobożność. Odkąd został biskupem miasta Miry (obecnie Demre) nie tylko nie zmienił swych godnych naśla­dowania obyczajów, lecz jeszcze gorliwiej sprawował swe obowiązki duszpa­sterskie. Biografowie tak czcigodni jak św. Grzegorz I Wielki opisują chwalebne czyny Mikołaja oraz cuda, których dokonywał. Było to m. in. osobiste wypro­szenie łaski u srogiego cesarza Konstantyna dla niespra­wie­dliwie skazanych na śmierć młodzieńców z Miry; uratowanie modlitwą rybaków przeby­wa­jących na morzu podczas straszliwej nawałnicy, dzięki czemu pozostaje on również patronem marynarzy i rybaków. Innym znów razem z wielkim poświę­ceniem ratował ludzkie życie i niósł pomoc dotkniętym zarazą. Posiadał podobno nawet moc wskrze­szania zmarłych, o czym opowiada jedna z legend. Pomimo powszechnego szacunku jakim się cieszył i jego dosięgnęły prześla­dowania za czasów cesarzy Dioklecjana i Maksy­miliana, do tego stopnia, że znalazł się w więzieniu, gdzie przebywał do roku 313. Uwolniony dopiero na mocy edyktu medio­lań­skiego, oddany całą duszą Bogu i ludziom powie­rzonym jego opiece, dalej wypełniał wzorowo obowiązki biskupa Miry, aż do momentu, gdy Pan powołał go na wieczną służbę do Siebie w dniu 6 grudnia roku 345 (lub 352). Mikołaja pochowano w mieście, któremu poświęcił tyle pracy i miłości. Doczesne szczątki Świętego pozostawały tam do 1087 roku, kiedy sprowadzono je uroczyście do włoskiego miasta Bari i złożono w specjalnie przezna­czonym grobowcu w bazylice wznie­sionej ku czci Mikołaja.

Bari, dumne ze swego świętego dwukrotnie w ciągu roku urządza uroczy­stości związane z kultem św. Mikołaja mianowicie: 6 grudnia w rocznicę śmierci oraz 9 maja — w dniu upamięt­niającym sprowa­dzenie relikwii. Ceremonia majowa odtwarza wydarzenia sprzed wieków. Do przystro­jonego przepięknie miasta wpływa statek z dwumetrową figurą świętego, którą następnie obwozi się po mieście specjalnym powozem, czemu towarzyszą procesje i korowody. Wszystko wprost tonie w kwiatach, a atmosferę przenika powszechna radość. Zupełnie tak jak wtedy, gdy święty Mikołaj przynosi prezenty, bo przecież z tym nam się on głównie kojarzy, z radością oczekiwania adwen­towego i czarem Świąt Bożego Narodzenia.

W Polsce św. Mikołaj zawsze cieszył się wielkim poważaniem i to nie tylko z powodu podarków. W dawnych czasach oprócz wspomnianych już rybaków i marynarzy także pasterze obrali go za swego opiekuna i wierzyli, że pomaga im chronić trzody. Wielu słynnych Polaków nosiło jego imię np. Rej czy Kopernik.

Wśród 16 świętych i 6 błogo­sła­wionych Mikołajów, to właśnie nasz święty Mikołaj z Miry cieszy się największą sławą i otoczony został ponad wszelką wątpliwość zasłużoną czcią i chwałą.

Bądźmy dumni z naszego Patrona, rozważajmy w cichej modlitwie jego dzieła i niepo­spolitą skromność, i podążajmy drogą, którą nam wskazał.

Marzena Ziemska

Historia parafii świętego Mikołaja w Warce.

Pierwsze wzmianki o naszej miejscowości pochodzą z XI wieku, na ten okres niektórzy historycy przenoszą datę erygowania pierwszej parafii w Warce, jako że powszechnie przyjętym zwyczajem w średnio­wiecznej Polsce było zaznaczać swoją przyna­leżność do świata chrze­ści­jań­skiego, wybudo­waniem choćby najskrom­niejszego kościółka. Nie mogło być inaczej i tutaj — w Warce, dawnym grodzie i zarazem ośrodku powiatu.

Fundacja naszego kościoła powstała w XIII wieku, co prawdo­po­dobnie wiązało się ze sprowa­dzeniem przez księcia Ziemowita I dominikanów, zaś sam przywilej nadania wystawił jego syn Bolesław, dzięki czemu zostali oni uposażeni w klasztor i kościół. Pod koniec XIV wieku wzniesiono kościoły Matki Bożej, św. Katarzyny oraz św. Mikołaja drewniany, konse­krowany w roku 1501 lub 1502. Budowę kościoła murowanego rozpoczętą w 1603 przerwał pożar w 1616, ale pomimo tych trudności konty­nuowano na przestrzeni lat 1623 – 1635. Ponowne znisz­czenie nastąpiło w 1656 roku i zapewne wiąże się z drama­tycznym wydarzeniem histo­rycznym jakim był potop szwedzki. Przeta­czając się przez nasz kraj pozostawił za sobą tylko zgliszcza, a został powstrzymany w cudowny sposób za sprawą Jasno­górskiej Pani, której pierwszym rycerzem wówczas został ksiądz Kordecki.

Planowana budowa trójna­wowego kościoła ostatecznie nie doszła do skutku, zreali­zowano ją tylko częściowo, wznosząc nawę północną (lewą). Ponownej konse­kracji w 1661 roku dokonał biskup poznański W. Tolibowski.

W drugiej połowie XIX wieku podjęto gruntowne prace nad remontem i przekształ­caniem wyglądu świątyni, dodano m. in. niektóre ozdoby we wnętrzu, odnowiono bądź przema­lowano obrazy zgodnie z ówczesnymi wymogami estetycznymi. W reszcie w roku 1899 kościół otoczono neogo­tyckim murem, w skład którego wchodziły kapliczki i dzwonnica.

Druga wojna światowa nie oszczędziła polskich miast ani kościołów. Warka szcze­gólnie ucierpiała w 1944 roku z powodu zaciekłych walk o znajdujący się tu w bezpo­średnim sąsiedztwie słynny przyczółek zwany warecko-​​magnuszewskim. Odbudowę znacznie uszko­dzonego działaniami wojennymi kościoła zakończono w 1948 roku.

Przez wiele lat kościół św. Mikołaja był otwarty dla wiernych jedynie w niedziele i święta; decyzją Księdza Prymasa Kardynała Józefa Glempa dnia 15.06.1993r. erygowano nową parafię pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej w kościele pofran­cisz­kańskim, tak więc odtąd w Warce istnieją dwie parafie.

W ciągu ostatnich pięciu lat dokonano we wnętrzu kościoła i najbliższym otoczeniu wielu widocznych zmian, żywimy nadzieję, iż wszyscy przyznają — zmian na lepsze, dowodzących odnowy życia religijnego i wspól­no­towego. Do znaczących naszych osiągnięć należy remont generalny prezbi­terium, którego uwień­czeniem była konse­kracja przez Księdza Prymasa nowego ołtarza w dniu 6 grudnia 1997 roku; remont zewnętrznej elewacji, a wreszcie ostatnia z inwestycji, zreali­zowana w bieżącym roku wyłożenie terenu wokół kościoła nową kostką brukową.

Zycie każdego chrze­ści­janina rozpoczyna się z udzie­leniem pierwszego sakramentu czyli chrztu w świątyni, a kończy pożegnanie pogrzebem i złożeniem doczesnych szczątków w poświęconej ziemi, a zatem nie można nie wspomnieć również o otrzymaniu nowego cmentarza grzebalnego, sąsia­du­jącego z cmentarzem komunalnym. Poświęcenie cmentarza odbyło się 2 listopada 1997 roku podczas uroczystej Mszy, odpra­wionej przez Księdza Biskupa Mariana Dusia.

Marzena Ziemska

Wystrój Kościoła świętego Mikołaja

Kościół nasz jest pięknie usytuowany na wznie­sieniu, co w dawnych czasach miało nie tyle znaczenie estetyczne, co w pewnej mierze — strate­giczne, dokąd bowiem jeśli nie do świątyni podążali wierni uchodząc przed najazdami wrogów, klęską żywiołową lub nawałnicą. Roztacza się stąd przepiękny widok na bliższe i dalsze okolice, których mieszkańcy wiedli niegdyś pobożny żywot zgodny z biciem dzwonu — serca parafii np. na Anioł Pański. Według niego mierzyli pory dnia, pracy i odpoczynku, znoju i wesela.

Dzisiaj również dla każdego chrze­ści­janina pozostaje on jakby drogo­wskazem w codziennym pośpiechu i zapędzeniu ku dalekim upragnionym celom. Tu możesz zwolnić tempa, przysiąść na chwilę, odetchnąć nieco od całego zgiełku świata, pogrą­żywszy się w modlitwie, a może i zadumie. A gdy już odmówisz i „Zdrowaś Mario…” , i „Ojcze nasz…” , spójrz dookoła. Jaki jest ten nasz kościół? Niczym blizny, nosi na sobie ślady wszystkich nieszczęść: wojen, najazdów, pożarów, tak starannie zamaskowane kolejnymi remontami, przebu­dowami itd.

W kruchcie zachodniej przywitają nas dwa barokowe krucyfiksy. We wnętrzu najpierw przyciąga oczy główny ołtarz, późno­re­ne­sansowy, z obrazem przed­sta­wiającym Matkę Boską z Dzieciątkiem, z okala­jącymi go figurami świętych Jana Chrzciciela i Mikołaja Biskupa; nad nimi wznosi się również XVII –wieczna chusta św. Weroniki z wizerunkiem twarzy Pana, świadectwem jego cierpienia tuż przed ukrzy­żo­waniem. W niszach po bokach ołtarze św. Barbary (uprzednio pod wezwaniem Bożego Ciała) i św. Katarzyny. Św. Barbarze towarzyszą w dodanej tercji św. Andrzej i św. Jan Ewangelista, a ze zwień­czenia spogląda na nich Matka Boska Bolesna przyodziana w srebrną koszulkę; całość oddzielona od nawy głównej wysoką półkolistą arkadą. Z tej samej prawej strony, inaczej niż zazwyczaj w kościołach, ambona, po której krętych schodkach od dawna nikt nie wstępuje, aby wygłosić kazanie, w dobie głośników i wzmac­niaczy. Może trochę żal.

Po przeciwnej północnej stronie, jako zakoń­czenie jedynej bocznej nawy, zupełnie inna w nastroju kaplica pod wezwaniem św. Krzyża, dawniej zwana Literacką, z przepiękną dekoracją rzeźbiarską ołtarza, którego centrum stanowi krzyż z Panem Jezusem. Niskie, przy-​​ciężkie sklepienie kolebkowo-​​krzyżowe zdaje się przytłaczać i nas, i ten krucyfiks jakby dźwigało na sobie bezmiar grzechów całego świata. Niewiele światła przedostaje się przez koliste okienko osadzone w rozgli­fionej wnęce, co potęguje uczucie powagi wobec mrocznego misterium męki pańskiej, zmusza nas wręcz, aby uklęknąć i zatopić się w rozwa­żaniach, a oto objawi nam się zaraz i ta myśl podniosła: po Golgocie nastąpi wszakże Zmartwych­wstanie. Wielki jest urok tego niezwykłego miejsca!

Przenosząc to radośniejsze wrażenie, przejdźmy z powrotem do środka głównej nawy i wznieśmy wzrok ku górze, gdzie Matka Boża z Dzieciątkiem w otoczeniu Aniołów, grających i śpiewa­jących na Jej cześć, króluje w niebie-​​siech. Wokół symbole Jej cnót źródło krysta­licznie czystej wody, śnieżnobiałe lilie, łagodne gołębice. Oprócz tego przed­sta­wienia mamy też XVII-​​wieczną kopię malowidła Matki Boskiej Często­chowskiej, i namalowany również w XVII wieku na blasze miedzianej wizerunek św. Jacka Odrowąża z Matką Bożą z Dzieciątkiem.

Większość obrazów przema­lowano w XIX wieku. Może wydawały się zbyt staro­świeckie, barwy straciły wyrazistość okopcone dymem świec płonących codziennie przez dziesiątki lat. Nie znano zresztą współ­czesnych metod odnawiania i konserwacji dzieł sztuki, ale zrobiono to, co w odczuciu tamtych ludzi zdawało się najlepsze i nie dowiemy się prawdo­po­dobnie nigdy jak owe malowidła wyglądały; pozostaną tylko domysły, otoczone mgiełką tajemnicy. Każda epoka dodaje coś od siebie. I my staramy się pozostawić po sobie — coś równie trwałego i pięknego: czy to marmurową posadzkę w prezbi­terium, czy kostkę na dziedzińcu lub nową plebanię. Uszanujmy i miejmy zawsze na względzie wszystko, co zostało odzie­dziczone po ojcach, dziadach i pradziadach. Wielu jest przecież miesz­kańców parafii św. Mikołaja od pokoleń związanych z Warką. Uczyńmy zatem co w naszej mocy, abyśmy mogli być dumni z naszej parafii, a dobry Bóg nam pobło­gosławi i nie opuści w potrzebie!

Marzena Ziemska

Santa Piva di Warka

Santa Piva di Warka

Warka spogląda wyniośle ze swej wysokości, na zwartą zieleń usado­wionej od południa Puszczy Stromeckiej i niebieszczącą się powierzchnię tulącej się do podnóża skarpy Pilicy.

Nazwa miasta nie ma jedno­znacznego wyjaśnienia. Etymolodzy wywodzą ją od słowa „warować”, jako że w tym właśnie miejscu lokuje się średnio­wieczną warownię (strażnicę), czuwającą u nadpi­lickiej przeprawy, oraz — co niewy­kluczone — od słowa „warzyć”, pocho­dzącego od trady­cyjnego zajęcia miesz­kańców, jakim było i jest warzenie piwa.

Zaczątkiem Warki było zapewne grodzisko, którego fragmenty do dziś widoczne są w wiosce położonej kilka kilometrów na wschód od dzisiejszej Warki, zwanej Starą Warką. Tu istniało prawdo­po­dobnie pierwsze założenie dzisiejszego organizmu miasta, które z niezbyt dobrze wyjaśnionych przyczyn, poczęło egzystować w nieod­ległym, ale przecież innym miejscu.

Dokumenty pisane informują, że w roku 1231 książę mazowiecki Konrad I, przebywał wraz ze swoim dworem właśnie w Starej Warce, która to wówczas stanowiła większy ośrodek książęcy. Nie jest — co prawda — pewne, czy funkcjonował on w okresie jego panowania, ale znajdowany tam materiał arche­olo­giczny, wystę­pujący w promieniu 1500 m od grodziska, świadczy o żywotności tego ośrodka. Przypuszcza się, że istniał tu zapewne kościół, bowiem zachowana tradycja, oparta zresztą na zaginionym źródle przekazuje, że istniała tu w Starej Warce kaplica, obsłu­giwana przez kapelana książęcego. Na prężność tego ośrodka wskazuje również założenie tu w roku 1255 — przez księcia Ziemowita I — konwentu domini­kań­skiego, oraz powrót książąt do wsi Warka w drodze zamiany na wieś Lechanice (dziś: Mechanice, przyp. A.Z.R-S.) i Opożdowo (Opożdżew), przepro­wa­dzonej przez księcia Konrada II w roku 1284, która to stanowiła zalążek przyszłego lokacyjnego miasta.

Prawa miejskie otrzymała Warka w roku 1321 z rąk księcia mazowieckiego Trojdena I, lokującego tu ów ośrodek na prawie chełmińskim. Wielką widać sympatię miał książę do Warki, skoro mimo rezydowania w niewielkim Czersku — stolicy okolicznych ziem — pochowany został w roku 1341 w kościele Dominikanów, sprowa­dzanych w to miejsce jeszcze za czasów panowania księcia Ziemowita I. Dziś książę spoczywa w podziemiach kościoła Franciszkanów, wraz ze swoim bratem Ziemowitem II, zmarłym w roku 1343 oraz księżnę Danutą Anną, córką księcia litew­skiego Kiejstuta — siostrą Witolda i żoną księcia Janusza I Starszego, zmarłego w 1429 roku. Szczątki Ich Dostojności zostały przeniesione z rozbie­ranego w roku 1844 kościoła Dominikanów, do obecnego kościoła pofran­cisz­kań­skiego, a fakt ten upamiętnia umieszczona przy wejściu głównym do kościoła, kamienna tablica.

Nie tylko jednak tymi osobi­sto­ściami słynie to miasto. Okres rozwoju miasta trwa do dziś, a jego największy rozkwit przypada na XV i XVI wiek, kiedy to Warka słynęła jako ośrodek rzemiosła, głównie szewstwa i browar­nictwa. To ostatnie zajęcie było najbardziej ulubione wśród miesz­kańców nadpi­lickiego grodu, bowiem tradycje tegoż pozostały do dziś żywe. Piwo wareckie było wysoko cenione nie tylko w kraju, ale również poza jego granicami. Ekspor­towano go w wielkich ilościach do Czech, na Węgry i nawet do Szwecji. Ten złocisty napój zawdzięcza swój smak podobno niepo­rów­ny­walnie smacznym wodom Pilicy. Rzeka była fanta­stycznym dobro­czyńcą miesz­kańców. Wówczas była spławna i roiło się od niej od galarów i barek załado­wanych przeróżnym dobrem, trans­por­towanym dalej Wisłą do Torunia i Gdańska. Pilicy więc miasto zawdzięcza nie tylko położenie, dobrobyt i sławę, ale do dziś znakomite walory krajobrazowe.

Rozwój miasta przerwały nadawane szlachcie przywileje, ograni­czające możliwości wytwórcze miesz­kańców, oraz zanik żeglowności rzeki. Inne nieszczęścia spowo­dowały najazdy szwedzkie w XVII wieku, oraz wojny elekcyjne w początkach wieku XVIII, pożary, zarazy i polityka zaborców. Zniszczeń dopełniły walki prowadzone podczas I Wojny Światowej, oraz zmagania na przyczółku warecko — magnu­szewskim w 1944 roku.

Powróćmy jednak do piwa. Musiało być znakomite, skoro w roku 1483, książę mazowiecki Bolesław V, wydał przywilej, zastrze­gający wyłączność sprzedaży wareckiego piwa w ratuszowej piwnicy Warszawy. Warka była bezkon­ku­ren­cyjnym ośrodkiem w tym czasie, jeżeli chodzi o produkcję tego napoju. Przyznać też trzeba, że i palenie gorzałki mniejsze tu miało znaczenie niż w innych, sąsiednich miastach. Np. w roku 1570 wypalono tu tylko 3 garnce gorzałki a w roku 1571 — 4 garnce, co stawiało wówczas miasto daleko poniżej średniej.

Piwa jednak produ­kowano tu najwięcej, biorąc pod uwagę ośrodki miejskie ziemi czerskiej. W roku 1537 tytułem czopowego (rodzaj opłaty za produkcję piwa. Nazwa wywodzi się od czopu zatyka­jącego beczkę. Pierwotnie ilość czopów równała się ilości beczek. Potem pozostała tylko nazwa, (miara bowiem się zmieniała) miasto zapłaciło nieba­gatelną sumę 101 florenów i 10 groszy. Wyjaśnić tu trzeba, że od każdego waru piwa, opłata wynosiła 3 grosze, choć zgodnie z wypisami z ksiąg lustra­cyjnych stwierdzało się, że piwowarzy wareccy zalewali do każdego waru piwa i wiele więcej słodu niż gdzie indziej i chyba w tym tkwi tajemnica jakości wareckiego piwa. W roku 1578 pobrano tytułem czopowego kwotę 1408 florenów, jednak nie od liczby warów, ale od wartości wypro­du­ko­wanego napitku.

Tajemnice warzenia piwa przeka­zywano zgodnie z ojca na syna i każdy z rzemieślników posiadał monopol na swoje tajniki zawodowe, które też skrzętnie skrywał przed konku­rentami, a o popycie na tę wspaniałość niech świadczy krążąca w wielu wersjach anegdota.

Nuncjusz papieski, kardynał Gaetano Aldobrandini (późniejszy papież Klemens VIII, przez wiele lat przebywał w Polsce. W tym też czasie — jako że piwo było nie tylko napojem, ale także ważnym skład­nikiem codziennego pożywienia — wśród polewek, szcze­gólnie cenioną była polewka piwna. Piwem tez popijano jedzenie suche i ciężko­strawne potrawy, oraz nie zawsze dobrze przyrządzone), szcze­gólnie sobie upodobał właśnie warecki napój. Tuż po przyjeździe do Rzymu, ciężko zachorował, a przyczyną choroby był wrzód, umiej­scowiony w gardle. Złożony goryczą wyszeptał w malignie: „piva di Warka”. Obecni przy tym duchowni sądząc, że ich zwierzchnik modli się do jakiejś nie znanej im świętej, po ostatnich słowach chorego: „piva di Warka”, odpowie­dzieli chórem na wzór litanii: „ora pro nobis”, co w dosłownym tłuma­czeniu brzmiało: „Święte piwo z Warki, módl się za nami”. Chory usłyszawszy tę niedo­rzeczność — aczkolwiek wielce zabawną — roześmiał się serdecznie, powodując tym samym pękniecie dolegliwego wrzodu, co przyniosło natych­miastową poprawę zdrowia. Tak więc nawet wspomnienie wareckiego piwa, ocaliło papieża.

Tradycje warzel­nictwa była tak wielkie, że praktycznie zawsze w mieście produ­kowano piwo. Do czasów wybudowania nowego — nowoczesnego wówczas browaru w roku 1975 — produkcję prowadził stary, XIX wieczny browar, którego piwnice do dziś służą Wareckiej Wytwórni Win, jako miejsce leżakowania znako­mitych win owocowych. W mieście i okolicach, a nawet odległych od Warki miejsco­wo­ściach, nigdy nie brak amatorów jasnego wareckiego, bowiem nieza­leżnie od miejsca produkcji i stoso­wanych urządzeń, napój ten zachował tradycyjne walory smakowe.

Piwo lubili wszyscy, ale chyba najbardziej żołnierze, którym ten napój rekom­pensował wszystkie trudy tego ciężkiego rzemiosła i nic w tym dziwnego, że miasto słynie również ze znako­mitości wojskowych i to wielkiego kalibru.

Najbardziej znanym przed­sta­wi­cielem tej profesji jest Kazimierz Pułaski, syn wareckiego starosty (1747−1779), bohater dwóch narodów. Były konfederat barski i generał brygady Stanów Zjedno­czonych Ameryki Północnej, poległy w bitwie pod Sawannach. Związki między naszym krajem a Stanami Zjedno­czonymi eksponuje Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego, usytuowane w rodzinnym dworku Pułaskiego w dzisiejszej dzielnicy Warki — Winiarach.

Nie mniej znanym jest słynny inicjator Nocy Listo­padowej z 1830 roku, Piotr Wysocki, którego grób znajduje się na miejscowym cmentarzu. Zawsze jest na nim wiązanka kwiatów, wyrażająca pamięć i szacunek dla tego, którego dewizą było: „Wszystko dla Ojczyzny — nic dla mnie”.

Bywali w Warce i inni nie mniej znani. Tu toczył swoją zwycięską bitwę ze Szwedami w roku 1656 — hetman Stefan Czarniecki i tu zginął rosyjski oficer, uczestnik Powstania Stycz­niowego 1863 roku, rozstrzelany na nadpi­lickich błoniach — Władysław Konowicz. Tu wreszcie rozpoczął swój bojowy szlak 1 Pułk Lotnictwa Myśliw­skiego „Warszawa”, tocząc powietrzne boje w walkach o przyczółek warecko — magnu­szewski w sierpniu 1944 roku. i rakietnic — Józef Bem, stacjo­nujący w miejscowych koszarach.

Śladów dawnej zasobności miasta szukać należy w pozostałych z dawnych lat zabytkach archi­tektury, z których najcie­kawszym przed­sta­wi­cielem jest wspomniany już kościół pofran­cisz­kański, którego budowę rozpoczęto w roku 1652. Inną budowlą tego typu jest kościół farny, zbudowany w latach 1603 – 1635. W jego murach spoczywają prawdo­po­dobnie szczątki XV-​​wiecznego siłacza — Stanisława Ciołka, pocho­dzącego z nieda­lekiej Ostrołęki, a który to — jak mówią opowieści — sam wciągnął na wieżę kościoła Mariackiego w Krakowie dzwon, którego podobno 40 ludzi nie mogło podźwignąć.

Zabytkiem jest również wspomniany już pałac Pułaskich, otoczony wspaniałym XVIII — wiecznym parkiem z okazami rzadkiego i niekiedy egzotycznego drzewostanu. Przypomnieć też trzeba, że Warka w okresie swojej świetności miała aż 7 kościołów.

Obecnie miasto poza produkcją piwa, oraz znako­mitymi sokami owocowymi z Wareckiej Wytwórni Win, słynie także ze wspaniałych sadów, jako że teren ten jest zagłębiem owocowym w regionie.

Tradycje sadow­nictwa i warzyw­nictwa sięgają tu bardzo odległych czasów, bowiem aż początków XVI wieku. Wówczas to, po przyłą­czeniu Mazowsza do Korony w roku 1526, ziemiami tymi władała królowa Bona, żona Zygmunta I Starego, która otrzymała je jako wdowią oprawę po śmierci króla. Ona to wprowadziła swoimi nadaniami pierwsze uprawy warzyw i drzew owocowych, jak też założyła pierwsze winnice. Próby upraw winorośli na szerszą skalę czyniono jednak dopiero w latach pięćdzie­siątych naszego stulecia. Plantacje te były, obok zielo­no­górskich, największymi w kraju, choć klimat w Polsce nie jest korzystny dla uprawy winorośli. Po tych winnicach pozostały obecnie tylko wspomnienia, jakże wspaniałych dorocznych festynów, zwanych Świętem Winobrania, kiedy to sam Bachus, siedzący na beczce wina, rozda­wanego szczodrze i za darmo spragnionym miesz­kańcom i przybyszom z odległych nawet stron, krążył na rydwanie po uliczkach miasta, wzbudzając zachwyt i uznanie. A jakież temu towarzyszyły imprezy! Ileż tam było wrażeń! Jedno z takich świąt uświetniła nawet swoją obecnością pierwsza powojenna Miss Polonia, pani Alicja Bobrowska, wprowa­dzając niemało zamie­szania wśród brzydszej części społe­czeństwa miasta, a zazdrości tej ładniejszej, jako że miss otrzymała wówczas w podarunku samochód rodzimej produkcji, „Warszawę”. Lało się więc wareckie wino (i piwo) strumieniami, a wielu gościom przybyłym z odległych regionów, po dziś dzień śnią się owe bachanalia, wareckie piwo i wyśmienite, owocowe wino o niepo­wta­rzalnym, truskawkowym smaku.

Miasto ma wiele uroku. Wiele też obecnie przeżywa kłopotów, jak każ-​​dy żyjący organizm, ale jest prężnym ośrodkiem miejskim, otacza opieką swoich sławnych i podtrzymuje tradycje zawodowe. Choć można by miesz­kańcom zarzucić wiele, to pozaz­drościć im można wspaniałego położenia miasta i…ich wielkiego lokalnego patriotyzmu.

Grójeckie — największy sad Europy

Drzewa puszyły się milionami wspaniałych kwiatów, które w całości prawie pokrywały nieśmiałą jeszcze, wiosenną zieleń liści. Ich zapach odurzał, narko­tyzując najde­li­kat­niejszymi kompo­zycjami różno­rodnych woni, otula­jących niewi­dzialną kopułą tę baśniową krainę.

Sad porastał łagodne wzgórze, kończące się u stóp rozległej, zielonej łąki. W dali ciemniała plama małowiejskiej „Modrzewiny” która konkurując z biele­jącymi, wybrzu­szonymi obłokami, wielkiego uroku dodawała temu miejscu. Za sadem — wśród wzgórz — czerwieniły się dachy nowo wybudo­wanych domów we wsi Rosochów.

Wzgórza te wykształciły przed wiekami olbrzymie masy lodu i wód rozto­powych, nagro­ma­dzonych w epoce lodowcowej. One to właśnie stanowią najbardziej charak­te­ry­styczny element krajobrazu tej największej w Europie krainy sadów, których ogromne połacie pokrywają przewa­żającą część regionu. Wśród owych wzgórz płyną niewielkie rzeczułki meandrujące w rozległych dolinach, tworzące tam bardzo malownicze przełomy. Obserwując te elementy polodow­cowego krajobrazu, nie można się oprzeć wrażeniu, że… tu przyroda wiedziała co czyni.

Grójeckie tworzy prawie regularny trapez, którego południową granicę zamyka Pilica, północną zaś łagodna równina, przechodząca przez Tarczyn do Góry Kalwarii. Na wschodzie granica ta biegnie wzdłuż Wisły, zachodnią zaś rubież tworzy histo­ryczna granica dawnego województwa rawskiego na linii: Nowe Miasto n/​Pilicą. Wilków, Osuchów i Skuły.

Teren ten jest dość słabo zalesiony, lasy bowiem stanowią tu zaledwie 15% powierzchni, ale i te są przepięknie wkompo­nowane w krajobraz, który to zwłaszcza wiosną i jesienią nie ma sobie równych.

Ziemia ta od wieków była bardzo atrakcyjną z uwagi na urodzajne gleby, których wartość podnosiły wielkie wyspy czarnoziemu, które rozłożone wielkimi połaciami wśród wysp nanie­sionych przez lodowiec żwirów i piasków, ciągną się wielkim pasem w kierunku Sochaczewa i doliny Bzury. Tu właśnie osiadali ci, którzy znali jej wartość, a ziemia ta gościnną im była.

Pierwsze wzmianki o tworzeniu tu tzw. ogrodów, pochodzą z wieku XV, kiedy ziemie te należały do ostatniej mazowieckiej Piastówny, księżnej Anny. Ona to po niespo­dziewanej śmierci swoich braci, ostatnich książąt mazowieckich — Stanisława i Janusza — zarządzała tymi obszarami, do czasu przyłą­czenia Mazowsza do Korony, co zresztą — dzięki niej — nie obeszło się bez kłopotów. Ona to bowiem, zobli­gowana do zarzą­dzania tym lennym, ale prawie nieza­leżnym księstwem, w związku z zaistniałą po śmierci braci sytuacją, odwlekała jak mogła ową inkor­porację, uzurpując sobie, wbrew zwyczajom i naciskom prawo do tego. Wielkie bowiem miała ambicje, a i talenty nie mniejsze. Anna otrzymała jako oprawę między innymi starostwo bądkowskie, skupiające majątki w okolicach Goszczyna. Objeż­dżając swoje włości zaglądała niekiedy i do Bądkowa, gdzie też miała swój dwór. Posag ten znaczny przynosił jej profit i dbała księżna o to, by miesz­kańcom jej posia­dłości żyło się dostatniej. Nadawała więc poddanym różnorodne przywileje na zakładanie tzw. ogrodów i warzywników, które może nie tyle miały być wytwórniami ww. produktów, ale przez sam fakt nadania bądź co bądź przywileju, Anna bardzo zyskiwała na popularności, a rolnik inten­sy­fikował uprawę roli.

Początki zostały zrobione, a było to w roku 1536, tj. w roku zaślubin księżnej. Długo żałowali jej poddani, ale los niekiedy bywa łaskawy. Otóż w roku 1545, dawne dobra posagowe księżnej Anny, przeszły we władanie… królowej Bony, która włości te otrzymała jako tzw. wdowią oprawę, po śmierci swego królew­skiego małżonka, Zygmunta I Starego. Nadanie to miało szczególne znaczenie, było bowiem aktem politycznym, dotyczyło przecież królewszczyzn mazowieckich. Królowa więc także nadawała ogrody i znaczne połacie ziem pod — jak by to dziś nazwano — uprawę ogrodniczą. Sprawę urzędowo przypie­czętował król, który dyplomem swoim datowanym 12 sierpnia 1578 roku zatwierdził — między innymi — miesz­czanom grójeckim i goszczyńskim, prawo posiadania ogrodów (czyli ziemi) wymie­rzonych z woli samej królowej Włoszki. Tak więc obu tym wielce mądrym kobietom zawdzięcza Grójeckie to, że tradycje upraw sadow­niczych w regionie są żywe do dziś. Sadow­nictwo jest obecnie domeną miejscowego rolnictwa i… dumą sadowników. Wysoko wyspe­cja­li­zowane gospo­darstwa, zmecha­ni­zowane na najwyższym poziomie, dają świadectwo kulturze sadow­niczej znajdującej się w światowej przecież czołówce. Bowiem klimat Polski to nie Kalifornia i wyhodować delikatne, a wydajne i odporne odmiany jabłek, do tego zdolne do długiego okresu przecho­wywania, jest naprawdę wielką sztuką, którą trudno byłoby osiągnąć i w kalifor­nijskim klimacie. Naszym sadownikom się to jednak udało. Mają więc powód do dumy, a organi­zowane w Grójcu naukowe sympozja i zjazdy z udziałem rzesz miejscowych sadowników, świadczą o rzetelnym i naukowym podejściu do tematu. O ich poziomie, kulturze i nowoczesności.

W 1987 roku miejscowi sadownicy wybudowali najoka­zalszy wówczas w Grójcu budynek, w którym znalazła pomiesz­czenie grójecka Spółdzielnia Ogrodnicza i…restauracja o regio­nalnej nazwie, wziętej z owocowego nazew­nictwa: „Melrose”. Dziś restauracji już nie ma, a jej pomiesz­czenia zajmuje market handlowy pod nazwą: „Biedronka”, a sam „Dom Sadownika” okupują rożne instytucje.

Sady w tym regionie zajmują powierzchnię około 300 tysięcy hektarów, co stanowi 11% krajowej ich powierzchni. To sadownicze zagłębie dawało dotychczas czwartą część zbiorów jabłek w Polsce. Dawało.

Wielkie straty w uprawach sadow­niczych przyniosła zima 1987 roku. Takie zimy dziesiąt­kujące sady zdarzały się wcale nie tak znów rzadko. Pamiętne były w latach 1929, 1940 czy 1963, kiedy to zginęła prawie połowa ówczesnego drzewostanu. Ta jednak w roku 1987, przejdzie do historii jako chyba najcięższa ze wszystkich. W tym największym podobno sadzie Europy, w wielu miejsco­wo­ściach można było oglądać wówczas zamiast kwitnących jabłoni, jedynie ponury, księżycowy wprost krajobraz z wycią­gniętymi kikutami sterczących tysięcy martwych już drzew. Z sadow­niczego zagłębia pozostało przera­żające cmenta­rzysko. Nie pomogły nawet specjalne odmiany wyhodowane na mrozo­od­pornych podkładach. W niektórych miejsco­wo­ściach wymarzły wszystkie drzewa. Mrozy zniszczyły 31% stanu posiadania. Likwidacja skutków tego nieszczęścia wymagała usunięcia 29 milionów drzew owocowych (17 milionów jabłoni), w tym: 8 milionów śliw, 1.6 miliona czereśni i około 80% powierzchni upraw moreli i brzoskwiń. Niegdyś region ten eksportował ponad milion ton jabłek, w tym ponad 800 tysięcy ton po przero­bieniu na koncentrat, w produkcji którego Polska wysunęła się na pierwsze miejsce w świecie. Po tej klęsce wyeks­por­towano zaledwie 160 tysięcy ton, na rynek krajowy wprowa­dzając zaledwie znikome jego ilości. Jabłka były wówczas cenione bardziej niż owoce południowe i… prawdę mówiąc, nikogo to nie dziwiło. Niezbędna była odbudowa potencjału produk­cyjnego. Podjęte w tym zakresie prace spowo­dowały, że dopiero około 1996 roku osiągnięty został poziom zbiorów równy temu z roku 1986. Najpierw jednak rekul­ty­wowano 76 tysięcy hektarów byłych sadów.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło — mawia stare porzekadło. Owa zimowa katastrofa była jednak wyjątkową okazją do unowo­cze­śnienia grójeckiego sadow­nictwa. Była to rzeczy­wiście wielka szansa. Założenie nowych, inten­sywnych sadów, pozwoliło przy stosowaniu szybko rosnących, karło­watych i wydajnych odmian, na znaczne zmniej­szenie ogólnej powierzchni sadów, z ówczesnych 260 tysięcy hektarów, do 150 – 200 tysięcy hektarów. Odmiany teraz stosowane gwarantują owocowanie już po kilku zaledwie latach! Wydarta starym sadom ziemia musiała odpocząć. Były to bowiem herbi­cydowe ugory.

Wydarzenia zimy 1987 roku spowo­dowały, że trzeba było poczekać na czasy nowej świetności grójeckich sadów. Sadow­nictwo grójeckie poniosło wówczas wielkie straty, ale…i cel jaki przed sadow­nictwem postawiono, został osiągnięty. Może więc i dobrze się stało? Ma teraz Grójeckie odmłodzone sady i są w nich takie odmiany drzew, które w przyszłości obrodzą nie tylko smacznymi owocami, ale i takie, których nie zmogą najtęższe nawet zimy.

Jak dawniej podjeżdżają tu wielkie konte­nerowe samochody i trans­portują płody grójeckich pól nie tylko na krajowe stoły. Owoce są nadal ekspor­towane do wielu krajów i Grójeckie jest z tego dumne.

Owe stereo­typowe porzekadło: „coś Pan, z Grójca?”, złośliwe i bezsensowne, traktujące miesz­kańców Grójeckiego jak przybyszy z odległej, a zaściankowej prowincji nie ma dziś racji bytu. Tu bowiem — a nie gdzie indziej — istnieją najbardziej nowoczesne gospo­darstwa sadownicze. Są one dowodem zaradności, kwali­fikacji i poziomu zawodowego ich użytkowników. Tu przecież znaczny procent rolników legitymuje się dyplomem wyższej uczelni, a kultura sadownicza stanowi powód do dumy, bowiem należy przecież do najwyższych na świecie. A duma ta ma znakomity, histo­ryczny przecież rodowód.

Mimo ogromu nieszczęść, trudności ekspor­towych i różnych problemów zdrowotnych drzew, dziś jak przed laty sady mienią się każdej wiosny wspaniałymi barwami. Położone wśród pagórków, nieza­prze­czalny mają urok. Choć wyrosły w Polsce nowe sadownicze zagłębia: w nowosą­deckiem, sando­mierskiem czy biało­stockiem, to Grójeckie pozostało nadal stolicą polskich sadów. Organi­zowane tu w maju regionalne święto pn.: „Święto Kwitnących Jabłoni”, nadal przyciąga gości nie tylko z Grójeckiego.

Życiorys Kazimierza Pułaskiego, bohatera obojga narodów, 04.03.1745 — 15.10.1779, cz. III

Generał Pułaski w bitwie pod Savannah, 9 października 1779 roku

Kongres Konty­nentalny upoważnił gen. Pułaskiego podczas trwania wojny o niepod­ległość Stanów Zjedno­czonych w marcu 1778 roku do dowodzenia nieza­leżnym legionem. Przez wiosnę i lato 1778 roku Pułaski werbował, organizował i szkolił zarówno kawalerię, jak i żołnierzy piechoty. Następnie, 25 sierpnia 1778 roku, Legion Pułaskiego przema­szerował przed pełnymi podziwu członkami Kongresu w Filadelfii.

Składał się on w większości z rodowitych żołnierzy amery­kańskich, natomiast wśród oficerów przeważali doświadczeni obcokrajowcy, w tym kilku pocho­dzenia polskiego.

Pierwsze spotkanie z oddziałami brytyjskimi nastąpiło w rejonie zatoki Little Egg Harbor w stanie New Jersey, po tym, jak brytyjskie siły ekspe­dycyjne zaata­kowały amery­kańską bazę statków kaperskich. Szybki przemarsz Legionu Pułaskiego z miejscowości Trenton w stanie New Jersey do Little Egg Harbor umożliwił powstrzymanie sił brytyjskich od dalszej zagłady, zmuszając żołnierzy do wycofania się na swoje statki.

W czasie gdy Legion stacjonował w rejonie Little Egg Harbor, oficer heski, który został niedawno przydzielony Pułaskiemu na mocy decyzji Kongresu, zdradził Legion, przepro­wa­dzając z żołnierzami brytyjskimi, w sile 250 ludzi, niespo­dziewany, nocny atak na posterunek piechoty Legionu. Pułaski odparł ów atak szarżą kawalerii.

Następnie gen. Waszyngton zlecił gen. Pułaskiemu przemarsz do północnych granic New Jersey, nad rzekę Delaware, w miejsce, gdzie spotykają się stany New Jersey i Nowy Jork. Gęsto zalesiony obszar nie był odpowiedni do działań kawalerii i Pułaski skarżył się członkom Kongresu.

Od kłopotu wybawił go nikt inny, jak tylko król Wielkiej Brytanii Jerzy III, który przed­stawił południową strategię, mającą służyć podbojowi zbunto­wanych kolonii. Rozkazał on najlepszemu dowódcy brytyj­skiemu w Ameryce Północnej podbić południową kolonię Georgia, a następnie kolonię za kolonią kierować na północ. Król uważał, że strategię tę poprą liczni na południu lojaliści. Kolonie południowe zanie­pokoiły się i zaape­lowały do Kongresu, by wysłano posiłki, ale generał Waszyngton nie miał wolnych oddziałów. Jedyne, co Kongres mógł uczynić, to wysłać Legion Pułaskiego do południowego teatru działań, by dołączył do niewielkiej armii amery­kańskiej pod dowództwem gen. Benjamina Lincolna.

Tymczasem siły brytyjskie zdobyły Georgię i ustanowiły kwaterę główną w Savannah. Wydawało się, że sytuacja na polu walki utknęła w martwym punkcie.

Na położonym nieopodal Morzu Karaibskim, potężna flota, pod dowództwem francu­skiego admirała, hrabiego Charlesa D’Estaing wraz z armią, w sile pięciu tysięcy żołnierzy, odnosiła pewne zwycięstwa nad brytyjskimi oddziałami. Bliska obecność admirała D’Estaing sprawiła, że mieszkańcy Południowej Kalifornii, w tym francuski konsul Lombard z Charleston, poprosili go, by zgodził się powierzyć swojej flocie i armii odbicie Savannah. Amerykanie twierdzili, że admirałowi D’Estaing uda się odbić miasto w siedem do dziesięciu dni. D’Estaing przystał na to. Kiedy jego okręty wojenne dobijały do wybrzeża Georgii, wysłał kilku swoich generałów do Charleston, by uzgodnili ujedno­licony plan ataku na Savannah. Po spotkaniu francuskich generałów z Amery­kanami, gen. Lincoln nakazał swoim jednostkom wojskowym przemarsz do Georgii. Kawaleria Pułaskiego prowadziła amery­kańsko — francuskie oddziały do Zubly’s Ferry nad rzeką Savannah. Generał Lincoln zawezwał podległego mu dowódcę, by zdobył łodzie potrzebne do przekro­czenia rzeki. Niemniej jednak, kiedy Lincoln dotarł do miejsca, w którym miał się przeprawić przez rzekę, odkrył, że jego oddziały nie zdobyły po drodze żadnych łodzi. Jedyne, co zastał na brzegu, to przecie­kający kanu, który na raz mógł pomieścić trzech żołnierzy piechoty.

Gen. Lincolnowi zależało na tym, by jako pierwsza przeprawiła się kawaleria Pułaskiego, ponieważ było konieczne, aby przeszukali teren na obecność wroga, zanim jego armia posunie się naprzód. Okazało się jednak, że łódź mogła unieść wyłącznie jednego kawale­rzystę z powodu całości dodat­kowego wyposażenia, jakie kawaleria miała ze sobą. Konie przeprawiały się każdo­razowo ze swoim panem, płynąc obok kajaka. Pułaski mozolnie przetrans­portował około trzydziestu kawale­rzystów na drugi brzeg, mieszczący się już w stanie Georgia, kiedy uznał, że wystarczy ludzi, by uformować jednostkę zwiadowczą. Na jej czele gen. Pułaski umieścił kapitana Paula Bentalou. Ostrożnie podążając w kierunku Savannah, Bentalou nie zauważył obecności żołnierzy brytyjskich i na tej podstawie wywnio­skował, że dowódca brytyjski uprzednio wezwał wszystkich do Savannah, by bronili miasta. Następnego dnia wieczorem Bentalou zbliżył się do Savannah i Brytyjczycy odkryli obecność Amerykanów. Zebrawszy informacje, których potrzebował, Bentalou skierował się z powrotem do Zubly’s Ferry.

Tymczasem Pułaski przeprawił resztę kawalerii i rozpoczął marsz na spotkanie Bentalou. Obie jednostki kawalerii spotkały się w pobliżu Savannah, gdzie spędziły noc na plantacji wdowy Gibbons, znajdującej się po drodze do Ogeechee Ferry. W nocy Pułaski spisał relację z wyników zwiadu i wysłał ją do gen. Lincolna. W liście czytamy: „Stacjo­nujemy około siedem mil [11 km, przyp. tłum.] od Savannah w domu wdowy Gibbons, położonym po drodze do Ogeechee River Ferry.” Dodaje, że będzie poszukiwać miejsca pobytu francu­skiego admirała. Oryginał listu odręcznie napisanego przez Pułaskiego jest własnością Muzeum Polskiego w Ameryce, znajdu­jącego się w Chicago.

O poranku kawale­rzyści przechwycili samotnego jeźdźca we francuskim mundurze. Okazał się on być posłańcem admirała D’Estaing, wiozącym list do gen. Lincolna. Spodziewając się, że gen. Pułaski znajduje się w pobliżu, admirał załączył list do niego z serdecznym powitaniem. Pułaski natychmiast wyjechał na spotkanie admirała. Po wymianie grzeczności, D’Estaing poprosił Pułaskiego, by jego kawaleria popro­wadziła armię francuską na obrzeża Savannah. Pułaski sprawnie wykonał powierzone mu zadanie.

Nie czekając na rozkaz gen. Lincolna, admirał z własnej inicjatywy zażądał od dowódcy brytyj­skiego, by poddał Savannah „w imię króla Francji”. Brytyjczycy odmówili. D’Estaing zdecydował się bombar­do­waniem zmusić Savannah do kapitulacji. Kazał przemieścić działa ze statków na pozycję odległą o niemal trzysta metrów od miasta i bombardować je przez pięć dni. W Savannah przerażone kobiety i dzieci szukały schro­nienia w piwnicach swoich domów. Jednako dowódca brytyjski gen. Augustyn Prevost nie uległ. Admirał postanowił zatem, że oddziały francusko-​​amerykańskie będą musiały wziąć miasto szturmem.

Plan opracowany przez admirała D’Estaing, generała Lincolna i generała Pułaskiego składał się z dwóch ataków dywer­syjnych — jednego wzdłuż rzeki Savannah, którą przepro­wadzić miała francuska dywizja płk. Dillona i drugiego dokonanego przez amery­kańskie wojska w sile trzystu żołnierzy pod dowództwem generała Isaaka Hugera.

Główny atak, który przepro­wadzić miały połączone siły francuskie i amery­kańskie, został skierowany na najsil­niejszą forty­fikację Brytyj­czyków zwaną Redutą Spring Hill. Kawaleria Pułaskiego została ustawiona w pozycji pomiędzy Redutą Spring Hill a rzeką. Przed uderzeniem na miasto gen. Pułaski miał zaczekać, aż zdobyte zostaną dwie pobliskie reduty tak, by otworzyć drogę kawalerii. Zadaniem Legionu Pułaskiego było przega­lo­powanie do miasta i stworzenie atmosfery strachu i zamie­szania za linią wroga. Misja cieszyła się silnym poparciem admirała D’Estaing. Napisał on do francu­skiego ministra marynarki wojennej: „Górująca nad wszystkim kawaleria stworzyłaby atmosferą strachu szarżując pełnym pędem ulicami, po tym jak otworzona zostanie im droga; dopro­wa­dziłoby to do oskrzy­dlenia piechoty i zaata­kowania ich od tyłu. ”

Data ataku została ustalona na świt dnia 9 października 1779 roku. Tego dnia zapanowało jednak zamie­szanie. Dywizja pułkownika Dillona utknęła na bagnach wzdłuż rzeki i manewr gen. Hugera nie powiódł się. Brytyjczycy, schowani za mocno uforty­fi­ko­wanymi liniami, byli przygo­towani na atak. Wielo­krotnie odpierali już uderzenia sił sprzy­mie­rzonych i ciała żołnierzy wrogich sił rosły w stosy. Dowie­dziawszy się, że admirał D’Estaing został zraniony, Pułaski postanowił odnaleźć go. Gen. Pułaski wiedział, że pod nieobecność dowódcy w szeregi oddziałów europejskich łatwo wkrada się zamie­szanie. Był zatem zdecy­dowany odszukać admirała, a następnie osobiście popro­wadzić oddziały francuskie do kolejnego ataku. Wziąwszy ze sobą kilku oficerów, gen. Pułaski wjechał na obszar inten­sywnej wymiany ognia w pobliżu Reduty Spring Hill.

Nagle został rażony pociskiem z kartacza, który utkwił w prawej pachwinie. Na polu walki obecny był dr James Lynah, chirurg z Pułku Kawalerii Południowej Karoliny, który szybko dotarł do zranionego Pułaskiego. Przepro­wadził on operację jeszcze na polu walki i usunął pocisk, który obecnie jest własnością Towarzystwa Histo­rycznego Stanu Georgia. Dr Lynah nalegał, aby Pułaski został na obserwacji, lecz generał obawiał się możliwości pojmania przez Brytyj­czyków, którzy, jak się spodziewał, przeka­zaliby go Rosjanom. Dr Lynah do końca życia utrzymywał, że mógł uratować Pułaskiemu życie. Kilku oficerów Pułaskiego, w tym kapitan Charles Litomski, motywo­wanych silnymi obawami generała, przetrans­por­towało go do francu­skiego szpitala zorga­ni­zo­wanego na plantacji Bonaventure. Francuscy lekarze poddali się jednak, gdy zauważyli oznaki gangreny. Próbując ocalić życie generała, oficerowie przywiedli go do plantacji Greenwich, do której przycu­mowany był amery­kański okręt kaperski Wasp, który miał niebawem wypłynąć do Charleston. Kapitan statku Wasp Samuel Bulfinch 15 października 1779 roku wystosował list do gen. Lincolna, w którym pisał: „ Zabrałem na pokład także Amerykanów, z których jeden tego dnia zmarł. Przywiodłem go na ląd i pochowałem. ” Generał Pułaski został pochowany 15 października 1779 roku na Plantacji Greenwich podczas ceremonii oświe­tlanej jedynie pochodniami.

Generał Pułaski był nieustra­szonym dowódcą. Legionista z Hesji opisał generała jako: „ nielę­ka­jącego się niczego na świecie. ” Jego śmiała i trafna taktyka została odnotowana podczas bitwy pod Haddonfield w stanie New Jersey, gdzie w nocy zaatakował posterunek dwóch tysięcy żołnierzy brytyjskich. Atak z zasko­czenia spara­liżował siły brytyjskie, zatrważając ich do tego stopnia, że w pośpiechu wycofali się do Filadelfii. Zwycięstwo odniesione w Haddonfield ocaliło misję pozyskiwania żywności powie­rzonej generałowi nazwiskiem Anthony Wayne z udziałem pięciuset żołnierzy oraz pomogło głodującej armii amery­kańskiej w Valley Forge. Generał Pułaski nieustra­szenie zaatakował także straż przednią armii brytyjskiej, konty­nuującą nieprze­rwanie marsz, by zdobyć bezbronne miasto Charleston w stanie Południowa Karolina w dniu 11 maja 1779 roku. Spowodował, że dowódca brytyjski odstąpił od swego planu i wycofał się. Z tego też powodu uważa się, że Pułaski ocalił Charleston przed oblężeniem. Kiedy admirał D’Estaing został raniony w Savannah, Pułaski bez wahania zdecydował się popro­wadzić oddziały francuskie w ataku na Redutę Spring Hill. Niestety plan ten został zniweczony w chwili, gdy Pułaskiego ugodził pocisk.

Mieszkańcy Savannah byli pierwszymi, którzy uczcili pamięć po gen. Kazimierzu Pułaskim, wznosząc w 1854 roku wspaniały pomnik.

Od tego czasu w całych Stanach Zjedno­czonych powstało wiele pomników upamięt­nia­jących osobę bohatera. Ostatnimi czasy Senat Stanów Zjedno­czonych uchwalił rezolucję ogłaszającą Pułaskiego honorowym obywatelem Stanów Zjedno­czonych. Kiedy Izba Repre­zen­tantów potwierdzi ją, generał Pułaski oficjalnie zostanie pośmiertnie ogłoszony honorowym obywatelem Stanów Zjednoczonych.

Życiorys Kazimierza Pułaskiego, uwikłanie w zamach na króla, 04.03.1745 — 15.10.1779, cz. II

Uwikłanie Pułaskiego w rzekomy zamach na króla Stanisława Augusta Poniatowskiego

Większość historyków powtarza bezkry­tycznie, że największym błędem, niemal samobójstwem dla konfe­deracji barskiej, było próba porwania i uprowa­dzenia króla Stanisława Augusta Ponia­tow­skiego. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że była to intryga, od początku „szyta grubymi nićmi”. Zważywszy na te rzeczy­wiście „grube nici intrygi”, można się nie dziwić, że opinia europejska i niemała część Polaków dała się oszukać na początku lat siedem­dzie­siątych XVIII wieku. Jak jednak zrozumieć tych, którzy twierdzą, że afery związanej z porwaniem króla nie dało się rozszy­frować do chwili obecnej?!

Nieza­leżnie od wszystkich okoliczności sprawy, w której wątpliwości należy przecież inter­pretować na korzyść Pułaskiego jako oskar­żonego, warto pamiętać o mądrości wyrażonej w łacińskiej sentencji: „Is facit cui prodest” — uczynił ten, kto miał korzyść. Korzyść z „porwania” króla i skompro­mi­towania Kazimierza Pułaskiego, jako jednego z najgło­śniejszych bohaterów i wodzów konfe­deracji barskiej w Polsce, miała polityka rosyjska. Co do tego nie ma wątpliwości.

Przyj­rzyjmy się faktom i okolicz­nościom sprawy, w której niemałą rolę odegrał Stanisław Strawiński. Pierwszą o nim wiadomość mamy z końca roku 1770, gdy pojawił się na zamku w Warszawie i w czasie specjalnej audiencji prosił króla o wsparcie. Dostał wtedy 10 dukatów w złocie. Innym razem w czasie królewskiej audiencji niby jako prośbę na piśmie podał Strawiński… owinięty manifest «Gene­ral­ności» ogłaszający tron wolnym. ” Stanowisko władz konfe­deracji w sprawie detro­nizacji Ponia­tow­skiego nie było wówczas ani jednolite, ani propa­gowane. Król, gdy przeczytano mu ów manifest, kazał szukać śmiałka, aby bliżej coś w tej sprawie ustalić. „Śmiałka” tego nie znaleziono jednak, gdyż pojechał już z ważną misją do Kazimierza Pułaskiego.

Do Częstochowy przyjechał w końcu lipca 1771 r. Gdy dopuszczono go wreszcie do Pułaskiego stwierdził, że od dwóch już lat jest w konfe­deracji, że nie chodzi mu o pieniądze, bo sprzedał wieś na Litwie, fundusze, honor i wszystko co mam — mówił dalej Strawiński — poświęciłem, aby króla uzurpatora zgładzić.” Według późniejszych zeznań tegoż Strawiń­skiego, Pułaski go ofuknął i powiedział, „że teraz śmierć króla byłaby bezuży­teczna, bo konfe­deracja nie jest na tyle wszechmocna, aby mogła dysponować tronem.” W dalszej rozmowie Pułaski rzekomo miał się jednak zgodzić, aby Strawiński porwał króla i przywiózł go do Częstochowy.

Jedna, a może nawet dwie rozmowy Strawiń­skiego z Pułaskim, rzeczy­wiście miały miejsce. Ale czy wynika z tego coś więcej niż ewentualny zarzut, że Pułaski postępował nieostrożnie, że powinien kazać aresztować „jegomościa” w celu wyjaśnienia sprawy, którą powinien uznać za podejrzaną od początku? Strawiński mówił, że działa z własnej tylko inicjatywy, że jest konfe­deratem, który nie może dłużej patrzeć bezczynnie na moskiew­skiego uzurpatora. Nie ulega wątpliwości, że człowieka z taką „inicjatywą” trzeba było dobrze sprawdzić i wyjaśnić: maniak czy prowokator? Na spraw­dzenie potrzebny był czas.

Bez obawy błędu można przyjąć, że w tym właśnie celu Pułaski wyznaczył Strawiń­skiemu termin kolejnej rozmowy — „za dwa tygodnie. ” Według zeznań Strawiń­skiego ta druga rozmowa odbyła się 15 sierpnia 1771 r. Wielu biografów Pułaskiego przyjmuje, że aczkolwiek nie wydał on żadnych poleceń i wyraźnie zakazywał zabicia króla, to jednak zgodził się na próbę porwania monarchy.

Bardzo wątpliwej reputacji Strawiń­skiego nie sprawdzono. Była w tym nie tylko naiwność i lekko­myślność, ale również niemożność zebrania wiary­godnych informacji. Czym jednak, w porównaniu z tą niemoż­nością, w ogólnym rozgar­diaszu konfe­de­rackich walk i podjazdów, jest „niemożność” historyków, którzy przez ponad dwa wieki badają tę sprawę i przyjmują za wiarygodne to tylko, co oświadczał i zeznawał Strawiński?

Misja Stanisława Strawiń­skiego nie była na pewno jego inicjatywą osobistą i stała za nim dyplomacja rosyjska, wprawiona w najprze­róż­niejszych intrygach i podstępnych „kruczkach”. Opierając się na zeznaniach samego Strawiń­skiego, liczni autorzy i komen­tatorzy powołują się na niesporny jakoby fakt, że dla wykonania zamachu Pułaski polecił wydzielić z oddziału Łukawskiego 26 ludzi. Warto więc wiedzieć, że oddział Łukawskiego bynajmniej Pułaskiemu nie podlegał, a jak wiadomo z innych, także oficjalnych źródeł, werbo­waniem „zamachowców” zajmował się Kuźma — Kosiński, drugi obok Strawiń­skiego wtajem­niczony w aferę, i tak jak pierwszy, nie tylko nie pociągany do odpowie­dzialności, ale sowicie nagrodzony. Cała reszta, spośród 26 rzekomych zamachowców, o celu akcji wiedzieć nic nie musiała i najpraw­do­po­dobniej nie wiedziała.

Ani król, ani jego rosyjscy mocodawcy na pewno nie brzydzili się kłamstwem. Nie z nimi, ale z konfe­de­ratami solida­ry­zowało się trzy czwarte miesz­kańców Rzecz­po­spolitej. Jak więc wytłu­maczyć, że większość społe­czeństwa uwierzyła w oficjalną wersję zamachu na króla?

3 listopada 1771 r. w Warszawie, która dosyć szczelnie obstawiona była wojskiem rosyjskim, król jechał ulicą Miodową, wracając z wizyty od swojego, chorego wówczas wuja Michała Czarto­ry­skiego. Na powóz napadli „konfe­deraci”, pod wodzą Jana Kuźmy i Walentego Łukawskiego. Od pierwszego ich strzału padł śmiertelnie trafiony kulą w głowę hajduk Henryk Butzau. Wartą odnotowania poszlaką obcią­żającą króla „Ciołka” jest to, że bardzo urodziwa żona Butzaua była później, a można przypuszczać, że także wcześniej, jedną z sowicie opłacanych nałożnic królewskich. Drugi z hajduków Szymon Mikulski został zraniony pałaszem. Sam król, w ogólnym zamie­szaniu, wymknął się z karety i pobiegł do bramy pałacu wuja.

Dalszy przebieg zamachu — według relacji, która opubli­kowana została w „Monitorze” z 27 listopada 1771 r. — miał być nastę­pujący: „W tym nieludzkim i cale dzikim z Nim obcho­dzeniu się, jeden ze złoczyńców (Kuźma) zmierzywszy się z pistoletu do samej głowy mu strzelił, ale go i tam opatrzność najwyższa zasłoniła tak dalece, iż z tego strzelania król jegomość nie więcej poczuł, jak tylko gorącość w tym głowy miejscu, obok którego kuła przeleciała. Dawszy więc pokój strzelaniu, czy to, że nie mieli już wtenczas pistoletów nabitych i czasu ich nabicia, czy też z innej jakiej przyczyny, zaczęli króla jegomościa szablami okładać. Futro, które miał na sobie sprawiło, że te ich cięcia innej szkody na ciele nie uczyniły, jak tylko siności na nim pozostałe (…). Raz tylko cięto go w tył głowy, tak mocno, że na niej została znacznie szeroka rana (…).

Tymczasem owi złoczyńcy, chcąc pospieszyć swoją ucieczkę przymusili króla jegomości wsiąść na konia, bez kapelusza, bez jednego buta (…). Przybywszy ku okopom, które miasto otaczają, zaczęli przebywać fosę, co gdy król jegomość był przymuszony uczynić, koń pod nim dwa razy związał się i nogę złamał (…). Przebywszy okopy błąkali się po polu, sami nie wiedząc, dokąd się udać mieli. Noc ciemna i strach przy tym, aby nie byli pości­gnieni, tak ich zmieszał, że nie mogli pomiarkować, dokąd im dążyć należało (…). Jakoż wkrótce na różne rozpierzchli się strony. ”

Kuźma jakimś „dziwnym zbiegiem okoliczności” został z królem sam na sam i zawiózł go do młyna pod Marymontem. Tam „złoczyńca”, który strzelał rzekomo do swojego monarchy, wzruszył się jego przemową i poprosił o łaskę. Król przespał się spokojnie w łóżku młyna­reczki, a parobek jej biegł już z listem królewskim na Zamek. Król został „ocalony”.

Caryca, która pertrak­towała już z dworami Prus i Austrii w sprawie rozbioru „pogrążonej w anarchii Rzeczy­po­spolitej”, miała nowy i bardzo mocny argument. Mogła odwoływać się do solidarności ludzi zasia­da­jących na tronach. Prowokacja okazała się bronią skutecz­niejszą od kilku­dzie­się­cio­ty­sięcznych korpusów rosyj­skiego wojska. Fryderyk Pruski, Józef II i Maria II Teresa, równie stanowczo jak Katarzyna II, opowie­dzieli się w obronie króla „Ciołka”. Ludwik XV wstrzymał w związku z tym „skandalem” realizację swoich obietnic dla konfederacji.

Bez przepro­wa­dzenia jakie­go­kolwiek śledztwa wskazywano, że zamachowcy działali na osobisty rozkaz Pułaskiego i przeciwko niemu skierowano przede wszystkim oskarżenia. 30 listopada 1771 r. władze austriackie wydały nakaz jego aresz­towania, pod zarzutem usiłowania królo­bójstwa, a 4 grudnia „Generalność” była już zdecy­dowana poświęcić Pułaskiego dla „dobra sprawy”.

Prasa krajowa i zagra­niczna rozpi­sywała się nad okrucień­stwami, których Pułaski chciał się rzekomo dopuścić na osobie monarchy. Odwracali się od niego nawet ci, którzy jeszcze niedawno chlubili się jego przyjaźnią. Ile hartu ducha musiał wykazać, aby nie załamać się pod ciosami, które na niego spadały? Wątpiących pytał, czy po upadku Baru, po pierwszych przegranych, było lepiej? Czy nie przybyło doświad­czenia? Czy Turcja złożyła broń? Czy Europa zgodzi się na rozbiór Polski? Czy patriotyzm już się wyczerpał? Czy możemy złożyć broń i zdać się na łaskę i niełaskę silniejszych sąsiadów?

Wróciwszy do swojej jasno­górskiej reduty, Pułaski przygo­towywał się do piątej wiosny konfe­de­rackiej, opracował plan nowej ofensywy wojskowej i wierzył, że wszystko jeszcze obróci się ku zwycięstwu. Do ministra Francji, księcia D’Aiquillon pisał i zaręczał, że „przypisany mu udział w zamachu na życie władcy jest wstrętnym oszczerstwem pozba­wionym wszelkiej podstawy”. D’Aiquillon informował o tym generała Viomenil: „Otrzymałem od Pułaskiego pismo uspra­wie­dli­wiające go całkowicie (…) odmalowała się w nim w całości jego dusza tak pełna dzielności. Sam już ton tego pisma budzi wiarę, iż ten wódz konfe­deracji jest niewinny spisku, o który się go oskarża. ”

Również Viomenil, lepiej od wielu rodaków poznał się na Pułaskim. W styczniu 1772 r. pisał do niego: „ Wierzaj mi, panie marszałku, że twe interesy są mi drogie, że dzieliłem twe utrapienia i że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby im jak najprędzej położyć kres. ” W liście zawarta była prośba, aby Pułaski zechciał dbać więcej o zachowanie swego życia, tak niezbędnego dla Polski w walce o wolność.

Chcąc oczyścić się od krzyw­dzących zarzutów „królo­bójstwa”, chwycił Pułaski za pióro i we władaniu nim wykazał niemały talent. „Granicą gorliwości obywa­telskiej jest sprawie­dliwość. Tylko fanatyzm pozwala sobie na wszystko. Od dziecięcych lat ganiłem głośno nadużycia władzy nad Cesarstwem, jakiego dopuścił się Cezar, ale potępiałem także czyn Senatu. Podzi­wiałem w Brutusie obywatela, niena­wi­dziłem — mordercę. Głosiłem łagodność względem zwycię­żonych i sam dawałem jej przykłady. Kiedy Rosjanie po barba­rzyńsku postę­powali z moimi rodakami, ja odsyłałem im jeńców. Karę śmierci, którą wszystkie ustawy stanowią, zmieniłem na roboty publiczne. Jeżeli chodzi o Stanisława Ponia­tow­skiego, to czułbym się zaiste najszczę­śliwszym ze śmiertelnych, gdybym mógł z nim wałczyć, idącym na czele niewolników i nieprzy­jaciół, których wezwał do ojczyzny na wytępienie równych obywateli, gdybym wziął go do niewoli i mógł zmusić do abdykacji z tronu, zroszonego krwią moich ojców i przyjaciół (…). Przypi­sywane mi intencje zamachu na króla są wstrętnym oszczerstwem, pozba­wionym wszelkiej podstawy wymysłem, zrodzonym pod ciężarem wyrzutów sumienia. ”

W lutym 1772 r. pomiędzy Rosją, Austrią i Prusami zawarty został tajny na razie układ o przepro­wa­dzeniu rozbioru Rzecz­po­spolitej. W tej sytuacji „łabędzim śpiewem” było zdobycie przez konfe­deratów Wawelu (2 lutego). Wiosną już cały kraj mówił wyłącznie o mającym nastąpić rozbiorze. Konfe­deraci „skompro­mi­towani zamachem na króla”, coraz bardziej tracili popularność i wolę walki.

Kazimierz Pułaski należał do nielicznych, którzy żywili jeszcze nadzieję. 13 lutego pisał do Zaremby: „Ja ciągnę Krakowu z sukursem. JWP swoją komendą raczysz pomknąć na trakt warszawski, aby stamtąd siła jaka tyłu mi nie wzięła.” Spod Krakowa w 2000 koni ruszył Kazimierz na północ, aby zdobyć zamek Janowiec koło Kazimierza nad Wisłą. Złączył się tam z Kossa­kowskim i wspólnie wystąpili przeciwko Drewiczowi. Ten cofał się w wielkim pośpiechu. Pościg Pułaskiego pod Pińczów i Skalbmierz nie dał rezultatów.

W kwietniu 1772 r. do otwartej wojny z Polską przystąpiły Prusy. 19 kwietnia goniec Zaremby powiadomił „Generalność” o powziętej przez niego decyzji o złożeniu broni. W trzeciej dekadzie kwietnia padł obsadzony przez konfe­deratów Wawel. Radzi­miński z dywizją, która walczyła w Sanockiem i Przemyskiem oraz Zieliński, marszałek ciecha­nowski, krewny Pułaskiego, przybyli do Częstochowy, która była ostatnią redutą konfe­deracji. Ciągnęły za nimi przewa­żające siły wojsk rosyjskich pod dowództwem Suworowa.

Jak długo może się jeszcze bronić Jasna Góra? Dać się pogrzebać pod gruzami fortecy, wytrzy­mawszy oblężenie, ile się da? Popełnić samobójstwo czy próbować uciec? — takie tragiczne dylematy miotały Pułaskim.

Zaczęły się bombar­dowania i szturmy. Obrońcy odpierali ataki, walczyli bohatersko, czasami zadawali przeciw­nikowi ciężkie straty, ale wiedzieli już, że ta obrona nie może skończyć się zwycięstwem. Suworow obiecywał łaskę, wzywał do zanie­chania rozlewu krwi. Pułaski, chcąc zyskać na czasie, podjął pertraktacje. Zgodził się oddać twierdzę przed­sta­wi­cielowi senatu polskiego, a nie generałowi rosyj­skiemu. Stawiał przy tym nastę­pujące warunki:

  • w niepamięć puszczone zostaną wszelkie pretensje z okoliczności wojennych;
  • forteca często­chowska zabez­pieczona zostanie dla Polski, z komen­dantem katolickim;
  • żołnierze chętni do służby skierowani zostaną do oddziałów w wojsku Rzeczypospolitej.

Suworow wysłał do Warszawy gońca z pismem, aby upoważniono kogoś do odebrania Częstochowy. Główni przywódcy konfe­deracji zgromadzili się w Cieszynie, 19 maja podjęli decyzję o udaniu się na emigrację. Pułaski przebierał swych najwier­niejszych żołnierzy i nocami umożliwiał im ucieczkę z oblężonej twierdzy. Również on sam postanowił postąpić w ten sposób, chyba że niebez­pie­czeństwo dostania się w ręce rosyjskie zmusi go do popeł­nienia samobójstwa. W ostatniej dekadzie maja wszystko było już przygo­towane, komenda przekazana Radzi­miń­skiemu i Zieliń­skiemu. 31 maja 1772 r. Pułaski ucharak­te­ry­zowany na kupca opuścił Jasną Górę. Z drogi, która go wiodła na tułaczkę, patrzył ostatni raz na Częstochowę.

Pozostałym w twierdzy obrońcom odczy­tywano jego ostatni rozkaz: „Wziąłem oręż do ręki dla dobra publicznego i dla niego złożyć go muszę. Związek trzech państw potężnych odejmuje nam wszelkie środki obrony, a sprawa, do której wplątany jestem, utrud­niałaby mi przepro­wa­dzenie dla Was kapitulacji, łącząc was z moim nieszczęściem… Znam Waszą gorliwość i Waszą odwagę i pewny jestem, że gdy szczę­śliwie zdarzą się okoliczności dla służenia Ojczyźnie, będziecie takimi samymi, jakimi byliście ze mną. ”

Bez trudu i cytowania dawniejszych, pełnych patosu opisów sarmackich dziejopisów, możemy sobie wyobrazić wiarusów konfe­de­rackich, którzy słuchali tego rozkazu. Ich zmienione od łez i wzruszenia twarze wyrażały ból, znany również w późniejszych polskich doświad­czeniach — ból, przy którym mówi się: Nic to! Nil desperandum!

W tydzień po opusz­czeniu Częstochowy raz jeszcze pisał Pułaski do pozostałych tam obrońców: –Jeszcze to nie ostatnie nadzieje, nasz Bóg mocniejszy nad wszystko, kto z nim, zawsze wygrany. Potencje nadmorskie nowy alians ze sobą czynią, a z tego generalna wojna spodziewana.”

Proces przeciwko Kazimierzowi Pułaskiemu rozpoczął się 7 czerwca 1773 r. Nieśmiało dopytywano się o Kuźmę-​​Kosińskiego i Strawiń­skiego, ale nie upierano się, by zeznania swoje złożyli osobiście. Za wiarygodne uznano ich listy. Kuźma, obdarzony przez króla szlachectwem (stąd Kosiński) i roczną pensją w wysokości 400 dukatów, przez długie lata żył w słonecznej Italii. Do Polski wrócił po III rozbiorze, a zmarł dopiero w roku 1822.

Do Włoch trafił również później, z odpowiednim wynagro­dzeniem, Strawiński. Do zakoń­czenia procesu przebywał pod bezpo­średnią opieką carycy Katarzyny. 9 kwietnia 1773 r., półtora roku po zamachu, „zaniósł do grodu wileń­skiego swój manifest” opisujący z zadzi­wiającą drobia­zgo­wością, że Kazimierz Pułaski kazał mu porwać króla, a w razie pościgu, gdyby zawiodły nadzieje umknięcia — „życia go pozbawić. ”

30 czerwca 1773 r. Pułaski pisał do marszałka Lubomir­skiego, aby wyznaczyć mu adwokata. Sejm uznał jednak, że adwokat będzie dopuszczony tylko wówczas, gdy oskarżony stawi się osobiście. Głosy posłów, którzy ośmielali się prote­stować, zagłuszano brawami i pogróżkami Stanisława Augusta Ponia­tow­skiego, który uznał, że jeżeli „nie będzie wyroku na królo­bójców, to nie będzie też amnestii dla wszystkich, którzy brali udział w konfe­de­rackich walkach. Niechaj więc panowie wybierają mniejsze zło.”

Obcią­żające „dowody” pochodzące od Kuźmy i Strawiń­skiego wspierał sam król, który jako jedyny „świadek” mówił raz jeszcze o „swoim cudownym ocaleniu z rąk zimnych morderców nasłanych przez Pułaskiego.” W wyniku tak prowa­dzonego procesu orzeczono, że ‚Kazimierz Pułaski nie wiadomo z jakiej przyczyny, pałając niena­wiścią ku Najja­śniejszemu Królowi, wykonanie zbrodni królo­bójstwa Strawiń­skiemu i Łukawskiemu polecił i w tym celu odpowiednie rozkazy wydał (…). Ciało rozćwiar­towane spalić i na wiatr rozwiać, ręce obcięte do łokcia przy drodze publicznej wbić na pal, majątek cały przeznaczyć skarbowi królewskiemu” — tak brzmiały najistot­niejsze fragmenty wyroku skazu­jącego uwięzionego Walentego Łukawskiego i zaocznie Kazimierza Pułaskiego.

Wyrok ten hańbi i kompro­mituje tych, którzy go wydali. Kasacja wyroku skazu­jącego Kazimierza Pułaskiego przepro­wadzona została dopiero w roku 1792, w dobrym dla nas czasie, gdy ambasada rosyjska straciła na krótko swoją władzę w Polsce.

Nie pierwszy to i nie ostatni przejaw bezprawia reali­zo­wanego w Polsce pod rosyjskie dyktando. Ale co sądzić o histo­rykach, którzy ponad 200 lat po tym haniebnym wyroku powtarzają bezkry­tycznie, że „zorga­ni­zowany lub inspi­rowany przez Pułaskiego” zamach na króla był największym błędem konfe­deracji barskiej, a udział w nim „bohatera amery­kańskiej wojny o niepod­ległość przyćmiewa nieco plutarchową przej­rzystość jego biografii”?

Życiorys Kazimierza Pułaskiego, herbu Ślepowron , 04.03.1745 — 15.10.1779, cz. I

Kazimierz Pułaski, późniejszy dowódca wojsk konfe­deracji barskiej oraz generał wojsk Stanów Zjedno­czonych urodził się w 1745 r. w Warszawie. Wywodził się z zacnej rodziny szlacheckiej o niepod­le­gło­ściowych tradycjach. Jego ojcem był Józef Pułaski herbu Ślepowron, matką zaś Marianna Zielińska herbu Świnka.

Wraz z licznym rodzeństwem Kazimierz spędził dzieciństwo w Warce, gdzie pobierał pierwsze nauki w szkole parafialnej. Następnie kształcił się w kolegium księży teatynów w Warszawie.

W latach 1762 – 63 młody Kazimierz Pułaski przebywał w służbie w Mitawie na dworze Karola Krystiana Wettyna, księcia Kurlandii, syna króla polskiego Augusta III. Był to okres niezwykle ważny w jego życiu, który znacząco wpłynął na postawy polityczne, przyszłego konfe­derata barskiego. Kurlandia, jako księstwo lenne Rzeczy­po­spolitej było w tym czasie obszarem zainte­re­sowania Katarzyny II, carycy Rosji, stając się miejscem siłowej konfrontacji między Polską a Rosją. Pułaski przekonał się o tym osobiście będąc świadkiem oblężenia przez wojska rosyjskie Mittawy w lutym 1763 r. i w jego efekcie upoko­rzenia i wypędzenia księcia Karola Krystiana. Można powiedzieć, że przekonał się wówczas o sile i rzeczy­wistych zamiarach Rosji wobec Polski oraz ziem podległych jej zwierzchnictwu.

W odpowiedzi na coraz bardziej konfron­tacyjną postawę władz rosyjskich wobec Rzeczy­po­spolitej oraz zagrożenie ingerencją w jej wewnętrzne sprawy 29 lutego 1768 r. w klasztorze Karmelitów w Barze na Podolu spisany został i zaprzy­siężony akt konfe­deracji, zwanej od miejsca powołania „konfe­deracją barską”. Był to związek zbrojny polskiej szlachty zawiązany w celu obrony praw i niepod­le­głości Rzeczy­po­spolitej. Obok Michała Krasiń­skiego, brata biskupa kamie­nieckiego Adama, przywódcą ruchu oraz jego aktywnym działaczem był Józef Pułaski, ojciec Kazimierza pełniący funkcję marszałka związku wojskowego i regimentarza generalnego Konfederacji.

Kazimierz wraz z braćmi Franciszkiem i Antonim, wszyscy będący w randze pułkowników, skupiając wokół siebie brać szlachecką zaczęli organizować chorągwie i pułki konfe­de­rackie zdolne do prowa­dzenia wojny, zwłaszcza party­zanckiej. Rozpoczęła się trwająca blisko 5 lat wojna polsko-​​rosyjska. Toczono ją na obszarze całej Rzeczy­po­spolitej, od ziem dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i Litwy, przez Małopolskę, Wielko­polskę, Mazowsze i Pomorze. Pułkownik Kazimierz Pułaski od samego początku objawił wybitny talent wojskowy. Już 20 kwietnia 1768 r. rozbił wojska rosyjskie pod miejsco­wością Podhorełe, przez 2 tygodnie bronił Berdyczowa. Na wiosnę 1769 roku bronił Okopów Świętej Trójcy nad Dniestrem, zaś do czasu objęcia przezeń funkcji marszałka konfe­deracji łomżyńskiej w sierpniu 1769 r., jego oddziały odniosły szereg zwycięstw nad wojskami rosyjskimi pod Kukiełkami, Słonimem, Myszą, Dworcem i Nołczadzią. Jednak największą sławę przyniosła mu, heroiczna i zakończona sukcesem, obrona Jasnej Góry z lat 177071 przed nacie­ra­jącymi wojskami rosyjskimi pod wodzą gen. Iwana Drewicza.

3 listopada 1771 r. miało miejsce słynne porwanie króla Stanisława Augusta Ponia­tow­skiego. Po uwolnieniu król oskarżył konfe­deratów, w tym bezpod­stawnie samego Pułaskiego, o królo­bójstwo. Wobec tych oskarżeń Pułaski został zmuszony udać się na emigrację. Tak rozpoczął się nowy okres w jego życiu. Początkowo przebywał w Turcji, a później w Niemczech. Ostatecznie znalazł się w stolicy Francji (1777), gdzie poznał Benjamina Franklina, od którego otrzymał list polecający od Jerzego Waszyngtona, główno­do­wo­dzącego amery­kańskimi siłami powstańczymi walczącymi przeciwko armii brytyjskiej na konty­nencie amerykańskim.

Po przybyciu do Ameryki w lipcu 1777 roku, działając w uzgod­nieniu z Jerzym Waszyngtonem, niezwłocznie przystąpił do organi­zowania powstańczej kawalerii. Niedługo po tym został mianowany dowódcą amery­kańskich lekkich dragonów w randze generała brygady. W wielu potyczkach i bitwach organizował śmiałe natarcia i z sukcesem przygo­towywał obrony. Walczył m.in. pod Germantown i Haddonfield, zaś w bitwie pod Brandywine wsławił się odważną szarżą, która zapobiegła klęsce powstańczej kawalerii i uratowała życie przyszłemu amery­kań­skiemu prezydentowi.

W 1778 r. generał Kazimierz Pułaski stworzył sławny Legion Kawalerii, którym dowodził do 9 października 1779 r. Tego dnia został śmiertelnie ranny w trakcie dowodzenia natarciem na pozycje brytyjskie na polu bitwy pod Savannah. W wyniku odnie­sionych ran, zmarł 11 października 1779 r.

Skuteczna obrona Jasnej Góry w czasie konfe­deracji barskiej oraz uwikłanie Kazimierza Pułaskiego w jego rzekomy zamach na życie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego

Wymienione w tytule dwa ważne wydarzenia z czasu 4-​​letnich zmagań konfe­deracji barskiej (1768−1772), dla pełniejszej jasności wymagają krótkiego wstępu i choćby najbardziej skrótowego wyjaśnienia, co w Rzecz­po­spolitej robiły wojska rosyjskie i dlaczego władzy nie sprawował król Polski, lecz rosyjski ambasador.

W tej sprawie trzeba się cofnąć do końca XVII w., gdy panował jeszcze Jan III Sobieski (1629−1696). 3 lata po jego zwycięskiej odsieczy wiedeńskiej i pokonaniu tam wojsk tureckich, tzn. w roku 1686, Rzecz­po­spolita musiała rozwiązać problem rozejmu z Rosją. Polska nie uzyskała obiecywanej wcześniej pomocy Austrii i innych państw zachodnich, a sama walczyć z Rosją nie chciała.

Wojewoda poznański Krzysztof Grzymuł­towski prowadził w Moskwie negocjacje, których efektem był nieko­rzystny dla Rzecz­po­spolitej układ podpisany 6 maja 1686 r., zwany „pokojem wieczystym” lub „traktatem Grzymuł­tow­skiego”. Zawierał on między innymi zgodę Polski na to, że w razie prześla­dowania wyznawców prawo­sławia, wojska rosyjskie mogą stanąć w ich obronie i wkroczyć w granice Rzecz­po­spolitej. Traktat ten nigdy nie był w Polsce ratyfi­kowany przez Sejm, ale dla cara Piotra I, a także dla Katarzyny II był okazją do coraz bardziej brutalnych działań, które zmierzały do wchło­nięcia Rzecz­po­spolitej przez imperium rosyjskie.

Legalnie wybrany król Stanisław Leszczyński został przez wojska rosyjskie zmuszony do ucieczki, a obaj Sasi — August II i August III zawdzięczali tron Polski zbrojnej inter­wencji Rosji. Po śmierci Augusta III Sasa „Familia Czarto­ryskich”, która stanowiła coś w rodzaju „partii politycznej”, propa­gowała hasła dosyć radykalnych reform i zerwania z cudzo­ziemcami na polskim tronie. Hasła były słuszne i trafiały do przekonania większości szlachty, ale zasadniczy błąd „Familii” polegał na tym, że reformy chciała przepro­wadzić przy pomocy Rosji. W efekcie tej „pomocy”, która była brutalną inter­wencją wojsk rosyjskich, na polskim tronie zasiadł Stanisław August Ponia­towski, a faktyczną władzę objął ambasador rosyjski — Nikołaj Repnin (1734−1801). Nawet „Familia”, która chciała wcześniej rosyjskiej pomocy, zaczęła domagać się usunięcia z terenów państwa wojsk rosyjskich. 14 sierpnia 1767 r. Nikołaj Repnin, w obecności króla i kilku osób oświadczył z właściwym sobie cynizmem: „Staną na sejmie w 15 tysięcy wojska i wszyscy będą musieli głosować jak każę.”

13 października 1767 r. wojska rosyjskie na rozkaz Repnina porwały i wywiozły w głąb Rosji biskupa Kajetana Sołtyka, hetmana Wacława Rzewu­skiego z synem oraz biskupa kijow­skiego — Józefa Załuskiego. Akcja miała zdezor­ga­nizować i zastraszyć opozycję wobec rosyjskiej ingerencji. Na znak protestu kanclerz wielki koronny Andrzej Zamoyski podał się do dymisji, a król milczał. Porwanie to stało się ostatnią kroplą goryczy upoko­rzonych Polaków i dopro­wadziło do zawiązania konfe­deracji barskiej, która stała się wkrótce trwającym 4 lata niepod­le­gło­ściowym powstaniem.

29 lutego 1768 roku, w miasteczku Bar na rosyjsko-​​tureckim pograniczu Rzecz­po­spolitej, w klasztorze Karmelitów, którego przeorem był ksiądz Marek Jando­łowicz (1713−1804), zaprzy­siężono i ogłoszono uroczyście akt konfe­deracji. 4 marca powołany został Związek Wojskowy Konfe­deracji. Do narodów, papieża Klemensa XIII, do króla Stanisława Augusta Ponia­tow­skiego, do Wielkiego Wezyra i Sułtana, do Carycy Wszech­rosjii — rozesłano listy, manifesty oraz uniwersały.

Roznieść szeroko ogniska konfe­deracji, a gdy zadzwonią podkowy sprzy­mie­rzonych Turków, którzy zaatakują Rosję, ruszyć całą siłą wiary i zapału, aby wypędzić wojska rosyjskie z granic Rzecz­po­spolitej — tak streścić można cele konfe­deracji barskiej. Nie jest prawdą, że konfe­deraci sprze­ciwiali się reformom politycznym, że przesiąknięci byli duchem fanatyzmu religijnego i anarchii. Świadczy o tym między innymi również to, że w dobrze pojętym interesie obrony polskiej niepod­le­głości, przywódcy konfe­deracji działali w sojuszu z mahome­tańską Turcją.

Mimo pokonania konfe­deratów w Barze i w znacznej części ukrainnych województw Rzecz­po­spolitej (nazwa Ukraina dla Rusi nie była jeszcze wówczas używana), zwoływane były kolejne konfe­deracje i konty­nuowały walkę.

31 października 1769 roku powołana została Rada Generalna Stanów Skonfe­de­ro­wanych zwana potocznie „General­nością”. Było to kierow­nictwo całej konfe­deracji barskiej, a w jego skład wchodzili: biskup Adam Krasiński, książę Radziwiłł „Panie Kochanku”, ordynat Jakub Zamoyski, Ignacy Bohusz, Teodor Wessel, kilku ważnych Potockich i Ossolińskich. Na naradach „Generalności” zasiadali także konfe­deraccy marszałkowie poszcze­gólnych ziem. Kazimierz Pułaski był w tym czasie nie tylko sławnym dowódcą, ale również marszałkiem Ziemi Łomżyńskiej.

We wrześniu 1770 r. Kazimierz Pułaski dowodził siłami konfe­de­rackimi w sile około 2,5 tysiąca pieszych i konnych żołnierzy. Dowiedział się wówczas, że wojska rosyjskie pod dowództwem Drewicza posta­nowiły zająć Jasną Górę jako jedną ze znanych twierdz. Szybszy i skutecz­niejszy był jednak Pułaski, który pozosta­wiając odwody, 8 września ze znaczną częścią wojsk wkroczył do Częstochowy.

Stanowiło to wielki sukces i wpłynęło ożywiająco na tych, którzy wahali się czy przystąpić do konfe­deracji. Od 11 września Pułaski pospiesznie przygo­towywał obronę przed atakiem wojsk rosyjskich, którego należało się spodziewać. Twierdza jasno­górska umocniona dwadzieścia lat wcześniej przez „ober inżyniera artylerii koronnej” Christiana Dahlke, od czasu „potopu szwedzkiego” jeszcze bardziej podniosła swoje walory obronne i stanowiła zwarty czworobok.

W niewielkiej odległości od czworoboku wznosił się wał ziemny opatrzony murem i bastionami, które na każdym rogu wyposażone były w kazamaty i działa. Całą twierdzę otaczała głęboka fosa najeżona od zewnątrz ostrokołem. Przedpole twierdzy stanowiła błotnista dolina. Po dokonaniu szcze­gó­łowego przeglądu Kazimierz Pułaski stwierdził, że Jasna Góra dysponuje 140 armatami i dużą ilością kul oraz bomb.

Dobrymi doradcami Pułaskiego w umacnianiu twierdzy byli Francuzi: generał de Labadie oraz kapitan d’Etannion. O ważnej roli Pułaskiego w tym czasie świadczy między innymi list, który otrzymał od „Generalności”: „ W przykrych i krytycznych rzeczy okolicz­no­ściach samą przynosisz nadzieją, przywracasz lustr narodowemu orężowi, zalękasz nieprzy­jaciela, pomnażasz sobie i Ojczyźnie sławy, w obcych nawet potencjach utwierdzasz reputacją.” 2 października Kazimierz Pułaski spotkał się z dowódcą konfe­deratów wielko­polskich Józefem Zarembą. Uzgod­niwszy warunki współ­działania, zostawił Pułaski piechotę w Często­chowie, a sam z jazdą mieszał szyki carskim generałom, robiąc wypady aż pod Poznań i wymykając się im z niesa­mowitą wprost zręcz­nością wprawnego partyzanta.

W końcu listopada 1770 r. wpadła w ręce Kazimierza Pułaskiego szcze­gółowa instrukcja, którą dla Drewicza opracował główno­do­wodzący wojsk rosyjskich generał Weymam. Plan rosyjski przewidywał, że dla skutecznego przepro­wa­dzenia oblężenia, z Łowicza otrzyma Drewicz dodatkowo cztery kompanie piechoty oraz ciężką artylerię z haubicami. Specjalny konwój miał odebrać na granicy śląskiej pożyczone od Prusaków z Wrocławia cztery moździerze i sto bomb. Drewicz napisał w tej sprawie grzeczny list, ofiarowując pokrycie kosztów transportu: „Płacić będziemy uczciwie z funduszów kontry­bu­cyjnych”. „Po zdobyciu Częstochowy — pouczała dalej instrukcja — klasztor należy obsadzić wojskiem rosyjskim, a szlachtę polską odesłać etapami w głąb Rosji. ”

„Generalność” dyspo­nowała w tym czasie łączną siłą około 20 tys. konfe­deratów. Pod bezpo­średnią komendą Pułaskiego pozostawało niewiele ponad 3000.

Ostatni dzień 1770 roku stał się dniem pierwszej bitwy pod Częstochową. W mroźny sylwe­strowy poranek około godziny 9, zza wzgórz od strony Kłobucka wynurzyła się awangarda wojsk rosyjskich. Nie czekając na nadcią­gnięcie dalszych sił, rozpoczął Pułaski walkę utrud­niającą wojskom rosyjskim zajmowanie dogodnych pozycji i opóźniającą ich marsz. Przez wiele godzin trwały walki. „Kozacy i karabi­nierzy rosyjscy jak chwast podcięty padali” — zapisano w dzienniku bojowym obrońców. Wieczorem 1 stycznia 1771 r. podpalił Pułaski zdobytą przez Rosjan Nową Częstochowę, która była osadą leżącą tuż pod twierdzą.

3 stycznia rozpoczął się „koncert” rosyjsko — pruskich armat, który wieczorem osiągnął swoje fortissimo. Okazało się jednak, że ani działa carycy, ani moździerze króla pruskiego nie są w stanie zniszczyć murów jasno­górskiej twierdzy. Radość obrońców była ogromna, bo żaden człowiek z fortecy nie został zabity, „zaś kule o kościół odbijające się jedne całe odlatywały, drugie to na pół, to na trzy, to na cztery części krusząc się odpadały.” Następnego dnia przysłał Drewicz parla­men­ta­riuszy, wzywając do poddania się i obiecując wszystkim obrońcom bezpieczny powrót do domów. Odpowiedź Pułaskiego pełna była pewności siebie. „Powiedzcie waszemu Drewiczowi, że jeżeli chce się ocalić, niech każe złożyć broń pod murami fortecy. Otrzyma za to pas wolnego przejazdu aż do Petersburga. ”

Tego samego dnia wieczorem dla udowod­nienia, że propozycji Polaków nie należy traktować jedynie jako przejawu humoru, obrońcy Częstochowy dokonali brawu­rowego wypadu na pozycje rosyjskie. Nie zwracając uwagi na wściekłe bombar­dowanie, które zarządził Drewicz po powrocie jego parla­men­ta­riuszy, wyszedł Pułaski z wojskiem przez furtkę Lubomirskich i wśród ciemności z trzech stron zaatakował baterie wroga. Na zajętych strze­laniem Rosjan spadli jak grom z jasnego nieba. Gdy ci rzucili się do ucieczki, razili ich ogniem, szablami, bagnetami, dzidami, a nawet młotami, które zabrali ze sobą do zagwoż­dżenia najcięższych dział. Zanim Drewicz opanował sytuację, Polacy uniesz­ko­dliwili trzy największe armaty i wycofali się bez większych strat. Tych Rosjan, którzy oprzy­tom­niawszy już zupełnie, zapędzili się zbyt daleko, razili Polacy z murów. Według juliań­skiego kalendarza był to wieczór wigilijny. Prawo­sławni żołnierze rosyjscy szeptali między sobą o cudowności „monastyru”, który kazano im atakować.

W następnych dniach skuteczność rosyjsko — pruskiej artylerii zupełnie została skompro­mi­towana. Drewicz przygo­towywał się do szturmu. Spędzeni przez Rosjan chłopi zwozili pod nadzorem wojska faszyny i drabiny. 9 stycznia wszystko wskazywało na to, że Rosjanie przygo­towują się do odwrotu. Pułaski był jednak czujny. Zachowana ostrożność okazała się bardzo potrzebna. Około godziny 2 w nocy ze zgliszcz Nowej Częstochowy oraz z drewi­czowskich redut ruszyły trzy kolumny szturmowe Rosjan, pędząc przed sobą gromady nieszczę­śliwego chłopstwa z faszynami i drabinami. Ataku­jących Rosjan dla dodania im odwagi uraczono gorzałką.

Pułaski biegł wzdłuż stanowisk wstrzymując przed­wczesną obronę, którą rozpoczął już Falkowski od strony bastionu św. Barbary. Dopiero, gdy atakujący wypełnili już całą fosę i zaczęli przystawiać drabiny, a nawet wspinać się na mury, Pułaski dał sygnał. W jednej chwili rzucono wieńce, które oświetliły teren, chwycono za drągi, spuszczono kamienie, kłody, fajerbale, szturm-​​garnki i granaty. Jedno­cześnie odpychano drabiny z uczepionymi na nich ludźmi, strzelano z pistoletów, karabinów i dział, rażąc bliższe i dalsze szeregi atakujących.

Po godzinie szturm załamał się, ale obrońcy jeszcze przez trzy następne godziny razili wycofu­jących się morderczym ogniem, a o świcie wypadli za bramy, aby pogłębić klęskę napastników i pozbierać porzuconą broń: karabiny, amunicję, szable i bagnety. Przez cały dzień było cicho, ale po południu w obozie rosyjskim wszczął się ruch. Podwody wiozły nowe drabiny i faszyny. Wszystko wskazywało na to, że Drewicz jeszcze raz będzie próbował zdobyć Jasną Górę szturmem.

16 stycznia 1771 r. Rosjanie, nie zdecy­do­wawszy się na następny atak, rozpoczęli odwrót. Dla podnie­sienia ducha bojowego swoich sołdatów, zabrał Drewicz z nowicjatu św. Barbary kilkunastu kleryków i rozebrawszy ich do bielizny pędził po śniegu. Pułaski, który znany był z tego, że nawet chwyconych żołnierzy rosyjskich po bitwie wypuszczał wolno, nie mógł patrzeć spokojnie na tego rodzaju praktyki i natychmiast ruszył z pościgiem. Drewicz, aby przyspieszyć swoją ucieczkę, zmuszony był nie tylko pozostawić nieszczęsnych kleryków, ale spalić około 300 wozów z zaopa­trzeniem. Ustalono później, że do odwrotu Drewicza przyczynił się Miączyński oraz Szyc, gdyż wspólnie oblegali załogę rosyjską w Krakowie.

1 lutego 1771 r. otrzymał Pułaski list z gratu­lacjami „Generalności”, podpisany przez Michała Paca: Niebez­pie­czeństw wzgardą, przezorność w rozpo­rzą­dzaniu, odwagą w dopeł­nianiu, za bieg na przyszłe wypadki, czułość na wszystko dałeś widzieć — w dzielnej i chwalebnej fortecy jasnogórskiej.”

2 lutego, w dniu Matki Boskiej Gromnicznej, odbyła się na Jasnej Górze podniosła uroczystość. Wszyscy najbardziej ofiarni obrońcy twierdzy, wśród nich oczywiście Kazimierz Pułaski, odznaczeni zostali Krzyżem Konfe­deratów Barskich. Uroczystość celebrował ksiądz biskup i on też wygłosił krzepiące na duchu kazanie: „ Walczycie za wiarą i Marią, za prawo i Ojczyzną. Głosi to napis umieszczony na Krzyżu i potwierdza wizerunek Matki Boskiej Często­chowskiej. Ona jest pogrom­czynią nieprzy­jaciół. Królowa naszej korony i polskiego orła. Pod znakiem orła zwycię­żajcie nieprzy­jaciół i precz przepę­dzajcie obcą przemoc. ”

Sława Kazimierza Pułaskiego jako obrońcy Jasnej Góry docierała także poza granice Polski. Rozpi­sywały się o nim gazety francuskie, niemieckie, holen­derskie i angielskie. Specjalne komplementy dla Pułaskiego przekazał za pośred­nictwem posła „Generalności”, Wielhor­skiego — Jan Jakub Rousseau, który napisał, że Konfe­deracja ocali konającą Ojczyznę Polaków. Imię Kazimierza Pułaskiego wymieniane było z patrio­tycznym uwiel­bieniem obok imienia Zawiszy i Czarnieckiego, w powsta­jących „na gorąco” poezjach i piosenkach. Również „Generalność” w każdym piśmie chwaliła „najza­słu­żeńszego” marszałka. Coraz powszech­niejsze stawało się żądanie obwołania Pułaskiego wodzem naczelnym wszystkich wojsk konfederackich.

Do klasztoru jasno­gór­skiego przybył Sawa — Caliński. Był to niewąt­pliwie czas największych sukcesów konfe­deracji barskiej. Nawet chwiejny zawsze król, pod wpływem Czarto­ryskich i Zamoyskich zaczynał opierać się naciskom rosyjskim i rozważać możliwość pogodzenia się z konfe­de­ratami. Na stanowisku ambasadora Rosji brutalnego Repnina zastąpił Michał Wołkoński, a wkrótce potem Kaspar von Soldem.

Zimą i wiosną mieli konfe­deraci wiele sukcesów. Pod Lanckoroną pobity został „wilk rosyjski” — Suworow. W walce stracił prawie wszystkich swoich oficerów. W innym miejscu do konfe­de­rackiej niewoli dostali się polscy generałowie w służbie rosyjskiej: Jan i Michał Grabowscy. Optymi­styczny obraz sytuacji psuły niestety niepo­wo­dzenia na froncie tureckim, gdzie po zdobyciu Chocimia i Jass, Rosjanie osiągnęli linię Dunaju. Sukces „cudownej” obrony Częstochowy na próżno usiłowano przekształcić, jak za Jana Kazimierza, w punkt zwrotny całej wyzwo­leńczej wojny.

W końcu czerwca 1771 r. Częstochowę znowu oblegały wojska rosyjskie pod dowództwem Drewicza. Tym razem asystowały mu wojska królewskie komen­de­rowane przez Ksawerego Branickiego. Oblegający nie czuli się jednak zbyt pewnie, bo tuż za kłobuckimi lasami gromadził swoje liczne konfe­de­rackie wojska regimentarz — Józef Zaremba.

Któregoś dnia, w czasie wymiany artyle­ryjskich strzałów między oblega­jącymi a obrońcami Częstochowy, dopro­wadzono do Pułaskiego parla­men­ta­riusza, który oświadczył, że , Pan łowczy koronny chce z Waszmością pertraktować. Pułaski do rozmów tego rodzaju bynajmniej się nie palił, ale zgodził się wyjechać, ciekawy, co też chce mu zapro­ponować przed­sta­wiciel króla. Spotkał Branickiego w towarzystwie Drewicza, przy akompa­nia­mencie rosyjskiej artylerii. Oburzył się więc i powiedział, że nie będzie rozmawiał ani w obecności bandyty ani wśród huku dział. „Nie przyje­chałem tu żeby atakować, ale chcą zapro­ponować zgodę i przyjaźń ” — mówił Branicki. — „Nie w tym towarzystwie ” — powiedział Pułaski.

Umówili się na następny dzień i rozmawiali bez świadków. Myślą przewodnią tej rozmowy miały być warunki pojednania króla z konfe­de­ratami. Branicki wzywał do poddania twierdzy i rozprawiał o nieszczę­ściach kraju oraz o zgubności wojny domowej. Pułaski stwierdził, że nie wyklucza pogodzenia się z królem, ale pod warunkiem, że król i jego zwolennicy przyłączą się do starań o wymarsz wszystkich wojsk rosyjskich z Polski. Tak jak wcześniej Drewicz, tak teraz Branicki zakończył rozmowę groźbą: pożałujesz Waszmość kiedyś tej sposobności.” W swoim dzienniku zanotował, że Pułaski mówił jak młody zarozu­mialec.” Również tym razem Drewicz i pomagający mu Branicki musieli odstąpić od Jasnej Góry.

15 lipca 1771 r. „Generalność” formalnie mianowała Kazimierza Pułaskiego komen­dantem twierdzy jasno­górskiej. W tym też czasie, pod patronatem króle­wi­czowej Franciszki, nastąpiło pojednanie z ustępującym przed­sta­wi­cielem Francji Dumouriezem. Na spotkaniu w Łojkach Pułaski przed­stawił stan liczebny swego wojska, zadeklarował zapro­wa­dzenie karności, oczysz­czenie korpusu oficer­skiego czyli pozbycie się ludzi nieod­po­wiednich, pomoc w formowaniu piechoty i niepodej­mowanie żadnej kampanii bez uzgod­nienia z Radą Wojenną.

Do tej rady wchodził od tego czasu on sam i jeszcze dwie osoby przez niego wskazane. Wszyscy wiedzieli już, że Dumouriez ustępuje, a na jego miejsce jedzie z Francji nowy doradca, generał Antoni Karol Viomenil. Pojed­nawcza narada w Łojkach miała oczyścić atmosferę i podnieść rangę Kazimierza Pułaskiego, jako Komendanta Jasnej Góry, do roli jednego z trzech dowódców, decydu­jących o taktyce i strategii dalszej walki.

Realizując polecenie „Generalności”, 19 sierpnia opuścił Pułaski Częstochowę. Z całą kawalerią, oddziałami piechoty i armatami, przeszedł Wisłę pod Bobrkiem i 25 sierpnia stanął w Tyńcu. Dowiedział się tam, że pod Widawą ciężką klęskę zadał Branickiemu regimentarz wielko­polski Józef Zaremba.

Przygo­towując reorga­nizację konfe­de­rackiej armii, Pułaski proponował powołanie 5 generalnych komen­dantów i zdobycie Warszawy. Uważał, że będzie to możliwe, jeżeli konfe­deracja dysponować będzie pięćdzie­sięcio tysięczną armią. On sam stał już na czele sześciu tysięcy dobrego wojska. Żądając uzbrojenia Kurpiów obliczał, że może powiększyć swoje oddziały o dalsze trzy tysiące.

Doradca francuski w osobie generała Viomenila budził nowe nadzieje i akceptował projekty zgłoszone przez Pułaskiego. Uzgodniono, że dla opanowania Warszawy wystarczą dwa największe korpusy konfe­de­rackie pod dowództwem Pułaskiego i Zaremby. Pułaski jak zawsze pełen optymizmu, gotów był do podjęcia akcji.

Wielka popularność Kazimierza Pułaskiego, o której aż z Rotterdamu pisała (19 lipca 1771 r.) Anna Jabło­nowska, niepokoiła wielu. Najbardziej jednak nie mogła się podobać wykonawcom i zwolennikom rosyj­skiego w Polsce panowania. Długo się głowili nad różnymi „kruczkami”, wiele myśleli, aż wymyślili. Rosjanie zrozumieli w tym czasie, że sami Rzecz­po­spolitej nie są w stanie pokonać i rozpoczęli starania o wciągnięcie do koalicji antypolskiej Prus i Austrii.

Trasy piesze powiatu Grójeckiego w opracowaniu z 1965r.

Trasa 1: Warka — Stara Warka — Pilica — Ostrołęka — Konary — Potycz — Czersk — Góra Kalwaria. Ok. 35 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina Pilicy i Wisły, lasy, rezerwaty przyrody ożywionej i nieoży­wionej, rozlegle sady owocowe, ruiny zamku książąt mazowieckich w Czersku, liczne zabytki archi­tektury z okresu baroku i neoklasycyzmu.

Wycieczkę zaczynamy z Warki (patrz opis w wykazie alfabe­tycznym miejscowości). Za pałacem w Winiarach kierujemy się z biegiem Pilicy. Początkowo trasa wiedzie u podnóża skarpy wśród nadrzecznych zarośli. Później wyprowadza nas na jej grzbiet, w miejscu, gdzie rzeka płynąc pod samą skarpą, stale ją podmywa. Roztacza się stąd wspaniały widok na meandrującą Pilicę, na nadbrzeżne łąki na przeciw­ległym jej brzegu oraz na niknące na horyzoncie lasy Puszczy Kozie­nickiej. Pilica stanowi tu nie tylko granicę dwóch województw, ale także granicę różnych gleb i typów gospo­darczych. Mijamy wkrótce Starą Warkę. We wsi zachowały się ślady grodziska wczesno­śre­dnio­wiecznego, kolebki obecnej Warki.

Brzegiem skarpy lub traktem biegnącym, nieco dalej od rzeki, grzbietem wierz­chowiny dochodzimy do wioski Pilica (9 km, patrz opis). Następnym etapem wycieczki jest wieś Ostrołęka (patrz opis). Docieramy do niej tzw. Królewską Drogą (od Pilicy 2,5 km w kierunku pn.) lub obieramy trasę, dłuższą o ok. 3 km, biegnącą wśród bujnych nadpi­lickich łąk, wzdłuż koryta rzeki. Wczesną wiosną i po długo­trwałych opadach droga jest podmokła.

Za Ostrołęką droga prowadzi zalewowym tarasem w kierunku pn. Z lewej towarzyszy nam wyniosła skarpa, z prawej — miejscami piasz­czyste wydmy utworzone z ławic piasku pozostałych w wyniku dawnych procesów denuda­cyjnych pra-​​Wisły. Przed nami zabudowania wioski Przylot (14 km). Możemy dalej iść tą samą drogą przez wieś Ostrówek do Konar, bądź też wybrać inną drogę, ciekawszą. Biegnie ona grzbietem skarpy, z której miejscami otwierają się ładne widoki na dolinę Wisły. W tym celu należy na skrzy­żowaniu dróg, zaraz za pierwszymi zabudo­waniami Przylotu, skręcić na lewo w stronę skarpy. Podchodzimy na nią, po czym wybieramy drogę, która po minięciu niewielkiego pasa łąk skręca na północ zagłę­biając się w owocowe sady. Szcze­gólnie tu pięknie w okresie kwitnienia drzew. Niebawem przecinamy malowniczy wąwóz. Dochodzimy wreszcie do Konar (18 km, połącz. PKS :z Warszawą — 47 km przez Górę Kalwarię — 12 km oraz z Kozie­nicami — 42 km przez Mniszew; kiosk „Ruchu”). Tu ewentualnie można zatrzymać się na nocleg. W miesiącach lipcu i sierpniu czynne jest schronisko szkolne przy szkole podstawowej (24 miejsca noclegowe). Konary, podobnie jak inne mijane miejscowości, bardzo ucierpiały w czasie działań wojennych w 1944 — 45 r. Wioska stanowi obecnie główny ośrodek jednego z podre­gionów sadow­niczych powiatu grójeckiego.

Dalej podążamy jezdną drogą na pn.-zach. Po przebyciu kilometra, na prawo od drogi, biegnącej teraz brzegiem skarpy, roztacza się wspaniały widok na płynącą w dali Wisłę oraz widniejące na horyzoncie Lasy Osieckie. Za niewielkim lasem przyle­gającym do drogi skręcamy na prawo i dochodzimy do brzegu nadwi­ślańskiej skarpy. Po kilkuset metrach marszu jej skrajem w kierunku pn. drzewa zasła­niające widoczność ustępują i otwiera się bardzo ładny widok na rzekę. Wisła stale podmywa wysoki brzeg, który opada tu kilku­na­sto­metrową pionową ścianą. Konieczne zachowanie ostrożności! Nie należy podchodzić blisko do skraju skarpy!

Ścieżka zbiega niebawem do wąwozu, wypro­wa­dzając nas nad samą rzekę. Wąwozem w lewo można dojść wkrótce do wsi Potycz (patrz opis) leżącej przy drodze Warka — Warszawa (połącz. PKS). Trasa wiedzie dalej ścieżką skrajem skarpy lub u jej podnóża, nad samą rzeką. Obser­wujemy poszarpany brzeg, porośnięty miejscami gęstwą krzewów. Cały ten fragment wysokiego urwistego brzegu wiślanego znajduje się pod ochroną. Niebawem skarpa stopniowo oddala się od rzeki. Idziemy teraz ponad 5 Ikm wałem wiślanym mając z prawej widok na rzekę z piasz­czystymi wyspami porośniętymi wikliną. W czasie słonecznej pogody warto skorzystać z kąpieli. Po lewej stronie wału widoczne tereny oddane pod uprawę truskawek oraz sady owocowe. Od miejsca, gdzie rzeczka Czarna przecina wał wiślany skręcamy na lewo i idziemy w górę rzeczki. Po ok. 1 km dochodzimy do mostu. Droga biegnąca początkowo w kierunku pn. a później w pn.-zach. doprowadza do Czerska (31 km, patrz opis). Do Góry Kalwarii docieramy traktem prowa­dzącym skrajem wysokiej skarpy, a następnie drogą. Inna, ciekawsza krajo­brazowo droga wiedzie wśród łąk, pól i ogrodów, tarasem zalewowym, równolegle do skarpy.

Trasa 2: Warka — Stara Warka — Pilica — Ostrołęka — Dębnowola — stacja kol. Michalczew. Ok. 20 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina Pilicy, rezerwat przyrody w Winiarach, zabytki archi­tektury z okresu baroku i neokla­sycyzmu, rozległe sady owocowe.

Odcinek do wsi Ostrołęka opisany w trasie 1. Z Ostrołęki wyruszamy drogą wiejską prowadzącą w kierunku zach. Wkrótce wspinamy się na grzbiet skarpy, z której ostatni raz mamy widok na szeroką dolinę Pilicy i Wisły. Wkraczamy w krainę sadów. Szcze­gólnie pięknie tu w pierwszej połowie maja w okresie kwitnienia drzew owocowych. Mijamy wsie Klonową Wolę i Dębnowolę (15 kim). Wokół lekko sfalowany teren. Niebawem przecinamy drogę łączącą Warkę z Górą Kalwarią. Na dalszym odcinku trasy towarzyszą nam po prawej młode lasy, przeważnie liściaste. Miejscami piękne kobierce z traw. Następnie mijamy po lewej kilka zabudowań wioski Martynów. Z daleka widoczne są mury nowej szkoły Tysiąclecia w Watra­szewie. Przy niej skręcamy na lewo (pd. zach.). Droga przebiega obok zagajników sosnowych, malow­niczych fragmentów brzeziny i doprowadza do pobliskiej stacji Michalczew położonej na linii kol. Warszawa (50 km) — Warka (7 km).

Trasa 3: stacja kol. Michalczew — Martynów — Borowe — Marynin — Potycz. Ok. 11 km.

Na trasie wycieczki: urozmaicone lasy porastające sfalowany teren, liczne sady owocowe.

Wycieczkę rozpo­czynamy ze stacji kol. Michalczew położonej na linii kolejowej Warszawa (50 km) — Warka (7 km). Wiejskimi drogami zmierzamy w kierunku pn.-wsch. Mijamy zagajniki sosnowe, młode lasy brzozowe i mieszane. Z daleka widoczna nowa szkoła Tysiąclecia w Watra­szewie. Koło szkoły skręcamy na prawo (wsch.). Po lewej wieża trian­gu­lacyjna. Droga biegnąc wśród pól przechodzi obok zabudowań wioski Martynów, a następnie doprowadza do skraju lasu. Idziemy w dalszym ciągu na wsch. Po prawej stronie drogi łąki i pola, po lewej zagajniki sosnowe a nieco dalej fragmenty malow­niczej brzeziny oraz młode lasy mieszane poprze­tykane pięknymi kobiercami traw. Na ok. 4,5 km dochodzimy do skrzy­żowania kilku dróg. W odległości kilkuset metrów na pd. widoczne chaty wsi Gąski, otoczone owocowymi sadami. Kierujemy się teraz na pn. wsch. wysadzoną akacjami polną drogą. Po dojściu do skraju lasu opuszczamy ją i obieramy inną, biegnącą na pn. Wokół urozmaicone lasy mieszane, z przewagą brzozy, na dalszym odcinku sosnowe. Po wyjściu z lasu trafiamy do wsi Borowe (ok. 6,5 km). Na pn. od wioski widoczny jest następny niewielki las. Dochodzimy doń polną miedzą. Po lewej piasz­czyste wydmy. Las porasta dość silnie sfałdowany teren. W głębi przeważa mieszany młodnik, miejscami liściasty, bujnie podszyty. Kierujemy się leśnymi ścieżkami lub na przełaj ku prawej części lasu, a później jego skrajem schodzimy w głęboką dolinkę, w której płynie wysychający latem strumyk. Potem wspinamy się pod górę i ścieżką wśród rozległych sadów (kierunek pn.) docieramy do wsi Marynin (ok. 8,5 km). Polną drogą wybie­gającą ze środka wsi podążamy nadal na pn. Po kilometrze zagłębiamy się w większy kompleks leśny. Początkowo towarzyszy nam las sosnowy ustępując dalej ładnemu liściastemu ze zdobnymi kobiercami traw i mchów. Niebawem wieś Poty cz (11 km, patrz opis).

Trasa 4: stacja kol. Michalczew — Nowa Wieś — Rytomo­czydła — Dębówka — Wichradz — Warka. Ok. 22 km.

Na trasie wycieczki: urozmaicone lasy, rozległe sady, m. in. sady doświad­czalne Instytutu Sadow­nictwa w Nowej Wsi, malownicze pagórki morenowe, piękne widoki w dolinie Pilicy, zabytki archi­tektury z okresu baroku i neokla­sycyzmu, pamiątki związane z wydarzeniami powstania 1863 r.

Wycieczkę rozpo­czynamy ze stacji kol. Michalczew położonej na linii kol. Warszawa (50 km) — Warka (7 km). Początkowo podążamy wzdłuż toru kolejowego na pd. Po 1 km zagłębiamy się w przyjemny, mieszany las, drogą prowadzącą w kierunku pd.-zach. Gliniaste podłoże powoduje, że po deszczach na drodze tworzą się duże i trudne do ominięcia kałuże. Droga zbacza następnie ku zach., wychodzi na pole i po przecięciu niewielkiego lasu sosnowego dociera do zabudowań wioski Murowanka (3,5 km). Dalej nie zmieniając kierunku marszu dochodzimy do Nowej Wsi (5 km, patrz opis).

Ze środka wsi odchodzi na pn. zach. droga do Gołębiowa. Przecina ona rzeczkę Czarną i biegnąc wśród pól doprowadza do mogiły powstańców 1863 r. Nieco dalej na zach. dostrzegamy klasy­cy­styczną kaplicę, położoną na szczycie pagórka, w otoczeniu drzew. Od kaplicy podążamy wiejską dróżką w kierunku pobli­skiego lasu. Wkrótce wiedzie ona jego skrajem. Skręcamy teraz pierwszą napotkaną przecinką na lewo (pd.). Wokół las sosnowy. Niebawem wychodzimy na otwartą przestrzeń. Wysadzana różnymi drzewami droga przecina rzeczkę Czarną i doprowadza do zabudowań gospo­darczych w Rytomo­czydłach (9 km, patrz opis).

Od przystanku PKS, położonego przy drodze łączącej Warkę z Grójcem, zagłębiamy się ponownie w las drogą wiodącą na pd. pd. Wsch. Po obu jej stronach dość malowniczy mieszany drzewostan. Po ok. 500 m łączymy się z inną szerszą drogą biegnącą na pd. Skraj drogi znaczą nam teraz dostojne świerki. Miejscami spotykamy wyraźne wyrwy w starszym drzewo­stanie, znaczone młodymi zalesieniami. Są to ślady zniszczeń dokonanych przez potężny huragan, który nawiedził szereg powiatów woj. warszaw­skiego w maju 1958 r. Uległo tu znisz­czeniu ponad 100 ha lasu. Po ok. 2,5 km (od Rytomo­czydeł) skręcamy innym leśnym traktem na wsch., aby po dalszych 2 km wyjść na pola, obok wioski Dębówka (13,5 km). Następnym etapem wycieczki jest wieś Jeżówek położona 3 km na wsch. za wyniosłym wałem morenowym, z którego grzbietu roztacza się ładny widok. Za Jeżówkiem pokonujemy wysunięty na pd. jęzor wspomnianego wyżej wału morenowego, porośnięty urozma­iconym lasem. Ze wschodniego jego zbocza rozpo­ściera się rozległy widok na całą okolicę. W oddali (ok. 4 km na wsch.) dostrzec można zabudowania Warki. Malowniczy wąwóz sprowadza nas do położonej wśród owocowych sadów wsi Wichradz (17,5 km, na jej wsch. krańcu stoi ludowa kaplic z k a przydrożna w kształcie słupa o charakterze barokowym, typowa dla Warki i jej okolic, wystawiona zapewne w 1 poł. XIX w.). Za wiejskim stawem, znajdującym się w środku wsi, skręcamy na pd. wsch. Polna droga nadal biegnie sfalowanym terenem Wysoczyzny Rawsko-​​Mazowieckiej aż do Niemojewic, obecnie dzielnicy Warki (19,5 km). Dalszą drogę wytycza pilicka skarpa. U jej podnóża rozciągają się łąki a nad samą rzeką znajdziemy piasz­czyste plaże. Niebawem dochodzimy do miejsca, gdzie Pilica, robiąc ostry zakręt, podpływa pod skarpę. Wąska ścieżka biegnie teraz poniżej urwistej skarpy, nad samą wodą, bądź też górą, skąd ładny widok. Dalej rzeka oddala się nieco od skarpy. Obszar tarasu zalewowego porośnięty jest tu rozmaitymi drzewami i wikliną, stanowiąc ulubione miejsce spacerów miesz­kańców Warki. Zbliżamy się do centrum miasta (patrz opis).

Trasa 5: Michałów Górny — Biejków — Promna — Falęcice — Pacew — Przybyszew. Ok. 15 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina Pilicy oraz zabytki archi­tektury z okresu neoklasycyzmu.

Wycieczkę rozpo­czynamy w Michałowie Górnym (połączenie PKS z, Warką — 14 km i z Biało­brzegami — 12 km, klub prasy i książki „Ruch”), położonym na skraju doliny Pilicy, w odległości 1 km od nurtu rzeki.

Szereg zapisków wskazuje na to, że w XVII w. był tu zamek, broniący niegdyś przeprawy przez Pilicę. Z budowli tej nie zostało do dziś śladu. W XIX-​​wiecz-​​nym pałacu, niezbyt fortunnie przebu­dowanym w początku bieżącego wieku, mieści się obecnie szkoła podstawowa. Obok pałacu, barokowa kaplica zapewne z XVII lub XVIII w. Miejscowy park założony został w XIX w.

Z Michałowa podążamy w kierunku pd.-zach. Wiejska droga biegnie skrajem nadpi­lickiej skarpy. Po lewej w szerokiej dolinie płynie, robiąc liczne zakręty, Pilica. Miejscami ze zbocza skarpy otwierają się rozległe i piękne widoki. Mijamy wioski Brańków, Biejków (3,5 km) i Biejkowską Wolę. Na łąkach widoczne są gdzie­niegdzie pryzmy wydobytego torfu, używanego do celów opałowych i jako nawóz. Zatrzy­mujemy się na chwilę w Promnej (7,5 km, patrz opis). Kilometr dalej, na skraju wsi Falęcice, przecinamy drogę łączącą Warszawę przez Grójec z Radomiem (przystanek PKS).

Pilicka skarpa wytycza nam także następny etap wycieczki. Ścieżki i wiejskie drogi prowadzą po pochyłości skarpy wśród łąk, ogrodów warzywnych i sadów. Najwięcej widać upraw ogórków i cebuli. Za wsią Góry (11,5 km) napotykamy szcze­gólnie ładny odcinek trasy. Z wysokich pagórków (152 m npm., ok. 37 m nad lustrem wody) roztacza się piękny widok na rzekę i całą dolinę. Brzeg skarpy porośnięty jest gdzie­niegdzie lasem. Mijamy wioskę Pacew i zbliżamy się do Przybyszewa (patrz opis).

Trasa 6: Świdno — Micha­łowice — Tomczyce — Gostomia: A) Brzostowiec — 12 km; B) Nowe Miasto n. Pilicą — 12 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina Pilicy, rezerwat przyrody „Tomczyce” rybne stawy w dolinie Lubanki, zabytki archi­tektury z okresu baroku i neoklasycyzmu.

Świdno (patrz opis) opuszczamy wiejską drogą biegnącą na pd. zach. wśród pól warzywnych blisko skraju skarpy. Z lewej doskonale widać nadpi­lickie łąki oraz drugi brzeg rzeki. Kierujemy się na widoczne przed nami wieże kościoła w Micha­ło­wicach (patrz opis).

Zabudowania Michałowic prawie łączą się z zabudo­waniami wioski Stami­rowice. Ze środka tej długiej wsi droga sprowadza nas w dół. Dalej wędrujemy początkowo ścieżką a następnie polną drogą u podnóża skarpy porośniętej na tym odcinku młodym sosnowym lasem. Po lewej rozległe nadpi­lickie łąki, wyjątkowo barwne w maju w okresie kwitnienia. Najwięcej tu wówczas żółtych kaczeńców. Dochodzimy do Tom-​​czyc (4 km, patrz opis). Droga prowadzi wśród zabudowań wiejskich położonych na stoku skarpy i nad samą rzeką. Wiele tu chat trady­cyjnych, budowanych na zrąb ze słomianym dachem. Niektóre liczą sobie już po kilka­dziesiąt lat. Jedna z wiejskich dróg wyprowadza nas na górę do pałacu. Następnym etapem wycieczki jest piękny rezerwat „Tomczycee”, Dalej, za rezerwatem, możemy iść skrajem skarpy, porośniętej na tym odcinku młodszym lasem, bądź też wysadzanym drzewami traktem biegnącym równolegle do skarpy, w odległości kilkuset metrów na pn. Wkrótce Gostomia (ok. 8 km, patrz opis).

A) Kierujemy się teraz na pn. drogą prowadzącą prawą lub lewą stroną stawów rybnych. Celem naszej wycieczki jest Brzostowiec (12 km, patrz opis).

B) Z Gostomii idziemy drogą na zach. przez wsie Wolę Pobie­dzińską i Pobiednę do Nowego Miasta n. Pilicą (12 km, patrz opis). Z lewej widok na Pilicę i jej dolinę.

Trasa 7: Wilków — Załuski — Błędów — Bielany — Wólka Bańkowska: A) Kozietuły — 17 km; B) Danków — Mogielnica –22 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina Mogielanki, urozmaicone lasy, zabytki archi­tektury z okresu XVII –XIX w.

Z Wilkowa (patrz opis) kierujemy się na pd. Mijamy dwórr z końca XIX w. położony w parku. Podchodzimy na niewielkie wznie­sienie. Po prawej mamy widok na rzeczkę Mogielankę. Zachodni i południowy stok wznie­sienia porasta dość rzadki, ale ładny las sosnowy z domieszką brzozy. Zmieniamy kierunek marszu na wschodni, idąc cały czas skrajem lasu, równolegle do rzeczki. Dolina jej z każdym kilometrem pogłębia się. Mijamy młodniki sosnowe i dębowe. Następnie przechodzimy przez wieś Załuski. Droga zbacza tu w prawo i wyprowadza obok młyna na mostek (ponad 4,5 km). Po prawej duże rozlewisko miejscami zarośnięte trzciną. Mijamy dalej Wólkę Kurdy­ba­nowską. Wysadzana lipami droga wiedzie teraz pomiędzy sadami owocowymi należącymi do PGR Błędów. Wkrótce dochodzimy do Błędowa (8 km, patrz opis).

Ze Starego Rynku kierujemy się na lewo. Niebawem mostek na dopływie Mogielanki. Trakt wspina się teraz na grzbiet wynio­słości (pd. wsch.). Z najwyższego punktu roztacza się intere­sujący widok na dolinę Mogielanki, ciemne plamy lasów i różno­barwne pasy pól. Po chwili droga zbiega w dół, aby znów wspiąć się pod górę. Dochodzimy do PGR Bielany. Przecinamy na ukos dawny park dworski i podążamy drogą na pd. Po ok. 0,5 km skręcamy w inną drogę zagłę­biającą się w jar, którym schodzimy nad Mogielankę. Dalszą drogę wytycza nam lewy brzeg rzeki, wijącej się wśród łęgu olszowego. Z prawej za rzeczką zabudowania wsi Wólka Bańkowska. Z lewej wyniosły brzeg doliny porastają kępy drzew. Trafiamy wreszcie na trakt. Po przeciw­ległej stronie traktu ładny las sosnowy. W bujnym podszyciu krzewy jeżyn, a w runie leśnym — obfitość jagód i poziomek. Skarpa nadrzeczna poprze­cinana jest malowniczo licznymi jarami.

Po lewej stronie tego traktu, nieco wyżej, widoczny jest olbrzymi wykop, skąd wydobywano dawniej piasek i żwir. Z miejscem tym związane jest podanie o chciwym szlachcicu, który zakopał tu w kufrach wielki skarb. Było wielu śmiałków, którzy usiłowali nocną porą wydobyć kufry na wierzch. Nim jednak zdążyli wynieść je poza obręb wykopu, zaczęło dnieć, a kufry pociągając za sobą najbardziej chciwych poszu­kiwaczy skarbów, zapadły się jeszcze głębiej w ziemi.

A) Trakt biegnąc wśród sosnowego lasu wychodzi na wierz­chowinę, po czym przez pola (na wsch.) doprowadza do drogi, łączącej Grójec (16 km) z Nowym Miastem n. Pilicą (20 km). Przy drodze zabudowania POM Dalboszek. Obok przystanek Kozietuty na linii PKS i linii kolejki wąsko­torowej Warszawa — Grójec — Nowe Miasto n. Pilicą.

B) Trakt na prawo przechodzi mostem nad Mogie-​​lanką i biegnie stokiem doliny rzeki na pd. zach. Z lewej ładny widok. Po prawej dotyka do traktu mieszany las obfitujący w leszczynę. Mijamy następnie po lewej niewielki las sosnowy i schodzimy wąwozem do Dańkowa (ok. 16 km, patrz opis). Tuż przed wioską warto zwrócić uwagę na duży głaz narzutowy po prawej stronie drogi.

Przechodzimy z powrotem na lewy brzeg Mogielanki. Mijamy wieś Główczyn. Trasę wytyczają nam dalej nadrzeczne łąki. Później skraj doliny zajmuje las sosnowy. Wkrótce na wysokim przeciw­ległym brzegu Mogielanki ukazują się zabudowania Mogielnicy. Przechodzimy obok stadionu sportowego. Stąd już niedaleko do Rynku (ok. 22 km, patrz opis).

Trasa 8: Goliany — Łęczeszyce — Lewiczyn — Skurów. Ok. 14 km.

Na trasie wycieczki: niewielkie partie mieszanych lasów, sady owocowe oraz zabytki archi­tektury z okresu baroku.

Od przystanku Goliany na linii kolejki wąsko­torowej Warszawa (55 km) — Grójec (14 km) — Nowe Miasto nad Pilicą (29 km) idziemy drogą na pd. wsch. do wsi Łęczeszyce (2 km, patrz opis). Dalej trasę wytycza droga mogielnicka (pn. wsch.). Po lewej widoczne zabudowania dawnej cegielni łęczeszyckiej. Po ok. 2 km skręcamy na prawo drogą prowadzącą skrajem świerkowego lasku. Po niecałym kilometrze wybieramy drogę leśną biegnącą na pn. w;sch. ku wsch. Droga ta przecina sosnowy las a następnie prowadzi jego pn. brzegiem. Mijamy z prawej niewielki stawek. Po ok. 1,5 km dochodzimy do rozwi­dlenia dróg na skraju lasu. Kierujemy się teraz drogą na pn. wsch. w stronę widocznych zabudowań wsi Tartaczek (ok. 7,5 km) otoczonych sadami. Przez wieś droga prowadzi szpalerem utworzonym z kasztanów, lip i akacji. Docieramy do sosnowego lasu i zagłębiamy się weń ścieżką (na wsch.). Za polaną skręcamy w lewo. Leśna droga biegnie między młodnikami modrze­wiowymi, później sosnowymi i brzozowymi. Po wyjściu z lasu spostrzegamy z prawej pierwsze zabudowania wsi Lewiczyn, Trafiamy na szerszą drogę, którą idziemy na pn. Droga wysadzona drzewami owocowymi, najładniej wygląda w 1 połowie maja, w okresie kwitnienia drzew. Teren lekko sfalowany. Dochodzimy do poprzecznej drogi, którą zbaczamy na prawo. Przed nami wzgórze o kształcie rogala, porośnięte pięknym lasem brzozowym. Z lewej, u podnóża żłobi sobie dolinę rzeczka Kraska (prawy dopływ Jeziorki), biorąca swój początek w pobliżu Belska, ok. 5 km na pn. zach. Na szczycie wzgórza właściwe zabudowania wsi Lewiczyn (11 km, patrz opis). Opuszczamy wioskę drogą biegnącą w kierunku pn. Przechodzimy mostek na Krasce. Po ok. 2 km skręcamy w prawo (pn. wsch.), mijamy zabudowania dawnego folwarku Oczesały i docieramy wreszcie do rozwi­dlenia dróg obok wsi Skurów. Autobusami PKS możemy stąd dojechać do Grójca (4 km), do Warki (22 km) oraz w kierunku Radomia.

Trasa 9: Głuchów — Kocerany — Przęsławice — Jeziorka — Sadków — rez. „Modrzewina” — Mała Wieś — Belsk Duży. Ok. 21 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina rzeczki Jeziorki, rezerwat przyrody „Modrzewina”, sady owocowe, zabytki archi­tektury z okresu neoklasycyzmu.

Wioska Głuchów położona jest przy drodze łączącej Warszawę (40 km) z Grójcem (4 km). Połączenie PKS. W Głuchowie urodził się 6. X. 1882 r. Jan Czeka­nowski, znany antropolog, etnolog i badacz Afryki, członek PAN. W dawnym browarze Spółdzielnia „Extrakt” prowadzi zakład przetwórstwa owocowego. Schodzimy drogą w dolinę Jeziorki. Po lewej w rozlewisku rzeczki w przyszłości powstanie ośrodek wypoczynkowy. Po przejściu mostku skręcamy na prawo ścieżką, prowadzącą prawym brzegiem rzeczki. Mijamy stary młyn i podążamy ścieżką przez łąki w stronę widocznego łęgu olchowego. Wyszu­kujemy najdo­god­niejsze miejsce do przejścia niewielkiego dopływu Jeziorki. Za obszerną polanką rozciąga się ściana lasu, przeważnie sosnowego, wzdłuż której, prawie nad rzeczką, biegnie droga w kierunku pn.-zach. Wiosną lub po długo­trwałych opadach jest ona w wielu miejscach podmokła (obejście lasem). Las ten obfituje w poziomki i maliny. Dalej drodze towarzyszy las liściasty z przewagą grabów. Po ok. 2 km docieramy do poprzecznej drogi, którą skręcamy na prawo. Przyjemniej jednak maszerować ścieżką, biegnącą równolegle do drogi w starszym mieszanym lesie, za ścianą młodej sośniny. Wychodzimy z lasu, obok młyna w Koceranach (4 km). Piasz­czysta droga prowadzi nas teraz wzdłuż rzeczki w kierunku pd.-zach. Z niewielkiego wznie­sienia roztacza się ładny widok na niebieskie tafle rybnych stawów i ciemną ścianę lasu na przeciw­ległym brzegu Jeziorki. Docieramy wreszcie do Przęsławic (7,5 km, sklep spożywczy, przystanek PKS), wioski położonej przy drodze łączącej Grójec (7 km) z Mszczonowem (22 km).

Idziemy drogą kilka­dziesiąt metrów w lewo, aby następnie skręcić w prawo polną drogą wiodącą znowu na pd. zach. Z lewej wzgórze z malowniczo poroz­rzu­canymi kępami drzew. Z prawej, wśród olch, płynie Jeziorka. Krajobraz staje się coraz bardziej intere­sujący. Rozpoczyna się wyraźny przełom rzeczki przez okoliczne wznie­sienia. Po ok. 2 km droga skręca lekko w lewo. Po prawej zabudowania wsi Jeziora, gdzie urodził się uczestnik powstania listo­pa­dowego, poeta Konstanty Gaszyński (1809 — 1866). Dalej idziemy skrajem staro­drzewu sosnowego, porasta­jącego brzeg doliny. Niebawem wieś Jeziorka (10 km, sklep spożywczy, poczta). Jest to stara osada, która już w XV w. posiadała kościół, wzniesiony przez benedyktynów z Pułtuska. Obok kościoła rosną dwa potężne, stare modrzewie.

Wracamy do skraju lasu, po czym wspinamy się ścieżką na szczyt wysokiego wzgórza (189 m npm., ok. 40 m nad poziomem rzeczki), z którego roztacza się malowniczy widok. W dole wśród drzew przebłyskują dachy chat, a dalej wije się wśród olch Jeziorka. Stoki doliny przecinają barwne pasy schodzących do wsi pól. Przeciwległy, również wysoki brzeg rzeczki zieleni się plamą młodych sosen. Ze szczytu wzgórza ścieżka prowadzi nas w dół. Na skrzy­żowaniu kilku dróg wybieramy prowadzącą w kierunku pd.-zach. Za wioską Czekaj droga skręca na pd., biegnąc wśród sadów. Szcze­gólnie pięknie tu w pierwszej połowie maja, kiedy drzewa owocowe obsypane są białym kwieciem. W oddali, z lewej, rysuje się duża, ciemna ściana lasu — to rezerwat „Modrzewina”. Dalej idziemy przez wsie Sadków, Aleksan­drówkę i Rożce (15 km), gdzie przy szkole skręcamy w lewo do lasu. Droga biegnie przez środek pięknego rezerwatu, po czym wśród szpaleru starych lip doprowadza do przystanku kolejki wąsko­torowej Mała Wieś (19 km). 0,5 km na pd. od przystanku położony jest zespół pałacowy w Małej Wsi (zabytki i rezerwat „Modrzewina”, patrz opis). Wysadzana starymi drzewami droga doprowadza po 1 km do Belska Dużego (patrz opis).

Trasa 10: Przęsławice — Jeziorka — Wilczoruda — Wygnanka — Osuchów — Lutkówka — Chudolipie. Ok. 22 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina rzeczki Jeziorki, zabytkowe drzewa w parku w Osuchowie, urozmaicone lasy osuchowskie, zabytki archi­tektury z XVII — XIX w.

Przęsławice położone są w dolinie rzeczki Jeziorki przy drodze łączącej Grójec (7 km) z Mszczonowem (22 km). Z miejsco­wo­ściami tymi połączenie PKS. We wsi sklep spożywczy.

Od drogi skręcamy na lewo w polną drogę wiodącą na pd. zach. Z lewej wzgórze z malowniczo poroz­rzu­canymi kępami drzew. Z prawej, wśród olch, płynie Jeziorka. Krajobraz okolicy urozmaicony. Rozpoczyna się tu wyraźny przełom rzeczki przez okoliczne wznie­sienia. Po ok. 2 km droga skręca nieco w lewo. Po prawej widoczne zabudowania wsi Jeziora, gdzie urodził się uczestnik powstania listo­pa­dowego, poeta Konstanty Gaszyński (1809 — 1886). Następnie idziemy skrajem staro­drzewu sosnowego, porasta­jącego brzeg doliny. Na zachodnim krańcu lasu warto wspiąć się ścieżką na szczyt wysokiego wzgórza (189 m npm., ok. 40 m nad poziomem rzeczki), z którego roztacza się malowniczy widok. W dole, wśród drzew, przebłyskują dachy chat wsi Jeziorka. Dalej widoczna jest wijąca się wśród olch rzeczka Jeziorka. Stoki doliny przecinają barwne pasy schodzących do wsi pól. Przeciwległy, także wysoki brzeg rzeczki zieleni się młodym lasem sosnowym. Wracamy na dół i zatrzymu jemy się na chwilę we wsi (ok. 3 km, sklep spożywczy, poczta). Jeziorka jest starą osadą. Wiadomo że już w XV w. istniał tu kościół wzniesiony przez benedyktynów z Pułtuska. Obok kościoła rosną dwa potężne, stare modrzewie.

Z Jeziorki wyruszamy w kierunku zach. Po ok. 2 km przechodzimy na przeciwległy brzeg Jeziorki. Rzeczka nawadnia tu szereg stawów rybnych. Największy z nich zarośnięty jest częściowo trzciną. Droga biegnąca nad rzeczką jest bardzo piasz­czysta. Lepiej więc wybrać ścieżkę prowadzącą stokiem doliny nieco dalej od drogi. Ścieżka przecina niebawem zagajnik sosnowy. W pewnym miejscu ze wzgórza roztacza się rozległy, malowniczy widok na nadrzeczne łąki i przeciwległy wysoki brzeg doliny z przyle­pionymi jakby do niego chatami niewielkiej wioski Grabie. Wieś ta była niegdyś własnością benedyktynów pułtuskich.

Znowu zagłębiamy się w zagajnik, po czym schodzimy do wsi Daszówka (6,5 km). Po prawej ładny lasek brzozowy. Możemy wędrować dalej łąkami nad samą rzeczką bądź też iść drogą. Wkrótce wieś Wilczoruda (połączenie PKS z Grójcem — 16 km, klub prasy i książki „Ruch”). Nadal trzymamy się doliny Jeziorki. Za wsią Cychry (10,5 km) znów ładny widok na wijącą się w dolinie rzeczkę, stawy, soczyste nadrzeczne łąki oraz rozrzucone i kępy drzew na prawym brzegu. Względna różnica poziomów przekracza na tym odcinku 35 m. Niebawem mijamy fragment sosnowego lasu. Droga wiedzie teraz brzegiem stawu, po minięciu którego przechodzi na drugą stronę Jeziorki. Mijamy zabudowania wioski Wygnanka. Wkrótce opuszczamy dolinę Jeziorki. Droga przybiera kierunek zach., przechodzi obok niewielkiego sosnowego lasku, a później pozostawia po lewej malowniczą brzezinę. Jesteśmy w Osuchowie (15 km, patrz opis).

Po zwiedzeniu dworku i parku, idziemy przez wieś na pn. wsch. Droga skręca ku wschodowi. Przecinamy Jeziorkę płynącą w dość płytkiej dolince. Rzeczka bierze swój początek ok. 1,5 km na pn. zach. od miejsca, w którym się znajdujemy. Mijamy kilka zabudowań wsi Dębiny Osuchowski, po czym zbaczamy na pn. zach. drogą biegnącą skrajem ładnego sosnowego lasu. Dochodzimy do drogi opodal Lutkówki (20,5 km, patrz opis).

Stąd już niedaleko do Chudolipia, wsi położonej przy drodze łączącej Grójec (18 km) z Mszczonowem (11 km). Komunikacja PKS.

W odległości ok. 3 km na pn. wsch. od Chudolipia, za ładnym mieszanym lasem leżą Petrykozy z zabytkowym dworem z końca XVIII w. (patrz opis).

Trasa 11: przyst. kol. Lesznowola — Głuchów — Kocerany — Michrów — Swiętochów — Tarczyn. 19 km.

Na trasie wycieczki: malownicze doliny rzeczek Jeziorki i Tarczynki, urozmaicone partie leśne oraz zabytki archi­tektury z XIV — XIX w.

Dojazd kolejką wąsko­torową do przystanku Lesznowola na linii Warszawa (37 km) — Grójec (4 km). Od przystanku idziemy niecały kilometr na pn. wzdłuż torów do zabudowań gospo­darczych w Kośminie, użytko­wanych obecnie przez PG Rybne, jedno z najlepszych w województwie. Przed nami błyszczące tafle licznych stawów rybnych, nawad­nianych przez Jeziorkę, ciągnących się na zach. na przestrzeni blisko 2 km. Przechodzimy na drugą stronę rzeczki, a następnie idziemy groblami wśród stawów na ich prawą stronę. Dalej przecinamy niewielki las i dochodzimy do Głuchowa (ok. 4 km). Do wioski tej można także dojść, idąc stale wzdłuż stawów po ich prawej stronie, następnie nad rzeczką. Nad szeroko rozlaną Jeziorką powstanie w przyszłości ośrodek wypoczynkowy dla miesz­kańców Grójca. Dalszy cztero­ki­lo­metrowy odcinek trasy od Koceran został opisany w trasie nr 9.

Przy dawnym młynie w Koceranach przechodzimy na drugą stronę Jeziorki. Po lewej stawy rybne. Skręcamy na lewo (pn, zach.) w pierwszą drogę zagłę­biającą się w sosnowy las. Niebawem wychodzimy obok szeregu stawów, ciągnących się w płytkiej dolince. Droga prowadzi teraz lewym ich brzegiem. W drugim stawie możliwość kąpieli. Groblą między stawami docieramy do wsi Michrów (ponad 10 km, połącz. PKS z Warszawą — 34 km i z Grójcem — 16 km). Na terenie podworskim znajduje się obecnie ośrodek hodowlany. Na polanie parkowej przed dworkiem stoi piękny jawor o obwodzie 407 cm — po mnik przyrody. Staw w głębi parku otoczony jest starymi drzewami.

Ze wsi wyruszamy traktem w kierunku pn.-wsch. Po ok. 1,5 km po lewej stronie, na skraju lasu, ciekawy okaz zrośniętych z sobą, u nasady sosny z dębem, uznany za pomnik przyrody. Dąb posiada obwód 195 cm, a sosna — 210 cim. Idziemy teraz skrajem lasu na pn. zach. Po prawej dość urozmaicony mieszany drzewostan. Znaleźć w nim można poziomki i maliny. Po 1 km skręcamy na lewo w inną drogę. Po chwili pozostawiamy ją po lewej i udajemy się w kierunku pn.-zach. ku zach. wzdłuż lekko zazna­czonej śródleśnej dolinki niewielkiego strumyka. Niebawem trafiamy na zabudowania wioski Swiętochów (14,5 km). Ze środka wsi podążamy na pn. Wkrótce stajemy nad Tarczynką. Rzeczka płynie w głęboko wciętej, wąskiej dolinie. Wysokie jej brzegi porośnięte są lasem. Szcze­gólnie piękny jest brzeg lewy, pokryty w wielu miejscach bujnie podszytym lasem świerkowym. Obok rzeczki ciągnie się pas stawów zarosłych trzcinami i szuwarami. Niektóre mają małe piasz­czyste plaże i nadają się do kąpieli. Idziemy na wschód wałem odgra­dzającym stawy od rzeki lub ścieżką lewym skrajem doliny. Brzegi stawów porastają miejscami krzaki soczystych malin i jeżyn, Od miejsca, gdzie kończy się pierwszy ciąg stawów i brzegi doliny wyraźnie się obniżają — podążamy lewą stroną rzeczki przez łąki. Dalej, .na otwartym terenie, przechodzimy groblami między drugim ciągiem stawów. Przed nami na wysokim brzegu widoczne osiedle Tarczyn (19 km, patrz opis).

Trasa 12: Gościeńczyce — Prażmów — Zawodne — Łoś. Ok. 14 km.

Na trasie wycieczki: malownicza dolina rzeczki Jeziorki z rozległymi łąkami, urozmaicone Lasy Chojnowskie, zabytki archi­tektury z okresu neokla­sycyzmu, pamiątki związane z wydarzeniami powstania 1863 r.

Do wsi Gościeńczyce dojeżdżamy autobusem PKS kursującym na linii Grójec (10 km) — Piaseczno (22 km). W miejscowym dworze przebywał często poeta Kazimierz Brodziński (1791 — 1835). W XIX. w. odkryto tu cmenta­rzysko prehi­sto­ryczne z wieloma urnami.

Trasa prowadzi na pn. wzdłuż prawego brzegu rzeczki Jeziorki. Szcze­gólnie pięknie tu w ostatniej dekadzie maja i pierwszej czerwca, kiedy nadrzeczne łąki pokryte są wspaniałymi kobiercami różno­barwnych kwiatów. Rzeczka bardzo silnie meandruje, co chwila zmieniając swój kierunek. Po 4 km docieramy do wsi Prażmów położonej na wysokim brzegu (patrz opis). Dalej podążamy 1 km szosą. Spotykamy przy niej kilka okazów starych lip. Na skraju wsi Zawodne zbaczamy w lewo. Przechodzimy między jej zabudo­waniami i nie dochodząc do mostu na Jeziorce obieramy polną drogę prowadzącą na pn. Opuszczamy wioskę. Po lewej malownicze nadrzeczne łąki, kępy zarośli. Niebawem przecinamy sosnowy lasek. Droga biegnie następnie przez pola i doprowadza do brzegu dość wysokiej skarpy doliny Jeziorki. Możemy teraz iść skrajem skarpy aż do mostu kol. na linii Skier­niewice -— Góra Kalwaria — Pilawa (ok. 7,5 km). Dalej ścieżka prowadzi wśród łąk nadal prawym brzegiem rzeczki. To chyba najład­niejszy odcinek trasy. Miejscami do Jeziorki dochodzą liściaste lasy. Po ok. 2 km lewy brzeg rzeczki zajmuje urozmaicony mieszany las, a po prawej mamy duże połacie łąk. Tutaj uchodzi do Jeziorki jej lewy dopływ, Tarczynka. Od tego miejsca Jeziorka zmienia nazwę na Jeziorną. Jeziorna skręca teraz na pn. wsch. i podpływa pod wysoką skarpę, na (której rozłożyły się zabudowania letni­skowej wioski Łoś. Jest tu ładna aleja lipowa prowadząca w kierunku rzeczki, a na terenie podworskim zachowały się fragmenty dawnego park u. Na pn. i wsch. od wioski rozciągają się najbardziej na pd. wysunięte części Lasów Chojnowskich. Obfitują one w poziomki, jagody i grzyby. Łoś posiada połączenie PKS z Grójcem — 18 km i Piasecznem — 14 km.

Przewodnik po Warce w opracowaniu z 1965r.

Miasto liczące 6700 miesz­kańców, położone na skraju nadpi­lickiej skarpy na wysokości 102 — 120 m npm. Miejsce urodzenia Kazimierza Pułaskiego. Stacja kolejowa, tel. 12. Połączenie z Warszawą — 57 km przez Piaseczno — 33 km, z (Radomiem — 46 km. Przystanek PKS przy pl. St. Czarnieckiego. Połączenia z Warszawą — 53 km przez Górę Kalwarię — 23 km, Piaseczno — 4l km, z Grójcem — 25 km przez Jasieniec, z Biało­brzegami — 26 km oraz z Kozie­nicami — 40 km. Prez. MRN, pl. St. Czarnieckiego, tel. 2; poczta, ul. Warszawska 7, tel. 60; MO, pl. St. Czarnieckiego, tel. 07; ośrodek zdrowia, ul. Długa 25, tel. 21; apteka, ul. Warszawska 1; stacja benz., ul. Puławska, tel. 120; Oddział PTTK — stanica wodna; stanica wodna PTTK (czynna IV — IX), tel. 143, ul. Solna — 52 miejsca; schronisko szkolne (czynne 25. VI — 25. VIII, 22 miejsca), przy internacie Liceum Ogólno­kształ­cącego, tel. 64; gospody: pl. St. Czarnieckiego 2 i ul. Warszawska 6.

Kolebką Warki było osiedle handlowo-​​obronne, położone ok. 4 km na wsch., na terenie obecnej wsi Stara Warka. Do dziś jeszcze zachowały się tam ślady wczesno­śre­dnio­wiecznego grodziska. Zapewne za panowania ks. Ziemowita I (zmarł w 1262 r.) sprowadzeni zostali do Starej Warki dominikanie, którzy osiedli przy kaplicy zamkowej. Znaczenie osiedla upadło w początkach XIV lub jeszcze w końcu XIII w. Przypuszcza się, że powodem tego było przesu­nięcie się koryta Wisły ku wschodowi. Pilica szukając nowej drogi do Wisły i rozwi­dlając się na liczne odnogi czasowo przestała być zapewne żeglowna. Mieszkańcy przenieśli się wtedy do nowej osady, położonej na terenie dzisiejszej Warki, a już wówczas będącej znacznym targo­wiskiem przy przeprawie przez Pilicę. To z natury obronne miejsce przeznaczyli książęta mazowieccy na swą siedzibę, wysta­wiając tu zamek strażniczy. Bronił on przeprawy oraz pilnował bezpiecznej żeglugi. W 1321 r. za panowania księcia Trojdena I Warka otrzymała prawa miejskie. Nazwa Warki wywodzi się niewąt­pliwie od wyrazów „wara” lub „warować”, co tłumaczyć można obronnym charakterem osiedli — Starej Warki i Warki. Ten charakter wyrażony jest w herbie miasta. Książę mazowiecki Ziemowit III wydzielił w księstwie czerskim powiat warecki, późniejsze starostwo niegrodowe.

Największy rozkwit przeżyło miasto w XV i XVI w. Zajmowało wówczas w ziemi czerskiej i warszawskiej drugie miejsce po Warszawie. Dziejopis zanotował, że Warka była zamożna w rękodzielnie i przywie­dziona do mienia dobrego handlem prowa­dzonym Pilicą. Rzeką spławiano towary do Warszawy, a dalej do Gdańska. Rzeka poruszała szereg młynów wodnych. Później w miejscu brodu zbudowano most. Wg lustracji z 1564 r. było w Warce 369 domostw, w których zamiesz­kiwało zapewne ok. 2000 miesz­kańców. Warka stała się miastem królewskim. Posiadała bruki i łaźnie. W okresie tym istniało w Warce aż 8 kościołów. Ducho­wieństwo posiadając liczne majątki ziemskie oddzia­ływało w poważnym stopniu na życie gospo­darcze miasta i uzależniało od siebie rzesze rzemieślników. Spośród ponad 200 rzemieślników wielu zajmowało się warzeniem piwa oraz szewstwem. Piwo wareckie znane było nie tylko w Warszawie i na Mazowszu, ale również poza granicami Polski.

Z wareckim piwem wiąże się osobliwa anegdota. Gaetano, wysłannik papieski do Polski w XVI w., specjalnie zasmakował w piwie wyrabianym w Warce. Po powrocie do Rzymu zaniemógł ciężko wskutek wrzodu w gardle. Chcąc się orzeźwić tym piwem w czasie choroby zawołał: „Biera di Warka!” Obecni przy łożu duchowni’ sądząc, że chory wzywa nieznanej świętej, zaczęli modlić się gorliwie: „Santa Biera di Warka ora pro nobis” (święte piwo z Warki módl się za nami). Chory dostojnik parsknął na to śmiechem, a wówczas groźny wrzód pękł, przynosząc poprawę.

Żyzna ziemia na błoniach nadpi­lickich i na skarpie oraz duże nasło­necz­nienie i łagodny klimat sprzyjały uprawie warzyw. Warka już wówczas, jak podaje kronikarz Jędrzej Święcicki, „…pobliskim miastom dostarcza ogromnej masy ogórków, cebuli i wszelkiego gatunku jarzyn”.

Po wielu latach dobrobytu mieszkańcy Warki przeżyli w 1607 r. przedsmak wojny. Wojska rokoszu Mikołaja Zebrzy­dow­skiego dokonały wówczas licznych gwałtów i rabunków. W 1650 r. olbrzymi pożar zniszczył 250 domów. Kilka lat później miasto przeżyło najazd szwedzki. 7. IV. 1656 r. Warka była świadkiem druzgocącej klęski, jaką zadał wojskom szwedzkim hetman Stefan Czarniecki. Wiktoria ta nie przywróciła jednak dawnej świetności grodu. Szwedzi powtórnie zniszczyli miasto, kiedy na początku XVIII w. wkroczyli do Polski jako stronnicy Stanisława Leszczyń­skiego. Niemały wpływ na upadek miasta miał zapewne również ponowny zanik żeglugi na Pilicy i zmniej­szenie w ogóle znaczenia żeglugi w komunikacji. Lustracja z poł. XVIII w. podaje, że Warka liczyła wówczas zaledwie 24 domy. W Warce w latach 1790 – 92 urzędowała Czerska Komisja Cywilno-​​Wojskowa, wobec braku odpowiedniego miejsca w zrujnowanym Czersku.

Po ostatnim rozbiorze Polski w Warce przebywają do 1807 r. Prusacy. Potem miasto znalazło się w granicach Księstwa Warszaw­skiego, a od 1815 r. pod panowaniem carskim, wchodząc w skład Królestwa Kongresowego.

Do 1830 r. stacjo­nowała w Warce Bateria Rakietników. Wareccy rakietnicy wzięli czynny udział w powstaniu listo­padowym, walcząc pod dowództwem gen. Józefa Bema pod Olszynką Grochowską. Po upadku powstania mieszkańcy Warki spalili koszary rakietników, „aby tam, gdzie przebywały wojska polskie, wróg nie rezydował”.

W czasie powstania stycz­niowego carski podpuł­kownik Władysław Kononowicz opowiedział się po stronie polskiej i przystąpił do zorga­ni­zowania dużego oddziału powstańczego rekru­tu­jącego się głównie z miejscowych chłopów. Oddział stoczył w okolicach Warki szereg zwycięskich bitew z wojskami carskimi. Kononowicz schwytany przez wroga został wraz z kpt. Edmundem Nałęcz-​​Sadowskim i podof. Feliksem Łabędzkim rozstrzelany na błoniach nadpi­lickich. Po upadku powstania władze carskie ukarały miasto, kierując tu na osiedlenie byłych więźniów kryminalnych.

W XIX w. dość szybko wzrastało zalud­nienie miasta. W 1810 r. Warka liczyła 1087 miesz­kańców, w 1872 r. — 3887 a w 1908 r. — 5853. W okresie między­wo­jennym miał miejsce dalszy, choć znacznie wolniejszy rozwój miasta. Niewy­star­czające zatrud­nienie miejscowej ludności dawała fabryka okuć budow­lanych, cegielnia i browar. Dużym wydarzeniem dla miasta było otwarcie w końcu 1934 r. linii kolejowej łączącej Warkę z Warszawą i Radomiem. Przed wybuchem 2 wojny światowej mieszkało w Warce ok. 6000 osób.

W czasie okupacji hitlerowcy wymor­dowali wielu obywateli miasta, wielu wywieźli na roboty do Rzeszy lub do obozów koncen­tra­cyjnych. W 1941 r. wywieziono z Warki ponad 2000 Żydów. W lipcu 1942 r. utworzona została grupa wypadowa Gwardii Ludowej dzielnicy Warka. Jeden z oddziałów tej grupy im. Kononowicza w latach 1942 – 43 stoczył w okolicach Warki, na terenie po w. kozie­nickiego, szereg zwycięskich potyczek.

Od 31. VII. 1944 r. na terenie tzw. przyczółka wareckiego toczyły się zacięte walki. Wojska 1 Biało­ru­skiego Frontu — 8 armia gwardyjska pod dowództwem gen. Czujkowa wraz z 2 i 3 dywizją piechoty Wojska Polskiego i 1 Brygadą Pancerną Wojska Polskiego im. Bohaterów Wester­platte atakowały silnie umocnione pozycje Niemców w Warce i wzdłuż pn. brzegu Pilicy. 23. VIII. 1944 r. nad Warką stoczona została pierwsza bitwa ludowego lotnictwa polskiego z hitle­rowskim najeźdźcą. Miasto wyzwolone 16. I. 1945 r., uległo w czasie tych walk prawie całko­witemu znisz­czeniu; pozostało tylko kilka domów zdatnych do użytku. Powra­cająca ludność, wypędzona przez Niemców z Warki w końcu sierpnia 1944 r., przystąpiła do odbudowy. Z funduszów państwowych odbudowano domy użyteczności publicznej, uporząd­kowano ulice i rynek, wzniesiono most. Na miejscu dawnej fabryki okuć budow­lanych, założonej w końcu XIX w. powstała państwowa Fabryka Urządzeń Mecha­nicznych produ­kująca znane w kraju obrabiarki, ekspor­towane także szeroko za granicę. Obecnie fabryka awansowała do jednej z trzech fabryk w Polsce, które specja­lizują się w produkcji obrabiarek zespo­łowych i linii automa­tycznych. W tym celu wybudowano w zakładzie nową halę produkcyjną. FUM staje się fabryką postępu technicznego. Obok fabryki powstało po wojnie osiedle domów kilkurodzinnych.

Rozległe piwnice po dawnym browarze wykorzystano na leżakownie dla win, których produkcję rozpoczęto w 1948 r. w wybudowanej Mazowieckiej Fabryce Win. Pokłady dobrej gliny sprzyjały rozwi­nięciu produkcji w miejscowej cegielni.

W 1960 r. Warka liczyła 5900 mieszk., zwięk­szaijąc ich liczbę od 1955 r. aż o 20%. W przemyśle i rzemiośle znajdowało w 1960 r. zatrud­nienie ok. 800 osób. Warka spełnia rolę ośrodka przemy­słowego i usługowo-​​handlowego dla pd.-wsch. części pow. grójeckiego i pn. części pow. kozie­nickiego w woj. kieleckim.

W niedługiej przyszłości Warka stanie się ważnym w woj. warszawskim ośrodkiem przemysłu metalowego i rolno-​​spożywczego, a oprócz wspomnianych wyżej funkcji usługowo-​​handlowych spełniać będzie także rolę ośrodka turystyki krajowej i zagra­nicznej. Nastąpi poważny rozwój przemysłu. Sama tylko Fabryka Urządzeń Mecha­nicznych zwiększy zatrud­nienie do 900 osób, tj. trzykrotnie. Jedno­cześnie ulegnie dalszej rozbudowie Mazowiecka Wytwórnia Win oraz młyn gospo­darczy. W wyniku budowy drugiego toru kolejowego oraz elektry­fikacji linii w kierunku do Krakowa, Warka, już za kilka lat, uzyska szybkie i dogodne połączenie zarówno ze stolicą jak i z Radomiem. Dla zapew­nienia bezpie­czeństwa ruchu skrzy­żowanie dróg do Niemojewic i Grójca z torami kolejowymi będzie dwupo­ziomowe. Nowi mieszkańcy Warki zamieszkają w osiedlu im. Wysockiego, którego budowę, rozpoczęto przy ul. Warszawskiej. Łącznie powstanie tu 14 budynków dla ok. 1000 osób. Konty­nuowane (będą prace nad zakła­daniem sieci wodociągowej oraz podjęte zostaną prace nad skana­li­zo­waniem miasta. Rozrywki kulturalne zapewni nowoczesny Dom Kultury z salą widowiskową oraz dwa kina. Powstaje szkoła Tysiąclecia. Przyjezdni będą mogli zatrzymać się w hotelu liczącym 80 miejsc. Jedno­cześnie” przepro­wadzone zostaną prace nad uporząd­ko­waniem i zazie­le­nieniem skarpy. Przewiduje się, że w 1980 r. miasto będzie liczyło ok. 15 000 mieszkańców.

W Warce czynny jest Oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-​​Krajoznawczego. W pracach PTTK aktywny udział bierze nauczy­cielstwo, młodzież i metalowcy z FUM-​​u. Pierwszym prezesem oddziału po ostatniej wojnie był Wiktor Krawczyk, były dyrektor liceum, dzięki którego inicjatywie powstało skromne muzeum w mieście. Prowadził on od 1918 r. kronikę miasta, gromadził zbiory i był badaczem przeszłości Warki. Działacze tutejszego oddziału oprowadzają wycieczki po Winiarach i sprawują opiekę nad stanicą wodną. Stanica położona nad Pilicą posiada 52 miejsca noclegowe w budynku stanicy i domkach campin­gowych, bufet oraz wypoży­czalnię kajaków. Z usług jej korzystają uczestnicy spływów Pilicą oraz uczestnicy jedno­dniowych wycieczek, głównie ze stolicy.

Zwiedzanie miasta rozpo­czynamy od Rynku (pl. Stefana Czarnieckiego). Ma on kształt kwadratu ze skwerem pośrodku. Otaczają go murowane parterowe i piętrowe domy. Budynki oznaczone nr 3, 4, 5 oraz dom drewniany na rogu Rynku i ul. Dzier­żyń­skiego pochodzą z XIX w. W pd. pierzei Rynku stoi zabytkowy ratusz zbudowany w stylu klasy cystycznym w 1805 r. — obecnie siedziba Prezydium MRN. Po obu stronach wejścia wmurowane są dwie tablice: jedna ufundowana 7. IV. 1956 r. w trzechsetną rocznicę pamiętnej bitwy ze Szwedami, druga — wystawiona 23. VIII. 1959 r. w 15 rocznicę pierwszej bitwy powietrznej odrodzonego lotnictwa polskiego. W sąsiedztwie ratusza stał niegdyś zameczek książęcy i klasztor dominikanów.

W pobliżu Rynku, przy ul. Długiej 5, zachował się klasy­cy­styczny dom mieszkalny z 1 poł. XIX w., przypo­mi­nający swym wyglądem wiejski dworek. Fronton wsparty jest na dwu kolumienkach. Naprzeciwko nowy budynek mieszkalny, a nieco dalej widoczny jest nowoczesny ośrodek zdrowia. Na rogu ul. Warszawskiej i ul. Wójtowskiej wzniesiono duży budynek urzędu pocztowo-​​telekomunikacyjnego.

Z Rynku idziemy ul. Farną do kościoła farnego usytu­owanego na skraju skarpy. Kościół ten, wystawiony w 1 poł. XIV w., wskutek wielo­krotnych przebudowań zatracił swój pierwotny zabytkowy charakter. Mur otaczający kościół wraz z czterema kaplicami oraz dzwonnicą są neogo­tyckie i pochodzą z końca XIX w. Wnętrze świątyni dwunawowe. W ołtarzach znajdują się rzeźby z początku XX w. Jana Wojtasiaka utalen­to­wanego samouka z Warki. Zachowało się też kilka starych obrazów, m. in. z końca XVI w. św. Zofii z córkami. W kościele pochowany jest podobno słynny XV-​​wieczny siłacz Stanisław Ciołek, pochodzący z pobliskiej wsi Ostrołęka. On to, jak mówią opowieści, sam jeden wciągnął na wieżę kościoła Mariackiego w Krakowie dzwon, którego 40 ludzi nie mogło dźwignąć.

Na wysokości kościoła, u podnóża skarpy widoczny jest na nadpi­lickich łąkach kopiec z żelaznym krzyżem, otoczony wysokimi topolami, wzniesiony w 1927 r. na miejscu egzekucji 4. VI. 1863 r. ppłk. Kononowicza i jego dwóch towarzyszy.

Ulicą Mostową podążamy pod górę, po czym skręcamy na prawo w ul. Senatorską, mijając charak­te­ry­styczną dla Warki kapliczkę przydrożną. Zatrzy­mujemy się przed barokowym kościołem i klasztorem Franciszkanów. Obydwie budowle powstały w latach 1652 — 1746. W kościele spoczywają zwłoki książąt mazowieckich Trojdena I (zm. w 1341 r.), Ziemowita II (zm. w 1343 r.) oraz Danuty-​​Anny, żony Janusza I a córki ks. litew­skiego Kiejstuta (siostry Witolda). Zwłoki te, jak głosi umieszczona przy głównym wejściu tablica, przeniesiono tutaj w 1859 r. ze zrujno­wanego kościoła dominikanów. Wewnątrz świątyni zachowały się barokowe ołtarze. W głównym wisi XVII-​​wieczny obraz MB. Kilka innych obrazów pochodzi także z XVII i XVIII w. Tu znajduje się także tablica poświęcona pamięci Władysława Matla­kow­skiego (1850 — 95) urodzonego w Warce, z zawodu lekarza, wybitnego znawcy i badacza Podhala. Przed kościołem neogotycki budyneczek stróżówki z XIX w. Naprzeciwko świątyni spostrzegamy drugą barokową, prawdo­po­dobnie XVIII-​​wieczną kapliczkę przydrożną. Obok — obelisk wystawiony ku czci miesz­kańców poległych w latach 1939 – 44.

Od ul. Francisz­kańskiej, stano­wiącej przedłużenie ul. Senatorskiej, odchodzi na lewo ul. Cmentarna, która wiedzie koło jeszcze jednej starej kapliczki do tonącego wśród drzew cmentarzaa. Znajduje się tam grób bohatera powstania listo­pa­dowego Piotra Wysockiego (1797 — 1875). Na pomniku — grobowcu widnieje napis: „Wszystko dla ojczyzny — nic dla mnie” będący dewizą życia Wysockiego.

Wysocki urodził się w Warce, tu pobierał nauki w szkole początkowej. Po ukończeniu w 1827 r. Szkoły Podcho­rążych w Warszawie został instruktorem ćwiczeń wojskowych w stopniu podpo­rucznika gwardii. Należał do tajnych organizacji, gdzie darzony był dużym zaufaniem. Nocą z 29 na 30 listopada 1830 r. stał na czele grupy podcho­rążych, która zapocząt­kowała wybuch powstania, zwanego w historii listo­padowym. W czasie powstania był adiutantem gen. Skrzy­neckiego a później dowódcą 10 pułku piechoty. Brał udział w wielu bitwach. Awansował wkrótce do stopnia majora. Ciężko ranny w czasie walk na szańcach Woli dostał się 8. IX. 1831 r. do niewoli. Wyrok trzykrotnej kary śmierci zmieniono mu na ciężkie roboty w kopalniach Syberii. W 1857 r., po 23 latach katorgi, powrócił do rodzinnej Warki. Zamieszkał w domu, ofiarowanym mu przez miejscowe społe­czeństwo. Pogrzeb Piotra Wysockiego stał się, mimo zakazu władz carskich, potężną manife­stacją patrio­tyczną. Pokój, w którym mieszkał Wysocki przed śmiercią, stał się małym muzeum pamiątek po bohaterze. Niestety dom ten uległ zupełnemu znisz­czeniu w 1944 roku. W 1930 r. w setną rocznicę powstania listo­pa­dowego nowo wybudowaną szkołę przy ul. Warszawskiej 12 nazwano jego imieniem, o czym mówi tablica pamiątkowa. Szkoła powstała na miejscu dawnych koszarów Baterii Rakietników. W 1947 r. w 150 rocznicę urodzin bohatera nadano dawnej ul. Zasto­dólnej, przebie­gającej obok powyższej szkoły, nazwę Wysockiego.

Na cmentarzu znajdują się także groby miesz­kańców Warki pomor­do­wanych w czasie okupacji hitle­rowskiej i groby żołnierzy polskich poległych w 1939 r. oraz w czasie rozmi­no­wywania miasta i okolic w latach 1945 — 46. Tu pochowany jest były prezes Oddziału PTTK Wiktor Krawczyk. Uwagę zwraca także grób Józefa Manczar­skiego, weterana powstania stycz­niowego, zmarłego w 1926 r.

Wracamy z powrotem do ul. Francisz­kańskiej, którą skręcamy na lewo, przecinając niebawem płytki jar. Po prawej mijamy Mazowiecką Wytwórnię Win, poważnie rozbu­dowaną w ostatnich latach. Oprócz win owocowych wytwórnia produkuje obecnie także wina gronowe, m. in. znany wermut „Dionisos”. Zdolność produkcyjna zakładu sięga blisko 4 min. litrów wina rocznie, a w nieda­lekiej przyszłości, po dalszej rozbudowie osiągnie 5 min. litrów. W 1964 r. rozpoczęto równolegle produkcję koncentratu jabłkowego z przezna­czeniem na eksport.

Dochodzimy do rozwi­dlenia dróg. Po lewej stronie na stoku wzgórza, tam gdzie widoczne są krzewy owocowe oraz osiedle domków jedno­ro­dzinnych, znajdują się tereny bitwy, jaką stoczyły wojska Czarnieckiego ze Szwedami 7. IV. 1656 r. Hetman podążał z wojskiem od strony południowej, od Kozienic. Szwedzi obsadzili skarpę warecką, skutecznie broniąc dostępu do rzeki. Wówczas część oddziałów polskich rozpoczęła spoza Pilicy silne ostrze­liwanie z dział pozycji wroga. Czarniecki pod osłoną tego manewru przeprawił się z resztą oddziałów przez Pilicę wpław i uderzył wroga od tyłu. W dwugo­dzinnej bitwie między Winiarami, Warką a wsią Piaseczno wojska szwedzkie poniosły sromotną klęskę. Bitwa ta była początkiem ostatecznego pogromu Szwedów. Jan Chryzostom Pasek, biorący udział w tej batalii, tak zanotował w swoich „Pamięt­nikach”: „Czwarta, nader szczęśliwa pod Warką wiktoryja, kiedyśmy z Czarnieckim samego wyboru szwedzkiego kilka tysięcy trupem położyli i rzekę Pilicę krwią i trupem szwedzkim napełnili. Od tego czasu już nutare coepit (chwiać się zaczęła) potęga szwedzka i znacznie słabieć”.

Na lewo biegnie trakt w kierunku Starej Warki i wsi Pilica. Widoczny przy nim nowoczesny pawilon handlowy z kawiarnią. Prawe ramię drogi, wysadzone starymi lipami, prowadzi do parku w Winiarach. Aleja nosi imię gen. K. Pułaskiego. Po lewej mijamy nowy budynek ośrodka szkole­niowego winiarzy.

Winiary (obecnie dzielnica Warki) wzięły nazwę od uprawy winogron. Pierwsze winnice założyła tu w XVI w. królowa Bona. Czyniono również próby hodowli winogron pod koniec XIX w., ale uprawa na większą skalę rozwinęła się dopiero w ostatnich latach. Tutejsze plantacje obok plantacji w Zielonej Górze są największymi w kraju. Klimat polski nie pozwala jednak osiągnąć takiej, jak np. w Bułgarii, wielkości plonów z 1 ha winnic oraz zapewnić odpowiedniej jakości owocu, zwłaszcza jeżeli chodzi o zawartość w nich cukru.

W parku stoi pałac Pułaskich, Pałac ten, zbudowany zapewne w końcu XVII w. przez słynnego architekta Augustyna Locciego został niefor­tunnie przebu­dowany w XIX w. Dwie boczne części pałacu są piętrowe, z których zachodnia częściowo zwieńczona jest attyką, a wschodnia trójkątnym szczytem. Część środkowa jest parterowa. Tu przyszedł na świat w 1747 r., tu się wychował i uczył Kazimierz Pułaski, późniejszy „bohater dwóch światów”. Ojciec jego, Józef Pułaski, starosta warecki, był współ­twórcą konfe­deracji barskiej i jej marszałkiem. W walkach z przeciw­nikami zginął ojciec i brat, Kazimierz zaś, posądzony o usiłowanie porwania króla Stanisława Augusta Ponia­tow­skiego, został zaocznie skazany na śmierć. Emigrował więc najpierw do Turcji, gdzie brał udział w wojnie rosyjsko-​​tureckiej, po czym udał się do Francji. Tam zaciągnął się do powstańczej amery­kańskiej armii walczącej o wolność. Mianowany niebawem przez Jerzego Waszyngtona generałem brygady wsławił się Pułaski w wielu bitwach. Dnia 9. X. 1779 r. w czasie ataku na pozycje wroga pod Sawannah został śmiertelnie ranny i zmarł na okręcie wojennym. Każdego roku dzień 11 października jest uroczyście obchodzony w Stanach Zjedno­czonych jako „Dzień Pułaskiego”.

Obok pałacu znajduje się roman­tyczna kolumnada z początku XIX w., zbudowana na wzór ruin rzymskich. W 1959 r. w 180 rocznicę śmierci Pułaskiego społe­czeństwo Warki położyło na polance obok ruin pamiątkowy głaz z okolicz­no­ściowym napisem.

W otaczającym pałac parku założonym w 2 poł. XVIII w. rośnie wiele gatunków drzew, takich jak modrzew, świerk, sosna włoska, dąb, wiąz, klon, akacja, jesion, także okaz katalpy, drzewa sprowa­dzonego z Ameryki Północnej, o charak­te­ry­stycznych dużych, szerokich liściach. Prawie przy samej krawędzi skarpy rosła do niedawna blisko 300-​​letnia lipa, zwana lipą Tadeusza Kościuszki. Tradycja głosi, że pod tą lipą siadywał z synami Józefa Pułaskiego Tadeusz Kościuszko, który jako uczeń szkoły rycerskiej spędzał wakacje w Winiarach. Ze skraju skarpy rozpo­ściera się piękny widok na krajobraz nadpilicki. Park w Winiarach oraz obszary leżące u podnóża skarpy nad Pilicą są obecnie rezerwatem przyrody.

W pałacu mieścił się do niedawna internat liceum ogólno­kształ­cącego w Warce oraz zorga­ni­zowane przez warecki Oddział PTTK skromne muzeum poświęcone przede wszystkim Pułaskiemu i Wysockiemu.

Zgodnie z odpowiednią uchwałą Rady Ministrów zreali­zowane zostaną w Winiarach w najbliższych latach liczne inwestycje, co przyczyni się do pełniejszego zagospo­da­rowania turystycznego rejonu wareckiego. Wybudowanie nowego budynku internatu dla liceum wareckiego pozwoliło przepro­wadzić generalny remont pałacu. Po jego zakoń­czeniu w 1966 r. urządzone tu zostanie Muzeum Regionalne im. K. Pułaskiego. Nad Pilicą wybudowana zostanie stanica wodna z przystanią wraz z obozo­wiskiem campingowym. Urządzony zostanie górny park, dokonane uporząd­kowanie otoczenia Winiar oraz dróg dojaz­dowych i zakończona zostanie budowa urządzeń wodociągowo-​​kanalizacyjnych.

W późniejszych latach Winiary staną się znacznym ośrodkiem kulturalno-​​wypoczynkowym, przygo­towanym do jedno­ra­zowego przyjęcia ok. 10000 wyciecz­ko­wiczów. Powstanie tu m. in. nowoczesny dom kultury oraz schronisko turystyczne z kawiarnią i parkingiem. Zagospo­da­rowany zostanie w pełni park dolny nad Pilicą, w którym powstaną liczne boiska sportowe oraz baseny kąpielowe.

Z Winiar można odbyć przyjemny spacer w dół rzeki do Starej Warki (ok. 4 km) i dalej do wsi Pilica (ok. 7 km). Z początku trasa prowadzi dolnym parkiem winiarskim, potem nad rzeką, skąd doskonały widok na rozsiadłe na wysokiej skarpie wśród sadów zabudowania wsi Winiary. Najpięk­niejszy odcinek napotykamy przed Starą Warką, gdzie rzeka płynie pod samą skarpą, podcinając jej brzegi. Ścieżka prowadzi górą wzdłuż urwistego brzegu. Roztacza się stamtąd imponujący widok na wijącą się zakolami Pilicę, nadpi­lickie łąki i niknące na horyzoncie lasy Puszczy Kozie­nickiej. W Starej Warce zagrody obsiadły brzegi głębokiego wąwozu, schodząc aż do samej rzeki. To tu była kolebka dzisiejszej Warki. Do dziś zachowały się jeszcze ślady wczesno­śre­dnio­wiecznego grodziska. Stanowią je wał 30 m długi, ok. 8 m szeroki i 2 m wysoki. Ze Starej Warki brzegiem skarpy możemy dojść do wsi Pilica (patrz opis). Powrót do centrum Warki będzie znacznie krótszy (o ok. 2,5 km), jeżeli pójdziemy wysadzonym wierzbami i akacjami traktem biegnącym grzbietem wierz­chowiny, z dala od rzeki.

Inną przyjemną wycieczkę można odbyć idąc od stanicy wodnej PTTK w Warce w górę rzeki. Zarosły wikliną i drzewami teren pomiędzy rzeką a skarpą stanowi ulubione miejsce spacerów i plażowania miesz­kańców miasta. Po ok. 2 km przed Niemo­je­wicami (obecnie dzielnicą Warki) Pilica podmywa stromą, urwistą skarpę. Ścieżka biegnie u podnóża skarpy, bądź górą, skąd ładne widoki. Za ostrym zakrętem rzeki plaża, a dalej łąki. Na przeciw­ległym brzegu mają swoje stanowiska wędkarze.

opracował Janusz Żmudziński, Warszawa 1965