Historia Góry Kalwarii, Czerska, Baniochy
Góra Kalwaria należąca do rodziny polskich kalwarii pątniczych, stanowi jedno z najciekawszych rozwiązań architektonicznych baroku. Nim jednak miasto stało się miejscem kultu, w którym klasztory miało 6 zgromadzeń zakonnych opiekujących się 5 kościołami i 35 kaplicami, była to niewielka wieś egzystująca w sąsiedztwie silnego w średniowieczu Czerska.
Magiczny Sandomierz jego zabytki i historia
Położony nad Wisłą Sandomierz jest jednym z najstarszych i najpiękniejszych miast w Polsce. Przed wiekami był stolicą księstwa, a później województwa obejmującego znaczną część regionu świętokrzyskiego.
Turysta w Sandomierzu może zobaczyć ponad 120 zabytkowych budowli, wspaniale zabytki przeszłości pozostawione przez wielkich tego świata, dzieła sztuki wszystkich stylów. To przepięknie położone miasto podziwiać można z góry — z 33 metrowej Bramy Opatowskiej, z dołu — ze statku na Wiśle, a nawet pod ziemią — trasą turystyczną prowadzącą przez dawne piwnice.
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
Od początku założenia w Warce Klubu Oficerów Rezerwy — Ligi Obrony Kraju, Zarząd „Sztab Klubu” postanowił systematycznie organizować Zebrania Zarządu i Narady Aktywu, w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Z braku własnego lokalu początkowo spotykaliśmy się w Domu Rzemiosła przy ul. Franciszkańskiej, w sali OSP przy ul. Farnej i najczęściej w lokalu ZBOWiD-u przy ul. Warszawskiej. Ustalono plany szkoleń wojskowych i dodatkowe rodzaje zajęć dla rezerwistów i ich rodzin, ponieważ nasza organizacja wzbudzała zainteresowanie i zaczęła dominować w mieście. Atrakcyjne imprezy z okazji różnych świąt i rocznic, organizowane w sali OSP, cieszyły się coraz to większą frekwencją. Bale wiosenne i karnawałowe organizowaliśmy w salach stołówki FUM-u. Wszystko robiliśmy wzorowo, elegancko i miło, zyskując sobie sympatię i życzliwość lokalnego społeczeństwa, które widziało w tym nie tylko kulturalną rozrywkę, ale i działalność charytatywną, bo myślą przewodnią i celem tych imprez było zdobywanie pieniędzy — gromadzenie funduszu na cele organizacyjne. Celem nadrzędnym jednak, było posiadanie własnego lokum, a dokładnie– pawilonu przy strzelnicy sportowej nad Pilicą; pawilon z halą strzelecką, węzłem sanitarnym, kuchennym, dydaktycznym i niewielkim magazynkiem. Zabawy taneczne i bale przynosiły spory zysk, ale solidne ich przygotowanie wymagało czasu i wysiłku. W FUM-ie sale z pełnym wyposażeniem — nieodpłatnie, kuchnia i obsługa kelnerska — żony rezerwistów; one też wiele smakołyków przywoziły ze swoich domów. Orkiestra pana Alberta Zaparta– za półdarmo. Pieniądze wpływały do kasy: z wstępu, szatni, kotylionów, bufetu, loterii fantowej, „poczty francuskiej” i bonów na wybór „Królowej Balu”. A wszystkim kierował niestrudzony, pełen pomysłów Jerzy Domański, któremu pomagał Aktyw Klubu-pracownicy FUM-u (kol. Stefan Ambroż wykonywał ozdobne metalowe korony dla „Królowej Balu”).
W miesiącach letnich organizowaliśmy nad Pilicą zabawy ludowe– taneczne, wykorzystując okazje, jak: 1-maja, „Noc Świętojańską” i Odpust lipcowy. Imprezy odbywały się na Stanicy PTTK lub „na deskach”- przy targowicy. Wojskowe zespoły muzyczne przyjeżdżały nieodpłatnie z Góry Kalwarii. Z wojska wypożyczaliśmy też namioty na bufety. Piwo „w komis” całymi „Jelczami” z Browaru –Warka, wino z MZPOW. Atrakcje sztucznych ogni imitowali rakietnicami oficerowie z Ogrodzieniec, a porządku pilnowali milicjanci z psami, przyjeżdżając „na poczęstunek” z Sułkowic. Wszyscy nam pomagali. To były czasy prawdziwej pracy społecznej. Każdą złotówkę liczyliśmy po trzy razy. Bufety, które dawały największy zysk, prowadzili przeważnie koledzy : W. Pączek, A. Buczek, A. Grzelewski, Z. Tulo, J. i R. Domańscy, W. Węgrzyn, T. Krzyżanowski, Z. Nowicki, L. Seremak.
Początkowo „parkiet taneczny” — blaty z grubych desek wypożyczaliśmy z Z.G.K, później zrobiliśmy swoje. Pamiętam jakie to były ciężary, dźwigane ręcznie. Rozkładanie, składanie, przywożenie, odwożenie itd., itp. To była praca społeczna, a nie jak dzisiejsze organizacje społeczne, które czekają tylko na dotacje. U nas w LOK nikt nie otrzymywał żadnych gratyfikacji z racji pełnienia funkcji w klubie! A wszyscy garnęli się, jak kto i czym mógł, aby pomóc w osiągnięciu celu — posiadaniu własnego „gniazda”. Zbieraliśmy złom w życzliwych warsztatach rzemieślniczych, jak u pana Franciszka Majewskiego, p. Stefana Sobieraja, p. Tadeusza Wojtali, p. Edwarda Grzelewskiego, p. Ryszarda Gablera i wielu innych. Razem z nieodżałowanym kompanem Stefanem Siekierskim, brudni od różnych smarów, zwoziliśmy ten złom do sklepu na stacji PKP. I tak zebrany „grosz do grosza” przeznaczaliśmy na zakup cegły do budowy budynku, który miał stanąć na początku stu-metrowej strzelnicy. Ponieważ materiały budowlane kupowaliśmy przez dwa lata, dla bezpieczeństwa przed złodziejami składowaliśmy na terenie stadionu sportowego, którego gospodarzem był kpt. rez. Tadeusz Sikorowski i miał „oko na wszystko”. Działalność nasza cieszyła władze miasta, a szczególnie wielce zasłużonego Naczelnika p. Tadeusza Kulawika, który widząc nasze dotychczasowe osiągnięcia, zgodził się objąć patronatem budowę pawilonu KOR-LOK-WARKA. Dla formalności, na wiosnę 1978r. kol. Andrzej Sobolewski rozpoczął budowę fundamentów i podjął się kierowaniem budową. Sprowadził betoniarkę 150-kę i z pomocą kolegów: Stanisława Kowalskiego, Jana Skowrońskiego, Antoniego Cieślaka, Janusza i Władysława Gajewskich, Jerzego Domańskiego, Tadeusza Krzyżanowskiego i wielu innych, pracowali całymi popołudniami. Zalewane betonem kamienie pochodziły z przebudowy ulicy „górka Kuprasa”, chodników w mieście, a nawet zbierane z remontu cmentarza. Zbrojenia-z różnych odpadów, z życzliwych nam warsztatów ślusarskich. Projekt pawilonu pod nadzorem kol. A. Węgielka wykonał nieodpłatnie inż. bud. Henryk Sobolewski z ul. Farnej. Swoim entuzjazmem i pracowitością A. Sobolewski skupił wokół siebie duży aktyw Klubu. Zakochanemu w Warce Andrzejowi zawdzięczamy wiele trwałych pamiątek w mieście!
St. sierż. sztab. rez. Andrzej Sobolewski, syn Jana i Jadwigi z domu Grzelewskiej, ur. 16 – 08-1946r. w Warce. Tu ukończył szkołę podstawową, a następnie w latach 1960 – 65 Technikum Mechaniczne w Ursusie. Przez rok pracował w FUM-Warka.
W latach 1966 – 68 odbył służbę wojskową w 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno Desantowej (Niepołomice, Kraków).
W stopniu kaprala wrócił do FUM-u. Od 1973r. –Kierownik Zakładu Gospodarki Komunalnej. W 1989r Społeczny Komitet Budowy Domu Kultury powierzył mu kierownictwo budowy. Od 1994r. do chwili obecnej pracuje w firmie „Ru-rex” w Piastowie. Przez wiele kadencji-radny miasta. Posiada wiele odznaczeń państwowych, wojskowych, LOK i regionalnych. Jest moim wiernym kolegą klubowym i wypróbowanym przyjacielem, czego dowody odczuwam stale.
Prezes Honorowy KŻR dr ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607−164−851.
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
W lutym 1941 r, dotarła do nas wiadomość z Warszawy, że u Św. Boromeusza leży ciężko ranny z licznymi odmrożeniami Józef Orłowski, brat mamy, a mój Chrzestny Ojciec. Pracował wtedy w Powiatowym Wydziale Drogowym w Grójcu, miał do dyspozycji motocykl i często służbowo jeździł do Warszawy. Zwerbowany do ZWZ, był łącznikiem. Któregoś razu pojechali za nim Niemcy i postrzelili go w drodze pod Raszynem. Tam wykrwawionego i przemarzniętego, przyjaciele umieścili go (schowali) na leczenie w szpitalu zakaźnym. Mimo wielkich starań lekarzy, zmarł 20 marca 1941 r, dzień po swoich imieninach. Pochowany jest na Bródnie. Wczesną wiosną (chyba był to marzec) 1941 r., przez kilka dni, przywożono furmankami chłopskimi (podwodami), ze stacji kolejowej w Szastarce do Modliborzyc, Żydów wysiedlonych z Wiednia wraz z ich dobytkiem. Żydów przyjechało około półtora tysiąca, całe rodziny. Twierdzili, że byli trzecim pokoleniem żydowskim, a mimo to zostali wyrzuceni z III Rzeszy.
W tym przypadku, nasze harcerskie działanie wywiadowcze ograniczało się tylko na zlokalizowaniu ich zakwaterowania, bo dużo zamieszkało w wynajętych pokojach u Polaków.
W Wielką. Środę Wielkanocną 1941 r., wieczorem, stojąc koło p.p. Wojtowiczów, zobaczyłem ogień na górze „Cegielni”, który po chwili zgasł. Po niedługim czasie przebiegł szosą w kierunku miasta szofer z Urzędu Powiatowego w Janowie Lubelskim. Coś krzyczał i klął po polsku, że mu się zapalił samochód i piaskiem go ugasił. Był to Heinrich (Volksdeutsch) z Opolszczyzny, znany w Modliborzycach z częstych przyjazdów ciężarówką z Niemcem Millerem, złośliwą „szarąeminencją”(wymagał, aby mu kłaniano się, inaczej, bił czcionką ). Pewnie chciał zatelefonować z komisariatu Polskiej Policji do Janowa z prośbą o pomoc. Zaciekawiony pobiegłem na Cegielnię. Stała tam ciężarówka z towarem do kasyna niemieckiego. Kręciło się już przy niej dwóch mężczyzn. Wynosili butelki szampana, papierosy i coś jeszcze. Ja wziąłem naręcze paczkowanych pierników i blaszany, malowany na zielono, kubek. Wszyscy pośpieszne uciekliśmy. Z domu długo obserwowałem szosę, nic się nie działo i położyłem się spać. Rano otrzymałem surową reprymendę za brak rozwagi i grożące konsekwencje.
Od maja 1941 r., co kilka dni miałem obserwować przejeżdżających Niemców szosą, koło naszego domu i dyskretnie notować w zeszycie; na lewej stronie jadące w lewo, na Janów, a na prawej w kierunku Kraśnika. Były rubryki na rowery, motocykle, samochody osobowe i ciężarowe. Ja miałem stawiać tylko pionowe kreski w odpowiednie rubryki. Polecenie pomiaru ruchu otrzymałem od kuzyna Józefa Olszowego, a zeszyty zabierał podobno p. Tadeusz Warski, kierownik miejscowego „Holztransportu”. Mieszkał przy ul. Kościelnej u p.p. Gładkowskich (granatowego policjanta). Później skojarzyłem sobie to zadanie wywiadowcze, z koncentracją Wehrmachtu na wschodzie Generalnej Guberni. Pan Warski był zaprzyjaźniony z moimi wujkami i często bywał u nas. Ładnie malował, nawet zrobił mi w pasteli duży portret. Po wojnie, w październiku 1947r., skontaktował się ze mną w Warszawie. Pracował w KBW przy ul. Rakowieckiej (wejście od ul. Puławskiej). Był w stopniu majora i wrócił do właściwego nazwiska: Kostarski. Założył rodzinę. Byłem tez w jego mieszkaniu przy ul. Grotgera. Wiele spraw wyjaśnił mi, prosząc o dyskrecję i wyrozumiałość. Mówił, że w ten sposób dużo pomógł i nadal pomaga prześladowanym Akowcom. Opowiadał o wysłaniu p. Doni Macierzyńskiej z Modliborzyc w 1941 r. do Wiednia. 13 .11.1939r. , gen Władysław Sikorski powołał ZWZ ( Związek Walki Zbrojnej), który m.in. prowadził działania wywiadowcze na terenie Niemiec. Agenci ZWZ byli umieszczani na terenie Rzeszy w rozmaity sposób i różnymi metodami. Najczęściej wykorzystywano tu akcję rekrutacyjną do pracy w niemieckim przemyśle, ponieważ ludzie , którzy dobrowolnie udali się do Niemiec, najczęściej mieli możliwość wyboru miejsca i charakteru zatrudnienia. II Oddział AK (odpowiedzialny za wywiad i kontrwywiad) był w stanie umieścić szpiegów w różnych ważnych przedsiębiorstwach , zakładach produkcyjnych i instytucjach. Działalność szpiegowskich agentów ZWZ w Państwie Policyjnym III Rzeszy , była bardzo niebezpieczna. Siatki informatorów żyły w ciągłym zagrożeniu. Meldunki polskiego wywiadu były wysyłane kurierami do Warszawy, tam weryfikowane raz w miesiącu, drogą radiową , przekazywane wywiadowi Brytyjskiemu. Wiele osób, wysłanych do Rzeszy, miało wykształcenie w różnych dziedzinach i potrafiło zdobywać cenne informacje. Z Modliborzyc , jako agentka ZWZ , jesienią 1941 r. wyjechała do Wiednia p. Aldona (Donia) Macierzyńska , córka kpt. rez. WP Hieronima Macierzyńskiego, miejscowego nauczyciela. Do ulokowania jej w Austrii, wykorzystano kontakty antyfaszystów żydowskich, wysiedlonych z Wiednia do Modliborzyc. P. Donia, po wojnie nie wróciła do Polski. Zamieszkała w Wielkiej Brytanii (w mieście Streatham), wyszła za mąż; korespondowała z moją mamą w Modliborzycach. Wspominał też, że jeżdżąc często do lasów zwerbował do wywiadu, rosłego harcerza, patriotę, Ignacego Mucka, który jako ochotnik zgłosił się jako ochotnik na roboty do Rzeszy. Rzeczywiście, otrzymałem wtedy od Mucka kilka listów z Niemiec i nawet się zdziwiłem, że tak nagle „ na ochotnika”, pracuje dla wroga. P. Warski, ostrzegał mnie przed wylewnością do kolegów — studentów przed rozmowami na temat okupacji, bo mogę nie otrzymać dyplomu lekarza.
Pierwsza moja dalsza wyprawa z Modliborzyc była na początku czerwca 1941 r. do Wysokiego Lubelskiego. Pojechałem rowerem, ścieżkami przez Wierzchowiska, Błażek, Batorz, Ponikwy, Zakrzew, Tamawkę. Docelowo do apteki mgr Chrzanowskiego. Zawiozłem list od Józefa Olszowego. Wtedy pracował w tej aptece mój wujek aptekarz Aleksander Orłowski. Tego samego dnia wieczorem wróciłem z odpowiedzią. Jadąc do Wysokiego, gdzieś w okolicy Tarnawki, mijałem duże oddziały Wehrmachtu. Młodzi żołnierze w czapkach „austriackich” — narciarkach z szarotkami. Mieli niskie pojazdy; prawie wszystkie na gąsienicach z małymi przyczepami prostokątnymi, poprzyczepiane nawet po kilka. Te wagoniki były odkryte, takie skrzynie. Czołgi też mili małe i niskie. Wielu żołnierzy było rozebranych do pasa, myli się nad jakąś rzeczkaL, opalali się. Mgr Chrzanowski mówił, że przyjechała tam niedawno jakaś górska formacja. Zameldowałem o tym p. Józefowi Olszowemu. Później, jak przez Modliborzyce przejeżdżały na wschód różne kolumny wojska, skojarzyłem to z ofensywą na ZSRR. Wujek pracował u p. Chrzanowskiego do 1943r. i wiedziałem, że był zaangażowany w pracy konspiracyjnej AK. Po tragicznej śmierci właściciela apteki opuścił Wysokie i przeniósł się do Warszawy. Mgr Chrzanowski został zastrzelony przez dowódcę bandy ukraińskiej. Grasującej w okolicy. Bywając w Wysokiem, poznałem Nikodema i Jadzię Mazurkiewiczów, dzieci miejscowego lekarza weterynarii. Opowiadali mi historię Wysokiego, osadników tatarskich, dragonów i kurników Marysieńki Sobieskiej. Byłem na wieży nawigacyjnej LOT-u i pierwszy raz widziałem tak wielką latarnię. Wykorzystywano mój rowerowy szlak do Wysokiego i kilka razy przewoziłem gazetki „Biuletyn Informacyjny”. Zwijane były w ruloniki i chowane w ramie roweru pod siodełkiem. Część zostawiałem w Modliborzycach u p. Tadeusza Warskiego , a część przewoziłem dalej, do Potoczka, do inż. Jerzego Maciudzińskiego, który w majątku p.p. Przanowskich zajmował się leśnictwem i rybołówstwem. Te moje „odwiedziny” w Potoczku nie wzbudzały podejrzeń, ponieważ jego żona, Leokadia, była moja chrzestna, matkat i utrzymywali z nami częste kontakty .Piszę o wydarzeniach i ludziach, którzy sami niezwykle bliscy. W 1943r. przez dłuższy czas kwaterował u nas por. Hans Nowak (Polak z Wrocławia). Dowodził jakąś „zbieraniną” stacjonującą, w Modliborzycach. Często jeździli na różne akcje. Por. Nowak jadał też u nas obiady i dobrze mówił po polsku. Był młody, wesoły i rozrywkowy. Woził mnie samochodem do Maciudzińskich, by czasowo wypożyczać patefon i inne płyty. Ze cztery razy, w patefonie tym ukryte gazetki, przewoziłem do Potoczka.
W lecie 1941 r. pomagałem przy hodowli jedwabników, którą prowadził druh Marian Torla, po uprzednim przeszkoleniu w Milanówku. Hodowle urządzono na parterze szkoły, stojącej obok kościoła. W jednej z sal lekcyjnych wyniesiono ławki, ustawiono obszerne półki — regały, pokryte papierem — pergaminem z małymi otworkami. Małe larwy jedwabników zjadając liście morw „rosły w oczach”. Trzeba było chodzić po okolicy szukać drzew morwowych, zrywać liście i całymi workami zanosić je do szkoły. Do naszych obowiązków należało też robienie otworów, dziurek, coraz to większych w arkuszach papieru przy pomocy ostrych metalowych rurek i młotka, potrzebnych do nakładania na stare brudne papiery, na które, po zasypaniu liśćmi morwowymi, jedwabniki przechodziły przez te dziury do góry i znowu „żarły”. Przy końcu sierpnia pochowały się w kokonach. Był to jeden ze sposobów na przeżycie biednego nauczycielstwa polskiego.
W ramach nauki na „tajnych kompletach”, chodziłem na lekcje polskiego, łaciny i niemieckiego do p. Wandy Kowalińskiej (wysiedlonej z rodziną z Poznańskiego). Mieszkała na Kolonii Zamek. U nich poznałem syna p. Stanisława Mikołajczyka Henryka, który przebywał tam razem z matką, pod zmienionym nazwiskiem: Jurand. Nawet przez kilka miesięcy pracował w Gminnej Spółdzielni w Modliborzycach. Jako harcerz -„wywiadowca”, dowiedziałem się, że później wyjechał dyskretnie do Bełżyc, skąd zabrał go samolot do Anglii, a matkę aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.
W jesieni 1941 r., ja, Nunek Torla i Heniek Potocki, zredagowaliśmy pierwszą tajną gazetkę harcerską pod nazwą „Czuwaj”. Była napisana ręcznie, atramentem, na kratkowanym papierze A4. miała rubryki, jak prawdziwa strona gazety i kilka rysunków. Heniek „najlepszy w klasie z polskiego”, redagował artykuły, a ja ilustrowałem rysunkami. Heniek od dzieciństwa był moim dobrym kolegą i imponował mi wiedzą, patriotyzmem i sarmacką fantazją, odziedziczoną po ojcu. Pamiętam, że tytuł gazetki był zielonego koloru, a po obu stronach: lilijka i krzyż harcerski. Wiadomości w niej zamieszczone, były zasłyszane od dorosłych i audycji radiowych. Moi dziadkowie mieli ukryte radio. Gazetka była w jednym egzemplarzu i po przeczytaniu, należało podać ją„dalej”. Naturalnie po domach naszych harcerzy. Wydaliśmy tylko trzy numery. W ostatnim, były nawet przepisywane wiadomości z „Biuletynu Informacyjnego”, który już przywoziłem z Wysokiego. Gazetki powstawały w mieszkaniu Nunka, do chwili aresztowania jego ojca p. Stanisława Torii. P.p. Torlowie, mieszkali zawsze przy ul. Piłsudskiego (przed wojną nr. 4) w domu pp Krawców. Z Nunkiem robiliśmy dużo zdjęć,on miał aparat fotograficzny i sam robił odbitki. Ja miałem, aż 3 aparaty: bakelitowego „Kodaka”, małoobrazkową „Junke” i „Vouklendera” z miechem (6×9) na statyw i samowyzwalacz. Też sam wywoływałem filmy „Franaszka” i robiłem odbitki , mając różne kopioramki i kuwety z wywoływaczem i utrwalaczem, pensety i obcinarkę w grube ząbki.
Rok 1942 rozpoczął się dla mnie bardzo smutną wiadomością. Na początku lutego przyszła wiadomość do domu, że 26 stycznia o godzinie 5:00 rano zmarł mój ojciec — Wincenty. Wiadomość przesłał matce: Abteilung Justitz Deutche Strafaustalt w Wiśniczu Nowym. W rzeczywistości został spalony w Oświęcimiu w obozie, który budował. Aresztowany w maju 1940r. w Puszczy Solskiej, w ramach „Oczyszczania terenu” po polskim wojsku. Przeżył Zamek Lubelski, a następnie wywieziony do Oświęcimia, o którym jeszcze nikt nie słyszał. W zimowy wieczór, przyniósł do nas tę wiadomość sołtys p. Koszałka i powiedział, że jak żona wpłaci do Starostwa (landrata ) w Kraśniku 200 marek ( DM ), to przyślą urnę z prochami ojca. Zawiadomienie było po niemiecku maszynopisem, opatrzone pieczęcią z, wroną i swastyką”, podpisane przez jakiegoś starszego radcę. Ze sprowadzeniem urny do Modliborzyc nic nie wyszło; po pierwsze termin wpłaty upłynął akurat tego samego dnia, kiedy mama otrzymała wiadomość. Po drugie: skąd, nagle zdobyć 200 DM ?, po trzecie czyje to będą rzeczywiście prochy?. Tak, jak na ten temat, były wcześniej wątpliwości z prochami śp. Ks. Prof. Lenarta. Po czwarte może ojciec żyje ?. Wiedzieliśmy, że siedział na Zamku. Były wielkie starania, żeby go uwolnić, wykupić, ale po pewnym czasie, kontakty się urwały. Po tej smutnej wiadomości, rodzina i znajomi z Lublina (p. Aga), nasilili wysiłek w poszukiwaniu ojca i dopiero w jesieni 1942 roku na podstawie tego niemieckiego dokumentu, sporządzono w Modliborzycach akt zgonu, który to dokument w 1972 roku, w tajemniczych okolicznościach, zniknął z księgi parafialnej.
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski Tel. 607−164−851
Z cyklu: Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”
Wykorzystując przegląd — badanie fachowo jako pediatra; ale żeby byt efekt tej pracy, wzywałem na rozmowy osobiście rodziców, bo wiele dzieci wymagało jakiejś korekty czy nawet leczenia, jak: wady postawy, krzywica klatki piersiowej (tzw. kurza– kogucia), wydęty brzuch, skrzywienia kręgosłupa, krzywica podudzi, płaskostopie, różne wady wzroku i nagminna próchnica zębów; niedobory wagi ciała. Trafiała się też wszawica. Pamiętam, jak te rozebrane dzieci wyglądały: blade, mizerne, wystraszone, jak jakie sieroty. Podobno dostawały w szkole mleko, ale jabłka czy tranu nie widziały. A wtedy były jeszcze zapasy po UNRRA. Obowiązkowe szczepienia ochronne wg kalendarza też zajmowały dużo czasu w godzinach porannych, a wtedy byłem sam! Trochę papierkowej roboty, w międzyczasie pogadanka w szkole, a to na polowanie zapraszają., a to jacyś znajomi– „Jak się urządziłeś” ? Zacząłem być zmęczony. Największa przyjemność przychodziła wieczór, jak siedząc z matką, opowiadałem o pracowitym dniu; jak patrzyła na mnie z zadowoleniem. Opatrzność Boża i pewnie doktór Zieliński z „góry” czuwały nade mną, abym nie popełnił jakiegoś błędu , bo zacząłem leczyć wszystko, z czym się do mnie zwrócono. W czasie studiów medycznych w Warszawie miałem bardzo dobrych profesorów i ich asystentów, którzy mnie przygotowali wszechstronnie do samodzielnej pracy, przez przypadek w Modliborzycach. W tym miejscu powinienem podziękować też śp.dr Zielińskiemu za udzielanie mi praktycznych rad i wiadomości terapeutycznych na wakacyjnych dobrowolnych praktykach studenckich w Ośrodku Zdrowia. Lubił mnie, bo umiałem go słuchać, a wiedzę i praktykę miał ogromna.. Cieszył się, że chcę zostać lekarzem, bo z moich rówieśników nikt specjalnie nie rwał się do tego zawodu. Uczył mnie wielu praktycznych czynności, prostych, a jakże pomocnych w stawianiu diagnozy; sposobów leczenia, o których nie pisano nawet w podręcznikach. Każdego roku studiów byłem na takim miesięcznym szkoleniu. Nawet w sierpniu 1952r. oficjalnie zastępowałem dr. Zielińskiego w Ośrodku, jak miał urlop. Przyjeżdżając w 1955r. do Modliborzyc, nie żałowałem pozostawienia na „Czystem” — dr. Polaka, dr. Hankego lub prof. Groera, w powstającym Instytucie Matki i Dziecka. W każdym razie powiększająca się liczba pacjentów, nawet w dalszej okolicy, uspokajała mnie, że jestem przygotowany do pełnienia tej funkcji w społeczeństwie, szczególnie, że to środowisko było mi bardzo bliskie, znajome, przyjazne, ale przez to i wymagające. Prawie ze wszystkimi w Modliborzycach byłem na „PER TY” . Żeby nie osiąść na laurach, zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego w Lublinie, a następnie zostałem przyjęty w Klinice Dziecięcej prof. Klepackiego na dalszą specjalizację pediatryczna.. Jeździłem na posiedzenia, wykłady itp. Pracowałem też w komisjach Wojskowych przy RKU w Kraśniku. W Szpitalu Janowskim Ordynatorem Chirurgii był mój kolega gimnazjalny Anasiewicz. przez co nie czułem się osamotniony.
Służba Zdrowia zaczęła rozszerzać zakres działań na rzecz profilaktyki robieniem „bilansów” w określonych wiekowo grupach dzieci. Wymagań i obowiązków przybywało, więc jako Kierownik chętnie powiększyłem personel Ośrodka o druga, pielęgniarkę, p. Jadwigę Orłowska.z ul. Janowskiej i o dentystkę . Skromny gabinet stomatologiczny obsługiwała p. dr Danusia ( nazwiska już nie pamiętam). Przyjeżdżała do pracy z Janowa. Wtedy kursowały te słynne „stonki”. Pracy mieliśmy wszyscy dużo w gabinetach, jak i terenie, na wizytach domowych. Szczególnie dużo zabiegów wykonywały pielęgniarki p. Anna Dziadosz i p. Jadwiga Orłowska, bo miały różne zlecenia, nie tylko ode mnie . ale i od lekarzy z Janowa, Kraśnika, Lublina itd. Będąc pediatrą, lekarzem, szczególnie uczulonym na różne niedobory wagi i wzrostu, na alergię krzywicę, anemię itp. zacząłem stosować vit A+D3, Vit D3 forte. Był już też Vigantol i Calcium-Sandoz. Stosowałem witaminy z grupy B i preparaty żelaza. Sprowadzałem ze Szwajcarii zastrzyki „Arovit” — pobudzające wzrost, tak jak to robiłem w Warszawie. Matki woziły do Janowa kał dzieci do badania na obecność pasożytów jelitowych, bo było duże „zarobaczenie”.
Wprowadzono wtedy okresowe obowiązkowe szczepienia ochronne dla dzieci i młodzieży wg „kalendarza szczepień”. Trzeba było wzywać matki z dziećmi, nie przyzwyczajone do tej profilaktyki, namawiać i tłumaczyć zalety tych szczepień. Spotykałem się też z niezrozumieniem i zacofaniem. Ale „nic na siłę”, czekałem na wyrażenie zgody. Na początku niewiele matek zgłaszało się z dziećmi. Trzeba było ponownie wypisywać wezwania z nowym terminem stawienia się w Ośrodku. To bardzo komplikowało pracę, bo w Ośrodku zawsze byli jacyś chorzy, a tu na szczepienia przychodziły matki ze zdrowymi dziećmi, a poczekalnia jedna. Trzeba „obejrzeć” dziecko przed szczepieniem, matki niecierpliwe, dzieci na wszelki wypadek — już płaczą. Staramy się nie zniechęcać matek, bo więcej nie przyjdą. Uwijamy się jak w ukropie. To były pionierskie lata „służby zdrowia” na prowincji! To nie przedwojenne czasy i zasady praktyki lekarskiej. To było służba z nakazem jak do wojska i przydziałem pracy jak do jednostki. Była pensja i trzeba było cały rejon obsłużyć bezpłatnie, wszystkie leki ze zniżka., wszyscy ubezpieczeni, wszyscy mają być zdrowi i zadowoleni. A do tego „oko” wszech mądrej i nieomylnej — PZPR, byle się wtrącać i pouczać. Dobrze, że do żadnej partii i organizacji karierowiczów nie należałem (ojciec w grobie by się wywrócił).
Starsze dzieci szkolne przychodziły na przeglądy i szczepienia całymi klasami z wychowawcami. Instruktor sanitarny p.Koszałka, był w tamtych czasach powojennych bardzo pomocny w prowadzeniu różnych akcji profilaktycznych, oświatowych i przestrzeganiu higieny osobistej. Przeprowadzał wywiady epidemiologiczne u zakaźnie chorych. Badał wodę pitną, pobierając próbki i odwoził je do powiatowej stacji Sanepid w Kraśniku. Chodził do szkół z pogadankami na temat chorób zakaźnych, rozdawał skromne ulotki. Sprawdzał ważność książeczek zdrowia, ogłaszał o bezpłatnych szczepieniach ochronnych. Zawsze grzeczny, schludnie ubrany, służył dużą pomocą w Ośrodku Zdrowia. Wzbudzał zaufanie . I może dlatego zaczęto wykorzystywać go do przeprowadzania prelekcji na temat „Dobrodziejstwa Gospodarki Socjalistycznej”, do scalania niedawno rozdanej dworskiej ziemi w ramach reformy rolnej, z której chłop czy fornal nie mógł utrzymać rodziny, a nawet nie miał czym jej uprawiać. Powstawały różne spółdzielnie i kołka rolnicze. Dobrodziejstwo socjalizmu zaczęto też pokazywać przez Służbę Zdrowia, organizując tzw. „Białe Niedziele”. Badania, leczenie, profilaktyka dla ludności na prowincji– za darmo. Jak to w bogatym kraju jest dobrze, jak rząd dba o swoich obywateli. PZPR poprzez wójta załatwiała podwody (dwie lub trzy furmanki), wybrała miejscowość podworska., z lokalem w szkole. Kierownik szkoły, zawiadomiony wcześniej o tym dobrodziejstwie, o przyjeździe ekipy w ..białych fartuchach”, ogłaszał przez dzieci szkolne na całą okolicę . że można . a nawet trzeba przyjść i przebadać się u lekarza za darmo i na miejscu we wsi. Nie trzeba mitrężyć czasu w dzień powszedni. Czekać tam w kolejce, a tu po kościele, będą na Was czekali lekarze. Zabieramy na wóz rożne pomoce lekarskie, m.in.: fotel dentystyczny, wagi. wiaderka, materiały opatrunkowe, prześcieradła, jedyny parawan, leżankę, fartuchy, miednice, ręczniki, szpatułki, spluwaczkę itp. Rano wyjazd, urządzanie prowizorycznych polowych gabinetów w szkole i do pracy ! Jak się więcej ludzi zebrało, przerwa w pracy; bo głos zabierze prelegent z „rejkomu” na temat dobrodziejstwa gospodarki kolektywnej-socjalistycznej. Początkowo był to ktoś z powiatu, ale ludzie zniechęceni tym gadaniem, rozchodzili się , zabierając nawet ze sobą dzieci. Praktycznie na tym kończyła się cała akcja. Czasem ktoś wrócił się jeszcze po jakąś receptę. Do momentu rozpoczęcia agitacji pracowaliśmy sprawnie. Ja badałem pacjentów, przeważnie młodych, położna ważyła dzieci i chętnych dorosłych, pielęgniarki mierzyły ciśnienie, zmieniały opatrunki, dentystka rwała zęby. Higienista rozdawał ulotki o zapobieganiu chorobom zakaźnym, i widać było nasza, pomoc. Organizatorzy doszli do wniosku, że lepiej będzie jak ktoś z nas -„ z białego personelu” w międzyczasie będzie prowadził .. dyskusję, przekonywał wieśniaków, ile tracą, gospodarując indywidualnie na swoim. Naturalnie wybór padł na naszego instruktora sanitarnego p. Koszałkę. Prezencję i wymowę miał, a specjalnie ważnej funkcji w niedzielnej ekipie nie pełnił, więc dostarczyłem mu regulamin takiej spółdzielni, napisałem referat, który 30.05.55r. przepisał i czytał go po kilka razy, w odstępach czasu, do nowo zebranych ludzi. Jaki efekt jego wystąpień był, nie wiem? Ale my z tej społecznej pracy byliśmy zadowoleni. Zawsze jakiegoś chorego „wyłowiło się”. A najbardziej napracowała się nasza dentystka dr Danusia i na koniec mówiła : „Pół wiadra zębów wyrwałam, na żywca. A kto by się bawił w znieczulanie, jak kolejka nie malała? Po drugie — będą mnie długo pamiętać i te „ Białe niedziele”- Zamiast na sumę, to do dentystki”. Jeździliśmy tak w maju iw czerwcu przed wakacjami i robotami polowymi; po szkołach w Stojeszynie, Wolicy i Wierzchowiskach. Mnie najbardziej utkwił w pamięci jeden wyjazd do Wierzchowisk. Było to przy końcu czerwca 1955r. frekwencja, ludności chętnej na badania, mała. Przyszło trochę dzieci i kilka starszych kobiet. Wreszcie pytam jedna.starszą panią: „Co u Was, tak wszyscy zdrowi?” -., Ano zdrowi, tylko wnuczka jest jakaś dziwna”. Pytam dalej:„Ale ży czy chodzi?” — „Chodzi, jeno jakoś tak” -.. To proszę ja. przyprowadzić” .Nie upłynęło pół godziny, wchodzi do izby szkolnej gabinetu — młoda panienka, a za nią babcia. Dziewczyna zgrabna, wyprostowana, ładna 18-latka, z uśmiechem na ustach. Coś do niej mówię, a ona nic, tylko się śmieje z dziwnym grymasem na twarzy. Jak błyskawica przeleciał mi przez głowę wykład prof. Bogdanowicza o tężcu ! Zerwałem się z krzesła, podchodzę do niej, palcem uderzam w brzuch, jest twardy jak deska. Macam łydki– twarde, napięte. Pytam pospiesznie babcię, czy nie skaleczyła się . może jakaś rana ostatnio? „ Nic takiego”. Ale w końcu babcia przypomina sobie , że przed tygodniem paliło się w nocy na wsi i wszyscy lecieli do ognia, a ta dziewczyna nawet boso. Weszła jej w nogę drzazga ze starego płotu ., ale usunęli”. Wszystko jasne — galopujący tężec ..czerwiec — upały”. Coś jej tam z domu przyniesiono, dałem podwodę z najlepszymi końmi, z dziewczyną wsiadła położna Pani Danuta Masłach — bardziej doświadczona i na skróty, przez lasy , z Wierzchowisk do szpitala w Janowie. Tam sensacja, bo dawno nie mieli takiego przypadku. Przeżyła; leczona bardzo długo. Podobno „kukurużnik” co dwa — trzy dni zrzucał dla niej surowicę, zbierana, po Polsce.
Do ciekawszych wspomnień, zaliczam małego pacjenta, a było to na początku mojej pracy w Modliborzycach. Chyba przy końcu lutego 1955roku. Późnym wieczorem , już prawie w nocy. zapukał ktoś do domu dziadków Orłowskich, a właściwie to do mnie. z prośba, o zbadanie dziecka. Wiozą, ze szpitala w Krakowie chłopczyka 6-letniego, do domu. Mieszkająw Wolicy Drugiej. Jest beznadziejnie chory na gruźlicę opon mózgowo-rdzeniowych. Wypisali chłopca do domu, nadziei nie dali, leków nie przepisali. Jadąc ze stacji PKP, wstąpili po drodze do mnie, że może coś „podpowiem”. Dziecko było już wcześniej leczone w Janowie i Lublinie. U Dziadków Orłowskich– kuchnia duża, dziecko położyli na stole, w pierzynach, przepocone; najpierw niech się ogrzeją. Widzę zaczynające się wodogłowie, włosy skręcone na baranek, blady, słabo reaguje na otoczenie, mimo obcego domu, otępiały, obojętny, apatyczny z otwartymi ustami. Zbadałem go ogólnie, żeby nie zniechęcać rodziców i kazałem za dwa dni przyjechać po mnie wieczorem– po pracy. Z karty informacyjnej dowiedziałem się o wynikach licznych badań leczeniu. Otrzymywał m/in : Streptomycynę, rimifon, witaminy, wapń itd. Na drugi dzień zabrałem ze sobą streptomycynę i pojechałem saniami, drogą zimową, pod wieczór do pacjenta. Okazało się, że nie mają elektryczności. Jedyna w domu lampa naftowa, niby z lusterkiem, ale ciemnica. Miałem szczere chęci, jak mi Bóg miły, pomóc temu chłopcu. Przede wszystkim zrobić nakłucie lędźwiowe i upuścić płyn– zmniejszyć jego ciśnienie, żeby dziecko nie cierpiało na ból głowy. W kuchni był niewielki stół, ale chłopiec się zmieścił. Musiałem wytłumaczyć– nauczyć ojca, jak ma trzymać, leżącego na boku syna. Matka przyświecała lampą, ale ciekawska, więcej dla siebie, niż dla mnie. Bez przerwy, musiałem rodzicom zwracać uwagę- więcej „widziałem” macając palcami, niż, jak powinienem-oczami. Wyczuwałem strupki po poprzednich punkcjach, ale igłą kierowała chyba „ręka Pańska”. W tych warunkach najtrudniejszy był-pierwszy raz. Strumień płynu. Początkowo wyraźny, później krople. Wszystko to wydawało mi się za mało. Musiała być jakaś przeszkoda w odbarczaniu tego płynu z mózgu. Jest tam anatomiczne zwężenie, może w nim tkwi przeszkoda? Może coś gęstnieje, tworzy się „galareta” i utrudnia przepływ. Przypomniałem sobie Targi Poznańskie w 1953r„ stoisko farmaceutyczne Firmy „Raschel”, gdzie otrzymałem broszurkę reklamującą Hydrokortizon wraz z próbką. Szerokie możliwości tego leku zainteresowały mnie, nawet zatrzymałem się dłużej tam i przy szklance soku pomarańczowego z lodem wysłuchałem krótkiego wykładu na temat możliwości, skuteczności i sposobów stosowania tego preparatu. Wtedy w Wolicy pomyślałem, że spróbuję wykorzystać Hydrokortizon do rozpuszczania lub rozcieńczania ewentualnej przeszkody w kanale mózgowo-rdzeniowym. Powinien być widoczny efekt w postaci większego ubytku płynu, a tym samym zmniejszenie bólów głowy. No i streptomycyna będzie mogła w większym stężeniu– ilości dopłynąć do mózgu. Nie miałem się kogo poradzić, ale było to dla mnie logiczne. Może się uda?!. Hydrokortizon zdobyłem przez wujka Olesia, pracował w wojskowej aptece w Warszawie. Robiłem tak: najpierw odbarczałem ciśnienie, przez możliwie jak największy upust płynu, potem wstrzykiwałem Hydrokortizon i po chwili dawkę Streptomycyny. Te czynności wykonywałem co drugi wieczór, aż do wiosny! I udało się. Przy końcu kuracji, byłem tak wprawiony do nakłuć, że mogłem je robić nawet z zamkniętymi oczami. Chłopiec stopniowo nabierał zdrowia, apetytu, rumieńców, chodził swobodnie, nawet biegał i bawił się z rówieśnikami. Stan jego zdrowia poprawił się na tyle, że rozpoczoł od września naukę w szkole. Na drugi rok, całkiem już zdrowego chłopca, w wakacje w czasie zabawy w jakimś wyrobisku, przysypała ziemia. Nie zdążyli go uratować. Nie znane są wyroki Boskie. (Czytając ten fragment moich wspomnień, będą Państwo wiedzieli o kogo chodzi.)
W czasie tej ciężkiej zimy, dużo starszych osób leżało po domach z powodu różnych zapaleń, jak i nasilenia się dolegliwości przewlekłych. Choroby nie omijały, jak wspominałem-dzieci. Jeździłem więc po wsiach, gdzie w domach zbierało się kilkoro chorych osób, czekając na umówionego lekarza. Prawie za każdym razem, nie proszony, wstępowałem do chorych, którzy krępując się swojej biedy, nie wzywali lekarza. Dowiadywałem się o nich od woźniców, jak np. mijaliśmy ich domy. I tak było; od jednych dostawałem pieniądze, a drugim zostawiałem na leki. Wszędzie proponowano gorącą herbatę i jakiś poczęstunek, ale dzień krótki, a potem noc i śniegi. Ludzie nawet porobili sobie„ zimowe drogi”- na skróty, wszystko pozamarzane, zawiane. Wiele takich wyjazdów do chorych pamiętam, ale jeden szczególnie wspominam. Była to niedziela. Przyjechał do nas z Lublina dobry znajomy (już w grobie, mogę pisać), Inspektor Lasów Państwowych– inż.. Zagórski (faktycznie był Inspektorem, ale przed wojną i Policji Państwowej w Tarnopolu. W Lublinie „ryzuny”, nie namierzyli go). Po obiedzie, przed dom gdzie mieszkałem i w wolnych godzinach przyjmowałem pacjentów, podjechały parokonne sanie. Woźnica prosił, abym mimo świątecznego dnia pojechał do ciężko chorego dziecka w Wierzchowiskach. Usłyszawszy to pan Zagórski, wprosił się na tę przejażdżkę, a ja też byłem zadowolony, bo przy okazji gość będzie miał kulig. W saniach było dużo siana, wygodne siedzenia, zamiast baranicy-grube koce i jakaś burka. Opatuleni, ruszyliśmy z kopyta. Pogoda piękna, wokół wszystko się iskrzyło, konie wypoczęte zimą, rwały w kierunku stajni, nie czując w nogach przejechanych kilkunastu kilometrów. Bat był tylko od parady. Droga zimowa przetarta, widoki piękne, lekki wiaterek smagał policzki, tylko zachwycać się krajobrazem, bo rozmowa byłaby nie na miejscu. Sanie mknęły coraz wyżej, na wzniesienia Roztocza, potem na końcu niewielkiego wąwozu, skręciły w prawo, na podwórko pp. Janików w Wierzchowiskach Pierwszych. Zachorował mały synek pp. Janików. Nie pamiętam co mu było, ale chyba nic groźnego, bo pozostał w domu. Po zbadaniu dziecka, p. Michalina Janikowa w imieniu chorego– znajomego z Kamiennej Góry, prosiła, żebym przy okazji i jego zbadał; leży od dawna w łóżku. Była jeszcze wczesna pora. Inspektor został z p. Czesławem Janikiem, a ja pojechałem, już innymi saniami, do następnego pacjenta. Droga pod wyższą górkę, nawet woźnica zeskoczył z sani i biegł obok. Dom stary, słabo ogrzewany, czuć wilgoć, pod grubą pierzyna leży starszy mężczyzna. Leczył się od dawna w wielu miejscowościach(ale po kilku moich wizytach– ozdrawiał i mnie„wychwalał”). Wychodząc wtedy z pokoju chorego zobaczyłem w kuchni na stole, leżące w beciku głośno płaczące niemowlę sąsiadki; też chore. Na lepce, siedzi kilka kobiet w czarnych chustach (niedziela), głowy opuszczone. To ciekawskie sąsiadki zleciały się, bo doktór przyjechał, zerkają dyskretnie i nadsłuchują. Przy badaniu prawie żongluję tym dzieckiem. Matka patrzy z niepokojem na mnie, dziecko nadal płacze i w tym momencie, jedna z kobiet siedząca na lepce rozładowuje sytuację; podnosi głowę i mówi głośno:„ Kumo, mo taki głos, chyba organistom będzie”. Matka zachwycona życzeniami, odpowiada z zadowoleniem, kiwając głową: „Bóg zapłać!, Bóg zapłać!”. Wracając z Kamiennej Góry, podziwiam piękne widoki ośnieżonych wzgórz Roztocza, oświetlone na różowo promieniami zachodzącego słońca. Do tego para, buchająca z nozdrzy końskich, zapowiadała mroźna, noc. Wróciłem do pp. Janików po Inspektora, a tu „stop”. Długi stół nakryty śnieżnobiałym obrusem, gładkim jak opłatek, różne talerze, a na wierzchu „głębokie”, z żółtym, domowym makaronem; obok wiele platerów, zapowiadających ucztę. Było już kilku sąsiadów p. Czesława, którym Inspektor coś ciekawego opowiadał; a gawędziarz z niego wspaniały. Słuchali światowego człowieka z wielką ciekawością, bo tak wszystko obrazowo przekazywał. Chwilę po mnie weszli następni goście– same chłopy i każdy, zza pazuchy, wyjmował dyskretnie flaszkę. Obserwowałem Inspektora, śmiały mu się oczy na ten widok coraz bardziej. Pani Michalina zaprasza do stołu i stawia wazę z gorącym rosołem, chyba najlepszy, jaki jadłem w życiu. Potem było jakieś smaczne pieczyste, sałatki, bigos, wędliny, desery i herbata, parzona wodą z głębokiej studni i pokładów wapiennych. Przez przypadek był też program rozrywkowy, wprawdzie przez radio, ale na poziomie światowym. Transmitowano wtedy mecz hokeja na lodzie, między drużynami Kanady i ZSSR. Co gol-to toast i brawa za zdobycie kolejnej bramki przez Kanadyjczyków. Dobrze, że trunków wystarczyło– na 5:0 dla Kanady. Proszę sobie wyobrazić– nocna głusza na dalekiej Lubelszczyźnie, a tu kibice z Polski, przy małym bakelitowym „Pionierku” na półce przy ścianie, wiwatują w 1955r. „Dołożyć kacapom”, „Bić ruska”, „Jeszcze jeden gol!” i następny toast. Mecz skończył się grubo po północy i o drugiej siedzieliśmy już w saniach. Gościnna p. Michalina Janikowa wcisnęła nam na pożegnanie, pokaźny kołacz. Woźnica zaciął konie, na krótkich postronkach, żeby nie wpadać w zatoki. Księżyc ogromny leniwie przyświecał drogę. Inspektor Zagórski zadowolony, bo nie musiał w poniedziałek rano wstawać do pracy. Nawet jakąś melodię nucił. Konie parskały zdrowo, sanie płynęły, a ja chyba drzemałem. Ale teraz, co dla mnie najważniejsze– od zimy 1955r. jestem związany szczerą przyjaźnią z Rodziną Państwa Janików.
Przyszło lato, wakacje, żniwa, pacjentów w Ośrodku mniej. Któregoś dnia przyjeżdża do mnie furmanką gospodarz z prośbą na wizytę do jego przewlekle chorej żony. Choruje od kilku lat i choroba nasila się szczególnie w tym letnim okresie. Mieszka w Felinowie, nie tak daleko. Umówiłem się z nim na jutro, zaraz po obiedzie. Przyjechał. Wziąłem ze sobą lornetkę, flower; będę miał przy okazji wycieczkę, bo okolica piękna, tym bardziej, że mieliśmy jechać przez jakieś „Doły”. Wlekliśmy się stępa, ciągnieni przez niewielkiego gniadosza. Gospodarz podczas drogi opowiadał o chorobie żony, że jeździł z nią po różnych doktorach, znachorach, w zeszłym roku nawet sprzedał krowę na leczenie i nie ma żadnej poprawy. A słyszał o mnie, że jestem pomocny”, więc może ja, postawię ją na nogi, bo nie może chodzić, ani stać długo, tylko by leżała i leży w łóżku, a tu żniwa itd. Jesteśmy na kolejnej górce, pokazał nawet ręką w dali swoje zabudowania. Przejeżdżając obok wysokiego dębu, zobaczyłem na wierzchołku, siedzącego na suchej gałęzi grzywacza. Pewnie obserwował teren, pilnując żerującego stadka. Bez większego namysłu zdjąłem go z floweru; gotował się ze trzy dni. To musiał być przewodnik, źle zrobiłem, zabijając go. Miałem długo „kaca moralnego”. Wjeżdżamy na rozległe podwórko, pies ujada, tańcząc na łańcuchu. Z domu nikt nie wygląda. Gospodarz odpiął postronki i prosi do mieszkania. Przechodzę przez kuchnię, w której widać brak ręki kobiecej. W pokoju leży na łóżku, trochę blada na twarzy, młoda kobieta i w oczach jej widzę już ironiczne spojrzenie. Witam ją, przeprowadzam wywiad, badam. Wszystko w normie. Chłopina posępny — oparty o ścianę, czeka, co powiem?. A pacjentka bez przerwy narzeka na bóle, co ją dotknę, że nie ma władzy w nogach ani w rękach. Ale czuję, że mnie oszukuje. Spoglądam na zmartwionego męża, a on na mnie– pytają co: jaka diagnoza, czy mi się uda ją wyleczyć?. Zrobiło mi się go żal. Baba do rzeczy, tylko leń na żniwa, symulantka. Z bardzo poważną miną, niby pisząc recepty, przerywam, oboje patrzą na mnie pytająco, a ja do męża: Proszę Pana! Trzeba koniecznie wynieść z łóżkiem żonę na świeże powietrze, na słońce, taka blada, trzeba jej tlenu. Zrobimy zaraz próbę, pomogę Panu wynieść żonę. Kobieta zadowolona, czeka co będzie dalej. Gospodarz otworzył szerzej drzwi i obaj wynieśliśmy, dość lekkie metalowe łóżko razem z pacjentką, na podwórko, nieopodal studni.
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
Przez całą okupację, bardzo często sołtys przyprowadzał do dziadków na kwaterę różnych niemieckich urzędników i wojskowych. Jedli i mieszkali, nawet po kilka dni, tygodni. Na początku lata 1942r. zamieszkał Niemiec, cywil, nosił w klapie okrągły znaczek NSDAP; jakiś urzędnik od wywożenia Polaków do pracy w Rzeszy. Pierwszego dnia pobytu, zaraz po obiedzie, zachciało mu się wódki. Ponieważ w domu jej nie było, a on nie wiedział gdzie kupić, matka poleciła mi zaprowadzić go do restauracji p. Osińskiej przy ul. Zaborskiej. Wyszliśmy do miasta po 18:00. Wtedy już obowiązywała Żydów godzina policyjna. Idąc lewą strona, ul. Piłsudskiego, z drugiego mieszkania, za domem doktora Zielińskiego otworzyły się nagle drzwi i wyszedł młody Żyd, wysoki, w białej koszuli, zielonych spodniach i czarnych oficerkach. Ponieważ na ulicy było pusto, Niemiec zorientował się zaraz, że to Żyd. Ten stanął obok drzwi blady, jak „słup soli” i podniósł ręce do góry. Krępy, średniego wzrostu Niemiec, wyjął spod marynarki pistolet i wymierzył w Żyda. Stojąc przy Niemcu, błyskawicznie podbiłem mu rękę z pistoletem do góry. Równocześnie padł strzał, ale w powietrze. Żyd osunął się na ziemię, Niemiec spojrzał groźnie na mnie, później na Żyda i zaczął się ogromnie śmiać. Nie wiedziałem z czego. Pokazał mi ręka, jego mokre spodnie!
Odcia,gna,łem Niemca od tego Żyda i poszliśmy dalej. Całe to wydarzenie widzieli przez okna przerażeni Żydzi. W przedostatnim domu, przed ul. Zamkową było otwarte okno, przez które dochodził glos modlącego się Żyda. Niemiec zajrzał tam po cichu, i później „na migi”, kazał mnie to samo zrobić. W niewielkim pokoju za stołem, tyłem do okna, a twarzą do jakiegoś kredensu, głośno modlił się Żyd. Był w stroju rytualnym („cycałe”), kiwał się bez przerwy, po lewej stronie paliła się w niewielkim lichtarzu świeczka. Znowu wyjął pistolet. Przeraziłem się. Przytknął palec do ust, żebym był cicho, pomachał ręka, uspokajająco i wskazał na świeczkę, którą jednym strzałem zgasił. Z mieszkania Żyda dochodziły jakieś krzyki, hałas. U p. Osińskiej kupił cztery butelki wódki, włożył do teczki i wróciliśmy do domu. Popił i po kolacji poszedł sam do miasta. Podobno kazał otworzyć „Judenrad” i złośliwie zalał tam atramentem kilka kart jakiejś księgi z dokumentami, nakazując przepisanie ich do rana. Kilkunastu Żydów pisało całą noc. Na drugi dzień rano, jak Niemiec poszedł do gminy, zebrała się przed naszym domem duża gromada Żydów, może ze dwieście osób. Dziękowali mojej matce za uratowanie Żyda od śmierci. Nie mieli słów podzięki i zachwytu za moja, odwagę. Ciekaw jestem, co by Żydzi myśleli, gdyby przy mnie Niemiec zastrzelił Żyda ? Oskarżyli by mnie, że Niemca „napuściłem”. A było ich wtedy w Modliborzycach ze dwa i pół tysiąca. Od tej pory, napotkani w mieście Żydzi, pokazywali mnie palcami i zaczęli nawet się kłaniać!
W południe 26 sierpnia 1942r. jakiś niepokój na ulicy Janowskiej. Biegnę i widzę po lewej stronie Niemców w mundurach Schutzpolizei, koło domu Pankowskich. Oficerze szpicrutą, stoi na środku ulicy, a kilku wynosi z domu jakieś książki, papiery i wrzuca do palącego się na podwórku ogniska. Wszystko widać dokładnie, bo nie było tam płotu. Widzę nawet obraz Matki Boskiej w ramach, Niemiec go rozbiera, ogląda i też wrzuca do ognia. Stałem bardzo blisko, więc oficer przepędził mnie, uderzając po nogach szpicrutą. Przeszedłem na druga, stronę ulicy i usiadłem na ławce przed domem vis a vis. Po pewnym czasie Niemcy odeszli w kierunku rynku. Tego dnia chcieli aresztować Kazimierza Pankowskiego, ale im uciekł. Następnie poszli po Wacława Pikulę, który ostrzeżony przez kuzyna Heńka Pikulę (kadeta), też zbiegł. To samo było tego dnia z Klimkiem Głowackim. Zaplanowana akcja nie udała się Niemcom, więc wzięli na zakładników: za Wacława Pikulę — jego ojca Dominika i brata Kazimierza, a za Klemensa Głowackiego też jego ojca Ignacego i brata Longina, których później, za górą „Cegielnią” na polu, rozstrzelali. To były następne ofiary za ruch oporu, które w Modliborzycach widziałem. Później dowiedziałem się, że Głowacki, Pankowski i Pikula należeli do Polskiej Organizacji Zbrojnej.
W osadzie zapanował większy strach przed okupantem. Ulice opustoszały, ludzie rozmawiali półgłosem. Dopiero wieczór, przemykano się opłotkami do znajomych.Okna szczelnie zasłaniano i spuszczano psy z łańcuchów. Ogólne przygnębienie. Do tego, zakradająca się bieda ludności, szczególnie narodowości żydowskiej. Dawne gry harcerskie: zwiad, zasadzki, podchody, były teraz prawdziwe i emocjonalne, ale ja tęskniłem do biwaków, wędrówek leśnych, budowy szałasów itp. Dlatego chętnie korzystałem z każdej okazji wyjazdu do lasu, na które zabierał mnie dziadzio Orłowski.
Z tego okresu zapamiętałem szczególnie jeden z wyjazdów po drewno opałowe. Pojechaliśmy raniutko, dużym parokonnym wozem, daleko, do jakiegoś gajowego. Zabudowania samotne, na niewielkiej polanie. Dziadzio z gajowym pojechali w głąb lasu.; ja pozostałem w gajówce. Tam trafiłem na skromne śniadanie, do którego usiadło pięcioro dzieci i stary dziadek, no i ja. Gospodyni postawiła na środku szerokiej ławy, dużą gliniana, miskę parujących kartofli „ w całości|”, na których leżało siedem skwarków słoniny, oraz przed każdym mała, glinianą miskę z gotowana, serwatka,. W żółtej serwatce, pływały pojedyncze okruchy białego sera. Jedliśmy łyżkami. Nic w tym szczególnego — pierwszy raz w życiu jadłem gotowaną serwatkę z kartoflami, ale czułem, że nędznie żyją, że jest tam bieda, bo jak dziadek chciał łyżka, wziąć skwarek z kartofli, dzieci, widząc to, szybko uderzały swoimi w łyżkę dziadka i skwarek wracał na kartofle. Scenę tę często mam przed oczyma, szczególnie, jak obecnie obserwuję marudzące dzieci przyjedzeniu.
Na początku września 1942r., przyjechał do nas dentysta z Łęcznej, Żyd, dr Zeman z synem Gutkiem. Gutek miał rodzinę w Modliborzycach, do której przed wojna., często przyjeżdżał w wakacje i bawił się z nami na łąkach, kąpał się i pływał po Sannie moim kajakiem, na Zamłyniu grał w piłkę, a na błoniu w palanta i pekę. Smakował mu chleb ze smalcem i ogórki kiszone. Kolegował się z chłopcami z naszej ulicy, szczególnie z Józkiem Estką i Wojtkiem Wojtowiczem. Należał w Lęcznie do harcerstwa żydowskiego; widziałem go w ich mundurku: biała koszula, czarne wąskie do kolan spodenki i białe podkolanówki z pomponami. Dr Zeman przewidując zamknięcie ich w Getcie, prosił o możliwość pozostawienia syna w naszym domu. Może się tu przechowa: gdzie często kwaterują Niemcy, w rodzinie jest ksiądz itd. bo mówi się ..że pod latarnią jest najciemniej„‚ . Gutek nie nosił gwiazdy Dawida i nie był podobny do Żyda. Ojciec jego miał na lewej piersi, przyszyta, sześcioramienną żółta, gwiazdę. Nosił ja, przepisowo od 1 września 1941 r.,Gutek został u nas. Był smutny, tęsknił i na kilka dni przed wypędzeniem Żydów, uciekł do rodziców.
We wrześniu Niemcy zarządzili wysiedlenie z Modliborzyc wszystkich Żydów do getta w Zaklikowie. Mieli zebrać się rano na rynku, z podręcznym bagażem. Przetransportowano ich furmankami [jak mieli pieniądze], część pieszo. Dużo ich zostało, po drodze, „na wieki”.
Z Zaklikowa, grupami, odjeżdżali towarowymi wagonami w nieznane. Jak zwykle ciekawski, biegałem po ulicach, szukając znajomych twarzy. Szczególnie profesora medycyny Gotliba z Wiednia, bywał u nas często. Profesorkę Konserwatorium w Wiedniu, która mieszkała u pp. Kubickich i uczyła mnie gry na fortepianie. Eryki, ślicznej dziewczyny, mieszkała z rodzicami przy ul. Kowalskiej. W Modliborzycach pozostała (nie na długo) tylko piękna wiedenka -„ Mauzi”, o której względy zabiegali nie tylko oficerowie niemieccy, ale i Olek Gerlicz, dziedzic ze Stojeszyna. Miała w naszej miejscowości, przyjaciółkę. Wracając z rynku, zauważyłem na ul. Błotnej grupkę osób przed domem pp. Krasowskich. Frontowy pokój miał pootwierane okna. U nich też mieszkali Żydzi wiedeńscy, starsze małżeństwo. On był jakimś profesorem chemii. Podszedłem i usłyszałem, że nie żyja,. Wszedłem do środka i zobaczyłem leżące na podwójnym łóżku, dwa martwe ciała. Leżeli równo na wznak, obok siebie. Łóżka przykryte czystymi, białymi prześcieradłami, oni oboje ładnie ubrani na czarno. Mężczyzna leżał od okna; ręce mieli złożone na piersiach. Wyglądali bardzo dostojnie. Na szafkach nocnych, stały dwie szklane zlewki laboratoryjne z białym osadem na ściankach. Prawdopodobnie w nocy oboje otruli się, przewidując uciążliwy i tragiczny koniec. To zdarzenie też zaliczam do swoich harcerskich wspomnień.
Rok 1942 szczególnie był tragiczny dla nas harcerzy. W styczniu ginie mój ojciec , w sierpniu nasz zastępowy Stach Pikula traci ojca i brata, a 2 października druh Marian Torla (Nunek) traci ojca. Nasiliły się aresztowania i Niemcy zabrali z domów w dniu 2 października 1942r. członków POZ (Grupa Oddział Wspomagający): p.p. Tomasza Pietrasa, Henryka i Stanisława Saganów (z Dapia), chorążego Stanisława Torlę, Henryka Saję i Brodzisza (z Modliborzyc). Aresztowanych wywożą ciężarówka, i tego samego dnia rozstrzelali ich w lesie za Kraśnikiem. Śmierci uniknął tylko p. Brodzisz, były wojskowy, który wyrwał się Niemcowi i uciekając zygzakiem pomiędzy drzewami, nie dał się zastrzelić. Później wrócił do Modliborzyc i ukrywał się do końca wojny. 26 października nowy cios dla rodziny naszego zastępowego. W jarach, koło wsi Bilsko, zastrzelono kilku ukrywających się partyzantów członków POZ (AK), a wśród nich dowódcę miejscowej placówki, ppor. Wacława Pikulę — brata Stacha.
Po rozpracowaniu tajnej organizacji wojskowej, do której należeli: Głowacki, Pankowski i Pikula, społeczeństwo Modliborzyc, zaczęło ostrożnie rozglądać się za szpiclami, donosicielami, kolaborantami, współpracującymi z „granatowa,” Policja, Polska, i Niemcami. Podejrzewano o to wiele osób z Modliborzyc i okolicy, ale pewności nie było. Będąc wtajemniczony w wiele spraw, dostałem polecenie od wujka Olesia, aby dowiedzieć się, ile mogę. o Grempczyku już wtedy „szarej eminencji”. Był wysiedlonym z poznańskiego, mieszkał na Kol. Zamek u pp. Drzymałów, razem ze stara, matka, i młoda, kobietą. W okupację pracował w Gminie Modliborzyce i bywał często w dworku na Kol. Zamek, gdzie mieściło się wtedy Leśnictwo. Do Zamku, chodziłem w ramach tajnego nauczania, na lekcje do p. Wandy Kowalińskiej, też wysiedlonej z poznańskiego, z która, to rodziną Grempczyk utrzymywał bliższy kontakt. Grempczyk miał bryczkę i zatrudniał jako woźnicę okresowo Stanisława Pasztaleńca (był kulawy). P. Pasztaleniec woził często, po okolicy, kobietę mieszkająca z Grempczykiem. Jeździła w podejrzanych sprawach. Po pewnym czasie, Grempczyk wydał Niemcom p. Pasztaleńca za kontakty z podziemiem. Aresztowany, przebywał w obozie w Puławach, później na Zamku Lubelskim i tam zamordowany. Po wypędzeniu Żydów w 1942r., i przez następny rok, Grempczyk często chodził nocami po Modliborzycach, węszył za ukrywającymi się Żydami i ich kontaktami z Polakami. Widywałem go w czasie pełnienia nocnych wart. Nawet raz w nocy przepędził, mnie jak go spotkałem koło domu p. Tomiły, przy ul. Piłsudskiego. Nie wiem co się z nim stało, ale chyba uciekł razem z Niemcami.
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski
Warszawskie Atrakcje, Zabytki i Historia
Zamek Królewski
Zamek Królewski był rezydencją książąt mazowieckich. Z chwilą przeniesienia stolicy z Krakowa, stał się siedzibą króla oraz władz. Wielokrotnie przebudowywany, podczas II wojny światowej został całkowicie zburzony — odbudowano go wykorzystując ocalałe fragmenty. Dziś charakterystyczna bryła Zamku z wieżą zegarową (z której codziennie o godz. 11.15 odgrywany jest hejnał) otwiera spacerującym drogę na Starówkę. Atrakcjami Muzeum są oryginalne obrazy Rembrandta i Bernarda Bellotta zw. Canaletto, nadwornego malarza ostatniego króla Polski (te wiernie naśladujące rzeczywistość obrazy byty bezcenną pomocą przy powojennej odbudowie miasta).
Od strony Wisty znajdują się, oddane po gruntownej restauracji, Arkady Kubickiego, które wspierały skarpę z Zamkiem nadając zarazem monumentalny kształt ogrodowej elewacji. Po powstaniu 1831 r. przekształcono je na stajnie i koszary, a potem na garaże. Arkady są oryginalną budowlą, która nie została zniszczona podczas II wojny światowej. Przy zamku stoi Kolumna Króla Zygmunta III Wazy — najstarszy i najwyższy świecki pomnik w Warszawie. Wzniesiony w 1644 r. z inicjatywy króla Władysława IV na cześć Zygmunta III Wazy, jego ojca, który przeniósł stolicę do Warszawy. Pomnik ma 22 m wysokości, a postać króla mierzy 275 cm. Trzymana w prawej dłoni szabla symbolizuje jego dzielność, a krzyż w lewej — nieustanną gotowość do walki ze złem. Według legendy opuszczenie przez króla szabli ku dołowi zwiastować będzie miastu zbliżającą się klęskę…
Stare Miasto
Stare Miasto historyczne centrum i najstarsza część miasta, a jednocześnie salon kulturalny stolicy. Założone w XIII w. jako gród książęcy i osada otoczona murami. Podczas drugiej wojny światowej zniszczone w 90%. Dzięki doskonałej odbudowie wpisane w 1980 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Obecnie jest tętniącym gwarem miejscem spacerów, pełnym galerii, kawiarni i restauracji.
W centrum staromiejskiego Rynku stoi pomnik Warszawskiej Syrenki, która jako symbol miasta widnieje też w herbie Stolicy. Poza nim w Warszawie znajdują się dziesiątki innych wizerunków opiekunki miasta. Najważniejsze z nich to 2 kolejne pomniki usytuowane w popularnych turystycznie miejscach — jeden ustawiono na brzegu Wisły, gdzie według legendy syrena wyszła na ląd (przy moście Świętokrzyskim), drugi — nieco mniej znany ale na pewno godny uwagi — znajduje się na wiadukcie Markiewicza przy ul. Karowej.
Łazienki Królewskie
Łazienki to jeden z najpiękniejszych zespołów pałacowo-ogrodowych w Europie, założony w XVII w. przez króla Polski Stanisława Augusta. Niegdyś na tym gęsto zadrzewionym terenie był zwierzyniec — miejsce gdzie królowie urządzali polowania. Zaskakująca nazwa Parku pochodzi od łaźni, przebudowanej na pałac…
Na terenie Łazienek znajduje się wiele zabytkowych budowli, z których najważniejsza to letnia rezydencja królewska — Pałac na Wyspie, gdzie odbywały się przyjęcia i wydawano słynne obiady czwartkowe. Obok Pałacu znajduje się Teatr na Wyspie.
W parku warto odszukać także Pałac Myślewicki gdzie mieszkali królewscy dworzanie, Pomarańczarnie, Kordegardy, Biały Domek oraz wiele innych. Znajduje się tu też pomnik Fryderyka Chopina, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów warszawskich. W okresie letnim u stóp pomnika odbywają się koncerty chopinowskie. Łazienki Królewskie to miejsce licznych wydarzeń o charakterze kulturalnym, naukowym i rozrywkowym, a także ulubione miejsce spacerów warszawiaków. W parku nie wolno jeździć na rolkach, deskorolkach ani rowerach.
Wilanów
Pałac w Wilanowie to letnia rezydencja królewska Jana III Sobieskiego, a potem Augusta II oraz najznakomitszych rodów magnackich. Nazwa rezydencji oraz całej dzielnicy wywodzi się od określenia ViIla Nova. Nazwę tę nadał swym ziemiom Sobieski zakupując je w XVII w. pod budowę pałacu. Imponująca budowla połączyła w sobie elementy dworu szlacheckiego, włoskiej willi ogrodowej i pałacu w stylu Ludwika XIV, francuskiego Króla-Słońce. Jest jednym z najpiękniejszych zabytków europejskiego baroku i świadectwem świetności Rzeczypospolitej. Warto wspomnieć, że w 1805 r. Stanisław Potocki (ówczesny właściciel Wilanowa) udostępnił publiczności swoją kolekcję dzieł sztuki zgromadzoną w pałacu w Wilanowie, tworząc w ten sposób jedno z pierwszych muzeów w Polsce.
Między pałacem, a Jeziorkiem Wilanowskim położony jest dwupoziomowy barokowy ogród włoski. W części południowej znajduje się romantyczny park w stylu angielskim.
Zespół pałacowo-parkowy w Wilanowie jest ważnym miejscem wydarzeń kulturalnych i koncertów. W miejscu dawnej ujeżdżalni pałacowej znajduje się Muzeum Plakatu. W parku znajduje się też Kościół św. Anny — wzniesiony w XVIII w., z pięknymi zabytkowymi dekoracjami oraz sarkofagami właścicieli Wilanowa (których groby znajdują się w krypcie) oraz Mauzoleum Stanisława i Aleksandry Potockich — neogotycka kaplica wybudowana w XIX w. według projektu H. Marconiego.
Pałac Kultury i Nauki
Pałac Kultury i Nauki wzniesiony jako „dar narodu radzieckiego dla polskiego”. Pomysłodawcą jego budowy był sam Józef Stalin. Pałac to najmłodszy zabytek w Warszawie ma niewiele ponad 50 lat! — Jest najbardziej charakterystyczną budowlą i najwyższym budynkiem w Warszawie (234,5 m), widocznym z każdego jej zakątka.
W Pałacu Kultury znajduje się ponad 3 tysiące pomieszczeń, a jego niekwestionowaną atrakcją jest taras widokowy na 30 piętrze, z którego można podziwiać wspaniałą panoramę stolicy. Na szczycie Pałacu Kultury znajduje się zegar odsłonięty w 2000 r. Jest to najwyżej położony zegar wieżowy na świecie, a zarazem drugi co do wielkości w Europie. Średnice każdej z czterech tarcz zegara mają po 6 metrów. Inną ciekawostką wieży są jej niezwykli mieszkańcy — nie każdy wie, że znajduje się tu gniazdo sokoła wędrownego, który od wielu lat składa w nim jaja.
Przylegający do PKiN Plac Defilad służył propagandowym wystąpieniom przywódców Polskiej Republiki Ludowej. W chwili powstania był on największym tego typu założeniem w Europie — obecnie planowane jest nowe zagospodarowanie przestrzeni.
Muzeum Powstania Warszawskiego
Muzeum Powstania Warszawskiego otwarte w 60. rocznicę wybuchu, jest jednym z najliczniej odwiedzanych miejsc stolicy. Nowoczesna ekspozycja opisuje nie tylko heroiczną walkę, ale i niezwykłą codzienność powstańców. Muzeum jest wyrazem hołdu dla Warszawiaków, którzy walczyli i ginęli za niepodległą Polskę i jej stolicę.
Muzeum mieści się w budynku dawnej elektrowni tramwajowej. Ekspozycja oddaje klimat tamtego czasu, stara się odtworzyć atmosferę powstańczej Warszawy, pokazać nie tylko militarne dzieje 63 dni walk, ale także życie codzienne ludności cywilnej. Jedną z licznych atrakcji Muzeum jest replika samolotu bombowego Liberator B-24J.
Muzeum Narodowe
Muzeum Narodowe to jedna z najważniejszych instytucji kultury w kraju i największe muzeum w stolicy. W siedmiu galeriach stałych prezentowane są m.in. zabytki sztuki wczesnochrześcijańskiej, rzeźba, malarstwo tablicowe oraz złotnictwo ze wszystkich regionów związanych historycznie z Polską w epoce średniowiecza, a także dzieła powstałe w innych ważnych centrach Europy, obrazy, rzeźby oraz rzemiosło artystyczne od średniowiecza do pocz. XX wieku. Niekwestionowaną atrakcją muzeum jest ogromny obraz Jana Matejki (XIX w.): „Bitwa pod Grunwaldem” o imponujących wymiarach: 426 x 987 cm. W Muzeum odbywają się również liczne wystawy czasowe, prezentujące sztukę z całego świata.
Skrzydło budynku od strony Wisły zajmuje Muzeum Wojska Polskiego, gdzie prezentowana jest ekspozycja przedstawiająca historię polskiego oręża od czasów średniowiecza. Na dziedzińcu przed gmachem muzeum można zobaczyć ciężki sprzęt z okresu I i II wojny światowej m.in. czołgi, działa i śmigłowce.
Ogród Zologiczny
Miejski Ogród Zoologiczny został założony w 1928 roku, ma powierzchnię 40 ha. Obecnie eksponowanych jest tu około 5 000 zwierząt należących do 500 gatunków. Są wśród nich zarówno zwierzęta krajowe, jak wydry, niedźwiedzie brunatne czy bociany, ale też liczne okazy egzotyczne słonie afrykańskie, żyrafy Rothschilda, nosorożce indyjskie, gibbony, różne gatunki ptaków, gadów i tropikalnych ryb. Większość zwierząt można oglądać na wybiegach, a zimą — wewnątrz obiektów. Ptaki można spotkać na terenie całego ZOO — mieszkają na stawach i w wolierach, ale najwięcej z nich w ptaszarni, której częścią jest jedyna w Polsce Hala Wolnych Lotów.
Najnowszym obiektem jest nowoczesny pawilon dla małp człekokształtnych (otwarty we wrześniu 2008); mieszka w nim stado szympansów i dwa młode samce goryla. Można je obserwować na dużych, otoczonych wodą wybiegach zewnętrznych lub na równie dużych wybiegach wewnętrznych — przez szybę.
Wszystkie nowe pawilony są przystosowane dla osób niepełnosprawnych. Na terenie ZOO znajduje się kilka punktów gastronomicznych, a także sklepiki z pamiątkami (jeden z nich, prowadzony przez Fundację Panda, mieści się w najstarszym obiekcie w ZOO — pochodzącej z 1928 roku „Chacie pod Strzechą”).
W centrum ZOO znajduje się przygotowane specjalnie dla dzieci „Baśniowe ZOO”. Są tam zagrody ze zwierzętami, które można pogłaskać i poczęstować marchewką czy jabłkiem oraz duży, nowoczesny i bezpieczny plac zabaw.
Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego
Nowoczesny gmach Biblioteki UW sktada się z dwóch budynków: frontowego (tzw. rogala) i głównego. Obie części połączone są pasażem, tzw. uliczką, przykrytą przeszklonym dachem. Zarówno część frontowa, jak i kondygnacja podziemna wynajmowane są instytucjom komercyjnym. Właściwy budynek Biblioteki, którego wejście zwieńczone jest ogromną rozwartą księgą z napisem HINC OMNIA, składa się z czterech kondygnacji — dla użytkowników udostępniony jest parter.
Największą atrakcją BUW-u jest ogród na dachu budynku, który rozciąga się na powierzchni ponad 1 hektara. Jest on jednym z największych i najpiękniejszych ogrodów dachowych w Europie. Ogród uniwersytecki jest ogólnie dostępny (choć ogrodzony i zamykany) i stanowi doskonałe miejsce wypoczynku nie tylko dla studentów czy pracowników naukowych, ale także warszawiaków niezwiązanych z Uniwersytetem. Ogród składa się z dwóch części: górnej (o powierzchni 2000 m2) i dolnej (o powierzchni 15 000 m2), połączonych strumieniem z kaskadowo spływającą wodą. Można w nim podziwiać różnorodne gatunki i odmiany roślin, posadzone w trzech odmiennie skomponowanych częściach.
Z mostków i tarasu widokowego można podziwiać panoramę Warszawy, Most Świętokrzyski i Wisłę. Odwiedzający ogrody mogą też przez specjalne okna lub szklany dach zajrzeć z góry do wnętrza Biblioteki.
Ulica Ząbkowska i Koneser
Praga przez stulecia była samodzielnym miastem, przyłączonym formalnie do Warszawy dopiero u schyłku XVIII w. Przez lata drugorzędna część miasta, ocalała od zniszczeń wojennych, jest dziś fascynującą dzielnicą, którą artyści wybierają na atelier, galerie oraz alternatywne teatry.Powstały tu modne kluby, obiekty postindustrialne zamieniono w centra kultury, kina, galerie i puby. Z drugiej strony to właśnie na Pradze spotkamy wiele ulic, które w całości zachowały dawną zabudowę, odnajdziemy dawne latarnie i przedwojenne bruki.
Jedną z głównych ulic starej Pragi jest ulica Ząbkowska, która dla wielu jest „praską starówką”. Przy tej ulicy znajduje się jedna z niekwestionowanych atrakcji miasta — Koneser. Kompleks budynków z czerwonej cegły z końca XIX w., który przez ponad sto lat mieścił fabrykę alkoholu, jest jednym z najcenniejszych przykładów architektury przemysłowej. Obecnie Koneser jest również nowoczesnym centrum kulturalnym.
Szlak wodny Dunajca
Szlak wodny Dunajca
Dunajec
Rzeka o dł. 247 km, pow. dorzecza 6804 km8, średnim spadku 2%o, powstaje z połączenia Białego i Czarnego Dunajca, które mają źródła w Tatrzańskim Parku Narodowym. Całość biegu Dunajca można podzielić na 3 odcinki, różniące się spadkiem i rzeźbą terenu. Bieg górny od źródeł do Kamienicy Gorcowej liczy 122,2 km, a średni spadek na tym odcinku wynosi 10,1%o. Bieg środkowy od Kamienicy Gorcowej do ujścia Łososiny to odcinek dł. 62,3 km, a średni spadek wynosi tam 2,2 %«. Bieg dolny od ujścia Łososiny do ujścia Dunajca do Wisły to pozostałe 72,5 km; średni spadek na tym odcinku wynosi 0,87 V. Dorzecze Dunajca rozciąga się na terytorium Polski i Czecho-Słowacji. W Cze-cho-Słowacji leży część górnego dorzecza (fragment dorzecza górnej Białki Tatrzańskiej i Zamagurze Spiskie) oraz dorzecza górnego Popradu. Polska część dorzecza Dunajca rozciąga się na obszarze woj. nowosądeckiego i niewielkim skrawkiem wkracza na obszar woj. tarnowskiego (dopływ Biała Tarnowska w rejonie źródeł i średniego biegu). Z wielu dopływów Dunajca dostępne dla kajakarzy to: Białka Tatrzańska i Poprad oraz Kamienica, Łososina i Biała przy wysokim stanie wód.
Szlak kajakowy dł. 202 km prowadzi od Nowego Targu do Ujścia Jezuickiego. Na przebycie całej trasy należy przeznaczyć 6 – 9 dni. Najciekawsze dla wodniaków są następujące odcinki rzeki: w Pieninach, od Sromowiec Wyżnych do Szczawnicy, dł. 17 km, od Kłodnego do Łącka dł. 15 km oraz Jez. Rożnowskie dł. 22 km (przy pełnym zbiorniku). Spływ Dunajcem należy do najpiękniejszych w Polsce i jest znany w Europie. Piękno otaczającego krajobrazu, urozmaicony charakter wody, zróżnicowanie skali trudności, łatwy dostęp (z wyjątkiem Pienin), duża liczba zabytków przyrody i kultury oraz czysta woda i powietrze sprawiają, że Dunajec gości corocznie kilkaset tysięcy turystów, spływających łodziami flisackimi (dłubankami) z Kątów do Szczawnicy oraz kajakarzy.
Wg międzynarodowej skali trudności Dunajec zaliczany jest na odcinku od źródeł do Nowego Targu wraz Białką Tatrzańską do klasy WW III, od Nowego Targu do Nowego Sącza wraz z Popradem do klasy WW II, pozostała część do klasy WW I. Odcinek od Nowego Targu do mostu Huba jest trudny z uwagi na płytkie koryto. Kajakarze rozpoczynający spływ w Nowym Targu winni być przygotowani do przewożenia kajaków i bagażu drogą lądową od mostu pod Hubą (km 184) do wodowania na przystani flisackiej we wsi Kąty (km 168). Odcinek ten został zamknięty dla kajakarzy z powodu budowy Zbiornika Czorsztyńskiego. W Pieninach głębokie koryto skalne ujęte jest w naturalne „bulwary” skał wapiennych; woda płynie wartko, występują zawirowania i cofki, zwłaszcza przy wysokim stanie wody. Od Niedzicy do Szczawnicy Dunajec jest rzeką graniczną. Następny odcinek: Szczawnica — Gołkowice, jest bardzo urozmaicony z uwagi na zmienną głębokość wody i gęsto rozsiane w korycie skały. Woda na ogół głęboka, płynie szybko; występuje wiele naturalnych przeszkód. Między Gołkowicami i Nowym Sączem szlak jest dość trudny i miejscami niebezpieczny w związku z eksploatacją kruszywa, powodującą zmiany koryta, powstawanie przemiałów, głębin i wstecznych prądów. Na tym odcinku, poniżej ujścia Popradu, jest jedno przenoszenie kajaków. Jeziora — Rożnowskie i Czchowskle stanowią urozmaicenie spływu Na Jez. Rożnowskim przy silnym wietrze pd. lub zach. należy płynąć blisko brzegu z uwagi na dużą falę. Przy zaporze rożnowskiej przewozimy kajaki prawą stroną (odległość 600 m), przy zaporze czchowskiej lewą stroną (odległość 300 m). Odcinek od zapory czchowskiej do Zakliczyna ma nieliczne przeszkody, lecz dużą liczbę sztorcówek. Woda głęboka, lecz bezpieczna. Pozostała część szlaku ma charakter nizinny i nie nastręcza poważniejszych trudności. Przenoszenie kajaka na wysokości Tarnowa.
Proponowane etapy spływu kajakowego Dunajcem: Nowy Targ, stadion lodowy — Most Huba (16 km); Kąty — Sromowce Niżne, obok restauracji (6,5 km); Sromowce Niżne — Krościenko n. Dunajcem poniżej mostu (13,5 km); Krościenko n. Dunajcem — Łącko, obok przewozu (18,5 km); Łącko — Nowy Sącz, przed mostem kolejowym (25 km); Nowy Sącz — Gródek n. Dunajcem, pole biwakowe (20,5 km); Gródek n. Dunajcem — Czchów, za zaporą (18 km); Czchów — Tarnów, przed jazem (34 km); Tarnów — Ujście Jezuickie (35,5 km).
Uwaga! Biwakowanie dozwolone jest tylko na polach biwakowych oraz w miejscach uzgodnionych z właścicielami terenu.
Wzdłuż szlaku wodnego Dunajca turysta spotyka wiele interesujących zabytków kultury przyrody.
Powyżej Nowego Targu znajduje się torfowisko wysokie „Bór na Czerwonem”, ścisły rezerwat torfowiskowym granicach miasta, ok. 2,5 km na pd. od centrum, na prawym brzegu Białego Dunajca. Torfowisko z roślinnością reliktową i stanowiskiem kosodrzewiny; wskutek obniżenia poziomu wód gruntowych zarasta sosną, tracąc charakter naturalny. Naprzeciw Czorsztyna rezerwat „Zielone Skałki”, z reliktową roślinnością skał osadowych; Pieniński Park Narodowy.
Do ciekawych turystycznie i krajoznawczo miejscowości położonych wzdłuż szlaku Dunajca lub w jego pobliżu zaliczyć można miejscowości:
Ludźmierz
wieś w woj. nowosądeckim, położona nad Czarnym Dunajcem, ok. 2 000 mieszk.; wieś letniskowa. Najstarsza osada na Podhalu; 1234 osadzenie cystersów; miejsce urodzenia (1865) pisarza Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Zabytki: kościół par. z 1869 – 77, w nim posąg Matki Boskiej z XV w., otoczony kultem religijnym; domy z XIX w.
Nowy Targ
miasto w woj. nowosądeckim u zbiegu Białego’ Czarnego Dunajca, u podnóża Gorców, ok. 27 500 mieszk., ośrodek przem. i kult. Podhala. Zabytki: kościół par. św. Katarzyny, gotycko-barokowy z XIV w., przebudowany w XVII i XVIII w.; drewniany kościółek cmentarny św. Anny z XV w., przebudowany; d. zajazd z 2 poł. XVIII w,; 3 młyny wodne z XIX w.; domy z 2 pol. XIX w.; na Buflaku zespół zabudowań gosp. z poł. XIX w. Muzeum Regionalne PTTK. Pomnik W. Orkana. Ośrodek wytwórczości i sztuki ludowej.
Łopuszna
wieś w woj. nowosądeckim położona nad Lopuszanką (lewy dopływ Dunajca) i na tarasach Dunajca, ok. 1 500 mieszk. Wieś letniskowa. Założona w XIV w. Zabytki: drewniany kościół par. z pocz, XVI w., przebudowany w XX w., w nim tryptyk gotycki z ok. 1460 r.; drewniany dwór Tetmajerów z końca XVIII w., oficyna; resztki parku i altany-lamusa.
Harklowa
wieś w woj. nowosądeckim, nad Dunajcem, ok. 500 mieszk. Wieś letniskowa, pierwsze wzmianki z 1355 r.; miejsce urodzenia (1861) malarza W. Przerwy-Tetmajera. Zabytki: drewniany kościół par., późnogotycki z przeł. XV i XVI w. z wieżą, przebudowany w 2 poł. XIX w., w nim polichromia późnogotycka z ok. 1500 r., ogrodzenie z dwiema bramkami z XV/([ w.; pozostałości zabudowań dworskich, brama wjazdowa z XVII w.f barokowy lamus z pocz. XVII w.
Dębno
wieś w woj. nowosądeckim, nad Dunajcem, powyżej ujścia Białki, ok. 700 mieszk. Wzmiankowana już w Xlii w. Zabytki: drewniany kościół modrzewiowy św. Michała Archanioła z 2 poł. XV w., jeden z cenniejszych zabytków budownictwa drewnianego w Europie;wewnątrz, na ścianach, stropach i sprzętach polichromia z ok. 1500 r. (motywy geometryczne, roślinne i figuralne), tryptyk późnogotycki, rzeźby gotyckie i późnogotyckie. We wsi zabudowania w układzie czworobocznym, tzw. okoły.
Frydman
wieś w woj. nowosądeckim. Zabytki: kościół z przeł. XIII i XIV w., w nawie wczesnogotycki portal wieża z attyką, 8-boczna kaplica z 1764 r.; dwór obronny z pocz. XVI w., obok dwupoziomowa piwnica dł. 600 m, dawne składy wina.
Czorsztyn
wieś w woj. nowosądeckim nad Dunajcem, powyżej przełomu pienińskiego, ok. 350 mieszk. Ośrodek turystyczno-wypoczynkowy* Stąd wycieczki piesze na Lubań (1211 m), Trzy Korony (982 m) na zamek czorsztyński i niedzicki, na przełęcz Snożka. Teren budowy zapory wodnej na Dunajcu. W XIII w. gródek ziemnowałowy, umocniony przez Kazimierza Wielkiego: starostwo Zawiszy Czarnego. Na wzgórzu skalnym (rez. przyrody) malowniczo położone ruiny gotyckiego zamku z XIV w. fundacji Kazimierza Wielkiego; kaplica z przeł. XVIII i XIX w.; dwór z XIX w. Wieś zamieszkują górate wschodniopodhafańscy.
Niedzica
wieś w woj. nowosądeckim, nad Dunajcem, w pobliżu ujścia rz, Niedzicy, ok. 1600 mieszk. Wieś o walorach letniskowych i dużym znaczeniu turystycznym. Na skalistym wzgórzu (566 m) zamek składający się z gotyckiego zamku górnego (obecnie muzeum wnętrz i historii regionu spiskiego) oraz renesansowego zamku dolnego (Dom Pracy Twórczej Stowarzyszenia Historyków Sztuki). Wodospad Rówienkowy Spad, legendarny Dąb Palocsayów. W I. 1320 – 30 landgrafowie spiscy z rodu Berzewiccy, kolonizując dolinę Dunajca, zbudowali przy trakcie handlowym między Węgrami a Polską zamek zw. Dunajecz. Z rąk węgierskich zamek przeszedł czasowo w XVI w, do rąk polskich, następnie we władanie rodziny Palocsayów Salomonów; kilkakrotnie obiegany i rozbudowany w okresie wewnętrznych sporów węgierskich. We wsi gotycki kościół par. z pocz. XV w., przebudowany w stylu barokowym w XVIII w., w kościele zachowały się fragmenty cennego tryptyku gotyckiego z ok. 1450 – 60 r.
Pieniński Park Narodowy
założony w 1932 r.formalnie utworzony w 1954 r., pow. 2421 ha, z czego pod ochroną ścisłą znajduje się 587 ha (głównie wsch. partie Pienin). Jest osobliwością przyrodniczą i krajobrazową w skałi europejskiej. Rozciąga się na wysokości od ok. 420 do 982 m n.p.m., obejmuje środkową część Pienin, zbudowanych z utworów wapiennych i piaskowcowo-fupkowych. Obszar silnie zróżnicowany geologicznie, posiada swoistą rzeźbę (urwiska, skałki, wąwozy), odznacza się dużą zmiennością warunków mikroklimatycznych. Pasmo Pienin przecina niezwykle malownicza przełomowa dolina Dunajca, dł. 9 km. Góry pokrywa las bukowo-jodłowy i świerkowo-jodłowy, zachowały się także fragmenty lasu jaworowego; charakterystyczne są kwieciste łąki, reliktowe stanowiska sosny zwyczajnej; wiele gatunków roślin rzadkich. Żyją tu rysie, żbiki oraz rzadkie gatunki ptaków. Stanowisko pafeobotaniczne (flora kopalna). W obrębie Pienińskiego Parku Narodowego ruiny pienińskiego zamku książęcego, zw. zameczkiem bł. Kingi, położone na niedostępnym, skalistym, pn. zboczu Góry Zamkowej, na wys. 700 m n.p.m., między Trzema Koronami a Sokolicą. Prawdopodobnie w I. 1257 – 87 został wzniesiony zamek służący jako miejsce schronienia w czasie najazdów nieprzyjacielskich. Tradycja łączy ten zamek z księżną Kingą, która ziemie te otrzymała w 1257 r. Zamek przypuszczalnie uległ zniszczeniu w XV w. i pozostał do dziś malowniczą ruiną.
Szczawnica
miasto w woj. nowosądeckim, nad Grajcarkiem (prawy dopływ Dunajca), ok. 10 000 mieszk. Znane uzdrowisko, które założył w 1828 r. J. Szalay, a spopularyzował w poł. XIX w. J. Dietl. Występują tu źródła wód mineralnych typu szczaw wodorowęglanowo-solankowych. Oprócz tego Szczawnica jest ośrodkiem wczasowym i turystycznym o wybitnych walorach klimatycznych i krajobrazowych.
Krościenko n. Dunajcem
ośrodek turystyczno-wypoczynkowy, punkt wyjściowy wycieczek pieszych w Pieniny, siedziba dyrekcji Pienińskiego Parku Narodowego oraz Muzeum Pienińskiego Parku Narodowego. W XIX w. rozwój funkcji uzdrowiskowych dzięki walorom krajobrazowym i klimatycznym oraz występowaniu wód mineralnych typu szczaw na tzw. Zawodziu. Zabytki: kościół par. Wszystkich Świętych (prezbiterium gotyckie z 1 poł. XIV w., nawa z 1546 r., przebudowa późnobarokowa w 2 poł. X\ffJ w.); wewnątrz polichromia gotycka (XIV w.), póżnogotycka (koniec XV w.) i renesansowa (1583); kaplica św. Rocha (XVIII w.); dworek i stodoła z zespołu d. folwarku (1 pol. XIX w.); drewniana zabudowa rynku z 2 poł. XIX w.
Kłodne nad Dunajcem
częściowy rezerwat krajobrazowy w przełomowym odcinku Dunajca, z fragmentami naturalnego lasu bukowego typu karpackiego.
Tylmanowa
wieś w woj. nowosądeckim, w dolinie Dunajca, ok. 2 500 mieszk., popularne letnisko o dużych walorach klimatycznych, ośrodek turystyki, Zabytki: dwór klasycystyczny z 1840 r. (drewniany kościół parafialny z 1756 r.
Łącko
wieś w woj. nowosądeckim, przy ujściu Czarnej Wody do Dunajca, ok. 2 300 mieszk. Łącko stanowi ośrodek odrębnej grupy górali łąckich; wieś letniskowa i ośrodek sadownictwa. Zabytki: kościół z 1748 r. i drewniana kaplica cmentarna z XIX w. Ośrodek wytwórczości sztuki ludowej.
Maszkowice
wieś w woj. nowosądeckim w dolnej części doliny pot. Słomka, lewego dopływu Dunajca, ok. 600 mieszk. Na wzgórzu zw. Zamczysko nad doliną Dunajca ślady grodziska z IX — XIII w., będącego w pierwszych wiekach państwa polskiego ośrodkiem kasztelańskim ziemi sądeckiej.
Podegrodzie
wieś w woj. nowosądeckim, na lewym brzegu Dunajca, na pd. Zach. od Nowego Sącza, ok. 1500 mieszk., ośrodek grupy etnicznej Lachów Sądeckich, Lachów Podegrodzkich, szczycących się bogatymi strojami i uzdolnieniami artystycznymi. Miejscowość znana już w XII w. Zabytki: kościół z 1822 r., we wnętrzu 2 posągi renesansowe z przel. XVI i XVII w., w kaplicy św. Anny z 1631 r. posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem z ok. 1420 r.; 3 kapliczki z przeł. XVIII i XIX w.; drewniane spichlerze z XIX w.
Znajduje się tu grupa stanowisk archeologicznych: 1) w pn. części Podegrodzia, na wzniesieniu zw. Zamczysko, osada obronna czworoboczna z pocz. epoki żelaza (ok. 650 – 550 p.n.e); 2) w centrum wsi na wysokim wzniesieniu o stromych zboczach grodzisko w kształcie trójkątnym, tzw. Grobla, obwiedzione watem obronnym, użytkowane na pocz. epoki żelaza i później w X — XII w.
Stary Sącz
miasto w woj. nowosądeckim, nad Popradem, w pobliżu ujścia do Dunajca, ok. 7 300 mieszk., ośrodek przemysłu mat. budowlanych, przemysłu skórzanego, spożywczego. Zabytki: zespól klasztorny Klarysek fundacji bł. Kingi: gotycki kościół Świętej Trójcy konsekrowany w 1332 r., przebudowa wczesno-barokowa, wyposażenie barokowe, m.in. ambona z 1671 r. oraz ołtarze stiukowe z 1696 r. (B. Fontana), gotycka kaplica bł. Kingi, przebudowana w 2 pol. XVII w., wystrój z XVII — XVIII w., rzeźby i obrazy, m.in. gotycki skarbiec; budynek klasztorny z krużgankami, późnorenesansowy, sgraffita, przebudowany; obwarowania średniowieczne, nadbudowa z dodatkiem baszty i wjazdowej wieży zegarowej późno-renesansowej; kościół cmentarny Św. Rocha z 1643 – 44; d. kościół i klasztor Franciszkanów, fundowany ok. 1280 r.. gruntownie przebudowany w XVII, XVIII i XIX w.; dom Kapelana z 1605 r., przebudowany ok. poł. XIX w.; 3 kaplice z XVII w.; domy barokowe z 2 pol. XVIII i pocz. XIX w.
Nowy Sącz
miasto wojewódzkie u ujścia Kamienicy do Dunajca, ok. 63 000 mieszk. Ośrodek turystyczny Ziemi Sądeckiej, ośrodek przemysłowy, węzeł kolejowy i drogowy. Zabytki: zabytkowy układ urbanistyczny starego miasta; kościół Narodzenia NMP (ob. ewangelicki) z 2 poł. XIV w. i pozostałość klasztoru pofranciszkańskiego; kościół Św. Ducha i klasztor ponorbertański (ob. jezuitów) z pocz. XV w. (przebudowany 1611, odnowiony 1746 i 1938); gotycki kościół par. (d. kolegiacki) św. Małgorzaty, fundacji Z. Oleśnickiego z 1446 r. (przebudowany w XVIII i na pocz. XIX w.) ostatnio regotyzowany, ołtarze renesansowe z pocz. XVI w., cenny obraz Veraicon: dom kanoniczny, tzw. Gotycki, z portalem późnogotycki m z 1105 r., ob. Muzeum Okręgowe (zbiory wielotematyczne); fragmenty murów obronnych z XIV w.: ruiny zamku (XIV, XVII w.) z odbudowaną Basztą Kowalską; zabytkowe domy w Rynku i przy uf. Jagiellońskiej z XVII — XIX w.; barokowa kamienica przy ul. Franciszkańskiej z XVII w.; kaplica tzw. Szwedzka z 1771 r. W dzielnicy Fałkowa Sądecki Parki Etnograficzny. Bialowodzka Góra, rez. leśny, zespół dębów i buczyny karpackiej, roślinność naskalna. Na szczycie góry resztki średniowiecznego zamku.
Tęgoborze
wieś w woj. nowosądeckim, nad Jez. Rożnowskim. W XVI-XVII w. ośrodek arianizmu. Zabytkowy klasycystyczny, murowany, parterowy pałac z pocz. XIX w. Ośrodek sportów wodnych, przystań kajakowa.
Just
wieś w woj. nowosądeckim nad Jez. Rożnowskim. Zabytki: drewniany kościół z ok. 1400 r. na miejscu legendarnej pustelni św. Justa (zm. 1007); zabytkowe lipy.
Tabaszowa
wieś w woj, nowosądeckim, nad Jez. Rożnowskim. Zabytkowy drewniany kościół z 1753 r. przeniesiony ze wsi Tęgoborze.
Zbyszyce
wieś w woj. nowosądeckim, nad Jez. Rożnowskim. Zabytki: klasycystyczny dwór z przeł. XVIII i XIX w.; gotycki kościół sprzed 1447 r.t w latach 1565 – 97 zbór ariański. gotyckie sklepienie prezbiterium, renesansowa polichromia z przeł. XVI i XVII w., późnogotyckie stalle z pocz. XVI w.
Gródek n. Dunajcem
znane wczasowisko i Ośrodek sportów wodnych nad najpiękniejszą częścią Jez. Rożnowskiego. Na wyspie Grodzisko resztki zamku strażniczego z pocz. XIV w., zniszczonego w f. 1390 – 1410.
Rożnów
wieś w woj. nowosądeckim, nad Dunajcem, w pobliżu Rożnowskiego Zbiornika Wodnego, ok. 2 000 mieszk., elektrownia wodna. W miejscowości, zw. dawniej Łazy, istniała strażnica, należąca do rodu Gryfitów; w XIV w. przeszła w ręce Rożenów, którzy zbudowali tu murowany zamek (stąd nazwa wsi); na przeł. XIV i XV w. Rożnów należał do Zawiszy Czarnego z Garbowa, w XVI w. należał częściowo do Tarnowskich, którzy wznieśli u stóp Łaziska jeden z pierwszych w Polsce zamków warownych o nowatorskich fortyfikacjach. W latach międzywojennych w przełomowym odcinku doliny Dunajca k. Rożnowa rozpoczęto budowę zapory wodnej na Dunajcu. Na wzniesieniu Łazisko ruiny gotyckiego zamku Rożenów i Zawiszy Czarnego sprzed 1370 r., od XVII w. w ruinie. U stóp Łaziska, w centrum wsi, pozostałości renesansowej warowni Tarnowskich z 1 poł. XVI w., zachowane: mur tarczowy z beluardą i bramą wjazdową, ślady (osy; odlewnia armat i dzwonów (ludwisarnia) z XVI w., drewniany kościółek par., barokowy z 1661 r., we wnętrzu resztki polichromii z XVII w., renesansowa kropielnica; dzwonnica z poł. XIX w., dzwon z 1661 r.. klasycystyczny dwór z pocz. XIX w., otoczony parkiem; figura przydrożna z poł. XVIII w., kapliczka z przel. XVIII i XIX w. Nad Jez. Rożnowskim ośrodki turystyczno-wypoczynkowe i sportów wodnych.
Rożnowski Zbiornik Wodny
Jezioro Rożnowskie, zbiornik retencyjny na Dunajcu, utworzony w 1941 r. przez spiętrzenie środkowego Dunajca zaporą betonową (budowę rozpoczęto w okresie międzywojennym); pow. 1780 ha. dl. 22 km.szer. do 1,2 km, maks. głęb. 31 m, pojemność całkowita 184 min m3, pojemność użytkowa 139 min m3, wys. zwierciadła wody — 270 m n.p.m., wykorzystywany do celów energetycznych, rekreacyjnych i ochrony przeciwpowodziowej; przy zbiorniku elektrownia wodna o mocy 50 MW; zbiornik ma duże walory krajoznawcze i turystyczne, ze względu na rozwiniętą linię brzegową i lasy; nad zbiornikiem liczne ośrodki wypoczynkowe i sportowe, skoncentrowane głównie w pn. wsch. części.
Tropie
wieś w woj. nowosądeckim, w dolinie Dunajca, na prawym brzegu zaporowego Jez. Czchowskiego, przy drodze Nowy Sącz — Brzesko, 660 mieszk., prom przez Jez. Czchowskie. Miejscowość związana z legendarnym krzewicielem chrześcijaństwa na Ziemi Sądeckiej i Podhalu — Andrzejem Świeradem oraz Benedyktem. Kościół par. św. Andrzeja i Benedykta Pustelnika z 1260 r., rozbudowany w 1347 i przed 1620 r.; kostnica i fragmenty d. ogrodzenia z XIV w., przebudowany w XVIII w.; w wąwozie k. Tropią kaplica św. Andrzeja świerada częściowo wykuta w skale, częściowo murowana z XVIII w. Muzeum Parafialne (Filia Muzeum Diecezjalnego w Tarnowie).
Czchów
wieś w woj. tarnowskim, nad Dunajcem, poniżej Czchowskiego Zbiornika Wodnego, ok. 1600 mieszk., ośrodek turystyki, elektrownia wodna przy zaporze na Dunajcu. Czchów powstał przy dawnym szlaku handlowym wiodącym doliną Dunajca na Węgry. Zabytki: zespól urbanistyczny z czworobocznym rynkiem, w rynku zespół domów drewnianych z XVIII i XIX w., z podcieniami; parafialny kościółek gotycki Narodzenia NMP (1346, 1430), wewnątrz polichromia z XIV w.; gotycka chrzcielnica, renesansowe nagrobki; na wzgórzu ruiny baszty zamkowej z XIII w.; kościół cmentarny św. Anny z XVII w. Przy zaporze na Dunajcu ośrodek sportów wodnych.
Czchowski Zbiornik Wodny
Jezioro Czchowskie, zbiornik retencyjny na Dunajcu. Na pd. od Czchowa w woj. tarnowskim i nowosądeckim utworzony w 1949 r przez spiętrzenie środkowego Dunajca zaporą ziemną, pow. 346 ha, dł. 9 km, szer. do 1 km, maks. głęb. 5 m, pojemność całkowita 12 min m3, pojemność użytkowa 6 min m3.
Melsztyn
wieś w woj. tarnowskim. Ruiny zamku rycerskiego na górze nad doliną Dunajca, na jego lewym brzegu. Pierwotny zamek murowany wzniósł w I. 1340 – 52 Spycimir, kasztelan krakowski. Wielokrotnie przebudowywany, był do 1511 r. siedzibą możnowładczej rodziny Melsztyńskich, później własnością Jordanów, w 1601 r. Tarłów, w 1744 r. Lanckorońskich. W 1771 r. zajęty przez konfederatów barskich, zdobyty przez wojska rosyjskie, uległ zniszczeniu.
Zakliczyn
wieś w woj. tarnowskim, położona między Dunajcem a jego dopływem Paleśnianką, ok. 1000 mieszk. Pierwotna nazwa Opatkowice, własność benedyktynów; w XVI w. siedziba arian (drukarnia). Prawa miejskie w 1.1558−1934. Kościół par. św. Idziego, późnobarokowy (1739−68), z kaplicą Lanckorońskich (XVI — XVII w.) i jednolitym rokokowym wyposażeniem wnętrza; barokowy kościół Matki Boskiej Anielskiej z 1641 – 50 i klasztor Reformatów z XVII w., rozbudowany w 2 poł. XIX w.; drewniane domy podcieniowe z XVIII i XIX w.; ratusz z pocz. XIX w.; figury z XVII i XVIII w.; kapliczki przydrożne z XIX w. Na pn. zach. od Zakliczyna ruiny zamku Melsztyn.
Wojnicz
wieś w woj. tarnowskim u wylotu doliny Dunajca na Nizinę Nadwiślańską, ok. 2 000 mieszk. Osada targowa i wczesnośredniowieczny gród kasztelański. Zabytki: gotycki kościół par. św. Wawrzyńca z XV w., przebudowany w 1754 r., rozbudowany w XX w., bogate wyposażenie i wystrój wnętrza (m.in. rokokowa polichromia z 1767 r.); drewniany kościół cmentarny św. Leonarda z XVII w., przebudowany; kapliczka z 1 poł. XIX w. i figury przydrożne z XIX w.; zachowane tzw. Wały Kasztelańskie z XV w.; dwór z 2 poł. XIX w. w parku; liczne domy drewniane i murowane z 1 poł. XIX w.
Zbylitowska Góra
wieś w woj. tarnowskim, położona ponad doliną Dunajca, na pd. zach. od Tarnowa, ok. 1500 mieszk. W XVI w. działalność arian, w czasie okupacji hitlerowskiej w lasku „Buczyna” Niemcy zamordowali ok. 8 000 osób; na miejscu egzekucji pomnik– mauzoleum ofiar. Kościół par. z 1464 r., kilkakrotnie przebudowywany w XVI-XIX w.; w parku dwór i oranżeria klasycystyczne z 1 poł. XIX w.
Żabno
miasto w woj. tarnowskim, nad Dunajcem, ok. 3 300 mieszk. Zabytki: kościół par. z 1663 r., odbudowany w 1799 r.: portal barokowy z XVII w.; w rynku figura św. Floriana z XIX w.
Warta — Przewodnik Kajakowy
Warta — Przewodnik Kajakowy
Województwo łódzkie
Położone w centrum Polski województwo łódzkie jest atrakcyjne pod względem przyrodniczym, kulturowym oraz rekreacyjnym. Atuty regionu to zróżnicowanie krajobrazu, bogata historia, zabytkowe miasta oraz różnorodne możliwości aktywnego wypoczynku.
Najpiękniejsze walory przyrodnicze regionu udostępnione są dla turystów na terenie 7 parków krajobrazowych: Bolimowskiego, Wzniesień Łódzkich, Spaiskiego, Sulejowskiego, Przedborskiego, Międzyrzecza Warty i Widawki oraz Załęczańskiego. Urozmaiceniem tych obszarów są doliny rzek Warty i Pilicy oraz ich dopływów. Rzeki te wraz z utworzonymi na nich sztucznymi zbiornikami wodnymi (Jeziorsko i Zalew Sulejowski) przyciągają miłośników żeglarstwa, kajakarstwa i windsurfingu. Ze względu na odpowiednią infrastrukturę turystyczną obszary te stanowią główną bazę wypoczynku i rekreacji w regionie.
Dzięki wytyczonym szlakom pieszym, rowerowym, konnym i wodnym turysta ma możliwość dotarcia do najpiękniejszych zabytków, najcenniejszych rezerwatów i miejsc historycznych.
Miłośnicy turystyki kulturowej znajdą tu zabytki sięgające XI wieku. Najcenniejsze obiekty architektury świeckiej to gotyckie i renesansowe budowie. Należą do nich m.in. zamki w: Łęczycy, Uniejowie, Oporowie, ruiny zamku Książąt Mazowieckich w Rawie Mazowieckiej, fragmenty obwarowań miejskich w Wieluniu.
Najstarszymi zabytkami są obiekty sakralne i klasztory, począwszy od epoki romańskiej, gotyckiej po barok, czego przykładem jest kolegiata w Tumie, kościół pw. św. Idziego w Inowłodzu czy zespół klasztorny opactwa Cystersów w Sulejowie.
Charakterystyczne dla naszego regionu to również unikalne zespoły rezydencjonalne pałace i zespoły dworsko-parkowe w: Nieborowie, Arkadii, Skierniewicach, Walewicach, Poddębicach, Ożarowie.
Wizytówką regionu jest Łódź wraz z pofabrykancką architekturą i zabytkami techniki. Stolica województwa staje się coraz bardziej popularnym centrum kultury, rozrywki oraz zakupów.
Atrakcje województwa łódzkiego i ich różnorodność stanowią ofertę dla osób o szerokich zainteresowaniach kulturowych i przyrodniczych, a przede wszystkim dla miłośników aktywnego spędzania czasu wolnego na rowerze, w siodle, w kajaku i na nartach.
Od autora
Oddajemy do rąk turystów wodnych kolejną edycję nowego typu przewodnika kajakowego, który jest także informatorem o działaniach samorządów z województwa łódzkiego i powiatu częstochowskiego, sterowanych na wykorzystanie walorów turystyczno-rekreacyjnych doliny rzeki Warty. W ostatnich latach pomiędzy Częstochową i Uniejowem powstały nowe wypożyczalnie sprzętu pływającego, udrożniono w kilku trudnych miejscach szlak kajakowy, buduje się pomosty ułatwiające wyjście z wody i wodowanie kajaków, powstaje zaplecze biwakowe i rekreacyjne. Oznakowanie przebiegu szlaku w terenie oraz wydanie aktualnego przewodnika to kolejne działania mające na celu rozwój aktywnej turystyki kajakowej w dolinie rzeki Warty.
Pierwszy nowoczesny i do dzisiaj największy z polskich przewodników kajakowych mojego autorstwa po szlaku wodnym rzeki Warty został opublikowany w 2004 r. Obejmował trasę o długości blisko 800 km, prowadzącą z przedmieść Zawiercia do ujścia do Odry pod Kostrzynem, mimo znacznego nakładu po 5 latach został on całkowicie wyczerpany, co dobitnie świadczy, jak był na rynku potrzebny. W tej sytuacji autor podjął próbę wydania rozszerzonej i uaktualnionej wersji, obejmującej odcinek Warty od Częstochowy do Uniejowa wraz z kilkoma dopływami (Liswarta z Kocinką, Widawka z Grabią Wiercica). W przeciwieństwie do dolnej Warty na wymienionych szlakach można jedynie uprawiać turystykę kajakową, nie licząc, oczywiście, terenu zbiornika wodnego jeziora Jeziorsko.
W niniejszym przewodniku turysta wodny otrzymuje współczesny obraz kartograficzny szlaku rzecznego wraz z pełną bazą informacyjną w zakresie wypożyczalni sprzętu wodnego oraz noclegów i gastronomii, zweryfikowaną na koniec 2008 r. Nasycenie tymi usługami nie jest jeszcze zadowalające — chociażby w porównaniu z Pilicą — tym nie mniej z roku na rok stale rośnie. Równocześnie jest to najdłuższy z naturalnych cieków wodnych, leżących najbliżej aglomeracji śląskiej i łączący ją z terenami Wielkopolski. Takie usytuowanie sprzyja organizowaniu zarówno rekreacyjnych spływów weekendowych, jak i wielodniowych wędrówek kajakowych.
A więc do zobaczenia na szlaku.
Marek Lityński
WARTA
Warta jest prawobrzeżnym dopływem Odry o długości 808 km i powierzchni dorzecza 54 529 km2. Płynie z Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej do Pradoliny Toruńsko-Eberswaldzkiej, wielokrotnie zmieniając kierunek biegu z południkowego na równoleżnikowy. Koryto tej drugiej co do długości rzeki w granicach Polski przebiega przez historyczne ziemie Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej oraz ich granicami z Małopolską i Pomorzem, łącząc kilkadziesiąt dużych skupisk miejskich oraz setki małych i większych osad. Zmienione i uregulowane przez człowieka górne partie rzeki przeplatają się z fragmentami zbliżonymi do naturalnych, które są objęte różnymi stopniami ochrony krajobrazowej i przyrodniczej. Ponad 400 km dolnej i środkowej Warty stanowi arterię komunikacji i transportu wodnego, podlegającą ciągłej opiece i ingerencji człowieka.
Dla amatorów wędrówek kajakowych najładniejszy odcinek rzeki zaczyna się w okolicach Częstochowy, gdzie Warta tworzy swój pierwszy przełom, przedzierając się w kierunku wschodnim przez jurajskie krawędzie Wyżyn Częstochowskiej i Wieluńskiej, wznoszące się w wąskiej dolinie nawet do 70 metrów ponad lustro wody. Ten fragment terenu jest chroniony w ramach północnej części Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd. Opływając dookoła Wyżynę Wieluńską rzeka pomału zmienia kierunek na południkowy, a następnie zachodni. Od Gowarzowa jej biegowi zaczynają towarzyszyć rozległe kompleksy leśne, pośród których pojawia się pierwszy znaczniejszy dopływ — Liswarta. Poniżej Działoszyna dolina ponownie zwęża się, rozcinając Wyżynę Wieluńską tworząc na tym najładniejszym bez wątpienia odcinku całego biegu Warty drugi przełom, który podlega ochronie w ramach Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Przez teren parku rzeka przepływa wielkim zakolem, zmieniając na długości niespełna 20 km kierunek płynięcia o 180°. Meandrujące koryto wcina się w wapienne podłoże na głębokość od 30 do 60 metrów, tworząc liczne zakola i starorzecza.
Za Kanionem Warta opuszcza tę bogatą w zjawiska geologiczne krainę i rozpoczyna w Kotlinach Szczercowskiej i Sieradzkiej swój najdłuższy odcinek o przebiegu równoleżnikowym, kierując się na północ w otoczeniu małych kompleksów leśnych, łąk i pól uprawnych. W pierwszej kotlinie przyjmuje drugi duży dopływ, tym razem prawobrzeżny — Widawkę. Krajobraz i przyroda zbiegu obu rzek podlegają ochronie w ramach Parku Krajobrazowego Międzyrzecza Warty i Widawki. Wzdłuż koryta pojawiają się wały ochronne, które na długo będą nieodłącznym atrybutem warciańskiego krajobrazu. W północnej części Kotliny Sieradzkiej pojawia się dominujący przez 17 km element hydrologicznej gospodarki człowieka — sztuczny zbiornik wodny Jeziorsko.
Średni spadek doliny Warty od źródeł do ujścia wynosi 0,45%o, przy czym na odcinku Mstów — ujście Wiercicy spadek ten wynosi 0,8%o i został wykorzystany do budowy kilku elektrowni wodnych (dawniej młynów); niżej maleje o blisko połowę.
Najwyższe stany wody notowane są na Warcie w okresie wiosennych roztopów w marcu i kwietniu oraz w okresie letniego maksimum opadowego w lipcu i na początku sierpnia, natomiast stany niskie występują na początku lata w czerwcu oraz jesienią od września. Zjawiska lodowe nie trwają długo, przeciętnie od 20 do 40 dni w roku; pierwsze lody pękają już w lutym. Zamarzaniu rzeki nie sprzyja także bystry nurt jej wody. Dzięki temu możliwe jest przeprowadzanie na Warcie również spływów zimowych.
Przedstawiony w niniejszym przewodniku odcinek szlaku wodnego rzeki Warty liczy 270 km długości. Obejmuje cały szlak kajakowy od Częstochowy do Uniejowa, dostępny dla przeciętnego użytkownika w kajaku dwuosobowym, nawet wypełnionym bagażem biwakowym. Powyżej Częstochowy i w samym mieście wąskie i kręte koryto o licznych przeszkodach utrudnia płynięcie, zmuszając do użycia pustych jedynek; poniżej Uniejowa rzeka zmienia się w szeroką drogę wodną o wyprofilowanej szerokości i monitorowanej głębokości. Atrakcyjny przyrodniczo i krajoznawczo szlak kajakowy Warty jest dostępny dla wszystkich grup użytkowników, a cała trasa jest do pokonania w 10 – 14 dni bez specjalnego zmęczenia kajakami zapakowanymi sprzętem biwakowym. Krótkie początkowo odcinki pomiędzy kolejnymi przenoskami ulegają z czasem wydłużeniu i nie będą nam psuły humoru częściej niż raz dziennie.
Wzrastająca dostępność brzegów pozwala w wielu miejscach przerwać spływ i rozbić namiot bez obaw o nocne poszukiwanie biwaku. Całoroczne lub czynne od maja do października ośrodki wypoczynkowe, zlokalizowane w kilku miejscach bezpośrednio nad brzegami rzeki, pozwalają wydłużyć sezon spływowy o miesiące wiosenne i jesienne, a turystom oczekującym wygody zapewniają noclegi pod dachem (oczywiście po ich wcześniejszej rezerwacji). Kilka wypożyczalni kajaków dowiezie nas w dowolne miejsce trasy, a także odbierze na telefon we wskazanym miejscu. Adresy i telefony wypożyczani sprzętu wodnego oraz ośrodków wypoczynkowych i kempingowym zostały zamieszczone w opisowej części przewodnika.
Nie ma także problemów z zaopatrywaniem się w żywność, nie istnieje więc potrzeba kupowania jej na zapas. Możemy w związku z tym dozwolić sobie na niczym niezakłóconą frajdę obcowania z przyrodą rzeki i jej otoczeniem, czemu sprzyja zwłaszcza okres późnej wiosny wczesnego lata pomiędzy majem a lipcem. Śmiem twierdzić, że jest to najlepszy czas do odbycia spływu Wartą co nie oznacza, że nie da się tego przeprowadzić w innych porach roku. Ale „tydzień z rodziną na Warcie” najlepiej jeśli odbędzie się w okresie wysokich temperatur powietrza, sprzyjających kąpielom wodnym, do czego zachęca także piaszczyste podłoże koryta rzecznego i dobrze działająca oczyszczalnia ścieków w Częstochowie.
O ile samą rzeką płynie się stosunkowo szybko i dystans około 20 km dziennie dla początkujących, a od 25 do 30 km dla wprawnych kajakarzy nie powinien nikogo przerażać, to pokonanie zbiornika wodnego i zorganizowanie długiego przewozu kajaków przez zaporę w Skęczniewie zajmie nam co najmniej dwa dni. Możemy potraktować taką przeprawę dwojako — albo jako uciążliwość, albo przyjemność spędzenia kilku dni letniego wypoczynku na wodach Jeziora Jeziorsko. Czasami zdarzają się w nich zakwity sinic, co jest nieprzyjemne, lecz nie niebezpieczne za człowieka. Wody Warty, a tym samym zbiornika, z roku na rok są coraz bardziej czyste, choć tak jak w całej Polsce nigdzie nie nadają się do picia, nawet po przegotowaniu (zanieczyszczenia biochemiczne i wysoki poziom naturalnej zawiesiny po deszczach).
Warta posiada kilka atrakcyjnych dopływów, penetrowanych przez kajakarzy, na których w ostatnich latach były organizowane grupowe spływy kajakowe. Należą do nich w pierwszej kolejności Liswarta z Kocinką oraz Widawka z Grabią, mniej Wiercica. Ze względu na swoje walory szlaki te zostały zaprezentowane w przewodniku, choć infrastruktura turystyczna tam dopiero raczkuje i przy organizacji spływu głównie musimy liczyć na własną pomysłowość i przedsiębiorczość.
Zbiornik retencyjny JEZIORSKO
Powstał na Warcie w Kotlinie Sieradzkiej w 1986 r. przez przegrodzenie doliny Warty pomiędzy wsiami Siedlątków i Skęczniew ziemną zaporą czołową o długości 2730 m, a szerokości i wysokości 12 m. Po koronie zapory przebiega ogólnodostępna droga jezdna. Oprócz zapory czołowej zbiornik posiada trzy zapory boczne: Pichna, Teleszyna i Siedlątków oraz dwie zapory cofkowe. Długość zbiornika wynosi 19 km, szerokość 1,8 – 3,5 km, powierzchnia do 4230 ha, pojemność całkowita 203 min m3, pojemność użytkowa 162,5 min m3, wysokość zwierciadła wody 120,5 m n.p.m. Poniżej zapory czołowej w bezpośrednim sąsiedztwie jazu położona jest elektrownia wodna o mocy 4,89 MW, uruchomiona w 1995 r. Budowę zbiornika rozpoczęto w 1975 r., a pełen zakres piętrzenia i gospodarki wodnej podjęto w 1992 r. Nominalnie jest to drugie pod względem powierzchni i trzecie pod względem całkowitej pojemności sztuczne jezioro w Polsce.
Rezerwat ornitologiczny „Jeziorsko”
Rezerwat ornitologiczny został utworzony w 1998 r. w południowej części zbiornika wodnego Jeziorsko na powierzchni 2350,6 ha dla ochrony ostoi ptaków wodno-błotnych z licznie występującymi rzadkimi i chronionymi gatunkami. Powierzchnia rezerwatu prawie pokrywa się z obszarem zalewanym bądź odsłanianym przez wodę w trakcie rocznego cyklu eksploatacyjnego zbiornika wodnego. Liczebność ptaków lęgowych, skład gatunkowy oraz niezwykle bogata awifauna przelotna pozwalają zaliczyć rezerwat „Jeziorsko” do ostoi ptaków o znaczeniu europejskim.
Wartość ornitologiczna zalewu wzięła się ze specyficznych warunków przyrodniczych, stwarzających doskonałe warunki bytu dla licznych reprezentantów wielu gatunków ptaków. Jeziorsko to zbiornik retencyjny (wahania poziomu wody decydują o warunkach panujących na znacznym obszarze czaszy zbiornika), stanowiący zasadniczy element kształtujący ten nietypowy układ przyrodniczy. Kiedy wyobrazimy sobie ogromną powierzchnię doliny Warty (ok. 20 km ), która przez kilka miesięcy w roku jest wodą– wtedy łatwo można możemy zdać sobie sprawę z niezwykłości tego miejsca.
Co rok wiosną Warta wtłacza do zalewu wodę bogatą w organiczne zanieczyszczenia z dużą ilością związków biogennych. Woda ta, płytko rozlewając się wśród roślinności, nagrzewana promieniami słońca, sprzyja rozwojowi organicznego życia. Gwałtownie rozwija się mikroflora, wpływając na rozwój kolejnych ogniw łańcucha pokarmowego. Bogactwo pożywienia, zróżnicowane warunki terenowe, niedostępność terenu i możliwość ukrycia gniazd to korzystne warunki, zachęcające ptaki do odbywania tu godów i wychowywania młodego pokolenia.
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy poziom wody zaczyna opadać, rozpoczyna się jesienna migracja ptaków. Doliną Warty wędrują wtedy niezliczone ich stada. Położony na szlaku wędrówki zalew Jeziorsko jest dla nich bardzo ważnym przystankiem, mogą tu odpocząć i zgromadzić energię na dalszą część lotu. Tysiącami siadają na wyłaniającym się z wody, naszpikowanym bezkręgowcami błotnistym dnie zbiornika, wydobywając z niego pożywienie. Jako ostoja ptaków, miejsce gniazdowania, żerowania oraz odpoczynku w trakcie migracji Jeziorsko odgrywa dla przyrody niezwykle istotną rolę. W okresie przelotu, zwłaszcza jesiennego, liczebność przebywających w rezerwacie ptaków przekracza 10 000 osobników. Wśród tej imponującej liczby ptaków trafiają się często wielkie rzadkości, a także gatunki egzotyczne, sporadycznie zalatujące na teren Polski.
Wiercica
Wiercica jest prawym dopływem Warty o długości 30 km. Nie wiadomo dlaczego trudno znaleźć opis jej przebiegu tak w literaturze, jak i w internecie. Wypływa ze Złotego Potoku ze znanych źródeł i stawów, nazwanych tak przez Zygmunta Krasińskiego. Stawy towarzyszą jej całemu biegowi, bowiem hodowla ryb stanowi od kilkuset lat tradycyjne zajęcie miejscowej ludności. Nawet park krajobrazowy nazwano „Stawki”. W dolnym biegu koryto Wiercicy zostało tak przebudowane w okresie II wojny światowej i później, że trudno o większy bałagan nazewniczy i poplątanie przebiegu z kanałami Lodowym, Nowym i innymi.
Dla kajakarzy rzeka jest dostępna od Sygontki, wsi leżącej u ujścia Kozyry, prawego dopływu Wiercicy. Obie rzeki, zasilane krasowymi wywierzyskami, niosą w normalnym roku sporo czystej wody i stąd stawy hodowlane. Dla płynącego budowle takie są tylko przeszkodą zwłaszcza te nieformalnie ogrodzone, jak we wsi Wiercica. Tak więc oprócz przeszkód naturalnych musimy pokonać 6 przeszkód hydrotechnicznych, aby po 20 km zakończyć spływ w nowej agroturystyce u pana Ślęzaka w Garnku. W okresie wiosennym w grę wchodzą tylko jedynki, gdyż przy obfitości stawów i bezśnieżnych zim wody w Wiercicy w ostatnich latach zaczyna brakować.
Widawka
Widawka jest prawym dopływem Warty o długości 95,8 km, pow. dorzecza 2385 km2. Płynie przez Wzgórza Radomszczańskie, Wysoczyznę Bełchatowską i Kotlinę Szczercowską. Wypływa na wysokości ok. 240 m n.p.m., w pobliżu wsi Feliksów, 16 km na wsch. od Radomska. Dolina w biegu źródłowym nikła, wąska, miejscami bagnista, o zmiennej szerokości; na jej dnie stawy. Prawie całemu górnemu biegowi towarzyszą większe i mniejsze kompleksy lasów wzdłuż obydwóch brzegów rzeki, aż do Kotliny Szczercowskiej, gdzie koryto Widawki silnie meandruje. Poniżej lesistość mniejsza; na wsch. i pn.-wsch. od Szczercowa nad Widawką położone są rozległe bagna (Święte Łąki, Bagna Józefowskie); prawdopodobnie przez te bagna, prawie równolegle do dzisiejszego biegu Widawki, płynęła dawna rzeka, zasypana w okresach interglacjałów. Obecnie dolina Widawki poniżej Szczercowa aż po ujście Chrząstówki jest wąska; rzeka wcina się intensywnie w płaskie, szerokie dno doliny; ujście na wys. 137 m n.p.m.; przy ujściu wsie: Woźniki i Pstro-konie. Widawka płynie przez tereny odkrywkowej Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, a więc woda w rzece częściowo pochodzi z pomp głębinowych, odwadniających odkrywkę Bełchatów i Szczerców. Wody Widawki mieszczą się w II klasie czystości. Odcinek rzeki od mostu w miejscowości Żar, skąd Widawką można pływać kajakami, do mostu w miejscowości Lubośnia zaliczany jest do wód krainy ryb łososiowatych i lipienia. W dolnej partii rzeka płynie przez Park Krajobrazowy Międzyrzecza Warty i Widawki (patrz III s. okładki). W centralnej części parku znajduje się interesujący węzeł hydrograficzny, który tworzą zbiegające się rzeki Widawka, Grabią i Nieciecz. Jako szlak kajakowy Widawkę można polecić od Szczercowa. Otrzymuje tam dużo wody z odkrywki kopalnianej. Posiada wartki nurt z licznymi głęboczkami w piaszczystym podłożu, tworzy rozgałęzienia o wąskim nurcie, często przegrodzone gałęziami drzew i krzewów. Do mostu w Rudzie rzeka dość uciążliwa, potem łatwa i malownicza.
Grabia
Grabia jest prawym dopływem Widawki o długości 77,3 km i powierzchni dorzecza 813 km2. Nikła początkowo dolina Grabi z rzadkimi kępami olszyn, z dnem w wielu miejscach podmokłym (łąki), rozszerza się na obszarze lesistych wydm Wysoczyzny Łaskiej, użytkowanych jako tereny rekreacyjne przez mieszkańców Łodzi, Dno doliny wypełniają łąki i niskie zarośla, gdzieniegdzie wały lesistych wydm. W miejscu dawnej przeprawy przez rzekę leży Łask. Rzeka płytka, bezpieczna w płynięciu, bardzo malownicza, na wielu odcinkach o naturalnym przebiegu. Pomiędzy Łaskiem a Zielęcicami uciążliwa ze względu na zarośnięte brzegi, koryto i liczne przeszkody. Latem w górnym biegu ma także niski poziom wody, więc trzeba się liczyć z koniecznością wychodzenia z kajaka w miejscach płycizn i przenosek. W trakcie spływu możemy podziwiać drewniane i murowane młyny we wsiach Rokitnica, Zielęcice, Wola Marzeńska, Brzeski czy Kozuby. Warto także wspomnieć, że Grabią jest jedną z najczystszych rzek w Polsce, a więc warto ją poznać.
Załęczański Park Krajobrazowy
Załęczański Park Krajobrazowy ma powierzchnię 14 750 ha, a jego otulina 12 010 ha. Siedziba zarządu znajduje się w Sieradzu. Zadaniem ZPK jest ochrona niepowtarzalnego krajobrazu jurajskich ostańców wapiennych, kryjących w sobie wiele form krasu i żywiących osobliwą faunę i florę oraz urokliwego odcinka rzeki Warty, określanego jako najpiękniejszy i najwartościowszy przyrodniczo w stosunku do całego jej biegu. Warta przepływa przez park wielkim łukiem z licznymi zakolami, starorzeczami i odcinkami przełomowymi, wcinając swe koryto na głębokość 40 – 60 m. Lewobrzeżne zbocza są strome i poprzecinane wąwozami z licznymi strumieniami i mokradłami; strona wewnętrzna łuku rzeki jest bezwodna. Podłoże jest widoczne w odsłonięciach i ostańcach, jak Góra Zelce czy Góra Świętej Genowefy. Liczne skamieniałości (amonity, ramienionogi etc), bogactwo zjawisk krasowych (jaskinie, leje i studnie, wywierzyska). Strumieniem krasowym jest Sucha Struga, która w dolnym biegu niknie w ponorach 2 km od ujścia do Warty. Lasy zajmują ok. 50% powierzchni i są to przeważnie suche bory sosnowe, miejscami zachowała się dąbrowa świetlista, bór bagienny, łęg jesionowo-olszowy, ols, buczyna kwaśna, grąd jodłowy. W obrębie łuku Warty występują jałowczyska i żarnowczyska oraz ciepłolubne zarośla róż, jałowca i leszczyny, murawy naskalne, kserotermiczne i napiaskowe, zespoły wapieniolubnych paproci. Flora ZPK liczy około 1200 gatunków roślin naczyniowych, mchów i porostów, posiada gatunki górskie i 33 podlegające ochronie. Dla zachowania najcenniejszych walorów przyrodniczych Parku i jego otuliny utworzono 5 rezerwatów przyrody oraz 9 użytków ekologicznych, w tym starorzecze rzeki Warty „Wronia Woda”. Zabytki archeologiczne (kurhany, osady z epoki brązu i żelaza), zabytki architektury drewnianej, wapienniki, młyny wodne dopełniają zróżnicowany obraz tej położonej na styku wyżyn i nizin jurajskiej krainy.
Park Krajobrazowy Międzyrzecza Warty i Widawki
Został powołany w 1989 r. Obejmuje obszar 25 330 ha o wyróżniającym się krajobrazie, związanym z urozmaiconą rzeźbą terenu w dolinach rzek, zwłaszcza z przełomowymi odcinkami Warty (okolice Strońska, Strobina, Majaczewic i Strumian). Meandrujące rzeki, liczne starorzecza, obszary wydmowe i torfowiska to kolejne, cenne przyrodniczo i krajobrazowo obszary Parku. Wszystkie partie dolin charakteryzują się mozaikowością pokrycia, łąki przeplatają się z roślinnością nadrzeczną a wokół starorzeczy i torfowisk chłopskie lasy wcinają się nieregularnie w pola uprawne. Lasy w Parku stanowią tylko niespełna 25% ogólnej powierzchni i przeważają sztucznie wprowadzone zbiorowiska borowe. We florze Parku, niezbyt bogatej w gatunki chronione, licznie reprezentowane są rośliny związane z wszelkimi siedliskami wodnymi, nawodnymi i bagiennymi. Dość liczną grupę stanowią też gatunki kserotermiczne i ciepłolubne. To właśnie rośliny z wymienionych powyżej grup oraz gatunki leśne stanowią najważniejsze z geobotanicznego punktu widzenia elementy flory Parku i decydują o jej charakterze. W wodach Parku znaleziono 34 gatunki ryb oraz 2 gatunki minogów. Faunę uzupełnia 140 gatunków ptaków, 12 gatunków płazów (żmije, zaskrońce, jaszczurki i żaby) i 32 gatunki ssaków, w tym bobry i wydry. Dla zachowania najcenniejszych walorów przyrodniczych Parku utworzono na jego terenie 4 rezerwaty przyrodnicze: „Winnica”, „Korzeń”, „Hołda” i „Grabica”, ochrona pomnikową objęto 49 okazałych drzew rosnących głównie w obrębie założeń dworsko-parkowych. Utworzono dwa zespoły przyrodniczo-krajobrazowe: „Dolina Grabi” i „Góry Wapienne” oraz 14 użytków ekologicznych z rzeką Grabią na czele.
polski
English
Deutsch
Français
Русский