Dariusz Kossakowski

Z cyklu : Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”

Jako amator miłośnik historii pragnę opisać prostym językiem, moje zawodowe przeżycia w 1955r. Niech pamięć o społe­czeństwie, dziejach ludzi i poczuciu tożsamości, przetrwa. Moja pamięć jest subiek­tywnym wyborem zdarzeń i niech moje wspomnienia pobudzają, pamięć zbiorowa, spraw z przeszłości. Bo zwykłych śmiertelników, interesuje tylko taka historia.

W 1955 r w Modli­bo­rzycach młodzieży w moim wieku było mało. Powyjeżdżali do większych miast pobierać nauki lub już pracować, często wstydząc się swego pocho­dzenia. Starsi wrócili z ludowego wojska, gdzie wielu przechowało się przed wymiarem sprawie­dliwości, czekając na stabi­lizację. Część osiadła na Ziemiach Zachodnich, szukając lepszego życia. Byli to ludzie przeważnie odważni, z inicjatywą i wyobraźnią. Pamiętali o swoich ziomkach, których przy każdej okazji, odwiedzali w Modli­bo­rzycach, a nawet zabierali ze sobą. W ten sposób nasza osada -„Miasteczko” zaczęło maleć. Z dala od pociągu; trochę pracowało na wyjeździe w Stalowej, trochę na Budzyniu. Na miejscu tendencja do tworzeniu gospodarki kolek­tywnej, spółdzielczej itp. Więcej zamie­szania było wokół byłych dworów — majątków ziemskich jak : Stojeszyn, Wierz­chowska czy Zamek GS „Samopomoc Chłopska” na swoje lokalne możliwości surowcowe, coś tam produ­kowała, ale ogólnie to bieda z brakiem perspektywy na poprawę. Kto miał z kim pracować na roli, zakładał plantacje: tytoniu, porzeczek, malin itd. Mimo, że Lubelsz­czyzna to kiedyś centrum Polski, teraz nabierała charakteru– kresów wschodnich i może przez to, ludność zaczęła dostrzegać potrzebę przyjaźni i wzorowego współżycia. Skończyli przeba­czanie, a zaczęli wzajemnie sobie pomagać.

To krótkie wprowa­dzenie, może ktoś zrozumie, może wczuje się, może przypomni sobie tamte czasy– ale proszę pamiętać, że Modli­borzyce to wyjątkowa miejscowość — to była kiedyś „jedna rodzina”. Tutaj nie zamykano na kłódki drzwi obór. stodół, domów, bram, furtek. Tutaj na podwórku, wszystko co potrzebne w gospodarce, stało w dzień i w nocy. A wieczorem echo trąbki z wieży kościelnej . melodią: „Wszystkie nasze dzienne sprawy…” .dziękowało Bogu za opiekę. Modli­borzyce miało też coś z fraszki Jana Kocha­now­skiego: „Wsi spokojna, wsi wesoła…”. Nikt się nie wywyższał , wszyscy jednacy: Ksiądz, Organista. Doktor, Wójt, Aptekarz, Nauczyciele, Leśniczy itd. Ale wszyscy wiedzieli, za co należy brać pieniądze, a za eonie.

Śp. Doktora Kazimierza Zieliń­skiego znałem od dawnych lat, jak sięgam pamięcią.. W zaborze carskim, już przed 1900 r, jak i po 1 wojnie światowej, wyższe uczelnie medyczne, kształciły wielu zdolnych młodzieńców, według wzoru niemieckiego na chirurgów polowych — „Feldscher” dla potrzeb wojska i ludności cywilnej. Jak wszyscy wiedzą, dr Zieliński pracując w Modli­bo­rzycach, nie szczędził sił ani czasu dla pacjentów. Niosąc pomoc potrze­bującym w dzień i w nocy; przez całe lata swojego życia. Nawet nie miał czasu ożenić się. Świetny diagnosta , doskonały praktyk, jak mówili-„omnibus”. Po tylu latach widzę go uśmiech­niętego. Okrągła, czerstwa twarz z rumieńcami i zalotnym wąsikiem ( mówił że na noc zakłada „Bindę”), jak trzyma peanem metalowe pudełko nad palącym się denaturatem i gotuje strzykawkę „Rekord” z igłami. Wtedy strzykawki były szklane z metalowa, oprawą i metalowym tłokiem i drucianym pierścieniem, do wielo­krotnego użytku , igły też. Trzeba było tylko je umyć i stery­lizować przez gotowanie w miękkiej wodzie (żeby nie dawała osadu na tłok, ścianki strzykawki i igły, żeby były gładkie i ostre) pamiętam też jego słynne „klamerki”. Zawsze miał ze sobą w neseserze różne zastrzyki jak: Omnadina, Camphora, szcze­pionkę Delbetta, Cardiamid, Coffeina itp. Nosił też Morphine i Opium . Znał wszystkich w mieście i okolicy, bo leczył całe pokolenie i cieszył się wielkim zaufaniem pacjentów.

Po śmierci dr Zieliń­skiego, ja młody chłopak, świeżo po studiach, musiałem sprostać zadaniu, zająć Jego miejsce i to w okresie ciężkiej zimy z epidemią grypy. Byłem pod pręgierzem opinii: „ Co to Kossa­kowski potrafi, co umie, i czy się „zna”? „Czy będzie chętnie jeździł do chorych po wsiach w dzień i w nocy jak Zieliński”?.

Na pewno były jakieś szepty, ale najbardziej zależało mi na opinii mojej Matki. Tak chciała, żebym ukończył studia medyczne i w duchu miała nadzieję, że kiedyś przyjadę do Modli­borzyc pracować.

Ostatni egzamin specja­lizacji pedia­trycznej zdałem w Warszawie 19.01.1955r i przyje­chałem do Modli­borzyc już w końcu stycznia. Od śmierci dr Zieliń­skiego w dniu 16.12.1954r. etat był wolny. Nie było chętnego na zajęcie Jego stanowiska. Lekarzy mało, do tego miejscowość bardzo biedna. Powiatowy wydział zdrowia w Kraśniku starał się o lekarza do Modli­borzyc, ale bez efektu. A potrzeba pilna, przez epidemię grypy i wiele powikłań. Szczepień specjalnych przeciw grypie jeszcze nie stosowano, antybiotyków mało, komunikacja słaba, zima ciężka, drogi zasypane śniegiem, wichury, zimnica.

10 lat po wojnie prawie wszyscy na dorobku, licho ubrani, marnie odżywieni, słaba odporność i sygnaturka często wydzwaniała. Stanąłem przed wielkim wyzwaniem. Dużą pomocą przy rozpo­częciu pracy zawodowej w Modli­bo­rzycach służył mi miejscowy aptekarz, p. mgr Stefan Kubicki, którego córkę Hankę swego czasu podawałem do Chrztu Św., w zastępstwie Jerzego Pietrasz­kiewicza ( aktor). Mgr Kubicki był też kolegą mojego wujka Olesia Orłow­skiego — razem studiowali w Warszawie. Zamieszkałem z matka. — Maria. Kossa­kowską w domu dziadków: Franciszki i Ignacego Orłowskich, przy ul. Party­zantów 3 (przed wojną Piłsud­skiego 56, a w okupacje , Viktoria str. 56). Ośrodek Zdrowia znajdował się w domu pp. Teresy i Marcina Kucharskich przy ul. Długiej 5, vis avis obecnego (P. Marcin Kucharski był pierwszym sołtysem po wojnie). Kilka skromnych pomieszczeń , ale funkcjo­nalnych. Wejście było od frontu, od ulicy. Było oświe­tlenie elektryczne, telefon, woda z umywalek pedałowych, skromny sprzęt, ale jak wystarczał poprzed­nikowi , to i mnie. Personel stanowili początkowo: pielę­gniarka dyplo­mowana p. Anna Dziadosz z ul. Zaborskiej, położna gminna p. Danuta Masłach, też mieszkała blisko, instruktor — kontroler sanitarny p. Jan Koszałka z Majdanu Modli­bor­skiego. Pacjentów rejestrowała pielę­gniarka, a sprzątała i paliła w piecach kaflowych p .Franciszka Głowacka z ul. Kościelnej. Najważ­niejsze . że wszyscy byli dla mnie mili. Było czysto, ciepło. Byliśmy prawie w równym wieku. Pierwsze tygodnie praco­waliśmy od rana do nocy, dopóki byli na poczekalni pacjenci. Szpitale w Janowie i Kraśniku zapełnione chorymi, trudno było załatwić jakieś miejsce. Musiałem dosłownie biegać po domach, leczyć na miejscu poważne przypadki i pilnować się. żeby czegoś nie ..przegapić” — byle do wiosny. Dużo kłopotów z porodami miała Pani Danusia, przez co pomagałem jej często, zamie­niając się w położnika (ponad dwa lata pracowałem w Warszawie na położ­nictwie). Położna gminna przy Ośrodku Zdrowia, miała też obowiązek kilka­krotnego odwie­dzania kobiet w połogu. Intere­sowała się też zdrowiem noworodka, udzielała porad; zdawała mi relacje, co często kończyło się też moja. wizytą. Sam zacząłem na miejscu wykonywać badania moczu, nastawiać OB, załatwiać małą chirurgię , leczyłem „skórno-​​wenerycznych”, żeby jak najmniej wysyłać do specja­listów i nie narażać pacjentów na wydatki. Trochę narzędzi lekarskich miałem swoich, trochę było w ośrodku zdrowia, część dostałem po wybra­kowaniu ze szpitala w Janowie, np. : dwie bardzo pomocne długie igły z wkładem do punkcji lędźwiowej i kilka do nakłuć– blokad kulszowych. Stawiałem bańki, pijawki jak doktor Zieliński. Kombi­nowałem rożne mixtury, dla dzieci, różne mazidła na „powojenne france”. Mgr Kubicki, często zaskoczony kompo­zycjami , przyjmował recepty do wykonania (czuwając nad dawkami). Bo wtedy dużo leków było robionych ręcznie przez aptekarza dla danej osoby– pacjenta (nie ma jedna­kowych ludzi).

Przyszła wiosna, zaczęto zauważać mnie w Kraśniku, Janowie. Nawet lekarz Powiatowy w Kraśniku p. dr Ślusarski, zrobił mnie Powiatowym Inspektorem Higieny Wsi. Otrzymałem legitymację służbową upoważ­niającą do zniżek komuni­ka­cyjnych. W Modli­bo­rzycach zająłem się higieną szkolną przeglądem klas. Byłem w szkołach całej gminy.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach

W zimie 1942/​1943r., otrzymałem zadanie od p. Feliksa Luszaw­skiego, przewozić dyskretnie „zakazane książki”, z Modli­borzyc do nauczyciela w Wojcie­chowie, dla tajnej biblioteki. Z Wojciechowa wędrowały dalej — wiem, że na pewno do Wierz­chowisk i Polichny. Przeczytane przez ludność, a w szcze­gólności przez młodzież, przywoziłem z powrotem. Istniała taka wymiana już od dawna i ktoś to robił, a że zima była obfita w śniegi, zlecano to wtedy mnie (zaufanemu chłopcu uczniowi harcerzowi), który dysponował dobrym koniem wierz­chowym i znał okolicę. Wyładowany książkami plecak, zakładałem na plecy i konno, wieczorami, często na skróty, przez Wolicę, lasek na górce, przyjeż­dżałem do wsi. Po przeła­dowaniu plecaka zaraz wracałem do Modli­borzyc. Z tego „kurier­skiego szlaku” mam wspomnienie, które przez lata nie dawało mi spokoju. Otóż, któregoś razu jadąc prawie po ciemku do Wojciechowa, ścieżką przez lasek, w pewnym momencie koń drgnął pode mną, parskną.) i skręcił łeb w prawo. Spojrzałem, a obok przejeż­dża­jącego drzewa, stał wysoki mężczyzna z owiniętą na głowie chusta.. Stał nieruchomo jakby zamarzł. Przeraziłem się na moment i minąłem go milcząco. Później uświa­domiłem sobie, że może to był ukrywający się jakiś Żyd i czekał na kogoś ? W Wojcie­chowie, nie mówiąc dla kogo, poprosiłem o pół bochenka chleba; zdziwieni, dali mi chleb. Wracam pośpiesznie, ale tego mężczyzny już nie było w tym miejscu. Pokręciłem się trochę po lesie. Pewnie przestraszył się i w obawie o życie, uciekł. Na wiosnę, ktoś inny, pewnie rowerem, przejechał tę „bibliotekę objazdową”. A ja otrzymałem od druhny Krystyny Jarem­kiewicz, która pełniła funkcję „zastę­powego”, stopień „wywiadowcy” z wpisem do przed­wo­jennej książeczki harcerskiej. Cieszyłem się bardzo, a nawet zacząłem ćwiczyć silna, wolę i znosić niewygody. Dyskretnie przed rodziną, przez trzy dni spałem na gołych deskach podłogi, trzy dni nic nie piłem, trzy dni nie jadłem (używając różnych forteli) itd. Chciałem być „twardy” na wypadek aresz­towania. To była dalsza zabawa w harcerstwo.

W 1942r. raz i w 1943r. dwa razy wybrano mnie do bardzo poważnej misji kurierskiej „na wschód”. Ze względu na obowią­zującą mnie nadal tajemnicę tych akcji i „słowo harcerza”, opiszę ogólnie przebieg zadania. Przewoziłem pieniądze z Lubelsz­czyzny dla Polaków i Oddziałów AK, za Bugiem. Pomoc pieniężna była konieczna w tamtych czasach na zakup broni od: Słowaków, Węgrów, Włochów, Rumunów, a nawet Niemców, niezbędnej do obrony przede wszystkim, przed „ryzunami”. Powstawały już wtedy większe skupiska polskiej ludności i organi­zowała się „Samoobrona”. Matka uszyła mi nawet odpowiednie ubranie, żebym wygla,dał na Ukraińca. Miałem długie buty i czapkę „papaszkę”. Dokumenty otrzymałem ze starostwa w Kraśniku i zezwolenie na przejazdy pociągami, nawet „ekspresami urlopowymi”. Załatwił to wszystko mgr Stefan Kubicki.

Pierwsza trasa przebiegała od apteki p.p. Kubickich w Modli­bo­rzycach do apteki p. Brykalskich w Grabowcu k/​Hrubieszowa. W Modli­bo­rzycach matka uszyła z gazy duży kaftan, w którym były równo ułożone, na całej powierzchni, pliki różnych pieniędzy. Kaftan nałożony był na gołe ciało, a dopiero potem bielizna i ubranie. Uczucie miałem dziwne, niespokojne, zdawało mi się, że wszystko widać i wszyscy wiedzą co mam na sobie. Do Lublina podwiózł mnie pociągiem mgr Stefan Kubicki. Kilka godzin czekałem w jakimś mieszkaniu na Krakowskim Przed­mieściu, blisko Krakowskiej Bramy. Następnie zabrało mnie pewne małżeństwo na dworzec kolejowy. Jechaliśmy z przesiadkami: przez Rejowiec, Zawadę, Zamość do Miączyna, skąd nocą, bryczką przyje­chaliśmy do p. Brykalskich. W Rejowcu, obok stacji kolejowej i torów był ogrodzony drutem kolczastym, wielki obóz sowieckich jeńców wojennych. Pani mgr Brykalska była sama z córką. Mąż mgr Brykalski, już wcześniej aresz­towany. Na pewno był w ruchu oporu. Córka też harcerka, była łączniczka, między dworami, a Hrubie­szowem. W Grabowcu siedziałem na zapleczu apteki, cały dzień i nawet zaprzy­jaźniłem się z ich psem. Wabił się „Cis”. Wyjątkowo mądry pies, polubił mnie, może z tęsknoty za „Panem”. W nocy, córka p. Brykalskiej zapro­wadziła nas do pewnej rodziny, miesz­kającej ze trzy kilometry na Górze Grabowskiej. Pies szedł też z nami i był bardzo pomocny, bo wszystko widział i lepiej słyszał, przez co mógł, w razie niebez­pie­czeństwa, szcze­kaniem ostrzec. W oddzielnym pokoju, po ciemku, rozebrałem się z „gazy” i kobieta z mojej obstawy, przekazała zawartość gospo­darzom, których nawet dobrze nie widziałem. Wszystko odbyło się dość szybko i sprawnie. Wróciliśmy nie zauważeni i szczęśliwi do apteki. P. Brykalska bardzo zadowolona, nawet nadała mi pseudonim „Cis”, który później zaakcep­towała druhna Krystyna i tak zostało. Zaraz w nocy małżeństwo „moja obstawa”, odjechało, chyba z powrotem do Lublina. Ja zaś, po drugim śniadaniu, jak był już ruch na drodze, poszedłem na miejscowa, plebanię, gdzie mój wujek, ks. Stanisław Orłowski pełnił w tym czasie funkcję wikariusza. Na pewno był wtajem­niczony we wszystko, bo już czekał na mnie. U wujka spędziłem kilka dni. Wypadł wtedy odpust w parafii grabo­wieckiej na Św. Mikołaja. Byłem nawet na obiedzie z Radą Parafialna,. Proboszcz, ks. prof. Łapkiewicz z Lublina, ukrywał się w Grabowcu, mając pod bokiem niemieckiego powia­towego agronoma, zastępcę Starosty Landwirta, który mieszkał także na plebanii i miał za ordynansów kilku Łotyszy z karabinami. Niemca widziałem na tym przyjęciu. Poznałem też miejscowego Sołtysa, Ukraińca, nazywał się śmiesznie Nisku­szapku. Wujek Staś lubił mnie bardzo i traktował poważnie. Pewnie też był w AK, jak p. Brykalska. Będąc na plebanii, przez przypadek odkryłem jego schowek z dużym pistoletem i amunicją; nie mówiąc mu o tym, dla jego spokoju. Schowek był zmyślny i pod ręka,. Do Modli­borzyc wróciłem już sam, nawet na trasie: Hrubieszów — Lublin, ekspressem. Następne „kurierskie wyprawy” na wschód, były prawie ta, sama, trasą, ale z inną obstawą. Rozpo­czynały się w Lublinie, jedna na Krakowskim Przed­mieściu, druga z ul. Orlej, a docelowo dwór koło Szcze­latynia i Włodzimierz (Wołyński). Oswajałem się z myślą, o przewo­żonych pieniądzach, „głupio ważny”, bo sumy były bardzo duże, w banknotach różnych krajów; a dodawało odwagi, że na trasie miałem w Grabowcu wujka, który o wszystkim wiedział, czuwał i mógł pomóc. On właśnie, znając moja odwagę, wskazał na swojego siostrzeńca do wykonywania tej ryzykownej misji i mimo, że byłem jedynakiem matka nie oponowała.

Powaga spraw, z którymi byłem związany, moja częsta nieobecność w Modli­bo­rzycach, zniechęcenie kolegów, którzy zajęli się nauka, w tajnych kompletach, przerwała nasza wspólna „służbę harcerska,”. Ja, wtajem­niczony w wiele spraw dorosłych, nadal walczyłem. Dzisiaj, mimo upływu lat, dobrze wszystko pamiętam. To były wielkie przeżycia dla młodego człowieka, którymi później nie warto było się chwalić; zresztą, komu ? Cwaniakom ? co nic nie robili, a wypinali piersi po ordery! Kolabo­rantom lub karierowiczom ?

Wczesna, wiosną 1943r., dowie­działem się, że w Kraśniku można otrzymać adresy i talony na paczki żywnościowe dla polskich jeńców wojennych, przetrzy­my­wanych w Niemczech. P.Tadeusz Warski często jeździł służbowo do Kraśnika, więc przywiózł mi dwa adresy z talonami, otrzymał je z RGO lub PCK, już nie pamiętam. Jeden wzięła moja ciocia Bronia, a drugi ja. Jako harcerz, chciałem samodzielnie korespondować i wysyłać paczki. Miałem zawsze jakieś niewielkie pieniądze z „kieszon­kowego”, od wujków lub od dziadka Ignacego Orłow­skiego za pomoc w gospo­darstwie. Po drugie to planowałem zająć się handlem, ale co sprzedawać, żeby zarobić ? Inspi­rowany przez Fredzia Głowackiego, mia.łem wiele pomysłów. Fredzio od dzieciństwa miał „smykałkę” do handlu i zakasał wszystkich swoich kolegów. Pamiętam, jak podzi­wiałem jego otwartą walizkę na ogrodzeniu rynku, z towarem. Co tam nie było? Kostki mydła i pasta do butów własnej produkcji.

Sznurowadła, zapałki, papierosy „Juno”, w opako­waniach po:3,6 i 12 sztuk (żołnierze Wehrmachtu masze­rowali trójkami). Świece, kawa zbożowa „z łopatką” i „Enrylo”, cykorie (w grubych tabletkach), gęste grzebienie do wycze­sywania insektów itd. To był wtedy chodliwy towar! Nie mógłbym Fredziowi dorównać, więc zrezy­gnowałem z tego rodzaju zarobku. Później, jak mieszkańcy zmienili oświe­tlenie z naftowego na karbidówki, handlował palnikami i kloszami. W komórce trzymał w blaszanej beczce karbid i z tego okresu, miał nawet nieprzyjemną przygodę, ale ciekawskim niech sam o tym opowie.

Do wysyłania paczek i korespon­dencji, wybrałem p. Stanisława Jeske [Gefan­ge­nen­nummer: 82372. Lager Bezeichnung: M. Stamm­lagerX B. Deutschland (Allemagne). Od 1944r. jeszcze z dopiskiem: Arb Kdo 1225]. Z częstej korespon­dencji dowie­działem się, że ma 25 lat, w WP był podchorążym. Mieszkał w Łodzi, miał studiować medycynę, nawet w 1939r. zdał wstępny egzamin, itd. Przysyłał mi talony, które zezwalały na wysyłanie paczek jeden raz w miesiącu. Paczki zawierały: kiełbasę suszona„ słoninę topiona, z czosnkiem, wędzonkę, cebulę, ciasto, papierosy, proszki z „kogutkiem” od bólu głowy, itp. Żeby mieć więcej swoich pieniędzy, w lecie zbierałem kwiat lipy i czarnego bzu, w jesieni kasztany i orzechy, które sprze­dawałem na skupie w Spółdzielni w Janowie. Ostatni list otrzymałem z datą stempla: FELDPOST 13.5.44 9. Pozwolę sobie fragment tego listu przytoczyć: „Panie Darku ! Nie czekając na odpowiedź od Pana śpieszę, aby Panu podziękować za wspaniałą paczkę, którą otrzymałem d. 5/​V 44r. Paczką ta, mogłem się poszczycić przed innymi kolegami. Doprawdy, gdyby Pan był tutaj u mnie, gdy ja, otrzymałem, to na pewno Pana zamęczyłbym w uściskach z radości — wszystko przeszło moje oczekiwania. A więc było tam ciasto, kiełbasa sucha, wędzonka, jajka, a przede wszystkim nasza tradycyjna pisanka wielkanocna, z wscho­dzącym słońcem, na którego tle żołnierz nasz wzywa na trąbce do boju, jeśli się nie mylę, to zdaje mi się, że pisanka ta jest Pańskim dziełem Panie Darku, obraz bardzo aktualny (…). Paczka przyszła, pomimo, że była w drodze przeszło miesiąc, bardzo dobrze. Nie wiem Panie Darku, czy kiedyś będę mógł Panu się odwdzięczyć za to, co Pan dla mnie czyni, ale jeśli Bóg pozwoli … Ślę najser­decz­niejsze pozdro­wienia dla Pana, Mamusi, Babci, Dziadzia i Cioci”, (podpis Stanisław Jeske).

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach

Przez całą okupację, bardzo często sołtys przypro­wadzał do dziadków na kwaterę różnych niemieckich urzędników i wojskowych. Jedli i mieszkali, nawet po kilka dni, tygodni. Na początku lata 1942r. zamieszkał Niemiec, cywil, nosił w klapie okrągły znaczek NSDAP; jakiś urzędnik od wywożenia Polaków do pracy w Rzeszy. Pierwszego dnia pobytu, zaraz po obiedzie, zachciało mu się wódki. Ponieważ w domu jej nie było, a on nie wiedział gdzie kupić, matka poleciła mi zapro­wadzić go do restauracji p. Osińskiej przy ul. Zaborskiej. Wyszliśmy do miasta po 18:00. Wtedy już obowią­zywała Żydów godzina policyjna. Idąc lewą strona, ul. Piłsud­skiego, z drugiego mieszkania, za domem doktora Zieliń­skiego otworzyły się nagle drzwi i wyszedł młody Żyd, wysoki, w białej koszuli, zielonych spodniach i czarnych oficerkach. Ponieważ na ulicy było pusto, Niemiec zorientował się zaraz, że to Żyd. Ten stanął obok drzwi blady, jak „słup soli” i podniósł ręce do góry. Krępy, średniego wzrostu Niemiec, wyjął spod marynarki pistolet i wymierzył w Żyda. Stojąc przy Niemcu, błyska­wicznie podbiłem mu rękę z pistoletem do góry. Równo­cześnie padł strzał, ale w powietrze. Żyd osunął się na ziemię, Niemiec spojrzał groźnie na mnie, później na Żyda i zaczął się ogromnie śmiać. Nie wiedziałem z czego. Pokazał mi ręka, jego mokre spodnie!

Odcia,gna,łem Niemca od tego Żyda i poszliśmy dalej. Całe to wydarzenie widzieli przez okna przerażeni Żydzi. W przed­ostatnim domu, przed ul. Zamkową było otwarte okno, przez które dochodził glos modlącego się Żyda. Niemiec zajrzał tam po cichu, i później „na migi”, kazał mnie to samo zrobić. W niewielkim pokoju za stołem, tyłem do okna, a twarzą do jakiegoś kredensu, głośno modlił się Żyd. Był w stroju rytualnym („cycałe”), kiwał się bez przerwy, po lewej stronie paliła się w niewielkim lichtarzu świeczka. Znowu wyjął pistolet. Przeraziłem się. Przytknął palec do ust, żebym był cicho, pomachał ręka, uspoka­jająco i wskazał na świeczkę, którą jednym strzałem zgasił. Z mieszkania Żyda dochodziły jakieś krzyki, hałas. U p. Osińskiej kupił cztery butelki wódki, włożył do teczki i wróciliśmy do domu. Popił i po kolacji poszedł sam do miasta. Podobno kazał otworzyć „Judenrad” i złośliwie zalał tam atramentem kilka kart jakiejś księgi z dokumentami, nakazując przepisanie ich do rana. Kilkunastu Żydów pisało całą noc. Na drugi dzień rano, jak Niemiec poszedł do gminy, zebrała się przed naszym domem duża gromada Żydów, może ze dwieście osób. Dziękowali mojej matce za uratowanie Żyda od śmierci. Nie mieli słów podzięki i zachwytu za moja, odwagę. Ciekaw jestem, co by Żydzi myśleli, gdyby przy mnie Niemiec zastrzelił Żyda ? Oskarżyli by mnie, że Niemca „napuściłem”. A było ich wtedy w Modli­bo­rzycach ze dwa i pół tysiąca. Od tej pory, napotkani w mieście Żydzi, pokazywali mnie palcami i zaczęli nawet się kłaniać!

W południe 26 sierpnia 1942r. jakiś niepokój na ulicy Janowskiej. Biegnę i widzę po lewej stronie Niemców w mundurach Schutz­polizei, koło domu Pankowskich. Oficerze szpicrutą, stoi na środku ulicy, a kilku wynosi z domu jakieś książki, papiery i wrzuca do palącego się na podwórku ogniska. Wszystko widać dokładnie, bo nie było tam płotu. Widzę nawet obraz Matki Boskiej w ramach, Niemiec go rozbiera, ogląda i też wrzuca do ognia. Stałem bardzo blisko, więc oficer przepędził mnie, uderzając po nogach szpicrutą. Przeszedłem na druga, stronę ulicy i usiadłem na ławce przed domem vis a vis. Po pewnym czasie Niemcy odeszli w kierunku rynku. Tego dnia chcieli aresztować Kazimierza Pankow­skiego, ale im uciekł. Następnie poszli po Wacława Pikulę, który ostrzeżony przez kuzyna Heńka Pikulę (kadeta), też zbiegł. To samo było tego dnia z Klimkiem Głowackim. Zapla­nowana akcja nie udała się Niemcom, więc wzięli na zakładników: za Wacława Pikulę — jego ojca Dominika i brata Kazimierza, a za Klemensa Głowackiego też jego ojca Ignacego i brata Longina, których później, za górą „Cegielnią” na polu, rozstrzelali. To były następne ofiary za ruch oporu, które w Modli­bo­rzycach widziałem. Później dowie­działem się, że Głowacki, Pankowski i Pikula należeli do Polskiej Organizacji Zbrojnej.

W osadzie zapanował większy strach przed okupantem. Ulice opustoszały, ludzie rozmawiali półgłosem. Dopiero wieczór, przemykano się opłotkami do znajomych.Okna szczelnie zasłaniano i spuszczano psy z łańcuchów. Ogólne przygnę­bienie. Do tego, zakra­dająca się bieda ludności, szcze­gólnie narodowości żydowskiej. Dawne gry harcerskie: zwiad, zasadzki, podchody, były teraz prawdziwe i emocjonalne, ale ja tęskniłem do biwaków, wędrówek leśnych, budowy szałasów itp. Dlatego chętnie korzy­stałem z każdej okazji wyjazdu do lasu, na które zabierał mnie dziadzio Orłowski.

Z tego okresu zapamiętałem szcze­gólnie jeden z wyjazdów po drewno opałowe. Pojechaliśmy raniutko, dużym parokonnym wozem, daleko, do jakiegoś gajowego. Zabudowania samotne, na niewielkiej polanie. Dziadzio z gajowym pojechali w głąb lasu.; ja pozostałem w gajówce. Tam trafiłem na skromne śniadanie, do którego usiadło pięcioro dzieci i stary dziadek, no i ja. Gospodyni postawiła na środku szerokiej ławy, dużą gliniana, miskę parujących kartofli „ w całości|”, na których leżało siedem skwarków słoniny, oraz przed każdym mała, glinianą miskę z gotowana, serwatka,. W żółtej serwatce, pływały pojedyncze okruchy białego sera. Jedliśmy łyżkami. Nic w tym szcze­gólnego — pierwszy raz w życiu jadłem gotowaną serwatkę z kartoflami, ale czułem, że nędznie żyją, że jest tam bieda, bo jak dziadek chciał łyżka, wziąć skwarek z kartofli, dzieci, widząc to, szybko uderzały swoimi w łyżkę dziadka i skwarek wracał na kartofle. Scenę tę często mam przed oczyma, szcze­gólnie, jak obecnie obserwuję marudzące dzieci przyjedzeniu.

Na początku września 1942r., przyjechał do nas dentysta z Łęcznej, Żyd, dr Zeman z synem Gutkiem. Gutek miał rodzinę w Modli­bo­rzycach, do której przed wojna., często przyjeżdżał w wakacje i bawił się z nami na łąkach, kąpał się i pływał po Sannie moim kajakiem, na Zamłyniu grał w piłkę, a na błoniu w palanta i pekę. Smakował mu chleb ze smalcem i ogórki kiszone. Kolegował się z chłopcami z naszej ulicy, szcze­gólnie z Józkiem Estką i Wojtkiem Wojto­wiczem. Należał w Lęcznie do harcerstwa żydowskiego; widziałem go w ich mundurku: biała koszula, czarne wąskie do kolan spodenki i białe podko­lanówki z pomponami. Dr Zeman przewidując zamknięcie ich w Getcie, prosił o możliwość pozosta­wienia syna w naszym domu. Może się tu przechowa: gdzie często kwaterują Niemcy, w rodzinie jest ksiądz itd. bo mówi się ..że pod latarnią jest najciemniej„‚ . Gutek nie nosił gwiazdy Dawida i nie był podobny do Żyda. Ojciec jego miał na lewej piersi, przyszyta, sześcio­ra­mienną żółta, gwiazdę. Nosił ja, przepisowo od 1 września 1941 r.,Gutek został u nas. Był smutny, tęsknił i na kilka dni przed wypędzeniem Żydów, uciekł do rodziców.

We wrześniu Niemcy zarządzili wysie­dlenie z Modli­borzyc wszystkich Żydów do getta w Zaklikowie. Mieli zebrać się rano na rynku, z podręcznym bagażem. Przetrans­por­towano ich furmankami [jak mieli pieniądze], część pieszo. Dużo ich zostało, po drodze, „na wieki”.

Z Zaklikowa, grupami, odjeżdżali towarowymi wagonami w nieznane. Jak zwykle ciekawski, biegałem po ulicach, szukając znajomych twarzy. Szcze­gólnie profesora medycyny Gotliba z Wiednia, bywał u nas często. Profesorkę Konser­wa­torium w Wiedniu, która mieszkała u pp. Kubickich i uczyła mnie gry na forte­pianie. Eryki, ślicznej dziewczyny, mieszkała z rodzicami przy ul. Kowalskiej. W Modli­bo­rzycach pozostała (nie na długo) tylko piękna wiedenka -„ Mauzi”, o której względy zabiegali nie tylko oficerowie niemieccy, ale i Olek Gerlicz, dziedzic ze Stojeszyna. Miała w naszej miejscowości, przyja­ciółkę. Wracając z rynku, zauważyłem na ul. Błotnej grupkę osób przed domem pp. Krasowskich. Frontowy pokój miał pootwierane okna. U nich też mieszkali Żydzi wiedeńscy, starsze małżeństwo. On był jakimś profesorem chemii. Podszedłem i usłyszałem, że nie żyja,. Wszedłem do środka i zobaczyłem leżące na podwójnym łóżku, dwa martwe ciała. Leżeli równo na wznak, obok siebie. Łóżka przykryte czystymi, białymi przeście­radłami, oni oboje ładnie ubrani na czarno. Mężczyzna leżał od okna; ręce mieli złożone na piersiach. Wyglądali bardzo dostojnie. Na szafkach nocnych, stały dwie szklane zlewki labora­toryjne z białym osadem na ściankach. Prawdo­po­dobnie w nocy oboje otruli się, przewidując uciążliwy i tragiczny koniec. To zdarzenie też zaliczam do swoich harcerskich wspomnień.

Rok 1942 szcze­gólnie był tragiczny dla nas harcerzy. W styczniu ginie mój ojciec , w sierpniu nasz zastępowy Stach Pikula traci ojca i brata, a 2 października druh Marian Torla (Nunek) traci ojca. Nasiliły się aresz­towania i Niemcy zabrali z domów w dniu 2 października 1942r. członków POZ (Grupa Oddział Wspoma­gający): p.p. Tomasza Pietrasa, Henryka i Stanisława Saganów (z Dapia), chorążego Stanisława Torlę, Henryka Saję i Brodzisza (z Modli­borzyc). Aresz­to­wanych wywożą ciężarówka, i tego samego dnia rozstrzelali ich w lesie za Kraśnikiem. Śmierci uniknął tylko p. Brodzisz, były wojskowy, który wyrwał się Niemcowi i uciekając zygzakiem pomiędzy drzewami, nie dał się zastrzelić. Później wrócił do Modli­borzyc i ukrywał się do końca wojny. 26 października nowy cios dla rodziny naszego zastę­powego. W jarach, koło wsi Bilsko, zastrzelono kilku ukrywa­jących się party­zantów członków POZ (AK), a wśród nich dowódcę miejscowej placówki, ppor. Wacława Pikulę — brata Stacha.

Po rozpra­cowaniu tajnej organizacji wojskowej, do której należeli: Głowacki, Pankowski i Pikula, społe­czeństwo Modli­borzyc, zaczęło ostrożnie rozglądać się za szpiclami, donosi­cielami, kolabo­rantami, współ­pra­cu­jącymi z „granatowa,” Policja, Polska, i Niemcami. Podej­rzewano o to wiele osób z Modli­borzyc i okolicy, ale pewności nie było. Będąc wtajem­niczony w wiele spraw, dostałem polecenie od wujka Olesia, aby dowiedzieć się, ile mogę. o Grempczyku już wtedy „szarej eminencji”. Był wysie­dlonym z poznań­skiego, mieszkał na Kol. Zamek u pp. Drzymałów, razem ze stara, matka, i młoda, kobietą. W okupację pracował w Gminie Modli­borzyce i bywał często w dworku na Kol. Zamek, gdzie mieściło się wtedy Leśnictwo. Do Zamku, chodziłem w ramach tajnego nauczania, na lekcje do p. Wandy Kowalińskiej, też wysie­dlonej z poznań­skiego, z która, to rodziną Grempczyk utrzymywał bliższy kontakt. Grempczyk miał bryczkę i zatrudniał jako woźnicę okresowo Stanisława Pasztaleńca (był kulawy). P. Paszta­leniec woził często, po okolicy, kobietę miesz­kająca z Gremp­czykiem. Jeździła w podej­rzanych sprawach. Po pewnym czasie, Grempczyk wydał Niemcom p. Pasztaleńca za kontakty z podziemiem. Aresz­towany, przebywał w obozie w Puławach, później na Zamku Lubelskim i tam zamor­dowany. Po wypędzeniu Żydów w 1942r., i przez następny rok, Grempczyk często chodził nocami po Modli­bo­rzycach, węszył za ukrywa­jącymi się Żydami i ich kontaktami z Polakami. Widywałem go w czasie pełnienia nocnych wart. Nawet raz w nocy przepędził, mnie jak go spotkałem koło domu p. Tomiły, przy ul. Piłsud­skiego. Nie wiem co się z nim stało, ale chyba uciekł razem z Niemcami.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

Z cyklu: Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”

Chorej kazałem się lekko odkryć, bo słońce przygrzewało. Już przedtem, jak wjeżdżaliśmy na podwórko, zauważyłem przy cembrowinie kręgu studni, stojące wiadro pełne wody. Oni na to nie zwracali uwagi. Podszedłem do męża i poprosiłem, dla nieuwagi, żeby więcej odkrył kobietę, bo ja się krępuję. Robi, co każe, a ja w tym momencie za wiadro i leję na babę zimna, wodę. Co się wtedy działo! Szkoda, że nie było kamery. Baba w krzyk, zeskoczyła z łóżka jak piórko, chłop zdębiał, a baba w nogi, gdzieś za domem się schowała, odzyskując wszelką władzę i siły w kończynach. Nakazałem mężowi robić to samo. jak nie będzie chciała pracować piesz­czoszka. Z radości maż aż chciał mnie w rękę pocałować. Wracając, gospodarz był weselszy, bardziej rozmowny, nawet konik leciał kłusem. Mimo, że mieszkali na uboczu wsi, jakoś się to rozniosło i ludzie mówili, że to była chyba „woda święcona”. Było to w połowie lipca 1955 r. do Ośrodka Zdrowia zaczęło przychodzić, coraz więcej Cyganek z małymi dziećmi, które miały biegunkę. Leczyły je swoimi sposobami, ale to nie pomagało. Więc z konieczności musiały fatygować się do pediatry. Każdo­razowa obecność Cyganki na poczekalni, wywoływała nerwową atmosferę; niepewność o swoje portfele. Żeby tego wiercące się Cyganki nie odczuły i nie wzięły za jakąś dyskry­minację, kazałem dyżurnej pielę­gniarce, od razu jak tylko przyjdzie Cyganka z chorym dzieckiem, kierować ja, do gabinetu. Nie było specjalnego chrząkania wśród oczeku­jących na badanie, zrozumieli o co chodzi i był spokój. Dla dokumentacji zapisy­waliśmy te Cyganiątka tylko na listę. Nie płaciły za nic. Jedna z matek uparła się, że mi powróży z ręki i dla świętego spokoju podałem jej dłoń, — może z ciekawości. Oglądała poważnie, gładziła, i powie­działa, że już w życiu raz uniknąłem śmierci i jeszcze kilka razy uniknę i że będę długo żył (odetchnajem)! Albo epidemia biegunki rozszerzała się przez letnie upały, albo utrzymanie higieny w lesie trudne, albo przybywało taborów, bo liczba chorych Cyganiątek wyraźnie wzrosła. Mówiono, że rozbiły duże obozowisko w lesie daleko od Modli­borzyc. Tabor stoi nad czystą wodą, ale sa,upały i ta choroba przywlokła się z jakimś wozem. Cyganki w poczekalni nie były natrętne, zacho­wywały się grzecznie i okazywały cierpliwość, jak inne pacjentki z chorymi dziećmi. Po wejściu do gabinetu zaraz kucały lub klękały na podłodze i rozwijały swoje pociechy; śliczne, śniade z pięknymi oczkami. Dzieci były czyściutkie i wszystko na nich pachniało świeżym lasem. Aż przyjemnie było je badać. Wszyscy w gabinecie byliśmy tym zaskoczeni, a jedno­cześnie zachwyceni troskli­wością matek. Naturalnie, kazaliśmy dziecko położyć na stoliku do badania, nakazując gestem, wstać z podłogi. Nie wiem, dlaczego tak się zacho­wywały, ale myślałem, że będę uważał je za „druga, kategorię” i gorzej traktował. W czasie badania obser­wowały mnie z cieka­wością i z wielką uwagą słuchały zaleceń. Pewną, trudność sprawiało obejrzenie gardła przy pomocy szpatułki. Za nic nie chciały otworzyć ust. Wtedy Cyganki poradziły mi, żebym mówił w ich języku „piraf muj” (otwórz buzię)- i to skutkowało. Przepi­sywałem recepty, przeważnie na leki robione na zamówienie, co wzbudzało większe zaufanie do stosowania (Cyganie gotowych leków unikali). Cyganki też zaczęły przychodzić z dziećmi do domu. Naturalnie nie brałem honorarium, żeby mamie nic nie ginęło. Namawiałem też naszego Kontrolera Sanitarnego p. Koszałkę, żeby wybrał się do Cyganów w lesie, może im coś pomoże? Ale bał się szukać taboru, bo to daleko. Ludzie mówili, że mają broń i lepiej tam się nie kręcić.

Gdzieś w połowie sierpnia rano, jeszcze przed pójściem do pracy, usłyszałem przed domem, jakąś skoczna, melodię. Patrzę przez okno, a tu dwa wózki cygańskie, pięknie przystrojone, konie też. Na pierwszym muzykanci grają na stojąco z fasonem wysiada dwóch Cyganów: stary, dostojny i młodszy — w białej koszuli w czarnych i długich butach. Zaskoczony tym widokiem otwieram drzwi, oni wchodzą. Stary Cygan kłania się i mówi swoje nazwisko, przed­stawia przyszłego zięcia (później dowie­działem się, że to Węgier). Młody nic nie mówi, a Cygan zaprasza mnie na wesele swojej córki z tym oto młodzieńcem. Wesele będzie w przyszłą niedzielę, prosi na godzinę 14.00. Wielkie i miłe było to dla mnie zasko­czenie, ale i wyróż­nienie, bo wiem, że u nich wszelka rodzinna uroczystość to tabu. Dziękując za zapro­szenie, pytam czym zaskarbiłem sobie ich sympatię? Na to Cygan, że są mi wdzięczni i dłużni za dobre leczenie ich wnucząt i za serce, że nie brałem od biednych Cyganek pieniędzy i że nie musiały długo czekać w kolejce do lekarza. Na ulicy orkiestra gra bez przerwy. Częstuję ich symbo­licznie, wiśniówka,; młody nie pił. Cygan pyta: „Czy przysłać konie”. Ale z rozmowy zorien­towałem się, że zapro­szenie przyjął też gospodarz terenu nadle­śniczy inż. Zdzisław Saski, więc podzię­kowałem. Zdzisiek miał dobrego konia i lekki wózek. W umówionym terenie pojechaliśmy razem, zabierając po drodze Lutka Orłow­skiego (męża pielę­gniarki p. Jadzi), też z dubeltówką, może się coś trafi po drodze. Jechaliśmy przecież lasami, a że „chłop żywemu nie przepuści”, zabraliśmy strzelby. Nadle­śniczy znał to miejsce i bez trudu trafiliśmy do obozu. Przyjęto nas serdecznie. Z miejscowych był tylko Ks. Proboszcz z Potoka Wielkiego z organista, i p. Golec z córka, (z okolicy). Piękna polna droga, przyle­gająca do dużego stawu, złociła się w sierp­niowym słońcu. Wokół strzeliste świerki, niczym kolumnada, nadawały dostojnego wyglądu. W cieniu drzew tabory z biega­jącymi w samych koszulkach dziećmi. Dwie orkiestry cygańskie: jedna w czarnych smokingach z „Hotelu Europej­skiego” w Lublinie, druga na lewo z Węgier; przyjechała z panem młodym przez zielona, granicę Słowację. Bieszczady, aż do Lasów Janowskich. To były czasy z prawdziwą fantazją. Byliśmy już na miejscu, jak Moda Para z wiwatami i strze­laniem z batów, wyjechała z orszakiem na środek polany, wracając z kościoła. Piękna ceremonia ich powitania, przez różnych krewnych, począwszy od Starszyzny, trwała długo. A sceneria przyrody nadawała temu, specy­ficzny urok i powagę; jakby łączenie się, w średnio­wieczu, dwóch starych rodów książęcych. Byliśmy świadkami tej uroczy­stości i każdy z nas stał urzeczony, w milczeniu. Widzę to jeszcze dzisiaj, jakby w jakimś oddalającym się plenerze filmowym. Mimo szczerych chęci, prezenty nasze wyglądały „mizer­niutko”. Weselnicy siedzieli wokół polany po turecku na różnych kapach i dywanach, mając za stół, białe pięknie haftowane ręczniki. Siedzieliśmy razem, w niewielkich odstępach; w środku Ks. Proboszcz. Poczę­stunek wyśmienity. Może my przez sąsiedztwo z księdzem mieliśmy stare wina węgierskie, salami, precle, winogrona, chałwę, oryginalną Palinkę itd. Najbardziej zadowolony był Lutek, bo na niedzielę zrobiliśmy mu niespo­dziankę. Orkiestry grały na zmianę, bez przerwy. Zdzicho i Lutek przystojniacy, rwali się do tańca z młodymi Cygankami, ale p. Golec odradzał, ostrzegając, że po tańcu to i lekarz by nie pomógł. „Dobrze, że mamy Plebana” powiedział, spoglądając na Księdza. Wprawdzie tańczyliśmy po kilka razy, ale zawsze proszeni przez starsze Cyganki bez zazdrości Cygana. Było bardzo wesoło. Nawet nie zauwa­żyliśmy, kiedy się ściemniło. Paliły się dwa wielkie ogniska, polana falowała, a z za drzew wytoczył się ogromny księżyc i blaskiem w odbijającej się tafli wody, dodawał nieza­po­mnianego uroku. Przed północą, podeszła do nas Młoda Para, aby pożegnać się. Odjeżdżali pociągiem z Zaklikowa w podróż poślubna,do Zakopanego. Ubrani iście po wiedeńsku. Nam też wypadało się już żegnać. Zdzicha i Lutka wsadzili w półkoszki, był strze­mienny, a mnie dali lejce i bat. Cyganie, trzymając przez chwilę konia za uzdę, skierowali go na właściwą powrotna, leśna, drogę. Koń człapie stępa, ja mało co widzę w ciemno­ściach i za chwilę czuję, że koń ciągnie mnie za lejce i oddala się od wozu, który stanął w jakiejś kałuży. Ledwo konia zatrzymałem. W tym momencie wyskakuja z otacza­jących drzew roześmiani Cyganie. Podcięli postronki i czekali jak daleko odjadę. I znowu strze­mienny żegnali serdecznie; powiązali postronki i zacięli konia batem. Dalej nie pamiętam. Kiedy­kolwiek wspominam pionierska, pracę w Modli­bo­rzycach, widzę śliczne, małe, śniade Cyganiątka i mimo woli, myśl biegnie na leśną polanę. Może to jakieś „uroki cygańskie”?

Właściwie koniec lata wiązał się z rozpo­częciem nowego roku szkolnego. Należało zająć się dziećmi, zrobić przegląd i badanie pierw­szaków. Rocznik 194748 był już wyraźnie lepszy od poprzednich. Dzieci wyrośnięte, zdrowsza cera, zęby, mniej krzywicy. Większych wad słuchu i wzroku nie znaleźliśmy, ale prawie w każdej pierwszej klasie kilkoro dzieci nosiło już okulary, przeważnie do korekcji zeza. Zez — nic nowego, ale pocie­szające to, że rodzice zaczęli dbać o swoje pociechy. Może przez edukację, może przez poprawę warunków materialnych. Pracując w Modli­bo­rzycach, poznałem wiele nowych osób, nowych miesz­kańców, którzy przepro­wadzili się z sąsiednich wiosek do „miasta”. Odświeżyłem stare znajomości, szcze­gólnie z rówie­śnikami. Zapisałem się do Koła Łowieckiego, którego łowczym był p. Władeczek Pikula i razem, z innymi myśliwymi, jak: Lutek Orłowski, Paleń z Lutego, Paszta­leniec, Dziadosz często polowałem na naszym terenie i na wyjeździe, proszeni przez Koło Janowskie łowczego dra wet. Mudraka i p. Józefa Niemca, mojego dalszego kuzyna. Polowaliśmy nawet po kilka dni w okolicy Goraja z kwaterami na wsi (ja zawsze zapraszany byłem na nocleg na plebanię do Ks. Antoniego Zieliń­skiego). Miłe wspomnienia. Starałem się być w dobrych stosunkach z Milicją Obywa­telską , nie odmawiając badań aresz­tantów czy pobierania krwi na zawartość alkoholu. Nienawidzę chamstwa, cwaniactwa, agresji, która już wtedy zaczęła przeciekać z Zachodu. Na komisa­riacie załoga na poziomie, potrafili współżyć: „z wójtem i plebanem”, dlatego darzyłem ja, sympatią. Dla przykładu podam jedno zdarzenie: któregoś dnia przy końcu wyjątkowo zimnego października, późno wieczór, przyszedł do mnie milicjant p. Edward Ściborek, z prośbą o dokonanie oględzin zwłok mężczyzny, którego znaleziono w rowie, na zakręcie drogi do Kraśnika, między starym młynem, a uliczką Ogrodowa„ koło posesji p. Bolesława Bator­skiego. Jest to niedaleko. „Jakiś gospodarz wyjeżdżał wozem z tej uliczki na szosę kraśnicka,. Musiał przejechać przez wielki most nad głębokim rowem. Przed mostkiem bardzo spłoszył się koń, prawie stanął dęba i nie chciał dalej iść. Gospodarz wysiadł z wozu i świecąc kieszonkową latarką, zobaczył w rowie częściowo pod mostkiem, leżącego na brzuchu, nieru­chomego mężczyznę. Dał znać na Milicję i stąd ja. Ubrałem się ciepło i poszliśmy zaraz. Mężczyzna nie żył już od minimum godziny. Leżał na brzuchu, w zaciśniętych dłoniach miał mokre zwiędłe liście, opadające z drzew. Leżały w głębokim rowie, na dnie którego było błoto i niewielka woda. W ustach miał dużo szlamu błota z lego rowu. Ubrany jesiennie, bez czapki i rękawiczek, wysoki, budowy silnej. Ubranie mokre od wody w rowie. Widać wyraźnie ślady czołgania się rowem w kierunku miasta, na odcinku ze 14 m. prawdo­po­dobnie pół przytomny chciał wyjść, wydrapać się z tego rowu, ale głowa mu opadła i tak zachłysnął się błotem.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski