Góry

Historia Góry Kalwarii, Czerska, Baniochy

Góra Kalwaria należąca do rodziny polskich kalwarii pątniczych, stanowi jedno z najcie­kawszych rozwiązań archi­tek­to­nicznych baroku. Nim jednak miasto stało się miejscem kultu, w którym klasztory miało 6 zgromadzeń zakonnych opieku­jących się 5 kościołami i 35 kaplicami, była to niewielka wieś egzystująca w sąsiedztwie silnego w średnio­wieczu Czerska.

Czytaj dalej

Magiczny Sandomierz jego zabytki i historia

Położony nad Wisłą Sandomierz jest jednym z najstarszych i najpięk­niejszych miast w Polsce. Przed wiekami był stolicą księstwa, a później województwa obejmu­jącego znaczną część regionu świętokrzyskiego.

Turysta w Sando­mierzu może zobaczyć ponad 120 zabyt­kowych budowli, wspaniale zabytki przeszłości pozostawione przez wielkich tego świata, dzieła sztuki wszystkich stylów. To przepięknie położone miasto podziwiać można z góry — z 33 metrowej Bramy Opatowskiej, z dołu — ze statku na Wiśle, a nawet pod ziemią — trasą turystyczną prowadzącą przez dawne piwnice.

Czytaj dalej

35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III

35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III

Od początku założenia w Warce Klubu Oficerów Rezerwy — Ligi Obrony Kraju, Zarząd „Sztab Klubu” postanowił syste­ma­tycznie organizować Zebrania Zarządu i Narady Aktywu, w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Z braku własnego lokalu początkowo spoty­kaliśmy się w Domu Rzemiosła przy ul. Francisz­kańskiej, w sali OSP przy ul. Farnej i najczęściej w lokalu ZBOWiD-​​u przy ul. Warszawskiej. Ustalono plany szkoleń wojskowych i dodatkowe rodzaje zajęć dla rezer­wistów i ich rodzin, ponieważ nasza organizacja wzbudzała zainte­re­sowanie i zaczęła dominować w mieście. Atrakcyjne imprezy z okazji różnych świąt i rocznic, organi­zowane w sali OSP, cieszyły się coraz to większą frekwencją. Bale wiosenne i karna­wałowe organi­zo­waliśmy w salach stołówki FUM-​​u. Wszystko robiliśmy wzorowo, elegancko i miło, zyskując sobie sympatię i życzliwość lokalnego społe­czeństwa, które widziało w tym nie tylko kulturalną rozrywkę, ale i działalność chary­tatywną, bo myślą przewodnią i celem tych imprez było zdobywanie pieniędzy — groma­dzenie funduszu na cele organi­zacyjne. Celem nadrzędnym jednak, było posiadanie własnego lokum, a dokładnie– pawilonu przy strzelnicy sportowej nad Pilicą; pawilon z halą strzelecką, węzłem sanitarnym, kuchennym, dydak­tycznym i niewielkim magazynkiem. Zabawy taneczne i bale przynosiły spory zysk, ale solidne ich przygo­towanie wymagało czasu i wysiłku. W FUM-​​ie sale z pełnym wyposa­żeniem — nieod­płatnie, kuchnia i obsługa kelnerska — żony rezer­wistów; one też wiele smakołyków przywoziły ze swoich domów. Orkiestra pana Alberta Zaparta– za półdarmo. Pieniądze wpływały do kasy: z wstępu, szatni, kotylionów, bufetu, loterii fantowej, „poczty francuskiej” i bonów na wybór „Królowej Balu”. A wszystkim kierował niestrudzony, pełen pomysłów Jerzy Domański, któremu pomagał Aktyw Klubu-​​pracownicy FUM-​​u (kol. Stefan Ambroż wykonywał ozdobne metalowe korony dla „Królowej Balu”).

W miesiącach letnich organi­zo­waliśmy nad Pilicą zabawy ludowe– taneczne, wykorzy­stując okazje, jak: 1-​​maja, „Noc Święto­jańską” i Odpust lipcowy. Imprezy odbywały się na Stanicy PTTK lub „na deskach”- przy targowicy. Wojskowe zespoły muzyczne przyjeżdżały nieod­płatnie z Góry Kalwarii. Z wojska wypoży­czaliśmy też namioty na bufety. Piwo „w komis” całymi „Jelczami” z Browaru –Warka, wino z MZPOW. Atrakcje sztucznych ogni imitowali rakiet­nicami oficerowie z Ogrodzieniec, a porządku pilnowali milicjanci z psami, przyjeż­dżając „na poczę­stunek” z Sułkowic. Wszyscy nam pomagali. To były czasy prawdziwej pracy społecznej. Każdą złotówkę liczyliśmy po trzy razy. Bufety, które dawały największy zysk, prowadzili przeważnie koledzy : W. Pączek, A. Buczek, A. Grzelewski, Z. Tulo, J. i R. Domańscy, W. Węgrzyn, T. Krzyża­nowski, Z. Nowicki, L. Seremak.

Początkowo „parkiet taneczny” — blaty z grubych desek wypoży­czaliśmy z Z.G.K, później zrobiliśmy swoje. Pamiętam jakie to były ciężary, dźwigane ręcznie. Rozkładanie, składanie, przywożenie, odwożenie itd., itp. To była praca społeczna, a nie jak dzisiejsze organizacje społeczne, które czekają tylko na dotacje. U nas w LOK nikt nie otrzymywał żadnych graty­fikacji z racji pełnienia funkcji w klubie! A wszyscy garnęli się, jak kto i czym mógł, aby pomóc w osiągnięciu celu — posiadaniu własnego „gniazda”. Zbieraliśmy złom w życzliwych warsz­tatach rzemieśl­niczych, jak u pana Franciszka Majew­skiego, p. Stefana Sobieraja, p. Tadeusza Wojtali, p. Edwarda Grzelew­skiego, p. Ryszarda Gablera i wielu innych. Razem z nieod­ża­łowanym kompanem Stefanem Siekierskim, brudni od różnych smarów, zwoziliśmy ten złom do sklepu na stacji PKP. I tak zebrany „grosz do grosza” przezna­czaliśmy na zakup cegły do budowy budynku, który miał stanąć na początku stu-​​metrowej strzelnicy. Ponieważ materiały budowlane kupowaliśmy przez dwa lata, dla bezpie­czeństwa przed złodziejami składo­waliśmy na terenie stadionu sportowego, którego gospo­darzem był kpt. rez. Tadeusz Sikorowski i miał „oko na wszystko”. Działalność nasza cieszyła władze miasta, a szcze­gólnie wielce zasłu­żonego Naczelnika p. Tadeusza Kulawika, który widząc nasze dotych­czasowe osiągnięcia, zgodził się objąć patronatem budowę pawilonu KOR-​​LOK-​​WARKA. Dla formalności, na wiosnę 1978r. kol. Andrzej Sobolewski rozpoczął budowę funda­mentów i podjął się kiero­waniem budową. Sprowadził betoniarkę 150-​​kę i z pomocą kolegów: Stanisława Kowal­skiego, Jana Skowroń­skiego, Antoniego Cieślaka, Janusza i Władysława Gajewskich, Jerzego Domań­skiego, Tadeusza Krzyża­now­skiego i wielu innych, pracowali całymi popołu­dniami. Zalewane betonem kamienie pochodziły z przebudowy ulicy „górka Kuprasa”, chodników w mieście, a nawet zbierane z remontu cmentarza. Zbrojenia-​​z różnych odpadów, z życzliwych nam warsztatów ślusarskich. Projekt pawilonu pod nadzorem kol. A. Węgielka wykonał nieod­płatnie inż. bud. Henryk Sobolewski z ul. Farnej. Swoim entuzjazmem i praco­wi­tością A. Sobolewski skupił wokół siebie duży aktyw Klubu. Zakochanemu w Warce Andrzejowi zawdzięczamy wiele trwałych pamiątek w mieście!

St. sierż. sztab. rez. Andrzej Sobolewski, syn Jana i Jadwigi z domu Grzelewskiej, ur. 16 – 08-​​1946r. w Warce. Tu ukończył szkołę podstawową, a następnie w latach 1960 – 65 Technikum Mecha­niczne w Ursusie. Przez rok pracował w FUM-​​Warka.

W latach 1966 – 68 odbył służbę wojskową w 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno Desantowej (Niepo­łomice, Kraków).

W stopniu kaprala wrócił do FUM-​​u. Od 1973r. –Kierownik Zakładu Gospodarki Komunalnej. W 1989r Społeczny Komitet Budowy Domu Kultury powierzył mu kierow­nictwo budowy. Od 1994r. do chwili obecnej pracuje w firmie „Ru-​​rex” w Piastowie. Przez wiele kadencji-​​radny miasta. Posiada wiele odznaczeń państwowych, wojskowych, LOK i regio­nalnych. Jest moim wiernym kolegą klubowym i wypró­bowanym przyja­cielem, czego dowody odczuwam stale.

Prezes Honorowy KŻR dr ppłk Dariusz Kossa­kowski Tel. 607−164−851.

Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach

W lutym 1941 r, dotarła do nas wiadomość z Warszawy, że u Św. Boromeusza leży ciężko ranny z licznymi odmro­żeniami Józef Orłowski, brat mamy, a mój Chrzestny Ojciec. Pracował wtedy w Powiatowym Wydziale Drogowym w Grójcu, miał do dyspozycji motocykl i często służbowo jeździł do Warszawy. Zwerbowany do ZWZ, był łącznikiem. Któregoś razu pojechali za nim Niemcy i postrzelili go w drodze pod Raszynem. Tam wykrwa­wionego i przemar­z­niętego, przyjaciele umieścili go (schowali) na leczenie w szpitalu zakaźnym. Mimo wielkich starań lekarzy, zmarł 20 marca 1941 r, dzień po swoich imieninach. Pochowany jest na Bródnie. Wczesną wiosną (chyba był to marzec) 1941 r., przez kilka dni, przywożono furmankami chłopskimi (podwodami), ze stacji kolejowej w Szastarce do Modli­borzyc, Żydów wysie­dlonych z Wiednia wraz z ich dobytkiem. Żydów przyjechało około półtora tysiąca, całe rodziny. Twierdzili, że byli trzecim pokoleniem żydowskim, a mimo to zostali wyrzuceni z III Rzeszy.

W tym przypadku, nasze harcerskie działanie wywia­dowcze ograniczało się tylko na zloka­li­zowaniu ich zakwa­te­rowania, bo dużo zamieszkało w wynajętych pokojach u Polaków.

W Wielką. Środę Wielkanocną 1941 r., wieczorem, stojąc koło p.p. Wojto­wiczów, zobaczyłem ogień na górze „Cegielni”, który po chwili zgasł. Po niedługim czasie przebiegł szosą w kierunku miasta szofer z Urzędu Powia­towego w Janowie Lubelskim. Coś krzyczał i klął po polsku, że mu się zapalił samochód i piaskiem go ugasił. Był to Heinrich (Volks­deutsch) z Opolsz­czyzny, znany w Modli­bo­rzycach z częstych przyjazdów ciężarówką z Niemcem Millerem, złośliwą „szarąeminencją”(wymagał, aby mu kłaniano się, inaczej, bił czcionką ). Pewnie chciał zatele­fonować z komisariatu Polskiej Policji do Janowa z prośbą o pomoc. Zacie­kawiony pobiegłem na Cegielnię. Stała tam ciężarówka z towarem do kasyna niemieckiego. Kręciło się już przy niej dwóch mężczyzn. Wynosili butelki szampana, papierosy i coś jeszcze. Ja wziąłem naręcze paczko­wanych pierników i blaszany, malowany na zielono, kubek. Wszyscy pośpieszne uciekliśmy. Z domu długo obser­wowałem szosę, nic się nie działo i położyłem się spać. Rano otrzymałem surową reprymendę za brak rozwagi i grożące konsekwencje.

Od maja 1941 r., co kilka dni miałem obserwować przejeż­dża­jących Niemców szosą, koło naszego domu i dyskretnie notować w zeszycie; na lewej stronie jadące w lewo, na Janów, a na prawej w kierunku Kraśnika. Były rubryki na rowery, motocykle, samochody osobowe i ciężarowe. Ja miałem stawiać tylko pionowe kreski w odpowiednie rubryki. Polecenie pomiaru ruchu otrzymałem od kuzyna Józefa Olszowego, a zeszyty zabierał podobno p. Tadeusz Warski, kierownik miejscowego „Holztran­sportu”. Mieszkał przy ul. Kościelnej u p.p. Gładkowskich (grana­towego policjanta). Później skoja­rzyłem sobie to zadanie wywia­dowcze, z koncen­tracją Wehrmachtu na wschodzie Generalnej Guberni. Pan Warski był zaprzy­jaźniony z moimi wujkami i często bywał u nas. Ładnie malował, nawet zrobił mi w pasteli duży portret. Po wojnie, w październiku 1947r., skontaktował się ze mną w Warszawie. Pracował w KBW przy ul. Rakowieckiej (wejście od ul. Puławskiej). Był w stopniu majora i wrócił do właściwego nazwiska: Kostarski. Założył rodzinę. Byłem tez w jego mieszkaniu przy ul. Grotgera. Wiele spraw wyjaśnił mi, prosząc o dyskrecję i wyrozu­miałość. Mówił, że w ten sposób dużo pomógł i nadal pomaga prześla­dowanym Akowcom. Opowiadał o wysłaniu p. Doni Macie­rzyńskiej z Modli­borzyc w 1941 r. do Wiednia. 13 .11.1939r. , gen Władysław Sikorski powołał ZWZ ( Związek Walki Zbrojnej), który m.in. prowadził działania wywia­dowcze na terenie Niemiec. Agenci ZWZ byli umieszczani na terenie Rzeszy w rozmaity sposób i różnymi metodami. Najczęściej wykorzy­stywano tu akcję rekru­tacyjną do pracy w niemieckim przemyśle, ponieważ ludzie , którzy dobro­wolnie udali się do Niemiec, najczęściej mieli możliwość wyboru miejsca i charakteru zatrud­nienia. II Oddział AK (odpowie­dzialny za wywiad i kontr­wywiad) był w stanie umieścić szpiegów w różnych ważnych przed­się­bior­stwach , zakładach produk­cyjnych i insty­tucjach. Działalność szpie­gowskich agentów ZWZ w Państwie Policyjnym III Rzeszy , była bardzo niebez­pieczna. Siatki infor­matorów żyły w ciągłym zagrożeniu. Meldunki polskiego wywiadu były wysyłane kurierami do Warszawy, tam weryfi­kowane raz w miesiącu, drogą radiową , przeka­zywane wywiadowi Brytyj­skiemu. Wiele osób, wysłanych do Rzeszy, miało wykształcenie w różnych dziedzinach i potrafiło zdobywać cenne informacje. Z Modli­borzyc , jako agentka ZWZ , jesienią 1941 r. wyjechała do Wiednia p. Aldona (Donia) Macie­rzyńska , córka kpt. rez. WP Hieronima Macie­rzyń­skiego, miejscowego nauczyciela. Do ulokowania jej w Austrii, wykorzystano kontakty antyfa­szystów żydowskich, wysie­dlonych z Wiednia do Modli­borzyc. P. Donia, po wojnie nie wróciła do Polski. Zamieszkała w Wielkiej Brytanii (w mieście Streatham), wyszła za mąż; korespon­dowała z moją mamą w Modli­bo­rzycach. Wspominał też, że jeżdżąc często do lasów zwerbował do wywiadu, rosłego harcerza, patriotę, Ignacego Mucka, który jako ochotnik zgłosił się jako ochotnik na roboty do Rzeszy. Rzeczy­wiście, otrzymałem wtedy od Mucka kilka listów z Niemiec i nawet się zdziwiłem, że tak nagle „ na ochotnika”, pracuje dla wroga. P. Warski, ostrzegał mnie przed wylew­nością do kolegów — studentów przed rozmowami na temat okupacji, bo mogę nie otrzymać dyplomu lekarza.

Pierwsza moja dalsza wyprawa z Modli­borzyc była na początku czerwca 1941 r. do Wysokiego Lubel­skiego. Pojechałem rowerem, ścieżkami przez Wierz­chowiska, Błażek, Batorz, Ponikwy, Zakrzew, Tamawkę. Docelowo do apteki mgr Chrza­now­skiego. Zawiozłem list od Józefa Olszowego. Wtedy pracował w tej aptece mój wujek aptekarz Aleksander Orłowski. Tego samego dnia wieczorem wróciłem z odpowiedzią. Jadąc do Wysokiego, gdzieś w okolicy Tarnawki, mijałem duże oddziały Wehrmachtu. Młodzi żołnierze w czapkach „austriackich” — narciarkach z szarotkami. Mieli niskie pojazdy; prawie wszystkie na gąsie­nicach z małymi przyczepami prosto­kątnymi, poprzy­czepiane nawet po kilka. Te wagoniki były odkryte, takie skrzynie. Czołgi też mili małe i niskie. Wielu żołnierzy było rozebranych do pasa, myli się nad jakąś rzeczkaL, opalali się. Mgr Chrza­nowski mówił, że przyjechała tam niedawno jakaś górska formacja. Zamel­dowałem o tym p. Józefowi Olszowemu. Później, jak przez Modli­borzyce przejeżdżały na wschód różne kolumny wojska, skoja­rzyłem to z ofensywą na ZSRR. Wujek pracował u p. Chrza­now­skiego do 1943r. i wiedziałem, że był zaanga­żowany w pracy konspi­ra­cyjnej AK. Po tragicznej śmierci właściciela apteki opuścił Wysokie i przeniósł się do Warszawy. Mgr Chrza­nowski został zastrzelony przez dowódcę bandy ukraińskiej. Grasującej w okolicy. Bywając w Wysokiem, poznałem Nikodema i Jadzię Mazur­kie­wiczów, dzieci miejscowego lekarza weterynarii. Opowiadali mi historię Wysokiego, osadników tatarskich, dragonów i kurników Marysieńki Sobieskiej. Byłem na wieży nawiga­cyjnej LOT-​​u i pierwszy raz widziałem tak wielką latarnię. Wykorzy­stywano mój rowerowy szlak do Wysokiego i kilka razy przewoziłem gazetki „Biuletyn Infor­macyjny”. Zwijane były w ruloniki i chowane w ramie roweru pod siodełkiem. Część zosta­wiałem w Modli­bo­rzycach u p. Tadeusza Warskiego , a część przewoziłem dalej, do Potoczka, do inż. Jerzego Maciu­dziń­skiego, który w majątku p.p. Przanowskich zajmował się leśnictwem i rybołówstwem. Te moje „odwiedziny” w Potoczku nie wzbudzały podejrzeń, ponieważ jego żona, Leokadia, była moja chrzestna, matkat i utrzy­mywali z nami częste kontakty .Piszę o wydarzeniach i ludziach, którzy sami niezwykle bliscy. W 1943r. przez dłuższy czas kwaterował u nas por. Hans Nowak (Polak z Wrocławia). Dowodził jakąś „zbieraniną” stacjo­nującą, w Modli­bo­rzycach. Często jeździli na różne akcje. Por. Nowak jadał też u nas obiady i dobrze mówił po polsku. Był młody, wesoły i rozrywkowy. Woził mnie samochodem do Maciu­dzińskich, by czasowo wypożyczać patefon i inne płyty. Ze cztery razy, w patefonie tym ukryte gazetki, przewoziłem do Potoczka.

W lecie 1941 r. pomagałem przy hodowli jedwabników, którą prowadził druh Marian Torla, po uprzednim przeszkoleniu w Milanówku. Hodowle urządzono na parterze szkoły, stojącej obok kościoła. W jednej z sal lekcyjnych wyniesiono ławki, ustawiono obszerne półki — regały, pokryte papierem — pergaminem z małymi otworkami. Małe larwy jedwabników zjadając liście morw „rosły w oczach”. Trzeba było chodzić po okolicy szukać drzew morwowych, zrywać liście i całymi workami zanosić je do szkoły. Do naszych obowiązków należało też robienie otworów, dziurek, coraz to większych w arkuszach papieru przy pomocy ostrych metalowych rurek i młotka, potrzebnych do nakładania na stare brudne papiery, na które, po zasypaniu liśćmi morwowymi, jedwabniki przechodziły przez te dziury do góry i znowu „żarły”. Przy końcu sierpnia pochowały się w kokonach. Był to jeden ze sposobów na przeżycie biednego nauczy­cielstwa polskiego.

W ramach nauki na „tajnych kompletach”, chodziłem na lekcje polskiego, łaciny i niemieckiego do p. Wandy Kowalińskiej (wysie­dlonej z rodziną z Poznań­skiego). Mieszkała na Kolonii Zamek. U nich poznałem syna p. Stanisława Mikołajczyka Henryka, który przebywał tam razem z matką, pod zmienionym nazwiskiem: Jurand. Nawet przez kilka miesięcy pracował w Gminnej Spółdzielni w Modli­bo­rzycach. Jako harcerz -„wywiadowca”, dowie­działem się, że później wyjechał dyskretnie do Bełżyc, skąd zabrał go samolot do Anglii, a matkę aresz­towano i osadzono na Zamku w Lublinie.

W jesieni 1941 r., ja, Nunek Torla i Heniek Potocki, zreda­go­waliśmy pierwszą tajną gazetkę harcerską pod nazwą „Czuwaj”. Była napisana ręcznie, atramentem, na kratkowanym papierze A4. miała rubryki, jak prawdziwa strona gazety i kilka rysunków. Heniek „najlepszy w klasie z polskiego”, redagował artykuły, a ja ilustrowałem rysunkami. Heniek od dzieciństwa był moim dobrym kolegą i imponował mi wiedzą, patrio­tyzmem i sarmacką fantazją, odzie­dziczoną po ojcu. Pamiętam, że tytuł gazetki był zielonego koloru, a po obu stronach: lilijka i krzyż harcerski. Wiadomości w niej zamieszczone, były zasłyszane od dorosłych i audycji radiowych. Moi dziadkowie mieli ukryte radio. Gazetka była w jednym egzem­plarzu i po przeczytaniu, należało podać ją„dalej”. Naturalnie po domach naszych harcerzy. Wydaliśmy tylko trzy numery. W ostatnim, były nawet przepi­sywane wiadomości z „Biuletynu Infor­ma­cyjnego”, który już przywoziłem z Wysokiego. Gazetki powstawały w mieszkaniu Nunka, do chwili aresz­towania jego ojca p. Stanisława Torii. P.p. Torlowie, mieszkali zawsze przy ul. Piłsud­skiego (przed wojną nr. 4) w domu pp Krawców. Z Nunkiem robiliśmy dużo zdjęć,on miał aparat fotogra­ficzny i sam robił odbitki. Ja miałem, aż 3 aparaty: bakeli­towego „Kodaka”, małoobrazkową „Junke” i „Vouklendera” z miechem (6×9) na statyw i samowy­zwalacz. Też sam wywoływałem filmy „Franaszka” i robiłem odbitki , mając różne kopioramki i kuwety z wywoły­waczem i utrwa­laczem, pensety i obcinarkę w grube ząbki.

Rok 1942 rozpoczął się dla mnie bardzo smutną wiado­mością. Na początku lutego przyszła wiadomość do domu, że 26 stycznia o godzinie 5:00 rano zmarł mój ojciec — Wincenty. Wiadomość przesłał matce: Abteilung Justitz Deutche Strafaustalt w Wiśniczu Nowym. W rzeczy­wi­stości został spalony w Oświęcimiu w obozie, który budował. Aresz­towany w maju 1940r. w Puszczy Solskiej, w ramach „Oczysz­czania terenu” po polskim wojsku. Przeżył Zamek Lubelski, a następnie wywieziony do Oświęcimia, o którym jeszcze nikt nie słyszał. W zimowy wieczór, przyniósł do nas tę wiadomość sołtys p. Koszałka i powiedział, że jak żona wpłaci do Starostwa (landrata ) w Kraśniku 200 marek ( DM ), to przyślą urnę z prochami ojca. Zawia­do­mienie było po niemiecku maszy­nopisem, opatrzone pieczęcią z, wroną i swastyką”, podpisane przez jakiegoś starszego radcę. Ze sprowa­dzeniem urny do Modli­borzyc nic nie wyszło; po pierwsze termin wpłaty upłynął akurat tego samego dnia, kiedy mama otrzymała wiadomość. Po drugie: skąd, nagle zdobyć 200 DM ?, po trzecie czyje to będą rzeczy­wiście prochy?. Tak, jak na ten temat, były wcześniej wątpliwości z prochami śp. Ks. Prof. Lenarta. Po czwarte może ojciec żyje ?. Wiedzieliśmy, że siedział na Zamku. Były wielkie starania, żeby go uwolnić, wykupić, ale po pewnym czasie, kontakty się urwały. Po tej smutnej wiadomości, rodzina i znajomi z Lublina (p. Aga), nasilili wysiłek w poszu­kiwaniu ojca i dopiero w jesieni 1942 roku na podstawie tego niemieckiego dokumentu, sporządzono w Modli­bo­rzycach akt zgonu, który to dokument w 1972 roku, w tajem­niczych okolicz­no­ściach, zniknął z księgi parafialnej.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossa­kowski Tel. 607−164−851

Z cyklu: Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”

Wykorzy­stując przegląd — badanie fachowo jako pediatra; ale żeby byt efekt tej pracy, wzywałem na rozmowy osobiście rodziców, bo wiele dzieci wymagało jakiejś korekty czy nawet leczenia, jak: wady postawy, krzywica klatki piersiowej (tzw. kurza– kogucia), wydęty brzuch, skrzy­wienia kręgosłupa, krzywica podudzi, płasko­stopie, różne wady wzroku i nagminna próchnica zębów; niedobory wagi ciała. Trafiała się też wszawica. Pamiętam, jak te rozebrane dzieci wyglądały: blade, mizerne, wystraszone, jak jakie sieroty. Podobno dostawały w szkole mleko, ale jabłka czy tranu nie widziały. A wtedy były jeszcze zapasy po UNRRA. Obowiązkowe szcze­pienia ochronne wg kalendarza też zajmowały dużo czasu w godzinach porannych, a wtedy byłem sam! Trochę papierkowej roboty, w między­czasie pogadanka w szkole, a to na polowanie zapraszają., a to jacyś znajomi– „Jak się urządziłeś” ? Zacząłem być zmęczony. Największa przyjemność przychodziła wieczór, jak siedząc z matką, opowiadałem o pracowitym dniu; jak patrzyła na mnie z zadowo­leniem. Opatrzność Boża i pewnie doktór Zieliński z „góry” czuwały nade mną, abym nie popełnił jakiegoś błędu , bo zacząłem leczyć wszystko, z czym się do mnie zwrócono. W czasie studiów medycznych w Warszawie miałem bardzo dobrych profesorów i ich asystentów, którzy mnie przygo­towali wszech­stronnie do samodzielnej pracy, przez przypadek w Modli­bo­rzycach. W tym miejscu powinienem podziękować też śp.dr Zieliń­skiemu za udzielanie mi praktycznych rad i wiadomości terapeu­tycznych na wakacyjnych dobro­wolnych praktykach studenckich w Ośrodku Zdrowia. Lubił mnie, bo umiałem go słuchać, a wiedzę i praktykę miał ogromna.. Cieszył się, że chcę zostać lekarzem, bo z moich rówie­śników nikt specjalnie nie rwał się do tego zawodu. Uczył mnie wielu praktycznych czynności, prostych, a jakże pomocnych w stawianiu diagnozy; sposobów leczenia, o których nie pisano nawet w podręcz­nikach. Każdego roku studiów byłem na takim miesięcznym szkoleniu. Nawet w sierpniu 1952r. oficjalnie zastę­powałem dr. Zieliń­skiego w Ośrodku, jak miał urlop. Przyjeż­dżając w 1955r. do Modli­borzyc, nie żałowałem pozosta­wienia na „Czystem” — dr. Polaka, dr. Hankego lub prof. Groera, w powstającym Instytucie Matki i Dziecka. W każdym razie powięk­szająca się liczba pacjentów, nawet w dalszej okolicy, uspokajała mnie, że jestem przygo­towany do pełnienia tej funkcji w społe­czeństwie, szcze­gólnie, że to środowisko było mi bardzo bliskie, znajome, przyjazne, ale przez to i wymagające. Prawie ze wszystkimi w Modli­bo­rzycach byłem na „PER TY” . Żeby nie osiąść na laurach, zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Pedia­trycznego w Lublinie, a następnie zostałem przyjęty w Klinice Dziecięcej prof. Klepackiego na dalszą specja­lizację pedia­tryczna.. Jeździłem na posie­dzenia, wykłady itp. Pracowałem też w komisjach Wojskowych przy RKU w Kraśniku. W Szpitalu Janowskim Ordynatorem Chirurgii był mój kolega gimna­zjalny Anasiewicz. przez co nie czułem się osamotniony.

Służba Zdrowia zaczęła rozszerzać zakres działań na rzecz profi­laktyki robieniem „bilansów” w określonych wiekowo grupach dzieci. Wymagań i obowiązków przybywało, więc jako Kierownik chętnie powięk­szyłem personel Ośrodka o druga, pielę­gniarkę, p. Jadwigę Orłowska.z ul. Janowskiej i o dentystkę . Skromny gabinet stoma­to­lo­giczny obsłu­giwała p. dr Danusia ( nazwiska już nie pamiętam). Przyjeżdżała do pracy z Janowa. Wtedy kursowały te słynne „stonki”. Pracy mieliśmy wszyscy dużo w gabinetach, jak i terenie, na wizytach domowych. Szcze­gólnie dużo zabiegów wykonywały pielę­gniarki p. Anna Dziadosz i p. Jadwiga Orłowska, bo miały różne zlecenia, nie tylko ode mnie . ale i od lekarzy z Janowa, Kraśnika, Lublina itd. Będąc pediatrą, lekarzem, szcze­gólnie uczulonym na różne niedobory wagi i wzrostu, na alergię krzywicę, anemię itp. zacząłem stosować vit A+D3, Vit D3 forte. Był już też Vigantol i Calcium-​​Sandoz. Stosowałem witaminy z grupy B i preparaty żelaza. Sprowa­dzałem ze Szwajcarii zastrzyki „Arovit” — pobudzające wzrost, tak jak to robiłem w Warszawie. Matki woziły do Janowa kał dzieci do badania na obecność pasożytów jelitowych, bo było duże „zarobaczenie”.

Wprowadzono wtedy okresowe obowiązkowe szcze­pienia ochronne dla dzieci i młodzieży wg „kalendarza szczepień”. Trzeba było wzywać matki z dziećmi, nie przyzwy­czajone do tej profi­laktyki, namawiać i tłumaczyć zalety tych szczepień. Spotykałem się też z niezro­zu­mieniem i zacofaniem. Ale „nic na siłę”, czekałem na wyrażenie zgody. Na początku niewiele matek zgłaszało się z dziećmi. Trzeba było ponownie wypisywać wezwania z nowym terminem stawienia się w Ośrodku. To bardzo kompli­kowało pracę, bo w Ośrodku zawsze byli jacyś chorzy, a tu na szcze­pienia przychodziły matki ze zdrowymi dziećmi, a pocze­kalnia jedna. Trzeba „obejrzeć” dziecko przed szcze­pieniem, matki niecierpliwe, dzieci na wszelki wypadek — już płaczą. Staramy się nie zniechęcać matek, bo więcej nie przyjdą. Uwijamy się jak w ukropie. To były pionierskie lata „służby zdrowia” na prowincji! To nie przed­wojenne czasy i zasady praktyki lekarskiej. To było służba z nakazem jak do wojska i przydziałem pracy jak do jednostki. Była pensja i trzeba było cały rejon obsłużyć bezpłatnie, wszystkie leki ze zniżka., wszyscy ubezpieczeni, wszyscy mają być zdrowi i zadowoleni. A do tego „oko” wszech mądrej i nieomylnej — PZPR, byle się wtrącać i pouczać. Dobrze, że do żadnej partii i organizacji karie­ro­wiczów nie należałem (ojciec w grobie by się wywrócił).

Starsze dzieci szkolne przychodziły na przeglądy i szcze­pienia całymi klasami z wycho­wawcami. Instruktor sanitarny p.Koszałka, był w tamtych czasach powojennych bardzo pomocny w prowa­dzeniu różnych akcji profi­lak­tycznych, oświa­towych i przestrzeganiu higieny osobistej. Przepro­wadzał wywiady epide­mio­lo­giczne u zakaźnie chorych. Badał wodę pitną, pobierając próbki i odwoził je do powiatowej stacji Sanepid w Kraśniku. Chodził do szkół z pogadankami na temat chorób zakaźnych, rozdawał skromne ulotki. Sprawdzał ważność książeczek zdrowia, ogłaszał o bezpłatnych szcze­pieniach ochronnych. Zawsze grzeczny, schludnie ubrany, służył dużą pomocą w Ośrodku Zdrowia. Wzbudzał zaufanie . I może dlatego zaczęto wykorzy­stywać go do przepro­wa­dzania prelekcji na temat „Dobro­dziejstwa Gospodarki Socja­li­stycznej”, do scalania niedawno rozdanej dworskiej ziemi w ramach reformy rolnej, z której chłop czy fornal nie mógł utrzymać rodziny, a nawet nie miał czym jej uprawiać. Powstawały różne spółdzielnie i kołka rolnicze. Dobro­dziejstwo socjalizmu zaczęto też pokazywać przez Służbę Zdrowia, organizując tzw. „Białe Niedziele”. Badania, leczenie, profi­laktyka dla ludności na prowincji– za darmo. Jak to w bogatym kraju jest dobrze, jak rząd dba o swoich obywateli. PZPR poprzez wójta załatwiała podwody (dwie lub trzy furmanki), wybrała miejscowość podworska., z lokalem w szkole. Kierownik szkoły, zawia­domiony wcześniej o tym dobro­dziejstwie, o przyjeździe ekipy w ..białych fartuchach”, ogłaszał przez dzieci szkolne na całą okolicę . że można . a nawet trzeba przyjść i przebadać się u lekarza za darmo i na miejscu we wsi. Nie trzeba mitrężyć czasu w dzień powszedni. Czekać tam w kolejce, a tu po kościele, będą na Was czekali lekarze. Zabieramy na wóz rożne pomoce lekarskie, m.in.: fotel denty­styczny, wagi. wiaderka, materiały opatrunkowe, prześcieradła, jedyny parawan, leżankę, fartuchy, miednice, ręczniki, szpatułki, spluwaczkę itp. Rano wyjazd, urządzanie prowi­zo­rycznych polowych gabinetów w szkole i do pracy ! Jak się więcej ludzi zebrało, przerwa w pracy; bo głos zabierze prelegent z „rejkomu” na temat dobro­dziejstwa gospodarki kolektywnej-​​socjalistycznej. Początkowo był to ktoś z powiatu, ale ludzie zniechęceni tym gadaniem, rozchodzili się , zabierając nawet ze sobą dzieci. Praktycznie na tym kończyła się cała akcja. Czasem ktoś wrócił się jeszcze po jakąś receptę. Do momentu rozpo­częcia agitacji praco­waliśmy sprawnie. Ja badałem pacjentów, przeważnie młodych, położna ważyła dzieci i chętnych dorosłych, pielę­gniarki mierzyły ciśnienie, zmieniały opatrunki, dentystka rwała zęby. Higienista rozdawał ulotki o zapobieganiu chorobom zakaźnym, i widać było nasza, pomoc. Organi­zatorzy doszli do wniosku, że lepiej będzie jak ktoś z nas -„ z białego personelu” w między­czasie będzie prowadził .. dyskusję, przekonywał wieśniaków, ile tracą, gospo­darując indywi­dualnie na swoim. Naturalnie wybór padł na naszego instruktora sanitarnego p. Koszałkę. Prezencję i wymowę miał, a specjalnie ważnej funkcji w niedzielnej ekipie nie pełnił, więc dostar­czyłem mu regulamin takiej spółdzielni, napisałem referat, który 30.05.55r. przepisał i czytał go po kilka razy, w odstępach czasu, do nowo zebranych ludzi. Jaki efekt jego wystąpień był, nie wiem? Ale my z tej społecznej pracy byliśmy zadowoleni. Zawsze jakiegoś chorego „wyłowiło się”. A najbardziej napra­cowała się nasza dentystka dr Danusia i na koniec mówiła : „Pół wiadra zębów wyrwałam, na żywca. A kto by się bawił w znieczulanie, jak kolejka nie malała? Po drugie — będą mnie długo pamiętać i te „ Białe niedziele”- Zamiast na sumę, to do dentystki”. Jeździliśmy tak w maju iw czerwcu przed wakacjami i robotami polowymi; po szkołach w Stoje­szynie, Wolicy i Wierz­cho­wiskach. Mnie najbardziej utkwił w pamięci jeden wyjazd do Wierz­chowisk. Było to przy końcu czerwca 1955r. frekwencja, ludności chętnej na badania, mała. Przyszło trochę dzieci i kilka starszych kobiet. Wreszcie pytam jedna.starszą panią: „Co u Was, tak wszyscy zdrowi?” -., Ano zdrowi, tylko wnuczka jest jakaś dziwna”. Pytam dalej:„Ale ży czy chodzi?” — „Chodzi, jeno jakoś tak” -.. To proszę ja. przypro­wadzić” .Nie upłynęło pół godziny, wchodzi do izby szkolnej gabinetu — młoda panienka, a za nią babcia. Dziewczyna zgrabna, wypro­stowana, ładna 18-​​latka, z uśmiechem na ustach. Coś do niej mówię, a ona nic, tylko się śmieje z dziwnym grymasem na twarzy. Jak błyskawica przeleciał mi przez głowę wykład prof. Bogda­nowicza o tężcu ! Zerwałem się z krzesła, podchodzę do niej, palcem uderzam w brzuch, jest twardy jak deska. Macam łydki– twarde, napięte. Pytam pospiesznie babcię, czy nie skaleczyła się . może jakaś rana ostatnio? „ Nic takiego”. Ale w końcu babcia przypomina sobie , że przed tygodniem paliło się w nocy na wsi i wszyscy lecieli do ognia, a ta dziewczyna nawet boso. Weszła jej w nogę drzazga ze starego płotu ., ale usunęli”. Wszystko jasne — galopujący tężec ..czerwiec — upały”. Coś jej tam z domu przyniesiono, dałem podwodę z najlepszymi końmi, z dziewczyną wsiadła położna Pani Danuta Masłach — bardziej doświadczona i na skróty, przez lasy , z Wierz­chowisk do szpitala w Janowie. Tam sensacja, bo dawno nie mieli takiego przypadku. Przeżyła; leczona bardzo długo. Podobno „kukurużnik” co dwa — trzy dni zrzucał dla niej surowicę, zbierana, po Polsce.

Do ciekawszych wspomnień, zaliczam małego pacjenta, a było to na początku mojej pracy w Modli­bo­rzycach. Chyba przy końcu lutego 1955roku. Późnym wieczorem , już prawie w nocy. zapukał ktoś do domu dziadków Orłowskich, a właściwie to do mnie. z prośba, o zbadanie dziecka. Wiozą, ze szpitala w Krakowie chłopczyka 6-​​letniego, do domu. Mieszkająw Wolicy Drugiej. Jest bezna­dziejnie chory na gruźlicę opon mózgowo-​​rdzeniowych. Wypisali chłopca do domu, nadziei nie dali, leków nie przepisali. Jadąc ze stacji PKP, wstąpili po drodze do mnie, że może coś „podpowiem”. Dziecko było już wcześniej leczone w Janowie i Lublinie. U Dziadków Orłowskich– kuchnia duża, dziecko położyli na stole, w pierzynach, przepocone; najpierw niech się ogrzeją. Widzę zaczy­nające się wodogłowie, włosy skręcone na baranek, blady, słabo reaguje na otoczenie, mimo obcego domu, otępiały, obojętny, apatyczny z otwartymi ustami. Zbadałem go ogólnie, żeby nie zniechęcać rodziców i kazałem za dwa dni przyjechać po mnie wieczorem– po pracy. Z karty infor­ma­cyjnej dowie­działem się o wynikach licznych badań leczeniu. Otrzymywał m/​in : Strep­to­mycynę, rimifon, witaminy, wapń itd. Na drugi dzień zabrałem ze sobą strep­to­mycynę i pojechałem saniami, drogą zimową, pod wieczór do pacjenta. Okazało się, że nie mają elektryczności. Jedyna w domu lampa naftowa, niby z lusterkiem, ale ciemnica. Miałem szczere chęci, jak mi Bóg miły, pomóc temu chłopcu. Przede wszystkim zrobić nakłucie lędźwiowe i upuścić płyn– zmniejszyć jego ciśnienie, żeby dziecko nie cierpiało na ból głowy. W kuchni był niewielki stół, ale chłopiec się zmieścił. Musiałem wytłu­maczyć– nauczyć ojca, jak ma trzymać, leżącego na boku syna. Matka przyświecała lampą, ale ciekawska, więcej dla siebie, niż dla mnie. Bez przerwy, musiałem rodzicom zwracać uwagę-​​ więcej „widziałem” macając palcami, niż, jak powinienem-​​oczami. Wyczuwałem strupki po poprzednich punkcjach, ale igłą kierowała chyba „ręka Pańska”. W tych warunkach najtrud­niejszy był-​​pierwszy raz. Strumień płynu. Początkowo wyraźny, później krople. Wszystko to wydawało mi się za mało. Musiała być jakaś przeszkoda w odbar­czaniu tego płynu z mózgu. Jest tam anato­miczne zwężenie, może w nim tkwi przeszkoda? Może coś gęstnieje, tworzy się „galareta” i utrudnia przepływ. Przypo­mniałem sobie Targi Poznańskie w 1953r„ stoisko farma­ceu­tyczne Firmy „Raschel”, gdzie otrzymałem broszurkę rekla­mującą Hydro­kortizon wraz z próbką. Szerokie możliwości tego leku zainte­re­sowały mnie, nawet zatrzymałem się dłużej tam i przy szklance soku pomarań­czowego z lodem wysłu­chałem krótkiego wykładu na temat możliwości, skuteczności i sposobów stosowania tego preparatu. Wtedy w Wolicy pomyślałem, że spróbuję wykorzystać Hydro­kortizon do rozpusz­czania lub rozcień­czania ewentualnej przeszkody w kanale mózgowo-​​rdzeniowym. Powinien być widoczny efekt w postaci większego ubytku płynu, a tym samym zmniej­szenie bólów głowy. No i strep­to­mycyna będzie mogła w większym stężeniu– ilości dopłynąć do mózgu. Nie miałem się kogo poradzić, ale było to dla mnie logiczne. Może się uda?!. Hydro­kortizon zdobyłem przez wujka Olesia, pracował w wojskowej aptece w Warszawie. Robiłem tak: najpierw odbar­czałem ciśnienie, przez możliwie jak największy upust płynu, potem wstrzy­kiwałem Hydro­kortizon i po chwili dawkę Strep­to­mycyny. Te czynności wykonywałem co drugi wieczór, aż do wiosny! I udało się. Przy końcu kuracji, byłem tak wprawiony do nakłuć, że mogłem je robić nawet z zamkniętymi oczami. Chłopiec stopniowo nabierał zdrowia, apetytu, rumieńców, chodził swobodnie, nawet biegał i bawił się z rówie­śnikami. Stan jego zdrowia poprawił się na tyle, że rozpoczoł od września naukę w szkole. Na drugi rok, całkiem już zdrowego chłopca, w wakacje w czasie zabawy w jakimś wyrobisku, przysypała ziemia. Nie zdążyli go uratować. Nie znane są wyroki Boskie. (Czytając ten fragment moich wspomnień, będą Państwo wiedzieli o kogo chodzi.)

W czasie tej ciężkiej zimy, dużo starszych osób leżało po domach z powodu różnych zapaleń, jak i nasilenia się dolegliwości przewlekłych. Choroby nie omijały, jak wspominałem-​​dzieci. Jeździłem więc po wsiach, gdzie w domach zbierało się kilkoro chorych osób, czekając na umówionego lekarza. Prawie za każdym razem, nie proszony, wstępowałem do chorych, którzy krępując się swojej biedy, nie wzywali lekarza. Dowia­dywałem się o nich od woźniców, jak np. mijaliśmy ich domy. I tak było; od jednych dostawałem pieniądze, a drugim zosta­wiałem na leki. Wszędzie propo­nowano gorącą herbatę i jakiś poczę­stunek, ale dzień krótki, a potem noc i śniegi. Ludzie nawet porobili sobie„ zimowe drogi”- na skróty, wszystko pozamarzane, zawiane. Wiele takich wyjazdów do chorych pamiętam, ale jeden szcze­gólnie wspominam. Była to niedziela. Przyjechał do nas z Lublina dobry znajomy (już w grobie, mogę pisać), Inspektor Lasów Państwowych– inż.. Zagórski (faktycznie był Inspektorem, ale przed wojną i Policji Państwowej w Tarnopolu. W Lublinie „ryzuny”, nie namierzyli go). Po obiedzie, przed dom gdzie mieszkałem i w wolnych godzinach przyj­mowałem pacjentów, podjechały parokonne sanie. Woźnica prosił, abym mimo świątecznego dnia pojechał do ciężko chorego dziecka w Wierz­cho­wiskach. Usłyszawszy to pan Zagórski, wprosił się na tę przejażdżkę, a ja też byłem zadowolony, bo przy okazji gość będzie miał kulig. W saniach było dużo siana, wygodne siedzenia, zamiast baranicy-​​grube koce i jakaś burka. Opatuleni, ruszyliśmy z kopyta. Pogoda piękna, wokół wszystko się iskrzyło, konie wypoczęte zimą, rwały w kierunku stajni, nie czując w nogach przeje­chanych kilkunastu kilometrów. Bat był tylko od parady. Droga zimowa przetarta, widoki piękne, lekki wiaterek smagał policzki, tylko zachwycać się krajo­brazem, bo rozmowa byłaby nie na miejscu. Sanie mknęły coraz wyżej, na wznie­sienia Roztocza, potem na końcu niewielkiego wąwozu, skręciły w prawo, na podwórko pp. Janików w Wierz­cho­wiskach Pierwszych. Zachorował mały synek pp. Janików. Nie pamiętam co mu było, ale chyba nic groźnego, bo pozostał w domu. Po zbadaniu dziecka, p. Michalina Janikowa w imieniu chorego– znajomego z Kamiennej Góry, prosiła, żebym przy okazji i jego zbadał; leży od dawna w łóżku. Była jeszcze wczesna pora. Inspektor został z p. Czesławem Janikiem, a ja pojechałem, już innymi saniami, do następnego pacjenta. Droga pod wyższą górkę, nawet woźnica zeskoczył z sani i biegł obok. Dom stary, słabo ogrzewany, czuć wilgoć, pod grubą pierzyna leży starszy mężczyzna. Leczył się od dawna w wielu miejscowościach(ale po kilku moich wizytach– ozdrawiał i mnie„wychwalał”). Wychodząc wtedy z pokoju chorego zobaczyłem w kuchni na stole, leżące w beciku głośno płaczące niemowlę sąsiadki; też chore. Na lepce, siedzi kilka kobiet w czarnych chustach (niedziela), głowy opuszczone. To ciekawskie sąsiadki zleciały się, bo doktór przyjechał, zerkają dyskretnie i nadsłuchują. Przy badaniu prawie żongluję tym dzieckiem. Matka patrzy z niepokojem na mnie, dziecko nadal płacze i w tym momencie, jedna z kobiet siedząca na lepce rozła­dowuje sytuację; podnosi głowę i mówi głośno:„ Kumo, mo taki głos, chyba organistom będzie”. Matka zachwycona życzeniami, odpowiada z zadowo­leniem, kiwając głową: „Bóg zapłać!, Bóg zapłać!”. Wracając z Kamiennej Góry, podziwiam piękne widoki ośnie­żonych wzgórz Roztocza, oświetlone na różowo promieniami zacho­dzącego słońca. Do tego para, buchająca z nozdrzy końskich, zapowiadała mroźna, noc. Wróciłem do pp. Janików po Inspektora, a tu „stop”. Długi stół nakryty śnieżno­białym obrusem, gładkim jak opłatek, różne talerze, a na wierzchu „głębokie”, z żółtym, domowym makaronem; obok wiele platerów, zapowia­da­jących ucztę. Było już kilku sąsiadów p. Czesława, którym Inspektor coś ciekawego opowiadał; a gawędziarz z niego wspaniały. Słuchali światowego człowieka z wielką cieka­wością, bo tak wszystko obrazowo przekazywał. Chwilę po mnie weszli następni goście– same chłopy i każdy, zza pazuchy, wyjmował dyskretnie flaszkę. Obser­wowałem Inspektora, śmiały mu się oczy na ten widok coraz bardziej. Pani Michalina zaprasza do stołu i stawia wazę z gorącym rosołem, chyba najlepszy, jaki jadłem w życiu. Potem było jakieś smaczne pieczyste, sałatki, bigos, wędliny, desery i herbata, parzona wodą z głębokiej studni i pokładów wapiennych. Przez przypadek był też program rozrywkowy, wprawdzie przez radio, ale na poziomie światowym. Trans­mi­towano wtedy mecz hokeja na lodzie, między drużynami Kanady i ZSSR. Co gol-​​to toast i brawa za zdobycie kolejnej bramki przez Kanadyj­czyków. Dobrze, że trunków wystarczyło– na 5:0 dla Kanady. Proszę sobie wyobrazić– nocna głusza na dalekiej Lubelsz­czyźnie, a tu kibice z Polski, przy małym bakelitowym „Pionierku” na półce przy ścianie, wiwatują w 1955r. „Dołożyć kacapom”, „Bić ruska”, „Jeszcze jeden gol!” i następny toast. Mecz skończył się grubo po północy i o drugiej siedzieliśmy już w saniach. Gościnna p. Michalina Janikowa wcisnęła nam na pożegnanie, pokaźny kołacz. Woźnica zaciął konie, na krótkich postronkach, żeby nie wpadać w zatoki. Księżyc ogromny leniwie przyświecał drogę. Inspektor Zagórski zadowolony, bo nie musiał w ponie­działek rano wstawać do pracy. Nawet jakąś melodię nucił. Konie parskały zdrowo, sanie płynęły, a ja chyba drzemałem. Ale teraz, co dla mnie najważ­niejsze– od zimy 1955r. jestem związany szczerą przyjaźnią z Rodziną Państwa Janików.

Przyszło lato, wakacje, żniwa, pacjentów w Ośrodku mniej. Któregoś dnia przyjeżdża do mnie furmanką gospodarz z prośbą na wizytę do jego przewlekle chorej żony. Choruje od kilku lat i choroba nasila się szcze­gólnie w tym letnim okresie. Mieszka w Felinowie, nie tak daleko. Umówiłem się z nim na jutro, zaraz po obiedzie. Przyjechał. Wziąłem ze sobą lornetkę, flower; będę miał przy okazji wycieczkę, bo okolica piękna, tym bardziej, że mieliśmy jechać przez jakieś „Doły”. Wlekliśmy się stępa, ciągnieni przez niewielkiego gniadosza. Gospodarz podczas drogi opowiadał o chorobie żony, że jeździł z nią po różnych doktorach, znachorach, w zeszłym roku nawet sprzedał krowę na leczenie i nie ma żadnej poprawy. A słyszał o mnie, że jestem pomocny”, więc może ja, postawię ją na nogi, bo nie może chodzić, ani stać długo, tylko by leżała i leży w łóżku, a tu żniwa itd. Jesteśmy na kolejnej górce, pokazał nawet ręką w dali swoje zabudowania. Przejeż­dżając obok wysokiego dębu, zobaczyłem na wierz­chołku, siedzącego na suchej gałęzi grzywacza. Pewnie obserwował teren, pilnując żerującego stadka. Bez większego namysłu zdjąłem go z floweru; gotował się ze trzy dni. To musiał być przewodnik, źle zrobiłem, zabijając go. Miałem długo „kaca moralnego”. Wjeżdżamy na rozległe podwórko, pies ujada, tańcząc na łańcuchu. Z domu nikt nie wygląda. Gospodarz odpiął postronki i prosi do mieszkania. Przechodzę przez kuchnię, w której widać brak ręki kobiecej. W pokoju leży na łóżku, trochę blada na twarzy, młoda kobieta i w oczach jej widzę już ironiczne spojrzenie. Witam ją, przepro­wadzam wywiad, badam. Wszystko w normie. Chłopina posępny — oparty o ścianę, czeka, co powiem?. A pacjentka bez przerwy narzeka na bóle, co ją dotknę, że nie ma władzy w nogach ani w rękach. Ale czuję, że mnie oszukuje. Spoglądam na zmartwionego męża, a on na mnie– pytają co: jaka diagnoza, czy mi się uda ją wyleczyć?. Zrobiło mi się go żal. Baba do rzeczy, tylko leń na żniwa, symulantka. Z bardzo poważną miną, niby pisząc recepty, przerywam, oboje patrzą na mnie pytająco, a ja do męża: Proszę Pana! Trzeba koniecznie wynieść z łóżkiem żonę na świeże powietrze, na słońce, taka blada, trzeba jej tlenu. Zrobimy zaraz próbę, pomogę Panu wynieść żonę. Kobieta zadowolona, czeka co będzie dalej. Gospodarz otworzył szerzej drzwi i obaj wynie­śliśmy, dość lekkie metalowe łóżko razem z pacjentką, na podwórko, nieopodal studni.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach

Przez całą okupację, bardzo często sołtys przypro­wadzał do dziadków na kwaterę różnych niemieckich urzędników i wojskowych. Jedli i mieszkali, nawet po kilka dni, tygodni. Na początku lata 1942r. zamieszkał Niemiec, cywil, nosił w klapie okrągły znaczek NSDAP; jakiś urzędnik od wywożenia Polaków do pracy w Rzeszy. Pierwszego dnia pobytu, zaraz po obiedzie, zachciało mu się wódki. Ponieważ w domu jej nie było, a on nie wiedział gdzie kupić, matka poleciła mi zapro­wadzić go do restauracji p. Osińskiej przy ul. Zaborskiej. Wyszliśmy do miasta po 18:00. Wtedy już obowią­zywała Żydów godzina policyjna. Idąc lewą strona, ul. Piłsud­skiego, z drugiego mieszkania, za domem doktora Zieliń­skiego otworzyły się nagle drzwi i wyszedł młody Żyd, wysoki, w białej koszuli, zielonych spodniach i czarnych oficerkach. Ponieważ na ulicy było pusto, Niemiec zorientował się zaraz, że to Żyd. Ten stanął obok drzwi blady, jak „słup soli” i podniósł ręce do góry. Krępy, średniego wzrostu Niemiec, wyjął spod marynarki pistolet i wymierzył w Żyda. Stojąc przy Niemcu, błyska­wicznie podbiłem mu rękę z pistoletem do góry. Równo­cześnie padł strzał, ale w powietrze. Żyd osunął się na ziemię, Niemiec spojrzał groźnie na mnie, później na Żyda i zaczął się ogromnie śmiać. Nie wiedziałem z czego. Pokazał mi ręka, jego mokre spodnie!

Odcia,gna,łem Niemca od tego Żyda i poszliśmy dalej. Całe to wydarzenie widzieli przez okna przerażeni Żydzi. W przed­ostatnim domu, przed ul. Zamkową było otwarte okno, przez które dochodził glos modlącego się Żyda. Niemiec zajrzał tam po cichu, i później „na migi”, kazał mnie to samo zrobić. W niewielkim pokoju za stołem, tyłem do okna, a twarzą do jakiegoś kredensu, głośno modlił się Żyd. Był w stroju rytualnym („cycałe”), kiwał się bez przerwy, po lewej stronie paliła się w niewielkim lichtarzu świeczka. Znowu wyjął pistolet. Przeraziłem się. Przytknął palec do ust, żebym był cicho, pomachał ręka, uspoka­jająco i wskazał na świeczkę, którą jednym strzałem zgasił. Z mieszkania Żyda dochodziły jakieś krzyki, hałas. U p. Osińskiej kupił cztery butelki wódki, włożył do teczki i wróciliśmy do domu. Popił i po kolacji poszedł sam do miasta. Podobno kazał otworzyć „Judenrad” i złośliwie zalał tam atramentem kilka kart jakiejś księgi z dokumentami, nakazując przepisanie ich do rana. Kilkunastu Żydów pisało całą noc. Na drugi dzień rano, jak Niemiec poszedł do gminy, zebrała się przed naszym domem duża gromada Żydów, może ze dwieście osób. Dziękowali mojej matce za uratowanie Żyda od śmierci. Nie mieli słów podzięki i zachwytu za moja, odwagę. Ciekaw jestem, co by Żydzi myśleli, gdyby przy mnie Niemiec zastrzelił Żyda ? Oskarżyli by mnie, że Niemca „napuściłem”. A było ich wtedy w Modli­bo­rzycach ze dwa i pół tysiąca. Od tej pory, napotkani w mieście Żydzi, pokazywali mnie palcami i zaczęli nawet się kłaniać!

W południe 26 sierpnia 1942r. jakiś niepokój na ulicy Janowskiej. Biegnę i widzę po lewej stronie Niemców w mundurach Schutz­polizei, koło domu Pankowskich. Oficerze szpicrutą, stoi na środku ulicy, a kilku wynosi z domu jakieś książki, papiery i wrzuca do palącego się na podwórku ogniska. Wszystko widać dokładnie, bo nie było tam płotu. Widzę nawet obraz Matki Boskiej w ramach, Niemiec go rozbiera, ogląda i też wrzuca do ognia. Stałem bardzo blisko, więc oficer przepędził mnie, uderzając po nogach szpicrutą. Przeszedłem na druga, stronę ulicy i usiadłem na ławce przed domem vis a vis. Po pewnym czasie Niemcy odeszli w kierunku rynku. Tego dnia chcieli aresztować Kazimierza Pankow­skiego, ale im uciekł. Następnie poszli po Wacława Pikulę, który ostrzeżony przez kuzyna Heńka Pikulę (kadeta), też zbiegł. To samo było tego dnia z Klimkiem Głowackim. Zapla­nowana akcja nie udała się Niemcom, więc wzięli na zakładników: za Wacława Pikulę — jego ojca Dominika i brata Kazimierza, a za Klemensa Głowackiego też jego ojca Ignacego i brata Longina, których później, za górą „Cegielnią” na polu, rozstrzelali. To były następne ofiary za ruch oporu, które w Modli­bo­rzycach widziałem. Później dowie­działem się, że Głowacki, Pankowski i Pikula należeli do Polskiej Organizacji Zbrojnej.

W osadzie zapanował większy strach przed okupantem. Ulice opustoszały, ludzie rozmawiali półgłosem. Dopiero wieczór, przemykano się opłotkami do znajomych.Okna szczelnie zasłaniano i spuszczano psy z łańcuchów. Ogólne przygnę­bienie. Do tego, zakra­dająca się bieda ludności, szcze­gólnie narodowości żydowskiej. Dawne gry harcerskie: zwiad, zasadzki, podchody, były teraz prawdziwe i emocjonalne, ale ja tęskniłem do biwaków, wędrówek leśnych, budowy szałasów itp. Dlatego chętnie korzy­stałem z każdej okazji wyjazdu do lasu, na które zabierał mnie dziadzio Orłowski.

Z tego okresu zapamiętałem szcze­gólnie jeden z wyjazdów po drewno opałowe. Pojechaliśmy raniutko, dużym parokonnym wozem, daleko, do jakiegoś gajowego. Zabudowania samotne, na niewielkiej polanie. Dziadzio z gajowym pojechali w głąb lasu.; ja pozostałem w gajówce. Tam trafiłem na skromne śniadanie, do którego usiadło pięcioro dzieci i stary dziadek, no i ja. Gospodyni postawiła na środku szerokiej ławy, dużą gliniana, miskę parujących kartofli „ w całości|”, na których leżało siedem skwarków słoniny, oraz przed każdym mała, glinianą miskę z gotowana, serwatka,. W żółtej serwatce, pływały pojedyncze okruchy białego sera. Jedliśmy łyżkami. Nic w tym szcze­gólnego — pierwszy raz w życiu jadłem gotowaną serwatkę z kartoflami, ale czułem, że nędznie żyją, że jest tam bieda, bo jak dziadek chciał łyżka, wziąć skwarek z kartofli, dzieci, widząc to, szybko uderzały swoimi w łyżkę dziadka i skwarek wracał na kartofle. Scenę tę często mam przed oczyma, szcze­gólnie, jak obecnie obserwuję marudzące dzieci przyjedzeniu.

Na początku września 1942r., przyjechał do nas dentysta z Łęcznej, Żyd, dr Zeman z synem Gutkiem. Gutek miał rodzinę w Modli­bo­rzycach, do której przed wojna., często przyjeżdżał w wakacje i bawił się z nami na łąkach, kąpał się i pływał po Sannie moim kajakiem, na Zamłyniu grał w piłkę, a na błoniu w palanta i pekę. Smakował mu chleb ze smalcem i ogórki kiszone. Kolegował się z chłopcami z naszej ulicy, szcze­gólnie z Józkiem Estką i Wojtkiem Wojto­wiczem. Należał w Lęcznie do harcerstwa żydowskiego; widziałem go w ich mundurku: biała koszula, czarne wąskie do kolan spodenki i białe podko­lanówki z pomponami. Dr Zeman przewidując zamknięcie ich w Getcie, prosił o możliwość pozosta­wienia syna w naszym domu. Może się tu przechowa: gdzie często kwaterują Niemcy, w rodzinie jest ksiądz itd. bo mówi się ..że pod latarnią jest najciemniej„‚ . Gutek nie nosił gwiazdy Dawida i nie był podobny do Żyda. Ojciec jego miał na lewej piersi, przyszyta, sześcio­ra­mienną żółta, gwiazdę. Nosił ja, przepisowo od 1 września 1941 r.,Gutek został u nas. Był smutny, tęsknił i na kilka dni przed wypędzeniem Żydów, uciekł do rodziców.

We wrześniu Niemcy zarządzili wysie­dlenie z Modli­borzyc wszystkich Żydów do getta w Zaklikowie. Mieli zebrać się rano na rynku, z podręcznym bagażem. Przetrans­por­towano ich furmankami [jak mieli pieniądze], część pieszo. Dużo ich zostało, po drodze, „na wieki”.

Z Zaklikowa, grupami, odjeżdżali towarowymi wagonami w nieznane. Jak zwykle ciekawski, biegałem po ulicach, szukając znajomych twarzy. Szcze­gólnie profesora medycyny Gotliba z Wiednia, bywał u nas często. Profesorkę Konser­wa­torium w Wiedniu, która mieszkała u pp. Kubickich i uczyła mnie gry na forte­pianie. Eryki, ślicznej dziewczyny, mieszkała z rodzicami przy ul. Kowalskiej. W Modli­bo­rzycach pozostała (nie na długo) tylko piękna wiedenka -„ Mauzi”, o której względy zabiegali nie tylko oficerowie niemieccy, ale i Olek Gerlicz, dziedzic ze Stojeszyna. Miała w naszej miejscowości, przyja­ciółkę. Wracając z rynku, zauważyłem na ul. Błotnej grupkę osób przed domem pp. Krasowskich. Frontowy pokój miał pootwierane okna. U nich też mieszkali Żydzi wiedeńscy, starsze małżeństwo. On był jakimś profesorem chemii. Podszedłem i usłyszałem, że nie żyja,. Wszedłem do środka i zobaczyłem leżące na podwójnym łóżku, dwa martwe ciała. Leżeli równo na wznak, obok siebie. Łóżka przykryte czystymi, białymi przeście­radłami, oni oboje ładnie ubrani na czarno. Mężczyzna leżał od okna; ręce mieli złożone na piersiach. Wyglądali bardzo dostojnie. Na szafkach nocnych, stały dwie szklane zlewki labora­toryjne z białym osadem na ściankach. Prawdo­po­dobnie w nocy oboje otruli się, przewidując uciążliwy i tragiczny koniec. To zdarzenie też zaliczam do swoich harcerskich wspomnień.

Rok 1942 szcze­gólnie był tragiczny dla nas harcerzy. W styczniu ginie mój ojciec , w sierpniu nasz zastępowy Stach Pikula traci ojca i brata, a 2 października druh Marian Torla (Nunek) traci ojca. Nasiliły się aresz­towania i Niemcy zabrali z domów w dniu 2 października 1942r. członków POZ (Grupa Oddział Wspoma­gający): p.p. Tomasza Pietrasa, Henryka i Stanisława Saganów (z Dapia), chorążego Stanisława Torlę, Henryka Saję i Brodzisza (z Modli­borzyc). Aresz­to­wanych wywożą ciężarówka, i tego samego dnia rozstrzelali ich w lesie za Kraśnikiem. Śmierci uniknął tylko p. Brodzisz, były wojskowy, który wyrwał się Niemcowi i uciekając zygzakiem pomiędzy drzewami, nie dał się zastrzelić. Później wrócił do Modli­borzyc i ukrywał się do końca wojny. 26 października nowy cios dla rodziny naszego zastę­powego. W jarach, koło wsi Bilsko, zastrzelono kilku ukrywa­jących się party­zantów członków POZ (AK), a wśród nich dowódcę miejscowej placówki, ppor. Wacława Pikulę — brata Stacha.

Po rozpra­cowaniu tajnej organizacji wojskowej, do której należeli: Głowacki, Pankowski i Pikula, społe­czeństwo Modli­borzyc, zaczęło ostrożnie rozglądać się za szpiclami, donosi­cielami, kolabo­rantami, współ­pra­cu­jącymi z „granatowa,” Policja, Polska, i Niemcami. Podej­rzewano o to wiele osób z Modli­borzyc i okolicy, ale pewności nie było. Będąc wtajem­niczony w wiele spraw, dostałem polecenie od wujka Olesia, aby dowiedzieć się, ile mogę. o Grempczyku już wtedy „szarej eminencji”. Był wysie­dlonym z poznań­skiego, mieszkał na Kol. Zamek u pp. Drzymałów, razem ze stara, matka, i młoda, kobietą. W okupację pracował w Gminie Modli­borzyce i bywał często w dworku na Kol. Zamek, gdzie mieściło się wtedy Leśnictwo. Do Zamku, chodziłem w ramach tajnego nauczania, na lekcje do p. Wandy Kowalińskiej, też wysie­dlonej z poznań­skiego, z która, to rodziną Grempczyk utrzymywał bliższy kontakt. Grempczyk miał bryczkę i zatrudniał jako woźnicę okresowo Stanisława Pasztaleńca (był kulawy). P. Paszta­leniec woził często, po okolicy, kobietę miesz­kająca z Gremp­czykiem. Jeździła w podej­rzanych sprawach. Po pewnym czasie, Grempczyk wydał Niemcom p. Pasztaleńca za kontakty z podziemiem. Aresz­towany, przebywał w obozie w Puławach, później na Zamku Lubelskim i tam zamor­dowany. Po wypędzeniu Żydów w 1942r., i przez następny rok, Grempczyk często chodził nocami po Modli­bo­rzycach, węszył za ukrywa­jącymi się Żydami i ich kontaktami z Polakami. Widywałem go w czasie pełnienia nocnych wart. Nawet raz w nocy przepędził, mnie jak go spotkałem koło domu p. Tomiły, przy ul. Piłsud­skiego. Nie wiem co się z nim stało, ale chyba uciekł razem z Niemcami.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

Rowerem z Warszawy do Góry Kalwarii i Czerska

Czytaj dalej

Warszawskie Atrakcje, Zabytki i Historia

Zamek Królewski

Zamek Królewski był rezydencją książąt mazowieckich. Z chwilą przenie­sienia stolicy z Krakowa, stał się siedzibą króla oraz władz. Wielo­krotnie przebu­do­wywany, podczas II wojny światowej został całkowicie zburzony — odbudowano go wykorzy­stując ocalałe fragmenty. Dziś charak­te­ry­styczna bryła Zamku z wieżą zegarową (z której codziennie o godz. 11.15 odgrywany jest hejnał) otwiera space­rującym drogę na Starówkę. Atrakcjami Muzeum są oryginalne obrazy Rembrandta i Bernarda Bellotta zw. Canaletto, nadwornego malarza ostatniego króla Polski (te wiernie naśla­dujące rzeczy­wistość obrazy byty bezcenną pomocą przy powojennej odbudowie miasta).

Od strony Wisty znajdują się, oddane po gruntownej restauracji, Arkady Kubickiego, które wspierały skarpę z Zamkiem nadając zarazem monumentalny kształt ogrodowej elewacji. Po powstaniu 1831 r. przekształcono je na stajnie i koszary, a potem na garaże. Arkady są oryginalną budowlą, która nie została zniszczona podczas II wojny światowej. Przy zamku stoi Kolumna Króla Zygmunta III Wazy — najstarszy i najwyższy świecki pomnik w Warszawie. Wzniesiony w 1644 r. z inicjatywy króla Władysława IV na cześć Zygmunta III Wazy, jego ojca, który przeniósł stolicę do Warszawy. Pomnik ma 22 m wysokości, a postać króla mierzy 275 cm. Trzymana w prawej dłoni szabla symbo­lizuje jego dzielność, a krzyż w lewej — nieustanną gotowość do walki ze złem. Według legendy opusz­czenie przez króla szabli ku dołowi zwiastować będzie miastu zbliżającą się klęskę…

Stare Miasto

Stare Miasto histo­ryczne centrum i najstarsza część miasta, a jedno­cześnie salon kulturalny stolicy. Założone w XIII w. jako gród książęcy i osada otoczona murami. Podczas drugiej wojny światowej zniszczone w 90%. Dzięki doskonałej odbudowie wpisane w 1980 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Kultu­rowego i Przyrod­niczego UNESCO. Obecnie jest tętniącym gwarem miejscem spacerów, pełnym galerii, kawiarni i restauracji.

W centrum staro­miej­skiego Rynku stoi pomnik Warszawskiej Syrenki, która jako symbol miasta widnieje też w herbie Stolicy. Poza nim w Warszawie znajdują się dziesiątki innych wizerunków opiekunki miasta. Najważ­niejsze z nich to 2 kolejne pomniki usytuowane w popularnych turystycznie miejscach — jeden ustawiono na brzegu Wisły, gdzie według legendy syrena wyszła na ląd (przy moście Święto­krzyskim), drugi — nieco mniej znany ale na pewno godny uwagi — znajduje się na wiadukcie Markiewicza przy ul. Karowej.

Łazienki Królewskie

Łazienki to jeden z najpięk­niejszych zespołów pałacowo-​​ogrodowych w Europie, założony w XVII w. przez króla Polski Stanisława Augusta. Niegdyś na tym gęsto zadrze­wionym terenie był zwierzyniec — miejsce gdzie królowie urządzali polowania. Zaska­kująca nazwa Parku pochodzi od łaźni, przebu­dowanej na pałac…

Na terenie Łazienek znajduje się wiele zabyt­kowych budowli, z których najważ­niejsza to letnia rezydencja królewska — Pałac na Wyspie, gdzie odbywały się przyjęcia i wydawano słynne obiady czwartkowe. Obok Pałacu znajduje się Teatr na Wyspie.

W parku warto odszukać także Pałac Myślewicki gdzie mieszkali królewscy dworzanie, Pomarań­czarnie, Kordegardy, Biały Domek oraz wiele innych. Znajduje się tu też pomnik Fryderyka Chopina, który jest jednym z najbardziej rozpo­zna­walnych obiektów warszawskich. W okresie letnim u stóp pomnika odbywają się koncerty chopi­nowskie. Łazienki Królewskie to miejsce licznych wydarzeń o charakterze kultu­ralnym, naukowym i rozrywkowym, a także ulubione miejsce spacerów warsza­wiaków. W parku nie wolno jeździć na rolkach, desko­rolkach ani rowerach.

Wilanów

Pałac w Wilanowie to letnia rezydencja królewska Jana III Sobie­skiego, a potem Augusta II oraz najzna­ko­mitszych rodów magnackich. Nazwa rezydencji oraz całej dzielnicy wywodzi się od określenia ViIla Nova. Nazwę tę nadał swym ziemiom Sobieski zakupując je w XVII w. pod budowę pałacu. Imponująca budowla połączyła w sobie elementy dworu szlacheckiego, włoskiej willi ogrodowej i pałacu w stylu Ludwika XIV, francu­skiego Króla-​​Słońce. Jest jednym z najpięk­niejszych zabytków europej­skiego baroku i świadectwem świetności Rzeczy­po­spolitej. Warto wspomnieć, że w 1805 r. Stanisław Potocki (ówczesny właściciel Wilanowa) udostępnił publiczności swoją kolekcję dzieł sztuki zgromadzoną w pałacu w Wilanowie, tworząc w ten sposób jedno z pierwszych muzeów w Polsce.

Między pałacem, a Jeziorkiem Wilanowskim położony jest dwupo­ziomowy barokowy ogród włoski. W części południowej znajduje się roman­tyczny park w stylu angielskim.

Zespół pałacowo-​​parkowy w Wilanowie jest ważnym miejscem wydarzeń kultu­ralnych i koncertów. W miejscu dawnej ujeżdżalni pałacowej znajduje się Muzeum Plakatu. W parku znajduje się też Kościół św. Anny — wzniesiony w XVIII w., z pięknymi zabyt­kowymi dekoracjami oraz sarko­fagami właścicieli Wilanowa (których groby znajdują się w krypcie) oraz Mauzoleum Stanisława i Aleksandry Potockich — neogotycka kaplica wybudowana w XIX w. według projektu H. Marconiego.

Pałac Kultury i Nauki

Pałac Kultury i Nauki wzniesiony jako „dar narodu radzieckiego dla polskiego”. Pomysłodawcą jego budowy był sam Józef Stalin. Pałac to najmłodszy zabytek w Warszawie ma niewiele ponad 50 lat! — Jest najbardziej charak­te­ry­styczną budowlą i najwyższym budynkiem w Warszawie (234,5 m), widocznym z każdego jej zakątka.

W Pałacu Kultury znajduje się ponad 3 tysiące pomieszczeń, a jego niekwe­stio­nowaną atrakcją jest taras widokowy na 30 piętrze, z którego można podziwiać wspaniałą panoramę stolicy. Na szczycie Pałacu Kultury znajduje się zegar odsłonięty w 2000 r. Jest to najwyżej położony zegar wieżowy na świecie, a zarazem drugi co do wielkości w Europie. Średnice każdej z czterech tarcz zegara mają po 6 metrów. Inną cieka­wostką wieży są jej niezwykli mieszkańcy — nie każdy wie, że znajduje się tu gniazdo sokoła wędrownego, który od wielu lat składa w nim jaja.

Przyle­gający do PKiN Plac Defilad służył propa­gandowym wystą­pieniom przywódców Polskiej Republiki Ludowej. W chwili powstania był on największym tego typu założeniem w Europie — obecnie planowane jest nowe zagospo­da­rowanie przestrzeni.

Muzeum Powstania Warszawskiego

Muzeum Powstania Warszaw­skiego otwarte w 60. rocznicę wybuchu, jest jednym z najliczniej odwie­dzanych miejsc stolicy. Nowoczesna ekspozycja opisuje nie tylko heroiczną walkę, ale i niezwykłą codzienność powstańców. Muzeum jest wyrazem hołdu dla Warsza­wiaków, którzy walczyli i ginęli za niepodległą Polskę i jej stolicę.

Muzeum mieści się w budynku dawnej elektrowni tramwajowej. Ekspozycja oddaje klimat tamtego czasu, stara się odtworzyć atmosferę powstańczej Warszawy, pokazać nie tylko militarne dzieje 63 dni walk, ale także życie codzienne ludności cywilnej. Jedną z licznych atrakcji Muzeum jest replika samolotu bombowego Liberator B-​​24J.

Muzeum Narodowe

Muzeum Narodowe to jedna z najważ­niejszych instytucji kultury w kraju i największe muzeum w stolicy. W siedmiu galeriach stałych prezen­towane są m.in. zabytki sztuki wczesno­chrze­ści­jańskiej, rzeźba, malarstwo tablicowe oraz złotnictwo ze wszystkich regionów związanych histo­rycznie z Polską w epoce średnio­wiecza, a także dzieła powstałe w innych ważnych centrach Europy, obrazy, rzeźby oraz rzemiosło artystyczne od średnio­wiecza do pocz. XX wieku. Niekwe­stio­nowaną atrakcją muzeum jest ogromny obraz Jana Matejki (XIX w.): „Bitwa pod Grunwaldem” o imponu­jących wymiarach: 426 x 987 cm. W Muzeum odbywają się również liczne wystawy czasowe, prezen­tujące sztukę z całego świata.

Skrzydło budynku od strony Wisły zajmuje Muzeum Wojska Polskiego, gdzie prezen­towana jest ekspozycja przed­sta­wiająca historię polskiego oręża od czasów średnio­wiecza. Na dziedzińcu przed gmachem muzeum można zobaczyć ciężki sprzęt z okresu I i II wojny światowej m.in. czołgi, działa i śmigłowce.

Ogród Zologiczny

Miejski Ogród Zoolo­giczny został założony w 1928 roku, ma powierzchnię 40 ha. Obecnie ekspo­no­wanych jest tu około 5 000 zwierząt należących do 500 gatunków. Są wśród nich zarówno zwierzęta krajowe, jak wydry, niedź­wiedzie brunatne czy bociany, ale też liczne okazy egzotyczne słonie afrykańskie, żyrafy Rothschilda, nosorożce indyjskie, gibbony, różne gatunki ptaków, gadów i tropi­kalnych ryb. Większość zwierząt można oglądać na wybiegach, a zimą — wewnątrz obiektów. Ptaki można spotkać na terenie całego ZOO — mieszkają na stawach i w wolierach, ale najwięcej z nich w ptaszarni, której częścią jest jedyna w Polsce Hala Wolnych Lotów.

Najnowszym obiektem jest nowoczesny pawilon dla małp człeko­kształtnych (otwarty we wrześniu 2008); mieszka w nim stado szympansów i dwa młode samce goryla. Można je obserwować na dużych, otoczonych wodą wybiegach zewnętrznych lub na równie dużych wybiegach wewnętrznych — przez szybę.

Wszystkie nowe pawilony są przysto­sowane dla osób niepeł­no­sprawnych. Na terenie ZOO znajduje się kilka punktów gastro­no­micznych, a także sklepiki z pamiątkami (jeden z nich, prowadzony przez Fundację Panda, mieści się w najstarszym obiekcie w ZOO — pocho­dzącej z 1928 roku „Chacie pod Strzechą”).

W centrum ZOO znajduje się przygo­towane specjalnie dla dzieci „Baśniowe ZOO”. Są tam zagrody ze zwierzętami, które można pogłaskać i poczę­stować marchewką czy jabłkiem oraz duży, nowoczesny i bezpieczny plac zabaw.

Biblioteka Uniwer­sytetu Warszawskiego

Nowoczesny gmach Biblioteki UW sktada się z dwóch budynków: frontowego (tzw. rogala) i głównego. Obie części połączone są pasażem, tzw. uliczką, przykrytą przeszklonym dachem. Zarówno część frontowa, jak i kondy­gnacja podziemna wynaj­mowane są insty­tucjom komer­cyjnym. Właściwy budynek Biblioteki, którego wejście zwieńczone jest ogromną rozwartą księgą z napisem HINC OMNIA, składa się z czterech kondy­gnacji — dla użytkowników udostępniony jest parter.

Największą atrakcją BUW-​​u jest ogród na dachu budynku, który rozciąga się na powierzchni ponad 1 hektara. Jest on jednym z największych i najpięk­niejszych ogrodów dachowych w Europie. Ogród uniwer­sytecki jest ogólnie dostępny (choć ogrodzony i zamykany) i stanowi doskonałe miejsce wypoczynku nie tylko dla studentów czy pracowników naukowych, ale także warsza­wiaków niezwią­zanych z Uniwer­sytetem. Ogród składa się z dwóch części: górnej (o powierzchni 2000 m2) i dolnej (o powierzchni 15 000 m2), połączonych strumieniem z kaskadowo spływającą wodą. Można w nim podziwiać różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skompo­no­wanych częściach.

Z mostków i tarasu widokowego można podziwiać panoramę Warszawy, Most Święto­krzyski i Wisłę. Odwie­dzający ogrody mogą też przez specjalne okna lub szklany dach zajrzeć z góry do wnętrza Biblioteki.

Ulica Ząbkowska i Koneser

Praga przez stulecia była samodzielnym miastem, przyłą­czonym formalnie do Warszawy dopiero u schyłku XVIII w. Przez lata drugo­rzędna część miasta, ocalała od zniszczeń wojennych, jest dziś fascy­nującą dzielnicą, którą artyści wybierają na atelier, galerie oraz alter­natywne teatry.Powstały tu modne kluby, obiekty postin­du­strialne zamieniono w centra kultury, kina, galerie i puby. Z drugiej strony to właśnie na Pradze spotkamy wiele ulic, które w całości zachowały dawną zabudowę, odnaj­dziemy dawne latarnie i przed­wojenne bruki.

Jedną z głównych ulic starej Pragi jest ulica Ząbkowska, która dla wielu jest „praską starówką”. Przy tej ulicy znajduje się jedna z niekwe­stio­no­wanych atrakcji miasta — Koneser. Kompleks budynków z czerwonej cegły z końca XIX w., który przez ponad sto lat mieścił fabrykę alkoholu, jest jednym z najcen­niejszych przykładów archi­tektury przemy­słowej. Obecnie Koneser jest również nowoczesnym centrum kulturalnym.

Szlak wodny Dunajca

Szlak wodny Dunajca

Dunajec

Rzeka o dł. 247 km, pow. dorzecza 6804 km8, średnim spadku 2%o, powstaje z połączenia Białego i Czarnego Dunajca, które mają źródła w Tatrzańskim Parku Narodowym. Całość biegu Dunajca można podzielić na 3 odcinki, różniące się spadkiem i rzeźbą terenu. Bieg górny od źródeł do Kamienicy Gorcowej liczy 122,2 km, a średni spadek na tym odcinku wynosi 10,1%o. Bieg środkowy od Kamienicy Gorcowej do ujścia Łososiny to odcinek dł. 62,3 km, a średni spadek wynosi tam 2,2 %«. Bieg dolny od ujścia Łososiny do ujścia Dunajca do Wisły to pozostałe 72,5 km; średni spadek na tym odcinku wynosi 0,87 V. Dorzecze Dunajca rozciąga się na terytorium Polski i Czecho-​​Słowacji. W Cze-​​cho-​​Słowacji leży część górnego dorzecza (fragment dorzecza górnej Białki Tatrzańskiej i Zamagurze Spiskie) oraz dorzecza górnego Popradu. Polska część dorzecza Dunajca rozciąga się na obszarze woj. nowosą­deckiego i niewielkim skrawkiem wkracza na obszar woj. tarnow­skiego (dopływ Biała Tarnowska w rejonie źródeł i średniego biegu). Z wielu dopływów Dunajca dostępne dla kajakarzy to: Białka Tatrzańska i Poprad oraz Kamienica, Łososina i Biała przy wysokim stanie wód.

Szlak kajakowy dł. 202 km prowadzi od Nowego Targu do Ujścia Jezuickiego. Na przebycie całej trasy należy przeznaczyć 6 – 9 dni. Najcie­kawsze dla wodniaków są nastę­pujące odcinki rzeki: w Pieninach, od Sromowiec Wyżnych do Szczawnicy, dł. 17 km, od Kłodnego do Łącka dł. 15 km oraz Jez. Rożnowskie dł. 22 km (przy pełnym zbiorniku). Spływ Dunajcem należy do najpięk­niejszych w Polsce i jest znany w Europie. Piękno otacza­jącego krajobrazu, urozmaicony charakter wody, zróżni­cowanie skali trudności, łatwy dostęp (z wyjątkiem Pienin), duża liczba zabytków przyrody i kultury oraz czysta woda i powietrze sprawiają, że Dunajec gości corocznie kilkaset tysięcy turystów, spływa­jących łodziami flisackimi (dłubankami) z Kątów do Szczawnicy oraz kajakarzy.

Wg między­na­rodowej skali trudności Dunajec zaliczany jest na odcinku od źródeł do Nowego Targu wraz Białką Tatrzańską do klasy WW III, od Nowego Targu do Nowego Sącza wraz z Popradem do klasy WW II, pozostała część do klasy WW I. Odcinek od Nowego Targu do mostu Huba jest trudny z uwagi na płytkie koryto. Kajakarze rozpo­czy­nający spływ w Nowym Targu winni być przygo­towani do przewożenia kajaków i bagażu drogą lądową od mostu pod Hubą (km 184) do wodowania na przystani flisackiej we wsi Kąty (km 168). Odcinek ten został zamknięty dla kajakarzy z powodu budowy Zbiornika Czorsz­tyń­skiego. W Pieninach głębokie koryto skalne ujęte jest w naturalne „bulwary” skał wapiennych; woda płynie wartko, występują zawirowania i cofki, zwłaszcza przy wysokim stanie wody. Od Niedzicy do Szczawnicy Dunajec jest rzeką graniczną. Następny odcinek: Szczawnica — Gołkowice, jest bardzo urozmaicony z uwagi na zmienną głębokość wody i gęsto rozsiane w korycie skały. Woda na ogół głęboka, płynie szybko; występuje wiele naturalnych przeszkód. Między Gołko­wicami i Nowym Sączem szlak jest dość trudny i miejscami niebez­pieczny w związku z eksplo­atacją kruszywa, powodującą zmiany koryta, powstawanie przemiałów, głębin i wstecznych prądów. Na tym odcinku, poniżej ujścia Popradu, jest jedno przeno­szenie kajaków. Jeziora — Rożnowskie i Czchowskle stanowią urozma­icenie spływu Na Jez. Rożnowskim przy silnym wietrze pd. lub zach. należy płynąć blisko brzegu z uwagi na dużą falę. Przy zaporze rożnowskiej przewozimy kajaki prawą stroną (odległość 600 m), przy zaporze czchowskiej lewą stroną (odległość 300 m). Odcinek od zapory czchowskiej do Zakliczyna ma nieliczne przeszkody, lecz dużą liczbę sztorcówek. Woda głęboka, lecz bezpieczna. Pozostała część szlaku ma charakter nizinny i nie nastręcza poważ­niejszych trudności. Przeno­szenie kajaka na wysokości Tarnowa.

Propo­nowane etapy spływu kajakowego Dunajcem: Nowy Targ, stadion lodowy — Most Huba (16 km); Kąty — Sromowce Niżne, obok restauracji (6,5 km); Sromowce Niżne — Krościenko n. Dunajcem poniżej mostu (13,5 km); Krościenko n. Dunajcem — Łącko, obok przewozu (18,5 km); Łącko — Nowy Sącz, przed mostem kolejowym (25 km); Nowy Sącz — Gródek n. Dunajcem, pole biwakowe (20,5 km); Gródek n. Dunajcem — Czchów, za zaporą (18 km); Czchów — Tarnów, przed jazem (34 km); Tarnów — Ujście Jezuickie (35,5 km).

Uwaga! Biwakowanie dozwolone jest tylko na polach biwakowych oraz w miejscach uzgod­nionych z właści­cielami terenu.

Wzdłuż szlaku wodnego Dunajca turysta spotyka wiele intere­su­jących zabytków kultury przyrody.

Powyżej Nowego Targu znajduje się torfowisko wysokie „Bór na Czerwonem”, ścisły rezerwat torfo­wi­skowym granicach miasta, ok. 2,5 km na pd. od centrum, na prawym brzegu Białego Dunajca. Torfowisko z roślin­nością reliktową i stano­wiskiem kosodrzewiny; wskutek obniżenia poziomu wód gruntowych zarasta sosną, tracąc charakter naturalny. Naprzeciw Czorsztyna rezerwat „Zielone Skałki”, z reliktową roślin­nością skał osadowych; Pieniński Park Narodowy.

Do ciekawych turystycznie i krajo­znawczo miejscowości położonych wzdłuż szlaku Dunajca lub w jego pobliżu zaliczyć można miejscowości:

Ludźmierz

wieś w woj. nowosą­deckim, położona nad Czarnym Dunajcem, ok. 2 000 mieszk.; wieś letniskowa. Najstarsza osada na Podhalu; 1234 osadzenie cystersów; miejsce urodzenia (1865) pisarza Kazimierza Przerwy-​​Tetmajera. Zabytki: kościół par. z 1869 – 77, w nim posąg Matki Boskiej z XV w., otoczony kultem religijnym; domy z XIX w.

Nowy Targ

miasto w woj. nowosą­deckim u zbiegu Białego’ Czarnego Dunajca, u podnóża Gorców, ok. 27 500 mieszk., ośrodek przem. i kult. Podhala. Zabytki: kościół par. św. Katarzyny, gotycko-​​barokowy z XIV w., przebu­dowany w XVII i XVIII w.; drewniany kościółek cmentarny św. Anny z XV w., przebu­dowany; d. zajazd z 2 poł. XVIII w,; 3 młyny wodne z XIX w.; domy z 2 pol. XIX w.; na Buflaku zespół zabudowań gosp. z poł. XIX w. Muzeum Regionalne PTTK. Pomnik W. Orkana. Ośrodek wytwór­czości i sztuki ludowej.

Łopuszna

wieś w woj. nowosą­deckim położona nad Lopuszanką (lewy dopływ Dunajca) i na tarasach Dunajca, ok. 1 500 mieszk. Wieś letniskowa. Założona w XIV w. Zabytki: drewniany kościół par. z pocz, XVI w., przebu­dowany w XX w., w nim tryptyk gotycki z ok. 1460 r.; drewniany dwór Tetmajerów z końca XVIII w., oficyna; resztki parku i altany-​​lamusa.

Harklowa

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Dunajcem, ok. 500 mieszk. Wieś letniskowa, pierwsze wzmianki z 1355 r.; miejsce urodzenia (1861) malarza W. Przerwy-​​Tetmajera. Zabytki: drewniany kościół par., późno­gotycki z przeł. XV i XVI w. z wieżą, przebu­dowany w 2 poł. XIX w., w nim polichromia późno­gotycka z ok. 1500 r., ogrodzenie z dwiema bramkami z XV/​([ w.; pozostałości zabudowań dworskich, brama wjazdowa z XVII w.f barokowy lamus z pocz. XVII w.

Dębno

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Dunajcem, powyżej ujścia Białki, ok. 700 mieszk. Wzmian­kowana już w Xlii w. Zabytki: drewniany kościół modrzewiowy św. Michała Archanioła z 2 poł. XV w., jeden z cenniejszych zabytków budow­nictwa drewnianego w Europie;wewnątrz, na ścianach, stropach i sprzętach polichromia z ok. 1500 r. (motywy geome­tryczne, roślinne i figuralne), tryptyk późno­gotycki, rzeźby gotyckie i późno­go­tyckie. We wsi zabudowania w układzie czworo­bocznym, tzw. okoły.

Frydman

wieś w woj. nowosą­deckim. Zabytki: kościół z przeł. XIII i XIV w., w nawie wczesno­gotycki portal wieża z attyką, 8-​​boczna kaplica z 1764 r.; dwór obronny z pocz. XVI w., obok dwupo­ziomowa piwnica dł. 600 m, dawne składy wina.

Czorsztyn

wieś w woj. nowosą­deckim nad Dunajcem, powyżej przełomu pieniń­skiego, ok. 350 mieszk. Ośrodek turystyczno-​​wypoczynkowy* Stąd wycieczki piesze na Lubań (1211 m), Trzy Korony (982 m) na zamek czorsz­tyński i niedzicki, na przełęcz Snożka. Teren budowy zapory wodnej na Dunajcu. W XIII w. gródek ziemno­wałowy, umocniony przez Kazimierza Wielkiego: starostwo Zawiszy Czarnego. Na wzgórzu skalnym (rez. przyrody) malowniczo położone ruiny gotyckiego zamku z XIV w. fundacji Kazimierza Wielkiego; kaplica z przeł. XVIII i XIX w.; dwór z XIX w. Wieś zamieszkują górate wschodniopodhafańscy.

Niedzica

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Dunajcem, w pobliżu ujścia rz, Niedzicy, ok. 1600 mieszk. Wieś o walorach letni­skowych i dużym znaczeniu turystycznym. Na skalistym wzgórzu (566 m) zamek składający się z gotyckiego zamku górnego (obecnie muzeum wnętrz i historii regionu spiskiego) oraz renesan­sowego zamku dolnego (Dom Pracy Twórczej Stowa­rzy­szenia Historyków Sztuki). Wodospad Rówienkowy Spad, legendarny Dąb Palocsayów. W I. 1320 – 30 landgrafowie spiscy z rodu Berzewiccy, kolonizując dolinę Dunajca, zbudowali przy trakcie handlowym między Węgrami a Polską zamek zw. Dunajecz. Z rąk węgierskich zamek przeszedł czasowo w XVI w, do rąk polskich, następnie we władanie rodziny Palocsayów Salomonów; kilka­krotnie obiegany i rozbu­dowany w okresie wewnętrznych sporów węgierskich. We wsi gotycki kościół par. z pocz. XV w., przebu­dowany w stylu barokowym w XVIII w., w kościele zachowały się fragmenty cennego tryptyku gotyckiego z ok. 1450 – 60 r.

Pieniński Park Narodowy

założony w 1932 r.formalnie utworzony w 1954 r., pow. 2421 ha, z czego pod ochroną ścisłą znajduje się 587 ha (głównie wsch. partie Pienin). Jest osobli­wością przyrodniczą i krajo­brazową w skałi europejskiej. Rozciąga się na wysokości od ok. 420 do 982 m n.p.m., obejmuje środkową część Pienin, zbudo­wanych z utworów wapiennych i piaskowcowo-​​fupkowych. Obszar silnie zróżni­cowany geolo­gicznie, posiada swoistą rzeźbę (urwiska, skałki, wąwozy), odznacza się dużą zmien­nością warunków mikro­kli­ma­tycznych. Pasmo Pienin przecina niezwykle malownicza przełomowa dolina Dunajca, dł. 9 km. Góry pokrywa las bukowo-​​jodłowy i świerkowo-​​jodłowy, zachowały się także fragmenty lasu jaworowego; charak­te­ry­styczne są kwieciste łąki, reliktowe stanowiska sosny zwyczajnej; wiele gatunków roślin rzadkich. Żyją tu rysie, żbiki oraz rzadkie gatunki ptaków. Stanowisko pafeobo­ta­niczne (flora kopalna). W obrębie Pieniń­skiego Parku Narodowego ruiny pieniń­skiego zamku książęcego, zw. zameczkiem bł. Kingi, położone na niedo­stępnym, skalistym, pn. zboczu Góry Zamkowej, na wys. 700 m n.p.m., między Trzema Koronami a Sokolicą. Prawdo­po­dobnie w I. 1257 – 87 został wzniesiony zamek służący jako miejsce schro­nienia w czasie najazdów nieprzy­ja­cielskich. Tradycja łączy ten zamek z księżną Kingą, która ziemie te otrzymała w 1257 r. Zamek przypusz­czalnie uległ znisz­czeniu w XV w. i pozostał do dziś malowniczą ruiną.

Szczawnica

miasto w woj. nowosą­deckim, nad Grajcarkiem (prawy dopływ Dunajca), ok. 10 000 mieszk. Znane uzdrowisko, które założył w 1828 r. J. Szalay, a spopu­la­ryzował w poł. XIX w. J. Dietl. Występują tu źródła wód mineralnych typu szczaw wodorowęglanowo-​​solankowych. Oprócz tego Szczawnica jest ośrodkiem wczasowym i turystycznym o wybitnych walorach klima­tycznych i krajobrazowych.

Krościenko n. Dunajcem

ośrodek turystyczno-​​wypoczynkowy, punkt wyjściowy wycieczek pieszych w Pieniny, siedziba dyrekcji Pieniń­skiego Parku Narodowego oraz Muzeum Pieniń­skiego Parku Narodowego. W XIX w. rozwój funkcji uzdro­wi­skowych dzięki walorom krajo­brazowym i klima­tycznym oraz wystę­powaniu wód mineralnych typu szczaw na tzw. Zawodziu. Zabytki: kościół par. Wszystkich Świętych (prezbi­terium gotyckie z 1 poł. XIV w., nawa z 1546 r., przebudowa późno­ba­rokowa w 2 poł. X\ffJ w.); wewnątrz polichromia gotycka (XIV w.), póżno­gotycka (koniec XV w.) i renesansowa (1583); kaplica św. Rocha (XVIII w.); dworek i stodoła z zespołu d. folwarku (1 pol. XIX w.); drewniana zabudowa rynku z 2 poł. XIX w.

Kłodne nad Dunajcem

częściowy rezerwat krajo­brazowy w przełomowym odcinku Dunajca, z fragmentami naturalnego lasu bukowego typu karpackiego.

Tylmanowa

wieś w woj. nowosą­deckim, w dolinie Dunajca, ok. 2 500 mieszk., popularne letnisko o dużych walorach klima­tycznych, ośrodek turystyki, Zabytki: dwór klasy­cy­styczny z 1840 r. (drewniany kościół parafialny z 1756 r.

Łącko

wieś w woj. nowosą­deckim, przy ujściu Czarnej Wody do Dunajca, ok. 2 300 mieszk. Łącko stanowi ośrodek odrębnej grupy górali łąckich; wieś letniskowa i ośrodek sadow­nictwa. Zabytki: kościół z 1748 r. i drewniana kaplica cmentarna z XIX w. Ośrodek wytwór­czości sztuki ludowej.

Maszkowice

wieś w woj. nowosą­deckim w dolnej części doliny pot. Słomka, lewego dopływu Dunajca, ok. 600 mieszk. Na wzgórzu zw. Zamczysko nad doliną Dunajca ślady grodziska z IX — XIII w., będącego w pierwszych wiekach państwa polskiego ośrodkiem kaszte­lańskim ziemi sądeckiej.

Podegrodzie

wieś w woj. nowosą­deckim, na lewym brzegu Dunajca, na pd. Zach. od Nowego Sącza, ok. 1500 mieszk., ośrodek grupy etnicznej Lachów Sądeckich, Lachów Podegrodzkich, szczy­cących się bogatymi strojami i uzdol­nieniami artystycznymi. Miejscowość znana już w XII w. Zabytki: kościół z 1822 r., we wnętrzu 2 posągi renesansowe z przel. XVI i XVII w., w kaplicy św. Anny z 1631 r. posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem z ok. 1420 r.; 3 kapliczki z przeł. XVIII i XIX w.; drewniane spichlerze z XIX w.
Znajduje się tu grupa stanowisk arche­olo­gicznych: 1) w pn. części Podegrodzia, na wznie­sieniu zw. Zamczysko, osada obronna czworo­boczna z pocz. epoki żelaza (ok. 650 – 550 p.n.e); 2) w centrum wsi na wysokim wznie­sieniu o stromych zboczach grodzisko w kształcie trójkątnym, tzw. Grobla, obwie­dzione watem obronnym, użytkowane na pocz. epoki żelaza i później w X — XII w.

Stary Sącz

miasto w woj. nowosą­deckim, nad Popradem, w pobliżu ujścia do Dunajca, ok. 7 300 mieszk., ośrodek przemysłu mat. budow­lanych, przemysłu skórzanego, spożywczego. Zabytki: zespól klasztorny Klarysek fundacji bł. Kingi: gotycki kościół Świętej Trójcy konse­krowany w 1332 r., przebudowa wczesno-​​barokowa, wyposażenie barokowe, m.in. ambona z 1671 r. oraz ołtarze stiukowe z 1696 r. (B. Fontana), gotycka kaplica bł. Kingi, przebu­dowana w 2 pol. XVII w., wystrój z XVII — XVIII w., rzeźby i obrazy, m.in. gotycki skarbiec; budynek klasztorny z krużgankami, późno­re­ne­sansowy, sgraffita, przebu­dowany; obwarowania średnio­wieczne, nadbudowa z dodatkiem baszty i wjazdowej wieży zegarowej późno-​​renesansowej; kościół cmentarny Św. Rocha z 1643 – 44; d. kościół i klasztor Franciszkanów, fundowany ok. 1280 r.. gruntownie przebu­dowany w XVII, XVIII i XIX w.; dom Kapelana z 1605 r., przebu­dowany ok. poł. XIX w.; 3 kaplice z XVII w.; domy barokowe z 2 pol. XVIII i pocz. XIX w.

Nowy Sącz

miasto wojewódzkie u ujścia Kamienicy do Dunajca, ok. 63 000 mieszk. Ośrodek turystyczny Ziemi Sądeckiej, ośrodek przemysłowy, węzeł kolejowy i drogowy. Zabytki: zabytkowy układ urbani­styczny starego miasta; kościół Narodzenia NMP (ob. ewangelicki) z 2 poł. XIV w. i pozostałość klasztoru pofran­cisz­kań­skiego; kościół Św. Ducha i klasztor ponor­ber­tański (ob. jezuitów) z pocz. XV w. (przebu­dowany 1611, odnowiony 1746 i 1938); gotycki kościół par. (d. kolegiacki) św. Małgorzaty, fundacji Z. Oleśnickiego z 1446 r. (przebu­dowany w XVIII i na pocz. XIX w.) ostatnio regoty­zowany, ołtarze renesansowe z pocz. XVI w., cenny obraz Veraicon: dom kanoniczny, tzw. Gotycki, z portalem późno­gotycki m z 1105 r., ob. Muzeum Okręgowe (zbiory wielo­te­ma­tyczne); fragmenty murów obronnych z XIV w.: ruiny zamku (XIV, XVII w.) z odbudowaną Basztą Kowalską; zabytkowe domy w Rynku i przy uf. Jagiel­lońskiej z XVII — XIX w.; barokowa kamienica przy ul. Francisz­kańskiej z XVII w.; kaplica tzw. Szwedzka z 1771 r. W dzielnicy Fałkowa Sądecki Parki Etnogra­ficzny. Bialo­wodzka Góra, rez. leśny, zespół dębów i buczyny karpackiej, roślinność naskalna. Na szczycie góry resztki średnio­wiecznego zamku.

Tęgoborze

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Jez. Rożnowskim. W XVI-​​XVII w. ośrodek arianizmu. Zabytkowy klasy­cy­styczny, murowany, parterowy pałac z pocz. XIX w. Ośrodek sportów wodnych, przystań kajakowa.

Just

wieś w woj. nowosą­deckim nad Jez. Rożnowskim. Zabytki: drewniany kościół z ok. 1400 r. na miejscu legen­darnej pustelni św. Justa (zm. 1007); zabytkowe lipy.

Tabaszowa

wieś w woj, nowosą­deckim, nad Jez. Rożnowskim. Zabytkowy drewniany kościół z 1753 r. przeniesiony ze wsi Tęgoborze.

Zbyszyce

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Jez. Rożnowskim. Zabytki: klasy­cy­styczny dwór z przeł. XVIII i XIX w.; gotycki kościół sprzed 1447 r.t w latach 1565 – 97 zbór ariański. gotyckie sklepienie prezbi­terium, renesansowa polichromia z przeł. XVI i XVII w., późno­go­tyckie stalle z pocz. XVI w.

Gródek n. Dunajcem

znane wczasowisko i Ośrodek sportów wodnych nad najpięk­niejszą częścią Jez. Rożnow­skiego. Na wyspie Grodzisko resztki zamku straż­niczego z pocz. XIV w., znisz­czonego w f. 1390 – 1410.

Rożnów

wieś w woj. nowosą­deckim, nad Dunajcem, w pobliżu Rożnow­skiego Zbiornika Wodnego, ok. 2 000 mieszk., elektrownia wodna. W miejscowości, zw. dawniej Łazy, istniała strażnica, należąca do rodu Gryfitów; w XIV w. przeszła w ręce Rożenów, którzy zbudowali tu murowany zamek (stąd nazwa wsi); na przeł. XIV i XV w. Rożnów należał do Zawiszy Czarnego z Garbowa, w XVI w. należał częściowo do Tarnowskich, którzy wznieśli u stóp Łaziska jeden z pierwszych w Polsce zamków warownych o nowatorskich forty­fi­kacjach. W latach między­wo­jennych w przełomowym odcinku doliny Dunajca k. Rożnowa rozpoczęto budowę zapory wodnej na Dunajcu. Na wznie­sieniu Łazisko ruiny gotyckiego zamku Rożenów i Zawiszy Czarnego sprzed 1370 r., od XVII w. w ruinie. U stóp Łaziska, w centrum wsi, pozostałości renesansowej warowni Tarnowskich z 1 poł. XVI w., zachowane: mur tarczowy z beluardą i bramą wjazdową, ślady (osy; odlewnia armat i dzwonów (ludwi­sarnia) z XVI w., drewniany kościółek par., barokowy z 1661 r., we wnętrzu resztki polichromii z XVII w., renesansowa kropielnica; dzwonnica z poł. XIX w., dzwon z 1661 r.. klasy­cy­styczny dwór z pocz. XIX w., otoczony parkiem; figura przydrożna z poł. XVIII w., kapliczka z przel. XVIII i XIX w. Nad Jez. Rożnowskim ośrodki turystyczno-​​wypoczynkowe i sportów wodnych.

Rożnowski Zbiornik Wodny

Jezioro Rożnowskie, zbiornik retencyjny na Dunajcu, utworzony w 1941 r. przez spiętrzenie środkowego Dunajca zaporą betonową (budowę rozpoczęto w okresie między­wo­jennym); pow. 1780 ha. dl. 22 km.szer. do 1,2 km, maks. głęb. 31 m, pojemność całkowita 184 min m3, pojemność użytkowa 139 min m3, wys. zwier­ciadła wody — 270 m n.p.m., wykorzy­stywany do celów energe­tycznych, rekre­acyjnych i ochrony przeciw­po­wo­dziowej; przy zbiorniku elektrownia wodna o mocy 50 MW; zbiornik ma duże walory krajo­znawcze i turystyczne, ze względu na rozwiniętą linię brzegową i lasy; nad zbior­nikiem liczne ośrodki wypoczynkowe i sportowe, skoncen­trowane głównie w pn. wsch. części.

Tropie

wieś w woj. nowosą­deckim, w dolinie Dunajca, na prawym brzegu zaporowego Jez. Czchow­skiego, przy drodze Nowy Sącz — Brzesko, 660 mieszk., prom przez Jez. Czchowskie. Miejscowość związana z legen­darnym krzewi­cielem chrze­ści­jaństwa na Ziemi Sądeckiej i Podhalu — Andrzejem Świeradem oraz Benedyktem. Kościół par. św. Andrzeja i Benedykta Pustelnika z 1260 r., rozbu­dowany w 1347 i przed 1620 r.; kostnica i fragmenty d. ogrodzenia z XIV w., przebu­dowany w XVIII w.; w wąwozie k. Tropią kaplica św. Andrzeja świerada częściowo wykuta w skale, częściowo murowana z XVIII w. Muzeum Parafialne (Filia Muzeum Diece­zjalnego w Tarnowie).

Czchów

wieś w woj. tarnowskim, nad Dunajcem, poniżej Czchow­skiego Zbiornika Wodnego, ok. 1600 mieszk., ośrodek turystyki, elektrownia wodna przy zaporze na Dunajcu. Czchów powstał przy dawnym szlaku handlowym wiodącym doliną Dunajca na Węgry. Zabytki: zespól urbani­styczny z czworo­bocznym rynkiem, w rynku zespół domów drewnianych z XVIII i XIX w., z podcieniami; parafialny kościółek gotycki Narodzenia NMP (1346, 1430), wewnątrz polichromia z XIV w.; gotycka chrzcielnica, renesansowe nagrobki; na wzgórzu ruiny baszty zamkowej z XIII w.; kościół cmentarny św. Anny z XVII w. Przy zaporze na Dunajcu ośrodek sportów wodnych.

Czchowski Zbiornik Wodny

Jezioro Czchowskie, zbiornik retencyjny na Dunajcu. Na pd. od Czchowa w woj. tarnowskim i nowosą­deckim utworzony w 1949 r przez spiętrzenie środkowego Dunajca zaporą ziemną, pow. 346 ha, dł. 9 km, szer. do 1 km, maks. głęb. 5 m, pojemność całkowita 12 min m3, pojemność użytkowa 6 min m3.

Melsztyn

wieś w woj. tarnowskim. Ruiny zamku rycer­skiego na górze nad doliną Dunajca, na jego lewym brzegu. Pierwotny zamek murowany wzniósł w I. 1340 – 52 Spycimir, kasztelan krakowski. Wielo­krotnie przebu­do­wywany, był do 1511 r. siedzibą możno­władczej rodziny Melsz­tyńskich, później własnością Jordanów, w 1601 r. Tarłów, w 1744 r. Lancko­rońskich. W 1771 r. zajęty przez konfe­deratów barskich, zdobyty przez wojska rosyjskie, uległ zniszczeniu.

Zakliczyn

wieś w woj. tarnowskim, położona między Dunajcem a jego dopływem Paleśnianką, ok. 1000 mieszk. Pierwotna nazwa Opatkowice, własność benedyktynów; w XVI w. siedziba arian (drukarnia). Prawa miejskie w 1.1558−1934. Kościół par. św. Idziego, późno­ba­rokowy (1739−68), z kaplicą Lancko­rońskich (XVI — XVII w.) i jednolitym rokokowym wyposa­żeniem wnętrza; barokowy kościół Matki Boskiej Anielskiej z 1641 – 50 i klasztor Reformatów z XVII w., rozbu­dowany w 2 poł. XIX w.; drewniane domy podcieniowe z XVIII i XIX w.; ratusz z pocz. XIX w.; figury z XVII i XVIII w.; kapliczki przydrożne z XIX w. Na pn. zach. od Zakliczyna ruiny zamku Melsztyn.

Wojnicz

wieś w woj. tarnowskim u wylotu doliny Dunajca na Nizinę Nadwi­ślańską, ok. 2 000 mieszk. Osada targowa i wczesno­śre­dnio­wieczny gród kaszte­lański. Zabytki: gotycki kościół par. św. Wawrzyńca z XV w., przebu­dowany w 1754 r., rozbu­dowany w XX w., bogate wyposażenie i wystrój wnętrza (m.in. rokokowa polichromia z 1767 r.); drewniany kościół cmentarny św. Leonarda z XVII w., przebu­dowany; kapliczka z 1 poł. XIX w. i figury przydrożne z XIX w.; zachowane tzw. Wały Kaszte­lańskie z XV w.; dwór z 2 poł. XIX w. w parku; liczne domy drewniane i murowane z 1 poł. XIX w.

Zbyli­towska Góra

wieś w woj. tarnowskim, położona ponad doliną Dunajca, na pd. zach. od Tarnowa, ok. 1500 mieszk. W XVI w. działalność arian, w czasie okupacji hitle­rowskiej w lasku „Buczyna” Niemcy zamor­dowali ok. 8 000 osób; na miejscu egzekucji pomnik– mauzoleum ofiar. Kościół par. z 1464 r., kilka­krotnie przebu­do­wywany w XVI-​​XIX w.; w parku dwór i oranżeria klasy­cy­styczne z 1 poł. XIX w.

Żabno

miasto w woj. tarnowskim, nad Dunajcem, ok. 3 300 mieszk. Zabytki: kościół par. z 1663 r., odbudowany w 1799 r.: portal barokowy z XVII w.; w rynku figura św. Floriana z XIX w.

Warta — Przewodnik Kajakowy

Warta — Przewodnik Kajakowy

Województwo łódzkie

Położone w centrum Polski województwo łódzkie jest atrakcyjne pod względem przyrod­niczym, kulturowym oraz rekre­acyjnym. Atuty regionu to zróżni­cowanie krajobrazu, bogata historia, zabytkowe miasta oraz różnorodne możliwości aktywnego wypoczynku.

Najpięk­niejsze walory przyrodnicze regionu udostępnione są dla turystów na terenie 7 parków krajo­bra­zowych: Bolimow­skiego, Wzniesień Łódzkich, Spaiskiego, Sulejow­skiego, Przed­bor­skiego, Między­rzecza Warty i Widawki oraz Załęczań­skiego. Urozma­iceniem tych obszarów są doliny rzek Warty i Pilicy oraz ich dopływów. Rzeki te wraz z utworzonymi na nich sztucznymi zbior­nikami wodnymi (Jeziorsko i Zalew Sulejowski) przyciągają miłośników żeglarstwa, kajakarstwa i windsurfingu. Ze względu na odpowiednią infra­strukturę turystyczną obszary te stanowią główną bazę wypoczynku i rekreacji w regionie.

Dzięki wytyczonym szlakom pieszym, rowerowym, konnym i wodnym turysta ma możliwość dotarcia do najpięk­niejszych zabytków, najcen­niejszych rezerwatów i miejsc historycznych.

Miłośnicy turystyki kulturowej znajdą tu zabytki sięgające XI wieku. Najcen­niejsze obiekty archi­tektury świeckiej to gotyckie i renesansowe budowie. Należą do nich m.in. zamki w: Łęczycy, Uniejowie, Oporowie, ruiny zamku Książąt Mazowieckich w Rawie Mazowieckiej, fragmenty obwarowań miejskich w Wieluniu.

Najstarszymi zabytkami są obiekty sakralne i klasztory, począwszy od epoki romańskiej, gotyckiej po barok, czego przykładem jest kolegiata w Tumie, kościół pw. św. Idziego w Inowłodzu czy zespół klasztorny opactwa Cystersów w Sulejowie.

Charak­te­ry­styczne dla naszego regionu to również unikalne zespoły rezyden­cjonalne pałace i zespoły dworsko-​​parkowe w: Nieborowie, Arkadii, Skier­nie­wicach, Walewicach, Poddę­bicach, Ożarowie.

Wizytówką regionu jest Łódź wraz z pofabry­kancką archi­tekturą i zabytkami techniki. Stolica województwa staje się coraz bardziej popularnym centrum kultury, rozrywki oraz zakupów.

Atrakcje województwa łódzkiego i ich różno­rodność stanowią ofertę dla osób o szerokich zainte­re­so­waniach kultu­rowych i przyrod­niczych, a przede wszystkim dla miłośników aktywnego spędzania czasu wolnego na rowerze, w siodle, w kajaku i na nartach.

Od autora

Oddajemy do rąk turystów wodnych kolejną edycję nowego typu przewodnika kajakowego, który jest także infor­matorem o działaniach samorządów z województwa łódzkiego i powiatu często­chow­skiego, stero­wanych na wykorzy­stanie walorów turystyczno-​​rekreacyjnych doliny rzeki Warty. W ostatnich latach pomiędzy Częstochową i Uniejowem powstały nowe wypoży­czalnie sprzętu pływa­jącego, udrożniono w kilku trudnych miejscach szlak kajakowy, buduje się pomosty ułatwiające wyjście z wody i wodowanie kajaków, powstaje zaplecze biwakowe i rekre­acyjne. Oznakowanie przebiegu szlaku w terenie oraz wydanie aktualnego przewodnika to kolejne działania mające na celu rozwój aktywnej turystyki kajakowej w dolinie rzeki Warty.

Pierwszy nowoczesny i do dzisiaj największy z polskich przewodników kajakowych mojego autorstwa po szlaku wodnym rzeki Warty został opubli­kowany w 2004 r. Obejmował trasę o długości blisko 800 km, prowadzącą z przedmieść Zawiercia do ujścia do Odry pod Kostrzynem, mimo znacznego nakładu po 5 latach został on całkowicie wyczerpany, co dobitnie świadczy, jak był na rynku potrzebny. W tej sytuacji autor podjął próbę wydania rozsze­rzonej i uaktu­al­nionej wersji, obejmującej odcinek Warty od Częstochowy do Uniejowa wraz z kilkoma dopływami (Liswarta z Kocinką, Widawka z Grabią Wiercica). W przeci­wieństwie do dolnej Warty na wymie­nionych szlakach można jedynie uprawiać turystykę kajakową, nie licząc, oczywiście, terenu zbiornika wodnego jeziora Jeziorsko.

W niniejszym przewodniku turysta wodny otrzymuje współ­czesny obraz karto­gra­ficzny szlaku rzecznego wraz z pełną bazą infor­macyjną w zakresie wypoży­czalni sprzętu wodnego oraz noclegów i gastronomii, zwery­fi­kowaną na koniec 2008 r. Nasycenie tymi usługami nie jest jeszcze zadowa­lające — chociażby w porównaniu z Pilicą — tym nie mniej z roku na rok stale rośnie. Równo­cześnie jest to najdłuższy z naturalnych cieków wodnych, leżących najbliżej aglomeracji śląskiej i łączący ją z terenami Wielko­polski. Takie usytu­owanie sprzyja organi­zowaniu zarówno rekre­acyjnych spływów weeken­dowych, jak i wielo­dniowych wędrówek kajakowych.

A więc do zobaczenia na szlaku.

Marek Lityński

WARTA

Warta jest prawo­brzeżnym dopływem Odry o długości 808 km i powierzchni dorzecza 54 529 km2. Płynie z Wyżyny Krakowsko-​​Częstochowskiej do Pradoliny Toruńsko-​​Eberswaldzkiej, wielo­krotnie zmieniając kierunek biegu z południ­kowego na równo­leż­nikowy. Koryto tej drugiej co do długości rzeki w granicach Polski przebiega przez histo­ryczne ziemie Wielko­polski i Ziemi Lubuskiej oraz ich granicami z Małopolską i Pomorzem, łącząc kilka­dziesiąt dużych skupisk miejskich oraz setki małych i większych osad. Zmienione i uregu­lowane przez człowieka górne partie rzeki przeplatają się z fragmentami zbliżonymi do naturalnych, które są objęte różnymi stopniami ochrony krajo­brazowej i przyrod­niczej. Ponad 400 km dolnej i środkowej Warty stanowi arterię komunikacji i transportu wodnego, podle­gającą ciągłej opiece i ingerencji człowieka.

Dla amatorów wędrówek kajakowych najład­niejszy odcinek rzeki zaczyna się w okolicach Częstochowy, gdzie Warta tworzy swój pierwszy przełom, przedzierając się w kierunku wschodnim przez jurajskie krawędzie Wyżyn Często­chowskiej i Wieluńskiej, wznoszące się w wąskiej dolinie nawet do 70 metrów ponad lustro wody. Ten fragment terenu jest chroniony w ramach północnej części Parku Krajo­bra­zowego Orlich Gniazd. Opływając dookoła Wyżynę Wieluńską rzeka pomału zmienia kierunek na południkowy, a następnie zachodni. Od Gowarzowa jej biegowi zaczynają towarzyszyć rozległe kompleksy leśne, pośród których pojawia się pierwszy znacz­niejszy dopływ — Liswarta. Poniżej Działoszyna dolina ponownie zwęża się, rozcinając Wyżynę Wieluńską tworząc na tym najład­niejszym bez wątpienia odcinku całego biegu Warty drugi przełom, który podlega ochronie w ramach Załęczań­skiego Parku Krajo­bra­zowego. Przez teren parku rzeka przepływa wielkim zakolem, zmieniając na długości niespełna 20 km kierunek płynięcia o 180°. Meandrujące koryto wcina się w wapienne podłoże na głębokość od 30 do 60 metrów, tworząc liczne zakola i starorzecza.

Za Kanionem Warta opuszcza tę bogatą w zjawiska geolo­giczne krainę i rozpoczyna w Kotlinach Szczer­cowskiej i Sieradzkiej swój najdłuższy odcinek o przebiegu równo­leż­nikowym, kierując się na północ w otoczeniu małych kompleksów leśnych, łąk i pól uprawnych. W pierwszej kotlinie przyjmuje drugi duży dopływ, tym razem prawo­brzeżny — Widawkę. Krajobraz i przyroda zbiegu obu rzek podlegają ochronie w ramach Parku Krajo­bra­zowego Między­rzecza Warty i Widawki. Wzdłuż koryta pojawiają się wały ochronne, które na długo będą nieod­łącznym atrybutem warciań­skiego krajobrazu. W północnej części Kotliny Sieradzkiej pojawia się dominujący przez 17 km element hydro­lo­gicznej gospodarki człowieka — sztuczny zbiornik wodny Jeziorsko.

Średni spadek doliny Warty od źródeł do ujścia wynosi 0,45%o, przy czym na odcinku Mstów — ujście Wiercicy spadek ten wynosi 0,8%o i został wykorzystany do budowy kilku elektrowni wodnych (dawniej młynów); niżej maleje o blisko połowę.

Najwyższe stany wody notowane są na Warcie w okresie wiosennych roztopów w marcu i kwietniu oraz w okresie letniego maksimum opadowego w lipcu i na początku sierpnia, natomiast stany niskie występują na początku lata w czerwcu oraz jesienią od września. Zjawiska lodowe nie trwają długo, przeciętnie od 20 do 40 dni w roku; pierwsze lody pękają już w lutym. Zamarzaniu rzeki nie sprzyja także bystry nurt jej wody. Dzięki temu możliwe jest przepro­wa­dzanie na Warcie również spływów zimowych.

Przed­stawiony w niniejszym przewodniku odcinek szlaku wodnego rzeki Warty liczy 270 km długości. Obejmuje cały szlak kajakowy od Częstochowy do Uniejowa, dostępny dla przeciętnego użytkownika w kajaku dwuosobowym, nawet wypeł­nionym bagażem biwakowym. Powyżej Częstochowy i w samym mieście wąskie i kręte koryto o licznych przeszkodach utrudnia płynięcie, zmuszając do użycia pustych jedynek; poniżej Uniejowa rzeka zmienia się w szeroką drogę wodną o wypro­fi­lowanej szerokości i monito­rowanej głębokości. Atrakcyjny przyrodniczo i krajo­znawczo szlak kajakowy Warty jest dostępny dla wszystkich grup użytkowników, a cała trasa jest do pokonania w 10 – 14 dni bez specjalnego zmęczenia kajakami zapako­wanymi sprzętem biwakowym. Krótkie początkowo odcinki pomiędzy kolejnymi przenoskami ulegają z czasem wydłużeniu i nie będą nam psuły humoru częściej niż raz dziennie.

Wzrastająca dostępność brzegów pozwala w wielu miejscach przerwać spływ i rozbić namiot bez obaw o nocne poszu­kiwanie biwaku. Całoroczne lub czynne od maja do października ośrodki wypoczynkowe, zloka­li­zowane w kilku miejscach bezpo­średnio nad brzegami rzeki, pozwalają wydłużyć sezon spływowy o miesiące wiosenne i jesienne, a turystom oczekującym wygody zapewniają noclegi pod dachem (oczywiście po ich wcześniejszej rezerwacji). Kilka wypoży­czalni kajaków dowiezie nas w dowolne miejsce trasy, a także odbierze na telefon we wskazanym miejscu. Adresy i telefony wypożyczani sprzętu wodnego oraz ośrodków wypoczyn­kowych i kempingowym zostały zamieszczone w opisowej części przewodnika.

Nie ma także problemów z zaopa­try­waniem się w żywność, nie istnieje więc potrzeba kupowania jej na zapas. Możemy w związku z tym dozwolić sobie na niczym nieza­kłóconą frajdę obcowania z przyrodą rzeki i jej otoczeniem, czemu sprzyja zwłaszcza okres późnej wiosny wczesnego lata pomiędzy majem a lipcem. Śmiem twierdzić, że jest to najlepszy czas do odbycia spływu Wartą co nie oznacza, że nie da się tego przepro­wadzić w innych porach roku. Ale „tydzień z rodziną na Warcie” najlepiej jeśli odbędzie się w okresie wysokich temperatur powietrza, sprzy­ja­jących kąpielom wodnym, do czego zachęca także piasz­czyste podłoże koryta rzecznego i dobrze działająca oczysz­czalnia ścieków w Częstochowie.

O ile samą rzeką płynie się stosunkowo szybko i dystans około 20 km dziennie dla począt­ku­jących, a od 25 do 30 km dla wprawnych kajakarzy nie powinien nikogo przerażać, to pokonanie zbiornika wodnego i zorga­ni­zowanie długiego przewozu kajaków przez zaporę w Skęcz­niewie zajmie nam co najmniej dwa dni. Możemy potraktować taką przeprawę dwojako — albo jako uciąż­liwość, albo przyjemność spędzenia kilku dni letniego wypoczynku na wodach Jeziora Jeziorsko. Czasami zdarzają się w nich zakwity sinic, co jest nieprzyjemne, lecz nie niebez­pieczne za człowieka. Wody Warty, a tym samym zbiornika, z roku na rok są coraz bardziej czyste, choć tak jak w całej Polsce nigdzie nie nadają się do picia, nawet po przego­towaniu (zanie­czysz­czenia bioche­miczne i wysoki poziom naturalnej zawiesiny po deszczach).

Warta posiada kilka atrak­cyjnych dopływów, penetro­wanych przez kajakarzy, na których w ostatnich latach były organi­zowane grupowe spływy kajakowe. Należą do nich w pierwszej kolejności Liswarta z Kocinką oraz Widawka z Grabią, mniej Wiercica. Ze względu na swoje walory szlaki te zostały zapre­zen­towane w przewodniku, choć infra­struktura turystyczna tam dopiero raczkuje i przy organizacji spływu głównie musimy liczyć na własną pomysłowość i przedsiębiorczość.

Zbiornik retencyjny JEZIORSKO

Powstał na Warcie w Kotlinie Sieradzkiej w 1986 r. przez przegro­dzenie doliny Warty pomiędzy wsiami Siedlątków i Skęczniew ziemną zaporą czołową o długości 2730 m, a szerokości i wysokości 12 m. Po koronie zapory przebiega ogólno­do­stępna droga jezdna. Oprócz zapory czołowej zbiornik posiada trzy zapory boczne: Pichna, Teleszyna i Siedlątków oraz dwie zapory cofkowe. Długość zbiornika wynosi 19 km, szerokość 1,8 – 3,5 km, powierzchnia do 4230 ha, pojemność całkowita 203 min m3, pojemność użytkowa 162,5 min m3, wysokość zwier­ciadła wody 120,5 m n.p.m. Poniżej zapory czołowej w bezpo­średnim sąsiedztwie jazu położona jest elektrownia wodna o mocy 4,89 MW, uruchomiona w 1995 r. Budowę zbiornika rozpoczęto w 1975 r., a pełen zakres piętrzenia i gospodarki wodnej podjęto w 1992 r. Nominalnie jest to drugie pod względem powierzchni i trzecie pod względem całkowitej pojemności sztuczne jezioro w Polsce.

Rezerwat ornito­lo­giczny „Jeziorsko”

Rezerwat ornito­lo­giczny został utworzony w 1998 r. w południowej części zbiornika wodnego Jeziorsko na powierzchni 2350,6 ha dla ochrony ostoi ptaków wodno-​​błotnych z licznie wystę­pu­jącymi rzadkimi i chronionymi gatunkami. Powierzchnia rezerwatu prawie pokrywa się z obszarem zalewanym bądź odsła­nianym przez wodę w trakcie rocznego cyklu eksplo­ata­cyjnego zbiornika wodnego. Liczebność ptaków lęgowych, skład gatunkowy oraz niezwykle bogata awifauna przelotna pozwalają zaliczyć rezerwat „Jeziorsko” do ostoi ptaków o znaczeniu europejskim.

Wartość ornito­lo­giczna zalewu wzięła się ze specy­ficznych warunków przyrod­niczych, stwarza­jących doskonałe warunki bytu dla licznych repre­zen­tantów wielu gatunków ptaków. Jeziorsko to zbiornik retencyjny (wahania poziomu wody decydują o warunkach panujących na znacznym obszarze czaszy zbiornika), stanowiący zasadniczy element kształ­tujący ten nietypowy układ przyrodniczy. Kiedy wyobrazimy sobie ogromną powierzchnię doliny Warty (ok. 20 km ), która przez kilka miesięcy w roku jest wodą– wtedy łatwo można możemy zdać sobie sprawę z niezwy­kłości tego miejsca.

Co rok wiosną Warta wtłacza do zalewu wodę bogatą w organiczne zanie­czysz­czenia z dużą ilością związków biogennych. Woda ta, płytko rozlewając się wśród roślinności, nagrzewana promieniami słońca, sprzyja rozwojowi organicznego życia. Gwałtownie rozwija się mikroflora, wpływając na rozwój kolejnych ogniw łańcucha pokar­mowego. Bogactwo pożywienia, zróżni­cowane warunki terenowe, niedo­stępność terenu i możliwość ukrycia gniazd to korzystne warunki, zachę­cające ptaki do odbywania tu godów i wycho­wywania młodego pokolenia.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy poziom wody zaczyna opadać, rozpoczyna się jesienna migracja ptaków. Doliną Warty wędrują wtedy niezliczone ich stada. Położony na szlaku wędrówki zalew Jeziorsko jest dla nich bardzo ważnym przystankiem, mogą tu odpocząć i zgromadzić energię na dalszą część lotu. Tysiącami siadają na wyłaniającym się z wody, naszpi­kowanym bezkrę­gowcami błotnistym dnie zbiornika, wydobywając z niego pożywienie. Jako ostoja ptaków, miejsce gniaz­dowania, żerowania oraz odpoczynku w trakcie migracji Jeziorsko odgrywa dla przyrody niezwykle istotną rolę. W okresie przelotu, zwłaszcza jesiennego, liczebność przeby­wa­jących w rezerwacie ptaków przekracza 10 000 osobników. Wśród tej imponującej liczby ptaków trafiają się często wielkie rzadkości, a także gatunki egzotyczne, spora­dycznie zalatujące na teren Polski.

Wiercica

Wiercica jest prawym dopływem Warty o długości 30 km. Nie wiadomo dlaczego trudno znaleźć opis jej przebiegu tak w literaturze, jak i w internecie. Wypływa ze Złotego Potoku ze znanych źródeł i stawów, nazwanych tak przez Zygmunta Krasiń­skiego. Stawy towarzyszą jej całemu biegowi, bowiem hodowla ryb stanowi od kilkuset lat tradycyjne zajęcie miejscowej ludności. Nawet park krajo­brazowy nazwano „Stawki”. W dolnym biegu koryto Wiercicy zostało tak przebu­dowane w okresie II wojny światowej i później, że trudno o większy bałagan nazewniczy i poplątanie przebiegu z kanałami Lodowym, Nowym i innymi.

Dla kajakarzy rzeka jest dostępna od Sygontki, wsi leżącej u ujścia Kozyry, prawego dopływu Wiercicy. Obie rzeki, zasilane krasowymi wywie­rzyskami, niosą w normalnym roku sporo czystej wody i stąd stawy hodowlane. Dla płynącego budowle takie są tylko przeszkodą zwłaszcza te niefor­malnie ogrodzone, jak we wsi Wiercica. Tak więc oprócz przeszkód naturalnych musimy pokonać 6 przeszkód hydro­tech­nicznych, aby po 20 km zakończyć spływ w nowej agrotu­rystyce u pana Ślęzaka w Garnku. W okresie wiosennym w grę wchodzą tylko jedynki, gdyż przy obfitości stawów i bezśnieżnych zim wody w Wiercicy w ostatnich latach zaczyna brakować.

Widawka

Widawka jest prawym dopływem Warty o długości 95,8 km, pow. dorzecza 2385 km2. Płynie przez Wzgórza Radomsz­czańskie, Wysoczyznę Bełcha­towską i Kotlinę Szczer­cowską. Wypływa na wysokości ok. 240 m n.p.m., w pobliżu wsi Feliksów, 16 km na wsch. od Radomska. Dolina w biegu źródłowym nikła, wąska, miejscami bagnista, o zmiennej szerokości; na jej dnie stawy. Prawie całemu górnemu biegowi towarzyszą większe i mniejsze kompleksy lasów wzdłuż obydwóch brzegów rzeki, aż do Kotliny Szczer­cowskiej, gdzie koryto Widawki silnie meandruje. Poniżej lesistość mniejsza; na wsch. i pn.-wsch. od Szczercowa nad Widawką położone są rozległe bagna (Święte Łąki, Bagna Józefowskie); prawdo­po­dobnie przez te bagna, prawie równolegle do dzisiejszego biegu Widawki, płynęła dawna rzeka, zasypana w okresach inter­gla­cjałów. Obecnie dolina Widawki poniżej Szczercowa aż po ujście Chrzą­stówki jest wąska; rzeka wcina się inten­sywnie w płaskie, szerokie dno doliny; ujście na wys. 137 m n.p.m.; przy ujściu wsie: Woźniki i Pstro-​​konie. Widawka płynie przez tereny odkrywkowej Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, a więc woda w rzece częściowo pochodzi z pomp głębi­nowych, odwad­nia­jących odkrywkę Bełchatów i Szczerców. Wody Widawki mieszczą się w II klasie czystości. Odcinek rzeki od mostu w miejscowości Żar, skąd Widawką można pływać kajakami, do mostu w miejscowości Lubośnia zaliczany jest do wód krainy ryb łososio­watych i lipienia. W dolnej partii rzeka płynie przez Park Krajo­brazowy Między­rzecza Warty i Widawki (patrz III s. okładki). W centralnej części parku znajduje się intere­sujący węzeł hydro­gra­ficzny, który tworzą zbiegające się rzeki Widawka, Grabią i Nieciecz. Jako szlak kajakowy Widawkę można polecić od Szczercowa. Otrzymuje tam dużo wody z odkrywki kopal­nianej. Posiada wartki nurt z licznymi głęboczkami w piasz­czystym podłożu, tworzy rozga­łę­zienia o wąskim nurcie, często przegrodzone gałęziami drzew i krzewów. Do mostu w Rudzie rzeka dość uciążliwa, potem łatwa i malownicza.

Grabia

Grabia jest prawym dopływem Widawki o długości 77,3 km i powierzchni dorzecza 813 km2. Nikła początkowo dolina Grabi z rzadkimi kępami olszyn, z dnem w wielu miejscach podmokłym (łąki), rozszerza się na obszarze lesistych wydm Wysoczyzny Łaskiej, użytko­wanych jako tereny rekre­acyjne przez miesz­kańców Łodzi, Dno doliny wypełniają łąki i niskie zarośla, gdzie­niegdzie wały lesistych wydm. W miejscu dawnej przeprawy przez rzekę leży Łask. Rzeka płytka, bezpieczna w płynięciu, bardzo malownicza, na wielu odcinkach o naturalnym przebiegu. Pomiędzy Łaskiem a Zielę­cicami uciążliwa ze względu na zarośnięte brzegi, koryto i liczne przeszkody. Latem w górnym biegu ma także niski poziom wody, więc trzeba się liczyć z koniecz­nością wycho­dzenia z kajaka w miejscach płycizn i przenosek. W trakcie spływu możemy podziwiać drewniane i murowane młyny we wsiach Rokitnica, Zielęcice, Wola Marzeńska, Brzeski czy Kozuby. Warto także wspomnieć, że Grabią jest jedną z najczystszych rzek w Polsce, a więc warto ją poznać.

Załęczański Park Krajobrazowy

Załęczański Park Krajo­brazowy ma powierzchnię 14 750 ha, a jego otulina 12 010 ha. Siedziba zarządu znajduje się w Sieradzu. Zadaniem ZPK jest ochrona niepo­wta­rzalnego krajobrazu jurajskich ostańców wapiennych, kryjących w sobie wiele form krasu i żywiących osobliwą faunę i florę oraz urokliwego odcinka rzeki Warty, określanego jako najpięk­niejszy i najwar­to­ściowszy przyrodniczo w stosunku do całego jej biegu. Warta przepływa przez park wielkim łukiem z licznymi zakolami, staro­rzeczami i odcinkami przeło­mowymi, wcinając swe koryto na głębokość 40 – 60 m. Lewobrzeżne zbocza są strome i poprze­cinane wąwozami z licznymi strumieniami i mokradłami; strona wewnętrzna łuku rzeki jest bezwodna. Podłoże jest widoczne w odsło­nięciach i ostańcach, jak Góra Zelce czy Góra Świętej Genowefy. Liczne skamie­niałości (amonity, ramie­nionogi etc), bogactwo zjawisk krasowych (jaskinie, leje i studnie, wywie­rzyska). Strumieniem krasowym jest Sucha Struga, która w dolnym biegu niknie w ponorach 2 km od ujścia do Warty. Lasy zajmują ok. 50% powierzchni i są to przeważnie suche bory sosnowe, miejscami zachowała się dąbrowa świetlista, bór bagienny, łęg jesionowo-​​olszowy, ols, buczyna kwaśna, grąd jodłowy. W obrębie łuku Warty występują jałow­czyska i żarnow­czyska oraz ciepłolubne zarośla róż, jałowca i leszczyny, murawy naskalne, ksero­ter­miczne i napiaskowe, zespoły wapie­nio­lubnych paproci. Flora ZPK liczy około 1200 gatunków roślin naczy­niowych, mchów i porostów, posiada gatunki górskie i 33 podle­gające ochronie. Dla zachowania najcen­niejszych walorów przyrod­niczych Parku i jego otuliny utworzono 5 rezerwatów przyrody oraz 9 użytków ekolo­gicznych, w tym staro­rzecze rzeki Warty „Wronia Woda”. Zabytki arche­olo­giczne (kurhany, osady z epoki brązu i żelaza), zabytki archi­tektury drewnianej, wapienniki, młyny wodne dopełniają zróżni­cowany obraz tej położonej na styku wyżyn i nizin jurajskiej krainy.

Park Krajo­brazowy Między­rzecza Warty i Widawki

Został powołany w 1989 r. Obejmuje obszar 25 330 ha o wyróż­niającym się krajo­brazie, związanym z urozmaiconą rzeźbą terenu w dolinach rzek, zwłaszcza z przeło­mowymi odcinkami Warty (okolice Strońska, Strobina, Majaczewic i Strumian). Meandrujące rzeki, liczne staro­rzecza, obszary wydmowe i torfowiska to kolejne, cenne przyrodniczo i krajo­brazowo obszary Parku. Wszystkie partie dolin charak­te­ryzują się mozai­ko­wością pokrycia, łąki przeplatają się z roślin­nością nadrzeczną a wokół staro­rzeczy i torfowisk chłopskie lasy wcinają się niere­gu­larnie w pola uprawne. Lasy w Parku stanowią tylko niespełna 25% ogólnej powierzchni i przeważają sztucznie wprowadzone zbiorowiska borowe. We florze Parku, niezbyt bogatej w gatunki chronione, licznie repre­zen­towane są rośliny związane z wszelkimi siedliskami wodnymi, nawodnymi i bagiennymi. Dość liczną grupę stanowią też gatunki ksero­ter­miczne i ciepłolubne. To właśnie rośliny z wymie­nionych powyżej grup oraz gatunki leśne stanowią najważ­niejsze z geobo­ta­nicznego punktu widzenia elementy flory Parku i decydują o jej charakterze. W wodach Parku znaleziono 34 gatunki ryb oraz 2 gatunki minogów. Faunę uzupełnia 140 gatunków ptaków, 12 gatunków płazów (żmije, zaskrońce, jaszczurki i żaby) i 32 gatunki ssaków, w tym bobry i wydry. Dla zachowania najcen­niejszych walorów przyrod­niczych Parku utworzono na jego terenie 4 rezerwaty przyrodnicze: „Winnica”, „Korzeń”, „Hołda” i „Grabica”, ochrona pomnikową objęto 49 okazałych drzew rosnących głównie w obrębie założeń dworsko-​​parkowych. Utworzono dwa zespoły przyrodniczo-​​krajobrazowe: „Dolina Grabi” i „Góry Wapienne” oraz 14 użytków ekolo­gicznych z rzeką Grabią na czele.