Archiwa tagu: kajaki

NATURA 2000 wzdłuż Doliny Rzeki Pilicy

Dolina Górnej Pilicy

Powierzchnia: 11548.4 ha, Kod obszaru: PLH26_08, Gminy: Przedbórz, Masłowice, Wielgomłyny, Kluczewsko, Żytno, Włoszczowa, Krasocin, Koniecpol, Secemin, Szczekociny, Moskorzew, Słupia (Jędrzejowska). Forma ochrony w ramach sieci Natura 2000: specjalny obszar ochrony siedlisk (Dyrektywa Siedliskowa)

Continue reading “NATURA 2000 wzdłuż Doliny Rzeki Pilicy” »

Szlak Kajakowy – Rajgród – Augustów

Szlak kajakowy długości 88 km, łączący jeziora augustowsko-suwalskie z mazurskimi. Szlak prowadzi rzeką Jegrznią — 34 km dług., w tym 2 km przez jez. Dręstwo i 8,5 km Kanałem Woźnawiejskim, 19 km odcinkiem Biebrzy pod prąd (od ujścia rzeki Jegrzni do połączenia z Kanałem Augustowskim) i 35 km odcinkiem Kanału Augustowskiego (od połączenia z rzeką Biebrzą do Augustowa, Dom Wycieczkowy PTTK na Białej Górze).

Szlak zaczyna się na jednym z najpiękniejszych jezior opisywanego regionu, mianowicie na Jez. Rajgrodzkim. W części biegnie przez teren podmokły, pełen tajemniczych uroczysk i słabo zaludniony.

Continue reading “Szlak Kajakowy – Rajgród – Augustów” »

Szlak Kajakowy – Rzeka Rospuda

Szlak kajakowy długości 68 km, stosunkowo mało uczęszczany jest niezwykle interesujący dla turysty poszukującego ciszy i spokoju. Na trasie od Jez. Czarnego do jez. Rospuda Augustowska znajdują się typowe formy rzeźby morenowej: wysokie wzgórza, jeziora rynnowe o wysokich brzegach oraz kwieciste łąki, lasy Puszczy Augustowskiej z licznymi uroczyskami. Brzegi jeziora przeważnie suche i w znacznej części zalesione z doskonałymi, prawie na całej trasie, miejscami do obozowania, spokojny nurt i wartkie odcinki malowniczych przełomów, przypominające górską rzekę.

Continue reading “Szlak Kajakowy – Rzeka Rospuda” »

Szlak Kajakowy – Rzeka Blizna

Szlak kajakowy długości 35 km, znacznie trudniejszy od innych szlaków, lecz ciekawy ze względu na połączenie spływu z przewozem lądowym. Szlak przebiega bowiem od połączonych jezior Necko — Rospuda pod słaby prąd dolnym odcinkiem rzeki Rospudy, dalej poprzez serce Puszczy Augustowskiej, kapryśną i niezwykle krętą rzeką Blizną, jez. Blizno, a następnie ze wsi Danowskie, znad jej wsch. krańca, przewóz kajaka drogą polną do wsi Bryzgiel nad jez. Wigry.

Continue reading “Szlak Kajakowy – Rzeka Blizna” »

Nazewnictwo kajaków w latach międzywojennych

Kajakiem wówczas nazywano małą, wąską i lekką łódź sportową o spiczastej rufie, poruszaną za pomocą wioseł jedno- lub dwupiórowych trzymanych swobodnie w ręku, nie opartych o żadne specjalne urządzenia na łodzi. Podkreślano, że cechą charakterystyczną kajaka jest sposób siedzenia załogi w rzędzie, twarzą do kierunku jazdy.

Continue reading “Nazewnictwo kajaków w latach międzywojennych” »

Kajakarstwo turystyczne od 1930 do 1939

Lata 30-te XX w. stanowią najwspanialszy okres rozkwitu polskiego kajakarstwa. Niezwykle dynamicznie rozwijało się polskie kajakarstwo w okresie od powstania PZK do wybuchu II wojny światowej. W tym czasie prowadzono niezwykle wytężoną pracę organizacyjną. Główny jej kierunek stanowiła oczywiście turystyka, rozwijająca się żywiołowo. Niemała była w tym zasługa wielu wybitnych działaczy. Dzięki talentowi organizacyjnemu Marii Podhorskiej-Okołów powstawały obiekty turystyczne, kluby, organizowano spływy, wystawy sprzętu… Oprócz niej działała cała plejada wspaniałych i oddanych sprawie działaczy. Choć tylko z nazwiska wymienić należy: braci W.R. Drygów, M. Ohli, O. Chlamtatscha, T. Grabowskiego, T. Czajkowskiego, L. Sołtysa, S. Gabryszewskiego, L. Leszka, W. Rzońca, T. Przybylskiego, E. Michalika, S. Andruszewicza, C. Woźnego, E. Muszelskiego, Z. Baumgart-nera, B. Jastrzębskiego. Byli także Rothowie, Nideccy i wielu innych.

W tym czasie podjęto produkcję lekkiego, o ciężarze 25 kg kajaka składanego w Zakładach Kauczukowych w „Piastowie”. W ramach zagospodarowania szlaków wodnych powstało 15 stanic wodnych i 17 stanic kajakowych, głównie nad Brdą (10), na Pojezierzu Brodnickim oraz Suwalsko-Augustowskim .

Gwałtownie rośnie ilość spływów i imprez kajakowych. I tak np. w 1931 r. sześciu maturzystów z Ostrowca Świętokrzyskiego, na zbudowanych przez siebie drewnianej konstrukcji – dwuosobowych kajakach „Neptun”, „Delfin” i „Syrena” odbyli spływ Kamienną i Wisłą do Bałtyku, po czym już Zatoką Gdańską do Gdyni i Helu. Spływ trwał w sumie 20 dni, nie licząc kilkudniowych postojów na zwiedzanie. Szybkość płynięcia wyniosła około 9 km/h, pokonano trasę długości 640 km. Godnym podkreślenia jest fakt, że wszyscy uczestnicy tej trudnej wyprawy (K. Dybowicz, M. Morawiecki, J. Rylski, S. Szafrański, H. Summ i A. Żebrowski) byli nowicjuszami w kajakowaniu. Wypłynęli oni z Ostrowca 9 czerwca, a dopłynęli do Gdyni 5 lipca, przy czym na Kamiennej musieli sforsować 14 młynów i jazów.

Z każdym rokiem wzrastała liczba członków w Klubach. Na przykład w Kolejowym Klubie Wioślarskim w Krakowie liczba członków powiększyła się w 1932 r. o 21 osób i liczył on 34 osoby. W sezonie tegoż roku tylko ten jeden Klub zorganizował 303 wycieczki kajakowe i wioślarskie, pokonując 38 708 km. Bardziej doświadczeni członkowie odbywali spływy zagraniczne – Prutem i Dunajem do Morza Czarnego oraz z Czerniowiec do Warny. Młodsi koledzy spływali Wisłą do Bałtyku i dalej do Helu. W 1939 r. Klub ten liczył już 66 osób. Zorganizował 197 wycieczek a jego członkowie przepłynęli w sumie 35 589 km, przy czym za najpoważniejszy kajakowy wyczyn należy uznać opłynięcie na składakach Sycylii przez M. Plebańczyka, Z. Figułę, E. Naglera i B. Dziewińskiego.

Tradycją zaś tego Klubu stało się pływanie Wisłą na trasie Kraków-Bałtyk, co uczyniono w tym roku kilkakrotnie.

Wiosną 1932 roku w Warszawie przy Wale Miedzeszyńskim pod numerem 9 otwarto stanicę Sekcji Wodnej Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. W jej budynku mieściły się pomieszczenia klubowe, szatnie, ciemnia fotograficzna, dwie łazienki i prysznice. Było też 5 boksów na 45 kajaków, 80 szafek na sprzęt i ubrania członków Sekcji. Prezesem Sekcji był Władysław Gruszczyński, wiceprezesem i zarazem szefem przystani Adam Wisłocki, a gospodarzem Maria Podhorska-Okołów. Sekcja liczyła 65 członków, z których 30 przepłynęło w roku 1932 16 000 km, a rekord pobiła Halina Zasztowtowa przepływając kajakiem 2000 km.

Rozwojowi turystyki kajakowej sprzyjała niczym nie krępowana swoboda poruszania się po wodach śródlądowych, a także morskich. Pomocną w tym względzie była możliwość przewożenia kajaków tanim, ale jednocześnie bardzo solidnym transportem kolejowym, co umożliwiało realizację dłuższych, wielodniowych wypraw do odległych zakątków kraju, by jak najwięcej zwiedzić i dotrzeć tam, gdzie szlak nie był jeszcze przetarty. Przejazdy nie były trudne, ponieważ kolejowe wagony bagażowe zabierały sprzęt turystyczny i kajaki bez ograniczeń.

W roku 1933 miało miejsce kilka znaczących wydarzeń. Jego najgłośniejszą imprezą wodną był odbyty w czerwcu i lipcu -gigantyczny jak na owe czasy – spływ Wisłą pod hasłem „Przez Polskę do morza”. Jej organizatorem była Liga Morska i Kolonialna przy wydatnej pomocy Państwowego Urzędu przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego. Komandorem Spływu był generał brygady Stanisław Kwaśniewski – kierownik Wydziału Żeglugi Śródlądowej przy Zarządzie Głównym LMiK. Do Torunia był to spływ gwiaździsty w oparciu o własne plany, natomiast 4 sierpnia wszyscy uczestnicy spotkali się w tym mieście – obchodzącym 700-lecie -aby go zwiedzić. Następnego dnia ogromna liczba kajaków, łodzi wiosłowych i żaglownych wyruszyła na trasę: Fordon-Chełmno-Grudziądz-Gniew-Tczew-Gdańsk.

W Gdańsku uczestników spływu załadowano na holowniki i „Dar Pomorza” i przewieziono do Gdyni. Płynięto w grupach województwami. W spływie uczestniczyli wodniacy z całej Polski. Wzięło w nim udział 2100 uczestników i około 1000 łodzi. Wśród uczestników bracia Roman i Janusz Zalescy i Adolf Nowicki pokonali 2958 km, a Jan Paprocki i Zbigniew Więcek przepłynęli 2750 km. 12 listopada 1933 r. w niedzielę w sali kinoteatru „Stylowy” w Warszawie odbył się uroczysty pokaz filmu o spływie „Przez Polskę do morza”.

Innym, również ważnym wydarzeniem tego roku było otwarcie nieco wcześniej pierwszej Ogólnopolskiej Wystawy Kajakowej, Turystyki Wodnej i Wioślarstwa połączonej z targami. Jej organizatorem był Klub Wioślarski „Wisła” w Warszawie, w porozumieniu z Polskim Związkiem Kajakowym i Polskim Związkiem Żeglarskim. Wystawę zorganizowano w dniach od 17 kwietnia do 8 maja na terenach wystawowych „Bagatela” w Warszawie. Miała ona niezwykle bogatą ofertę zawartą w siedmiu działach, ogarniającą całokształt problematyki wodniackiej i o szerokiej skali rozpiętości tematycznej, w której kajakarstwo było jednym z fragmentów, zresztą bardzo znaczącym. Najbardziej okazałe eksponaty i największe stoiska należały do Stoczni Łodzi Władysława Urbaniaka z Poznania. Firma ta obok regatowych łodzi wioślarskich i jolek dała przegląd kilku typów kajaków. Uwagę zwracał luksusowy kajak kryty afrykańskim gabonem o mosiężnych okuciach, dwuosobowy i przystosowany do żagla (cena 420,- zł). Stocznia Modlińska Państwowych Zakładów Inżynierii obok ślizgaczy pokazała kajaki sosnowe w cenie 90,-zł. Kajak typu „Delfin” Fabryki Wyrobów Gumowych „Wolbrom”, zaopatrzony był w nowość – w boczne komory powietrzne oraz wewnętrzne torby na przybory i bagaż. Kajak ten można było złożyć w dwa ręczne pakunki o łącznym ciężarze – wraz z wiosłami – 35 kg (cena 410,- zł). Fabryka Wyrobów Drzewnych hr. Larissch-Mnnicha w Jaworzu na Śląsku zaprezentowała kajaki, składane zwane „Polski Pionier” (cena 510 zł.) Fabryka Śmigieł i Wyrobów Drzewnych (Szamański i Ska) pokazała kajak ze sklejki o gr. 3 mm, bardzo mocny lecz ciężki. Kajak aluminiowy o wadze 28 kg (cena 500 zł) został wyeksponowany przez Firmę „Perun”. Zakłady Kauczukowe „Piastów” wyszły na rynek z nowym typem kajaka uprzednio nie używanym, o nowej konstrukcji szkieletu i siedmiowarstwowej powłoce gumowej. Fabryka Fornierów i Dykty braci Konopackich w Mostach zastosowała do budowy kajaków sklejkę „hydroplanową”, odporną na wilgoć. Kajaki tego rodzaju wyrabiały Mazowieckie Warsztaty Szkutnicze w Płocku. Na uwagę zasługiwały wyroby uczniów Szkoły Rzemiosł w Aleksandrowie oraz Państwowego Instytut Robót Ręcznych w Warszawie. Instytut przedstawił kilka typów kajaków zaprojektowanych przez inż. Paulego. Z polskich wytwórców były jeszcze wyroby Ernesta Jenknera z Bielska i Jana Lahna z Chojnic, a z zagranicznych „Klepper” z Niemiec i Związku Producentów Czeskich. Trzeba podkreślić, że idea wystawy znakomicie wyszła naprzeciw 35-tysięcznej rzeszy kajakujących wówczas w Polsce.

Powodzenie i sukces spływu „Przez Polskę do morza” w 1933 r. spowodowały, że ci sami organizatorzy urządzili go ponownie w 1934 r. pod hasłem „Cała Polska do morza”. Spotkały się na nim zespoły uczestników z niemalże wszystkich naszych rzek, aby ponownie udokumentować ich wartość nie tylko jako śródlądowych szlaków wodnych (co było oczywiste), ale podkreślić znaczenie ich związków i zespolenia z morzem i wyjścia w szeroki świat. Postanowiono, że Spływ zatrzyma się w Warszawie, w dniu otwarcia III Światowego Zjazdu Polaków, to jest 5 sierpnia, po czym wyruszy do Gdyni. W imprezie uczestniczyło 1400 osób i 773 łodzie.

W 1934 r. ustanowiono Turystyczną Odznakę Kajakową. Miała ona zachęcać do uprawiania tej dyscypliny turystyki. I rzeczywiście patrząc z perspektywy czasowej, można stwierdzić, że doskonale spełniła tę rolę.

W roku 1934 było już 57 klubów i sekcji kajakowych zrzeszonych w Polskim Związku Kajakowym. W latach 1935-1939 kajakarstwo turystyczne objęło swym zasięgiem już cały kraj. Na ogólną liczbę 9300 członków Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, do Polskiego Związku Kajakowego należało 7500. Oprócz uprawianej indywidualnie i w klubach turystyki kajakowej urządzane były ogólnopolskie spływy kajakowe na Brdzie i Dunajcu, które w latach późniejszych stały się międzynarodowymi i trwają do dzisiaj. I Międzynarodowy Spływ Kajakowy Brdą na Trasie Charzykowy-Bydgoszcz odbył się w 1937 r. Został także zrealizowany pierwszy kurs kierowników wycieczek, obozów i spływów kajakowych. Równocześnie organizuje się inne spływy dla cudzoziemców. Zawsze wyjeżdżają z Polski pod urokiem naszych szlaków wodnych. Niemałym naszym osiągnięciem było przyznanie Polsce przez I.R.K. (Międzynarodową Organizację Kajakową) w roku 1938 -I miejsca za najlepszą działalność turystyczną. Nie mniejszym sukcesem było powołanie w tym samym roku do Zarządu I.R.K. naszej przedstawicielki – Marii Podhorskiej – Okołów, jako wybitnej specjalistki do spraw turystycznego kajakarstwa. Był to niewątpliwie jej osobisty sukces, ale także wyróżnienie dla polskiego kajakarstwa turystycznego. Wydarzeniem bez precedensu do dzisiaj było także uznanie przez I.R.K. języka polskiego za jeden z oficjalnych języków tej federacji, a także przyznanie Polsce prawa organizowania II Mistrzostw Świata w Augustowie w 1942 r.

Godnym podkreślenia jest fakt, że w 1938 r. funkcjonowały w Polsce 143 kluby kajakowe oraz 326 przystani i stanic wodnych.
Roman Klim

Początki kajakarstwa w Polsce

Kajakarstwo w Polsce rozwinęło się znacznie później niż w innych krajach. Co prawda pierwszą wzmiankę znajdujemy jeszcze w prasie ubiegłego stulecia, ale w sumie próby były nieśmiałe i nieliczne, nie budzące żadnego oddźwięku w społeczeństwie. W dniu 26 maja 1887 r. na łamach „Kuriera Warszawskiego” ukazała się wzmianka, w której czytamy m.in.: „Niespodziewany, a tak przez drużynę wioślarską upragniony przybór wody pobudził do życia młodą instytucję. Łachy piaszczyste, do niedawna złowrogo wyzierające z wody, nawet najbardziej zamiłowanych w sporcie wioślarzy zniechęcały do jazdy i odbierały energię. Z chwilą jednak podniesienia się poziomu rzeki, mnóstwo łodzi rasowych zaroiło się na Wiśle, a gigi, raceboty, skulingi, ośmiowiosłowki i kajaki dokazywały cudów zręczności. Nastał więc już przedregatowy sezon”. Dalsze wzmianki o kajakowych zawodach znajdujemy w „Kurierze Warszawskim” z 1896 r. Zorganizowane zostały przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, które powstało w roku 1878, a zalegalizowane zostało przez władze carskie w cztery lata później. Otóż WTW oprócz działalności zasadniczej prowadziło także różne inne sekcje, jak np. gimnastyki, kajakową, szermierczą itp. Podczas regat organizowanych przez WTW startowali również kajakarze. Ich wyścigi poprzedzały zmagania wioślarzy. Pierwsze wyścigi kajakarzy odbyły się w 1896 r. na Wiśle, na dystansie 1000 metrów.

Uczestniczyło w nich trzech kajakarzy: Stanisław Siwko, Adolf Normark i Dymitryj Mokryjewicz. Wyścig rozegrano z biegiem rzeki. Pierwszy do mety dopłynął Stanisław Siwko na kajaku „Zuch” przed Adolfem Normarkiem na „Karle”. Trzeci kajak nazywał się „Smyk”. Turystyka wodna nie była obca ówczesnym Polakom, jednakże nie można jej zaliczyć do kajakarstwa. Już w roku 1872 ojciec polskiej turystyki wodnej Zygmunt Gloger organizował swe pierwsze wycieczki łodzią po Niemnie, Wiśle, Bugu i Biebrzy. Jego poprzednikiem był poeta i geograf Wincenty Pol, który w 1858 r. zachwycał się spływem Dunajcem, odbytym łódką przez, jak to dawniej nazywano, Pieniński Wyłom. Prawdziwy wybuch turystyki już naprawdę kajakowej nastąpił zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległego bytu. W 50 lat po wędrówkach Glogera kontynuatorami jej, jak pisze w swoich wspomnieniach Marian Plebańczyk, jeden z tych, co ukochali kajakarstwo, byli: „… tacy późniejsi jej luminiarze, jak Arkady Fiedler, który nim wybrał się po „Ryby śpiewające w Ukajali” i do „Kanady pachnącej żywicą”, najpierw w 1924 r. przepychał się „Przez wiry i porohy Dniestru” czy też Władysław Grzelak, który zdobywał swe ostrogi rasowego włóczęgi wodnego płynąc „Łódką z biegiem Wisły”. Zanim arcymistrz włóczęgów, Wacław Korabiewicz, wybierze się „Kajakiem do minaretów” na polskich rzekach uczy się rzemiosła wodniackiego, które – trzeba to przyznać – opanował po mistrzowsku. Zanim mistrz narracji Melchior Wańkowicz, będzie po drugiej wojnie światowej, trochę snobistycznie, poszukiwał „żaby” – to w zaraniu polskiej turystyki z większym nabożeństwem w sercu i radością w duszy będzie penetrował podwarszawskie rzeczki i rzeczułki, a później znajdzie się „Na tropach Smętka”.

Trzeba dodać do słów M. Plebańczyka, że wśród tych prekursorów znaleźli się Stanisław Rischka ze Lwowa, Antoni Grabski, L. Leszko, sam. M. Plebańczyk z Krakowa i Maria Podhorska – Okołów.

W tym okresie bujnego rozwoju polskiego kajakarstwa zarówno turyści jak i sportowcy należeli do klubów i stowarzyszeń narciarskich oraz wioślarskich. Dlatego też bardzo trudne do uchwycenia są prawdziwe początki kajakarstwa. Wiadomo, że pierwszy samoistny klub kajakowy powstał dopiero w 1924 r. Ze wspomnień seniorów polskiego kajakarstwa oraz nielicznych źródeł pisanych wynika, że ten pierwszy klub powstał w Mysłowicach i nazywał się „Hellas”. Jak czytamy w „Sporcie Wodnym” z maja 1926 r. klub początkowo liczył 9 członków z 4 łodziami, lecz już po upływie czterech miesięcy liczba członków wzrosła do 16, a łodzi do dziesięciu (4 jedynki i 6 dwójek). Ciekawa jest również informacja, że podczas zabawy składakowców, jaka odbyła się 1 lutego 1927 r. przeprowadzono zawody, podczas których padł, o czym sami zainteresowani zapewne nie wiedzieli, pierwszy nieoficjalny rekord Polski: dwóch członków klubu złożyło składak – dwójkę w czasie 9 minut. Pierwszym prezesem owego jednosekcyjnego, samoistnego polskiego klubu kajakowego był dr Kos.

Ten okres bardzo ciekawie wspomina Władysław Grzelak, który po raz pierwszy dosiadł składaka w 1927 roku. Pisze o tym, że jeden z założycieli Klubu „Hellas” trudnił się uboczną sprzedażą składaków sprowadzanych z Niemiec, trochę różniących się od słynnego Kleppera i tańszych. Było to wówczas bodaj pierwsze źródło w Polsce, gdzie można było zaopatrzyć się w składak. Tam też Władysław Grzelak razem z T. Guzowskim, za mniej więcej dwutygodniowy zarobek, zakupili składak, odznaczający się ładną linią i przyjemnym kolorem. Od razu też nastąpił chrzest wodny nowego składaka. Wprost z miejsca zakupu czyli z Mysłowic „Pstrąg” jak torpeda śmignął przez „trójkąt” niegdyś trzech cesarzy, gdzie zlewają się dwie Przemsze: Biała i Czarna. Po wielogodzinnym wiosłowaniu, minąwszy „gruzy Tyńca prastare” zatrzymali się w Krakowie. Następnie bez namysłu udali się koleją do Nowego Targu, a stamtąd dorożką do Czorsztyna. Dunajec urzekł ich swym czarem w Pieninach. Olśnieni płynęli, a raczej spadali z progów rozhukanej rzeki. „Pstrąg” był jednym z pierwszych, a może i pierwszym składakiem, widzianym przy „Zbójnickim Skoku”. Potem całe ich roje ciągnęły na Dunajec. Sława tej niezwykłej rzeki rozniosła się szeroko wśród wodniaków. Były lata gdy połowa kajakowców warszawskich Zielone Świątki spędzała w Pieninach. Wziąwszy na Przemszy, Wiśle i Dunajcu ślub ze składakiem, byli nienasyceni w podróżach poślubnych. Nastąpił wtedy jeszcze jeden przerzut koleją ze Starego Sącza do Sambora na Dniestr. Na trzecim etapie swej inauguracyjnej wędrówki „Pstrąg” spływał spokojnie, bez wstrząsów, obok „wirów i porohów” przez pełne osiem dni aż do wyznaczonej mety w Zaleszczykach.

Stwierdzone ponad wszelką wątpliwość wybitne zalety turystyczne składaka sprawiły, że w roku 1928 już nie wrócili na łódź wioślarską. Z „Pstrągiem” w trzech torbach wybrali się na „Niemen het precz”, jak mówi piosenka, aż do Stołpców. Przez szereg dni ta śliczna wstęga wodna, opiewana w polskiej poezji, powieści i piosence snuła się przed ich zachwyconymi oczami. Brzegi Niemna miały wówczas właściwy rzekom Litwy wdzięk trudny do wysłowienia. Pod Niemnowem „Pstrąg” wśliznął się do śluzy Kanału Augustowskiego w istny labirynt tratew. Z trudem się z niego wydostał i pomykał w dalszej drodze od jeziora do jeziora. Czarna Hańcza, jedna z najpiękniejszych w Polsce rzek, usiłowała go usidlić nie tylko tratwami. Owszem, podbiła serca załogi „Pstrąga”. Ale romans z kim innym miała nawiązać. Okazało się to pięć lat później kiedy wyszła z druku niecodzienna książka Wandy Miłaszewskiej. Był to romans nie „Pstrąga” lecz „Bobra” z Czarną Hańczą, romans kajaka z rzeką. Z tekstu i ze zdjęć jakie tylko mistrz Bułhak mógł wykonać, rozległ się donośny hańczyny zew do turystów wodnych, by ją nawiedzali. Więc ciągnęli do Suwałk, na Wigry, na jeziora: Białe, Necko, Serwy i na Suchą Rzeczkę, owe „dwa kilometry cudu”, by napatrzeć się wodnym krajobrazom w świetle uwielbień literackich. Natomiast sfatygowany nie tylko tymi wycieczkami, ale i coniedzielnymi spacerami „Pstrąg” znalazł innego armatora. Zaś Władysław Grzelak w pierwszej krajowej wytwórni składaków Jenkera i Wagnera w Bielsku zaopatrzył się w nowy, niebieski składak. Ten „Urwipołeć” (bo tak się nazywał ten drugi składak) powędrował koleją za granicę, aż do Budziejowic. Tam puścił się w towarzystwie czeskiej kanoe „Wisła” z biegiem Wełtawy. Ta wycieczka była bardzo interesująca i przyjemna dzięki udziałowi w niej dwóch zaprzyjaźnionych Czechów: Kralla i Moravca. Szlak długości ok. 200 km, z Budziejowic do „Zlatej Prahy”, przebyli spacerkiem w ciągu tygodnia. Atmosfera serdecznej gościnności w klubach praskich, wzmocniła węzły przyjaźni wodno-turystycznej z czeskimi pobratymcami, zamanifestowanej następnie w zbiorowym spływie polsko-czeskim z biegiem Wisły, odbytym w tymże 1930 roku.

W dniu 17 listopada 1928 roku z inicjatywy W. Pyki powstał na Śląsku, gdzie najwcześniej rozwinął się ożywiony ruch składakowo-turystyczny, Katowicki Klub Ka-noistów lub – jak podają inne źródła Klub Kajakowy Kanoistów. Jednak Jan Broekere twierdzi, że w 1933 r. „Klub Kanoistów z Katowic”, za czasów prezesury Stanisława Macielińskiego obchodził 50-lecie istnienia ponieważ założono go w 1883 r.). W roku 1929 powstały m.in.: Sekcja Kajakowa KW „Wisła” i Sekcja Kajakowa WKS „Żoliborz” w Warszawie, Sekcja Kajakowa WKS „Wawel” w Krakowie (obecnie Kolejowy Klub Wodny), Akademicki Klub Włóczęgów w Wilnie oraz w Bydgoszczy Klub Wioślarski „Gryf’ i Bydgoski klub Wioślarek. Powstały też Kluby Kajakowe we Lwowie, Poznaniu i Katowicach. Zresztą w latach 1928-1930 Kluby Kajakowe mnożą się jak przysłowiowe grzyby po deszczu. W rozwoju ruchu kajakowego poważny udział mają też harcerze. M.in. na drugi Narodowy Zlot Harcerzy w Poznaniu, w 1929 r. na własnoręcznie zbudowanych kajakach (tzw. dykciakach) popłynęła drużyna harcerska (15- i 19-latków), im. Bartosza Głowackiego z Suwałk. Trasa wiodła z jezior Augustowskich, Kanałem Augustowskim, Narwią, Wisłą, Bzurą i Wartą, a jej długość wyniosła 1000 km.

Pomocna dłoń narciarzy wyciągnięta została do kajakarzy zanim się na to zdecydowali wioślarze. Zarówno Polski Związek Narciarski jak i Polski Związek Towarzystw Wioślarskich miały pełne prawo do objęcia opieką kajakarstwa, bowiem początkowo sekcje tej dyscypliny sportu działały zarówno w klubach narciarskich jak i wioślarskich.

Spory kompetencyjne dotyczące tego, kto ma się zaopiekować tą dyscypliną trwały, a tymczasem kajakarstwo odczuwało brak jednego ośrodka koordynującego poczynania klubów, sekcji i działaczy, tym bardziej że turystyka i sport rozwijały się żywiołowo. Kres w pierwszej fazie dyskusji położyło powołanie przez Polski Związek Narciarski Komisji Kajakowej. Kiedy stało się to w roku 1928 bardzo dotknięci poczuli się wioślarze oraz działacze związani z klubami wodniackimi. Rozpoczęły się polemiki i dyskusje na łamach prasy.

Część klubów i sekcji nie kwapi się z wypełnieniem deklaracji przystąpienia do PZN. Tak mija rok 1929. Pod koniec tego roku Związek Związków Sportowych postanowił powołać specjalną komisję do opracowania statutu związku kajakowego oraz zorganizowania zebrania konstytucyjnego przyszłej, niezależnej organizacji kajakarstwa.

W wyniku prac komisji w dniu 2 maja 1930 roku odbył się w Warszawie zjazd delegatów klubów i sekcji kajakowych, na którym powołano do życia Polski Związek Kajakowców i wybrano pierwszy zarząd, na czele którego stanął gen. Stanisław Kwaśniewski. Wyrazem konstytuowania się naczelnych władz polskiego kajakarstwa pod auspicjami wioślarzy i narciarzy było wprowadzenie do statutu PZK przepisu, że w skład zarządu wchodzą referenci turystyczni PZN i PZTW, a w razie likwidacji PZK jego majątek przejdzie na rzecz Polskiego Związku Narciarskiego. Mimo, iż powstanie PZK nastąpiło w 1930 roku za początek zorganizowanego kajakarstwa przyjmuje się jednak rok 1928 i od tego roku liczy się wszystkie jubileusze i okresy rozwoju w historii polskiego kajakarstwa. Trzeba podkreślić, że jeszcze w 1930 r. związek zmienia nazwę na Polski Związek Kajakowy.

Do Polskiego Związku Kajakowców zgłosiło akces około 30 sekcji i klubów. Niestety, precyzyjne określenie tej liczby nie jest łatwe, ponieważ mnóstwo dokumentów zaginęło w okresie wojny, inne zaś zostały zagubione podczas jednej z reorganizacji sportu polskiego na początku lat pięćdziesiątych.

Witold Bublewski wspomina także, że dnia 4 listopada 1934 r. odbyło się posiedzenie Zarządu PZK, na którym rozpatrywano zawieszenie Klubu „Krakovia”, budowę stanicy kajakowej na Dunajcu, tablice orientacyjne dla oznakowania stanic kajakowych i miejsc obozowania, problem zaopatrzenia stanic w łóżka i sienniki a ponadto sprawy bieżące.

Witold Bublewski jako członek pierwszego Zarządu Głównego i współzałożyciel PZK podaje również, że pierwsze regulaminy PZK tworzono pod przewodnictwem ówczesnego majora, a późniejszego pułkownika Lewakowskiego z WiG. On też był twórcą projektu obecnego proporczyka PZK. Natomiast W. Bublewski oprócz tego, że był autorem książki pt. „Kajakami na wodnym szlaku”, ogłosił ponadto szereg artykułów dot. turystyki i organizacji spływów kajakowych ze specjalnym uwzględnieniem harcerstwa. Organizował też „punkty postoju” na rzekach, znakowanie szlaków wodnych, masową produkcję kajaków.

W pierwszym Zarządzie Głównym PZK Witold Bublewski był sekretarzem, obowiązki prezesa pełnił wówczas mjr Sekunda.
Roman Klim

Prekursorzy kajakarstwa – John Mac Gregor

Kajakarstwo zawdzięczało gwałtowny wzrost swej popularności w dużej mierze Johnowi Mac Gregorowi, który zaprojektował kajaki typu „Rob Roy” oraz opisał swoje podróże w cyklu relacji, które zdobyły szerokie publiczne uznanie.

Mac Gregor zajmował się wieloma sprawami, gdyż poza tym, że był filantropem, podróżnikiem, oraz adwokatem, pełnił wyśmienicie funkcje organizatora, wykładowcy i publicysty. Jego ojcem był generał Duncan Mc Gregor. Gdy miał zaledwie pięć tygodni, przeżył utratę „Kentu”, statku wschodnio-indyjskiego, który zapalił się w Zatoce Biskajskiej. Jego zamiłowanie do podróżowania łodziami sięga dzieciństwa – od momentu, gdy pozwolono mu prowadzić łódź na Kanale Grand Junction w Weedon w Nort-Hamptonshire. Później, w wieku 15 lat, dopisało mu wielkie szczęście, gdyż uratował się z żelaznego kutra, który zatonął na wzburzonym morzu w rejonie Kingstown.

Po ukończeniu szkoły, Mac Gregor kontynuował naukę w Trinity College w Dublinie, a następnie w Trinity College w Cambridge, gdzie zdobył popularność zajmując się wioślarstwem, chociaż nie udało mu się utrzymać w pierwszej ósemce.

Posiadając własne zasoby finansowe poświęcił się głoszeniu Ewangelii, podróżom oraz aktywnym zajęciom filantropijnym, jak np. w Stowarzyszeniu Pucybutów.

Podczas rewolucji w 1848 r. przebywał w Paryżu, a w roku następnym odbył swoją pierwszą długą podróż na Środkowy Wschód. Na Malcie „jadł obiad z Gubernatorem i pływał jego jachtem”, zwiedzając wyspę, na której św. Paweł ocalał z katastrofy morskiej. Płynął „na ląd stały obierając ten sam kurs, którym św. Paweł i jego towarzysze najprawdopodobniej uciekli. W archiwum przeczytał relację z rozbicia ich statku”.

W 1853 r. Mac Gregor wspiął się na Mont Blanc i Wezuwiusz, a po odwiedzeniu Ameryki w 1859 r. pojechał do Rosji. W 1861 r. udał się w podróż w dół Dunaju „na wspaniałym parowcu”. Podróżował także do Grecji, a później do północnej Afryki.

Pierwszą ze swoich słynnych podróży kajakiem rozpoczął dopiero w 1865 r. Z jego relacji wynika jednak, że jego zainteresowanie kajakarstwem zostało rozbudzone w maju 1848 r. gdy zobaczył łódź kauczukową Archibalda Smitha. Upłynęło więc 17 lat zanim Mac Gregor rozpoczął pierwszy z tych samotnych rejsów, dzięki którym stał się tak znany.

Pierwszy kajak typu „Rob Roy” z zakrytym dziobem, został zbudowany z drewna dębowego, a tylko rufa była cedrowa. Jego długość wynosiła 15 stóp, szerokość 28 cali i wysokość 9 cali. Był na tyle niewielki, że mógł zmieścić się w wagonie kolejki niemieckiej. Ważył 80 funtów, a jego zanurzenie wynosiło 3 cale. Poza wiosłem o długości 7 stóp z dwoma piórami, kajak posiadał maszt z żaglem. Jedwabna flaga brytyjska trzepotała przy dziobie, a nazwa „Rob Roy” namalowana była niebieskimi literami na rufie.

Pierwszą europejską podróż Mac Gregor zaplanował na co najmniej 11 rzekach, w tym m.in. na Renie, Dunaju i Marnie – i 6 kanałach w Belgii i Francji. Będąc dobrym rysownikiem i posiadając szkicownik w kajaku, Mac Gregor zilustrował swoje wyczyny. Jego ubiór składał się z siwego flanelowego garnituru i marynarki z Norfolk z rzemykami na ramionach i 6 kieszeniami -przewiązanej paskiem w talii, która przetrwała jego 4 pierwsze podróże, nie straciwszy nawet jednego guzika. Słomiany kapelusz z Cambridge, podwatowane brezentem buty, niebieskie okulary oraz zapasowy garnitur na niedzielę i wieczorowy strój dopełniały jego garderobę.

„Rob Roy” pożegnał Most Westminsterski 29 lipca 1865 r. podczas przypływu i przy upalnej pogodzie.

Po rejsie do Soufhend nastąpiła podróż koleją wzdłuż mola, by złapać parowiec do Sheernen, skąd londyńska Spółka Kolejowa zabrała kajak do Dover, ulokowany na węglu w tendrze. Z Ostendy kajak został przewieziony pociągiem do Brukseli, przetransportowany wozem przez miasto do następnej stacji i wyładowany w Namur, gdzie został umieszczony na noc w prywatnym salonie właściciela domu, spoczywając „z wdziękiem” na dwóch krzesłach. Od tego momentu rozpoczęła się jego podróż na rzece Mozie.

W Liege dołączył do niego hrabia Aberdeen, którego ojciec był premierem w latach 1852-1855, a jego brat James Gordon -wioślarz z Cambridge – był ekspertem w kajakarstwie i jako pierwszy przepłynął w „Rob Roy’u” Kanał La Manche. Hrabia Aberdeen posiadał kajak zbudowany z drewna jodłowego. Razem dopłynęli do ufortyfikowanego miasta Maastricht, tutaj wsiedli do pociągu do Kolonii, a następnie popłynęli w górę Renu do Bingen i Mainz i znów koleją do Asschaffrenburg, skąd kajaki popłynęły w dół rzeki Men do Frankfurtu. Stąd jego „aktywny i sympatyczny” kompan musiał powrócić do Anglii.

Mac Gregor dotarł pociągiem do Freiburga, a następnie dojechał wozem do źródeł Dunaju w Donaueschingen, skąd popłynął kajakiem w dół rzeki, mijając wyspy o różnych kształtach i rozmiarach. Sceneria do Friedingen i Beuron swoim pięknem, ze wspaniałymi graniami wnoszącymi się wysoko po obu stronach, z niedostępnymi lasami, przewyższała krajobrazy znad rzeki Wye. W każdym mieście przybycie jego kajaka wzbudzało ogromne zainteresowanie. Gdy opuszczał Tuttlingen o szóstej rano, most i jego okolice były zatłoczone, a nieznany mężczyzna poprosił z szacunkiem o opóźnienie startu o 5 minut, gdyż jego wiekowy ojciec bardzo pragnął zobaczyć kajak. W Tuttlingen podniecenie związane z kajakiem Mac Gregora „stało się niemal śmieszne”, a na moście w jego pobliżu zebrało się ponad 1000 osób, aby zobaczyć jak łódź rusza.

W Ulm Mac Gregor wsiadł do pociągu jadącego do Friederickshaffen nad jeziorem Constance, a po przejażdżce po jego wodach, odszukał Ren, przepłynął jezioro Zeller i ruszył dalej do progów Schaffhausen, gdzie wsiadł do pociągu do Zurychu. Po odbyciu rejsu po jeziorach Zurich, Zug i Lucerne Mac Gregor pokonał dziką rzekę Reuss. W bardziej osamotnionych miejscach „drzewa tworzyły gęste zarośla i dzikie kaczki wylatywały z nich z pluskiem trzepocąc skrzydłami, a niektóre większe ptaki jak dropy często krążyły nad kajakiem”. Za Imyl brzegi rzeki nabrały innego charakteru. „Były strome i wysokie, ich wysokość rosła w miarę jak posuwaliśmy się naprzód pomiędzy dwoma pionowymi ścianami z warstwowo ułożonego żwiru i głazów”. Głuchy ciężki ryk wokół brzegów rzeki stawał się głośniejszy i właśnie tutaj Mac Gregor przeżył najbardziej ekscytujące chwile, gdyż kajak został zmieciony z pochyłego występu płaskich skał i „wówczas w zasięgu wzroku pojawił się ogromny, biały grzbiet przerzucającej się piany, hałas był ogromny, a poczucie podniecenia i zamętu wypełniało umysł”. Przed sobą zobaczył wysoką na sześć stóp falę, w którą kajak był wciągany przez potężny prąd. „Kajak zanurzył się przodem w błyszczącym kopcu piany, gdy zacisnąłem zęby i chwyciłem kurczowo wiosło. Silna masa wody uderzyła mnie w klatkę piersiową, zamykając się dookoła mojej szyi, jak gdyby chwyciły mnie zimne dłonie, zapierając mi oddech”. Wkrótce Mac Gregor znalazł się w Bremgarten. „Wśród cienistych drzew, pod gigantycznymi skałami, nad bystrymi progami rzecznymi pomiędzy sadami, winnicami i zdrowo pachnącym sianem”, kajak płynął dalej w dół rzeki, tam gdzie rzeka Reuss łączy się z Limmet i Aar, zanim dotarł do Renu w Waldshut 12 września.

Mac Gregor naraził się na niebezpieczeństwo płynąc zbyt blisko wodospadu Lauffenburg, a wodospad Rheinfelden też był przyczyną gwałtownego podniecenia.

„Wyobraźcie sobie parę setek akrów wody w białych grzebieniastych falach, z czarnymi skałami opierającymi się walczącej rzece oraz głośny, grzmiący huk zmieszany z dziwnym syczeniem, gdy z dziesięciu tysięcy spiczastych bałwanów woda wyrzucana jest w powietrze. „Rob Roy” przetrwał te uderzenia i obciążenia bez większego jednak uszczerbku”.

Pomiędzy Rheinfelden a Bale Mac Gregor pożałował powrotu do cywilizacji i utraty tej przyjemnej prostoty, której doświadczył. „Tutaj mamy wspólne świece i dlatego nie gasimy ich”. W tym miejscu zobaczył też mężczyzn ciągnących barkę i zmuszonych przejść pomiędzy krzakami na brzeg, często brodząc w samym Renie, gdyż nie było ścieżki holowniczej, którą chodziły konie ciągnące barki. Zarówno w Lauffenburg jak i w Bale dowiedział się o wyczynach czterowiosłowej łodzi, która z pięciu Anglikami na pokładzie, została wysłana drogą lądową z Londynu do Schaffhausen, z uwagi na niski poziom wody w Renie, sześć tygodni wcześniej. Ponieważ minęli progi rzeczne w czasie powodzi, gdy skały były zakryte, bezpiecznie przybyli do Bali. Ich odzież i bagaże były jednak przemoczone.

W Bale Mac Gregor opuścił Ren i po przetransportowaniu kajaka lądem, znalazł odgałęzienie częściowo zniszczonego kanału Rodan-Ren, gdzie ruch był niewielki. Rozwidlenie tego kanału prowadziło do Mulhouse, lecz gdy władze kolejowe odmówiły przewiezienia jego kajaka, „Rob Roy” musiał kontynuować podróż kanałem Bale. Uważał „tego typu podróżowanie za nieznośne”, gdyż obejmowało ono „jazdę” blisko wzgórz przez serię męczących śluz, „które zostały przemierzone przez cztero wiosłową łódź „Waterwitch” kilka lat wcześniej”. Co gorsze, część kanału była bez wody, ze względu na naprawę śluzy. W końcu wół ciągnął kajak do Thann (ryc. 9), skąd „Rob Roy” został przewieziony do nowootwartej linii kolejowej do Wesserling, gdzie wynajęto wygodny czterokołowy powóz na 35-milo-wą wyprawę przez dział wód gór Vosges do wsi Bussang. Tutaj rzeka Mozela miała wielkość szemrzącego strumyka. Po spędzeniu nocy w Remire w „nieprzyjemnej gospodzie, w której wszędzie panował nieporządek i brud”, kajak pozostawiono w wodzie o milę dalej. „Piękna roślinność wodna drgała na zmarszczkach wody dookoła kamieni… Woda w tej rzece była bardzo czysta i chłodna, tworząca zakręty poprzez głębokie sadzawki, a potem ponad bulgoczącymi mieliznami z rybami, ptactwem wodnym, z lasami i urodzajnymi polami. Te widoki stanowiły najmilej widzianą odmianę po kanale, który opuściliśmy”.

Wszędzie nad rzeką można było zobaczyć praczki klepiące i szorujące bieliznę i jednocześnie zajęte rozmową (ryc. 10). Poziom wody w Mozeli z powodu posuchy był najniższy od 30 lat. Po spędzeniu nocy w Epinal oraz w Chatel, Mac Gregor przybył do miejsca, gdzie Mozela stawała się tak wąska – z pionowymi brzegami skalnymi – że Mac Gregorowi przypomniała się „skała blisko Liverpoolu, przecinająca starą linię kolejową do Manchesteru”. Dalej rzeka przekształciła się w „kanał” skalny, którego szerokość nie wynosiła nawet 5 stóp, ale jego głębokość osiągała nawet 20 stóp. W końcu kajak musiał być ciągnięty kilka „setek jardów przez najbardziej niewygodne skały”. Zanim dotarł do Char-mes ujrzał górną część pięknej jońskiej kolumny, biały marmurowy cokół oraz pęknięty fronton. Jak te architektoniczne fragmenty znalazły się w tym miejscu, na pewno pozostanie tajemnicą.

Mozela stała się mniej interesująca, więc Mac Gregor w Charmes wsiadł do pociągu jadącego do Blainville, położonego nad rzeką Meurthe, gdzie natknął się po raz pierwszy na dwóch młodych Francuzów, ćwiczących wiosłowanie. Następnie podążył do ogromnej zapory o wysokości 15 stóp, po której nastąpił labirynt mielizn i w rezultacie trzeba było holować kajak. W końcu Mac Gregor uciekł do ruchliwego Kanału Nancy. Stamtąd kajak został przewieziony koleją nad rzekę Marnę w Epernay. Poobijaną podczas jazdy w wagonie bagażowym łódź trzeba było naprawiać w pierwszej wiosce. Różne łańcuchy i zapory kamienne stanowiły przeszkodę w liczącej około 200 mil podróży w dół Marny. Po spędzeniu nocy w Hotelu Elephant w Chateau Thierry obserwował tratwy: „niektóre zbudowano z beczułek wiązanych za pomocą wikliny, inne z desek i z ociosanych kłód, a pozostałe z wielkich grubo ciosanych drzew. Słomiana buda na każdej z tych tratw służyła za kabinę kapitana, a jej załoga musi spędzić do dwóch tygodni na ciągnięciu i pchaniu ich do Sekwany”. W Nogent, po sześciu tygodniach wspaniałej pogody, ochłodziło się. Od czasu do czasu widać było statek spacerowy. W niektórych miastach spotkać można było wiele łodzi o płaskim dnie.

W Meaux znajdował się most z domami na nim oraz ogromnym kołem młyńskim wypełniającym jego przęsła. Widząc otwartą śluzę kanału pomiędzy Meaux i Lagny, Mac Gregor wpłynął do niej ,jedynie dla urozmaicenia” i wkrótce ją minął aby znaleźć się w tunelu (później wysadzonego podczas wojny francusko-pruskiej), wewnątrz którego znajdowała się ogromna i pusta łódź. Wypełniała ona całkowicie tunel, a jej załoga poszła na obiad. Mac Gregor najpierw musiał sam wyciągnąć tę łódź, „a potem kajak dumnie sunął mając cały tunel dla siebie”. Wpływając do następnego kanału aby ściąć zakręt rzeki, kajak zaczął się zapełniać roślinnością z ogromnych kęp sitowia, krzaków oraz drzew, pomiędzy którymi musiał się z trudem przeciskać. Mac Gregor stoczył ciężką walkę aby przedostać się przez to bagno. Tej nocy został niedobrze przyjęty na poddaszu gospody „Pod wesołymi włóczęgami”, natomiast kajak spokojnie spoczywał w altanie.

W drodze do Paryża liczne wyspy utrudniały wybór najlepszego kanału skracającego drogę. Im bliżej Paryża tym brzegi rzeki coraz bardziej były upstrzone willami, a liczne statki spacerowe cumowały przy schludnych schodkach.

Tak zakończyła się pierwsza podróż Mac Gregora w „Rob Royu”, która została opisana w prasie brytyjskiej, francuskiej, niemieckiej, a nawet amerykańskiej.

Mac Gregor opowiadał, że „przyjemność pływania nową rzeką jest bardzo szczególna i fascynująca. Każde kilka jardów przynosi coś nowego, pobudzającego podniecenie. Tu zrywa się żuraw, tam trzepocze kaczka, błyszczący pstrąg skacze z pluskiem obok ciebie, pośpieszny dźwięk skał i wody ostrzega cię na zakręcie i wkrótce natykasz się na bardzo trudny odcinek. Wszystko to jest dodatkiem do scenerii, ludzi, pogody oraz postanowienia, że musisz w jakiś sposób pokonać każdą trudność i nie możesz zostawić swojej łodzi w opustoszałym miejscu, powinieneś także przybyć do domu przez zmrokiem. Nie możesz zapomnieć, że twoja torba na drugie śniadanie jest pusta. Wszystko to sprawia, że umysł który mógłby usnąć i chrapać przez 100 mil w wagonie kolejowym, pozostaje ciągle rozbudzony”.

Książka „1000 mil w kajaku „Rob Roy” na 20 jeziorach i rzekach Europy” z drzeworytami z rysunków autora, została opublikowana w styczniu 1866 r. W przeciągu miesiąca wydrukowano nową edycję. „The Times” poświęcił książce 2 1/4 kolumny niezmąconej niczym pochwały, a drugie wydanie w nakładzie 2000 egz. zostało sprzedane w ciągu pięciu dni. Cesarz Napoleon III po przeczytaniu książki polecił zorganizować wystawę statków spacerowych. Mac Gregor natychmiast wysłał mu specjalnie oprawiony egzemplarz książki oraz fotografię. W maju ukazało się trzecie wydanie książki. Do końca roku sprzedano 8000 egzemplarzy. Trzeba dodać, że jedenaste wydanie ukazało się w 1880 r., a dwudzieste pierwsze w 1908 r.

Popularność Mac Gregora prawdopodobnie wzięła się z tego, że odwoływał się on do odważnych Anglików, którzy pragnęli być raczej podróżnikami niż turystami.

Entuzjazm jaki powitał publikację z relacji jego podróży kajakiem spowodował, że Mac Gregor założył Królewski Klub Kajakowy, aby „udoskonalać kajaki, promować kajakarstwo i jednoczyć kajakarzy”. Pierwsze spotkanie zostało zorganizowane w „Gwieździe i Podwiązce” w Putney 27 lipca 1866 r. Wówczas to przyjęto 20 członków, a Mac Gregora wybrano Kapitanem. Każdy szlachcic, który posiadał kajak lub wynajął go na rok, mógł zaproponować swoją kandydaturę i zostać wybrany członkiem. Pierwsza lista członków obejmowała wybitnych wioślarzy, podróżników, alpinistów i atletów, a w ciągu kilku miesięcy Klub zdobył patronat Jego Królewskiej Wysokości Księcia Walii, który przyjął zaproszenie by zostać pierwszym Komandorem.

Z protokołu pierwszego spotkania Królewskiego Klubu Kajakowego wynika, że zostały zaplanowane podróże już na 1866 r., m.in. po Anglii, Walii, Szkocji, do Irlandii, Norwegii, Szwecji, Danii… Tego roku kajak „Grzechotnik” został zwodowany na rzece Trent. „Robin Hood” popłynął do Windermere, „Szybki” i „Włóczęga” wyruszyły do Szkocji podczas gdy „Rip-ple” popłynął na Ren. Pływały także „Wędrowiec”, „Marzenie”, „Obieżyświat” i „Sowizdrzał”. Okazało się, że wielu członków wraz ze swoimi kajakami i psami postanowiło spotkać się na rzece Clyde. Dzienniki członków Klubu zawierały opisy wielu zabawnych przygód, niebezpiecznych epizodów, a także „katastrof’ kajaków i zgon jednego psa. Jeden z członków uderzył w most na rzece Severn i pozostał na nim kurczowo trzymając się go, podczas gdy jego kajak odpłynął dnem do góry. Inny uderzył w tamę i miał dwukrotną wywrotkę w ciągu dwóch dni. I wreszcie zaistniał nietypowy przypadek, kiedy to członek Klubu wypływając na wzburzone morze, został pochwycony przez tłum wypatrujących go pań, które przeniosły go wraz z kajakiem na brzeg, tak jak gdyby wzywał pomocy, co oczywiście nie miało miejsca.

Po zapoznaniu się ze wszystkimi sprawozdaniami gazeta „Pall Mail” skomentowała, że Królewski Klub Kajakowy „łączy maksimum niebezpieczeństwa i niewygód z minimum użyteczności”. W rezultacie Mac Gregor namówił dziennikarza, który to napisał do wstąpienia do Klubu i to pomogło mu odzyskać utraconą pogodę ducha i dobry humor.

Lista członków Klubu stale się powiększała, a rok 1866 obfitował w wiele podróży. Jeden z członków, James Gordon pożeglował swym kajakiem przez Kanał La Manche do Boulogne i popłynął przez Francję do Morza Śródziemnego.

Drugi zrobił to samo, ale bez Morza Śródziemnego, natomiast trzeci udał się w dół Dunaju i rzekami Moldau i Elbe. Czwarty miał na pokładzie psa, który na lądzie ciągnął kajak na kółkach. Dwóch spośród trzech, którzy podążali wokół skalistego wybrzeża Skye dotarło do wyspy Rum. Inni udali się na rejsy po rzece Clyde, po Tamizie i po irlandzkich wodach. Zdarzyły się także samotne rejsy do Indii i do Australii.

Jeszcze w 1866 r. Mac Gregor popłynął nowym i mniejszym kajakiem przez Skandynawię opisując swoje wrażenia w książce „Rob Roy” na Bałtyku”. Ten kajak ponownie zbudowany przez Searle’a był krótszy o 12 cali, węższy o 2 cale, płytszy o 1/2 cala i lżejszy o 9 funtów od poprzedniego. „Rob Roy” został przewieziony do Norwegii na statku i dotarł do Christianii (Oslo) 2 sierpnia. Następnie został przetransportowany 60 mil pociągiem do Kongsvingor i drezyną do brzegów małego jeziora (ryc. 12). Z tego miejsca Mac Gregor zamierzał popłynąć do Sztokholmu. Chociaż mapa wskazywała strumień płynący z tego jeziora i łączący się z serią innych jezior, nie znaleziono wylotu. Mac Gregor miał szczęście, że uzyskał pomoc od żołnierzy będących na manewrach, którzy przenieśli kajak na sąsiednie jezioro. Jednak żegluga okazała się trudniejsza niż oczekiwano, gdyż na niektórych jeziorach znajdowały się liczne wyspy, z których wiele nie było zaznaczonych na mapie i trudno było ustalić ich tożsamość. W rezultacie Mac Gregor musiał się przy nich zatrzymywać i wspinać na cyple w celu znalezienia drogi.

Następny problem stanowiły kłody drewna w pobliżu tartaków. W jednym miejscu drewno rozciągało się wzdłuż rzeki Vrangs tak daleko jak można było sięgnąć wzrokiem. W polu widzenia nie było nikogo ani żadnego domu, więc Mac Gregor najpierw musiał przenieść bagaż w górę przez las, a potem ciągnąć „Rob Roya” (ryc. 13). Potem był łańcuch jezior i transport kajaka lądem na wozie do jeziora Venern i miasta Karlstadt, skąd odchodziły parowce przez Kanał West Gotha. „Parowiec spieszył wzdłuż brzegów kanału, a wysokie zielone trzciny pochylały się w niskich ukłonach, podczas gdy fale uderzały z pluskiem pomiędzy krzakami i wyganiały drobne ptactwo wodne z jego nocnych łowów, świergoczące gniewnie”.

Śluzy były zawsze otwierane przez kobiety, które pracowały „wściekłe”, chociaż młode dziewczyny z ogromnymi krynolinami, usadowione wysoko w górze i obracające uchwyty dźwigni, stanowiły dziwny widok. „Gdy ranek mijał, wiejskie dziewczyny rozpoczynały sprzedaż świeżych malin w ślicznych koszyczkach z kory brzozowej, a także masło i bekony. W ten sposób parowiec tanio zdobywał zaopatrzenie i był w stanie zapewnić pasażerom staranny i tani jadłospis”.

Kanał Gotha prowadził do jeziora Viken, a następnie do jeziora Vettern, gdzie Mac Gregor zatrzymał się w Vadstena by spotkać się ze starym przyjacielem. Wpływając na rzekę Motała, minął łańcuch jezior, jeden lub dwa kanały oraz wiele śluz włączając jedenastą u wlotu do jeziora Roxen, w drodze do Norrkping i Bałtyku.

Mac Gregor tydzień spędził w Sztokholmie. Tutaj zdziwił się, że nie można zobaczyć „prawie żadnych” statków spacerowych. Wsiadł na parowiec do Orebro, a następnie pociągiem dojechał do Treboda, gdzie długo żeglował po Kanale West Gotha. Potem ruszył koleją do Gothenburga, parowcem do jeziora Venern i Kanałem Carla Grafa do Trolhetta, gdzie wodospady zostały pokonane za pomocą licznych śluz, aż do pięknej rzeki Gota. Powrót nastąpił parowcem do Gothenburga, a stamtąd do Kopenhagi przez Helsingborg.

W Kopenhadze „Rob Royem” zainteresował się ogromny tłum, dlatego został umieszczony na otomanie na noc w ogromnej sali balowej hotelu. Kolejny odcinek podróży to jazda pociągiem przez Zelandię i statkiem do Svendbergu. We Flensburgu „Rob Roy” został umieszczony na szczycie wagonu kolejowego jadącego do Hamburga. Tutaj Mac Gregor popłynął dookoła portu, wzdłuż rzeki Łaby do Gluckstadt, a następnie wsiadł na parowiec do Helgolandu, wciąż brytyjskiej kolonii oraz bardzo ciekawego, interesującego miejsca. „Wysiadamy z ogromnych statków, niesieni na ludzkich plecach przez ostatnią toczącą się falę” do tej porośniętej na szczycie skały z czerwonymi graniami i gromadką białych, niebieskich i szarych domów u jej stóp. Gubernator był zarówno „miłośnikiem kajakarstwa jak również gwardzistą”, na którego biurku leżała relacja z zeszłorocznej podróży „Rob Roya”. Tak więc Mac Gregor przez trzy dni był mile widzianym gościem. Wracając do Bremerhaven, urządził sobie „długą i zachwycającą wycieczkę” w górę rzeki We-ser, przed powrotną podróżą parowcem nad Tamizę.

Mac Gregor oszacował, że w ciągu dwóch miesięcy przebył ponad 1000 mil kajakiem, w tym 300 pod żaglem. 500 mil przejechał pociągiem, wiozło go 25 parowców, a „Rob Roy” przebył następne 1000 mil przez rzeki, jeziora i morza. Jego wydatki wyniosły w sumie 45 funtów.

Natychmiast po powrocie Mac Gregor opracował notatki z podróży w formie literackiej, czego efektem było ukazanie się w 1866 roku książki pt. „Rob Roy na Bałtyku”. Kolejny wielki sukces towarzyszył tej publikacji. Wznowiono także sprzedaż pierwszej. Do tego czasu zbudowano już około 200 kajaków „Rob Roy”. Gazety zapełnione były artykułami o kajakach i kajakarstwie. Wzbudzały one wiele komentarzy i kontrowersji. Według niektórych podróże kajakiem wzdłuż wybrzeża były „niewarte świeczki gdy można popłynąć parowcem”, w innych zaś twierdzono, że kajak może przydać się wyłącznie na wodzie nie nadającej się do żeglugi dla innych rodzajów statków i łodzi. Następny krytyk uważał kajak za niezgrabny o płaskim dnie, „śmieszny” i napisał, że Mac Gregor „stopniowo staje się wodnym centaurem, jego dolna część ciała jest łodzią, a górna podróżującym Anglikiem”.

Zimą 1866 r. Mac Gregor intensywnie analizował swoje wyczyny i podróże z dwóch poprzednich lat i rozważywszy wszystko dokładnie doszedł do wniosku, że istnieją pewne czynniki ograniczające kajakarstwo, a całkowita przyjemność z podróży miałaby miejsce tylko wtedy, gdyby posuwanie się naprzód nie zależało jedynie od siły mięśni, a żywność mogła być przechowywana na pokładzie i byłoby możliwe spanie na jednostce. Dlatego postanowił zbudować żaglówkę, największą jaką mógłby prowadzić podczas burzliwej pogody w pojedynkę silny mężczyzna. Została ona zaprojektowana przez Johna White’a z Cowes, a zbudowana przez Forresta z Limehouse – budowniczych łodzi ratunkowych. Jej długość wynosiła 21 stóp. Podstawowym wymogiem było bezpieczeństwo, które m.in. zostało zapewnione przez cztery wodoszczelne komory oraz podwójną warstwę poszycia: honduraskiego mahoniu i żółtej sosny z płótnem żeglarskim w środku. Ponadto nadmuchiwana łódź ratunkowa o długości osiem stóp umieszczona była w komorze sypialnej, łódź była całkowicie przykryta z wyjątkiem otwartego i kwadratowego kokpitu o bokach i głębokości wynoszących 3 stopy, znajdującego się blisko rufy, na której było siedzenie z korkowym podkładem. W dwóch dużych skórzanych kieszeniach, zamocowanych w kokpicie znajdowały się: długi nóż i lina, linijka ze skalą stopową z kości słoniowej oraz lornetki wyprodukowane przez Stewarda ze Strandu. Po lewej stronie siedzenia znajdowały się drzwiczki, które opuszczone służyły za stół do posiłków, odsłaniając jednocześnie „kredens” kuchenny, w którym znajdowały się: płaski miedziany imbryk, miedziana patelnia oraz rondel, emaliowany talerz i sztućce. Po prawej stronie w podobnej przegródce były: pudełko z herbatnikami, flaszka rumu, świeczki, latarnia okrętowa oraz denaturat. W kabinie pod głównym pokładem były umieszczone cztery pudełka opatrzone napisami: „Opatrunki”, „Przybory do czytania i pisania”, „Narzędzia”, „Jedzenie”. W nocy Mac Gregor mógł spać poniżej głównego włazu. Pisał on, że „wewnętrzne urządzenia jego żaglówki służące do gotowania, czytania, pisania, zaopatrzenia całkowicie różniło się od tych wszystkich elementów na jakimkolwiek innym jachcie, od kiedy te pojazdy były projektowane z myślą o samotnych podróżach”.

Łódź żaglowa „Rob Roy” została zwodowana w Woolwich 7 czerwca 1867 r. (ryc. 14) i powoli ruszyła w kierunku Paryża. Z Dover Mac Gregor popłynął do Boulogne, a potem wzdłuż francuskiego wybrzeża do Le Havre. Z tego portu łódź była holowana w górę rzeki na linie przez sześć różnych parowców, z których ostatni napędzany był za pomocą łańcucha położonego na dnie Sekwany. Mac Gregor uważał tą część podróży za bardzo męczącą ponieważ brakowało uroku w tego rodzaju posuwaniu się w górę rzeki. Docierając do St. Cloud 30 czerwca, przygotował on swoją łódź na francuską wystawę statków spacerowych, malując jej wnętrze na niebiesko.

Około 30 angielskich i francuskich kajaków zebrało się na regaty organizowane w trakcie tej wystawy. Niestety, Cesarz Napoleon III, który ofiarował nagrodę 1000 funtową, nie uczestniczył w tym wydarzeniu, a Książę Walii musiał pozostać w Londynie by przyjąć sułtana Turcji.

Po regatach, w których Mac Gregor nie uczestniczył, popłynął w dół rzeki, lecz okazało się to trudnym zajęciem ze względu na szybki prąd wody, ogromny ruch barek oraz zbyt niską wysokość mostów na Sekwanie.

Zanim dotarł do miejsca połączenia się Sekwany i Oise, postanowił przejść na holowanie w dół rzeki do Le Havre, lecz jak się okazało nawet w Rouen trudno było znaleźć miejsce do zakotwiczenia, a niemożliwe było spokojnie dobić do nabrzeża. Na domiar złego podczas holowania pod ostatnim mostem kapitan, obniżywszy komin statku, zapomniał o łodzi, której maszt uderzył w most, zgiął się, ale na szczęście nie złamał. W końcu, gdy zakotwiczono na noc w Quilleboeuf, łódź prawie zatonęła, dostawszy się pomiędzy dwa parowce. Po jednodniowym odpoczynku w Le Havre, Mac Gregor opuścił port bardzo wczesnym rankiem i raczej przypadkowo niż celowo wpłynął do Littlehampton.

Po przybyciu do Littlehampton 24 lipca, Mac Gregor dostarczył do „Timesa” relację ze swojej podróży, toteż jego łódź nie potrzebowała prezentacji, gdy dotarł on do Cowes na Królewskie Regaty Jachtów. Na koniec łódź żaglowa „Rob Roy” powróciła wzdłuż południowego wybrzeża a następnie zaryzykowała podróż w górę rzeki do Maidstone i wiele razy przemierzała Tamizę w górę i w dół przed powrotem do Woolwich 21 września.

Przez następnych sześć tygodni Mac Gregor pracował nad „Samotną podróżą w łodzi żaglowej „Rob Roy”, która została opublikowana 14 grudnia. Drugie jej wydanie ukazało się następnego roku w maju.

W czerwcu 1868 r. Mac Gregor popłynął swoją łodzią żaglową z Erith w górę Tamizy, a następnie rozpoczął żeglugę na rzece Wey w Weybridge. 18 czerwca popłynął na rzece Arun i dotarł do Littlehampton następnego dnia.

W lipcu 1868 r. Mac Gregor postanowił popłynąć do Egiptu i Palestyny. 29 września wyruszył swym najnowszym kajakiem „Rob Roy” (piątym z kolei) z Tempie Pier do Mostu Londyńskiego, gdzie przyłączył się do „Tanjore”, płynącego do Aleksandrii i Port Saidu, aby zrealizować to co miało być jego najbardziej znaną podróżą.

Nowy dębowy kajak, którego długość wynosiła 14 stóp, z cedrowym pokładem, został zbudowany przez Johna Pembury z Mortlake. Posiadał on granatowe żagle dla złagodzenia blasku słońca. Zwodowano go pod koniec października.

W tym czasie gdy płynął Mac Gregor, Kanał Sueski nie był jeszcze gotowy. Prawdopodobnie była to pierwsza jednostka turystyczna, która tutaj dotarła, chociaż parowce, motorówki i egipskie żaglówki w tym czasie już pływały po Kanale Sueskim, ale miały one zupełnie inny charakter i cel żeglugi. Ogromne pogłębiarki, dźwigi i windy pracowały bez przerwy dniem i nocą, wydobywając piasek i muł i gromadząc je po obu stronach w imitacje gór.

W Suezie, w listopadzie 1868 r. Mac Gregor spotkał 27-letniego Henry’ego Mortona Stanley’a z „New York Herald”, powracającego z Abisynii, któremu pożyczył egzemplarz „Samotnej podróży”. Zainteresowała ona tak Stanley’a, że przesiedział całą noc dopóki jej nie przeczytał. Pod wrażeniem tej lektury powiedział Mac Gregorowi, że mógłby pisać regularne artykuły do swojej gazety o kajakach i jego obecnej podróży i aby to zapoczątkować gotów jest zatelegrafować do Associated Press aby te informacje znalazły się w 500 amerykańskich gazetach. Mac Gregor skomentował to następująco: „Co za fantastyczny gatunek stanowią ci Jankesi. W zamian dałem mu krótki list polecający do Livingstone’a”.

Wracając do Port Saidu, Mac Gregor wsiadł na parowiec do Bejrutu, a potem ruszył w górę rzek Abana i Pharpar. Po spędzeniu trzech tygodni w Syrii, 6 stycznia 1869 r. znalazł się nad źródłami Jordanu. Przez jakiś czas pływał po Jordanie, a potem gdy zaczęły przeszkadzać mu skały przeniósł się na jezioro Hijaneh. Było ono pokryte trzcinami o wysokości 10 lub więcej stóp. „Największa jaką ujrzałem mierzyła 20 stóp, uwzględniając pięć stóp zanurzenia. Te trzciny stanowiły przeszkodę, którą trudno było pokonać”. W tej sytuacji Mac Gregor był zmuszony do posługiwania się kompasem. Dalsza jednak podróż kajakiem stała się niemożliwa za Mostem Córek Jakuba, ponieważ ujście Jordanu do Morza Galilejskiego miało gwałtowny spadek i wypełnione było kataraktami i wodospadami. Transport kajaka przez tą nierówną okolicę kamienistych wzgórz i przepaści przyprawiających o zawrót głowy był bardzo trudny. Po zbadaniu dolnych partii Jordanu, aż do zniszczonego mostu Semakh, oddalonego od Morza Galilejskiego o 1,5 mili, wylądował na równinie Genezaret i odwiedził Kanę oraz Nazaret. Następnie jako pierwszy badacz rzeki Kishon, popłynął w jej dół. „Nudna to rzeka, z której trudno się dostać, poprzez szeroką i piaszczystą równinę pełną krokodyli, do Morza Śródziemnego”.

Relacja z jego rejsów po Nilu, Morzu Czerwonym, jeziorze Genezaret i wodach Damaszku została opublikowana w listopadzie 1869 r. W przeddzień publikacji zamówiono 2000 egzemplarzy „Rob Roya na Jordanie”, ale w ciągu dwóch tygodni sprzedano 5000 egzemplarzy. Na przestrzeni 12 miesięcy ukazały się cztery wznowienia, a książka wydawana była do 1908 r.

Mac Gregor wiele razy podczas swoich wypraw kajakowych o włos uniknął nieszczęścia, co jest zresztą mocno uwypuklone w jego książkach. Znajdują się tam rysunki przedstawiające go w momencie jak kurczowo ściska w dłoni wiosło, gdy kajak rzuca się na progi rzeki Reuss lub walczącego w swoim wątłym stateczku w sztormie, obok przylądka Head albo wypadającego za burtę by ratować łódź niszczoną przez dwa parowce na Sekwanie. Najbardziej dramatyczna była sytuacja wówczas, gdy płynął wzdłuż Jordanu ścigany przez tłum Arabów. Po zranieniu go z brzegu został wzięty do niewoli w prosty sposób polegający na wyniesieniu go wraz z kajakiem z wody i zaniesieniu przed oblicze miejscowego szejka (ryc. 15). Zdołał jednak uciec przy pomocy Hany, swojego przewodnika i podjął na nowo podróż.

John Mac Gregor w dalszym ciągu organizował swoje podróże w latach 70-tych. Znaczną część lata 1870 r. spędził z Królewskim Klubem Kajakowym oraz podróżując kajakiem wzdłuż południowego wybrzeża z Cowes do Plymouth, Falmouth i Wyspy Scilly, obserwując sporo niemieckich statków zablokowanych w portach ze strachu przed francuskimi okrętami w Kanale La Manche.

W sierpniu 1871 r. Mac Gregor zwiedził wybrzeże i Kanały Holandii oraz Zuyder Zee. W tym holenderskim rejsie Mac Gregor miał kilka poruszających wydarzeń. M. in. „Rob Roy” został niemal wessany do kilwatera i śruby ogromnego parowca. Mac Gregor sporządził dokładne notatki z tej podróży, lecz w końcu zadecydował, że jego przeżycia nie dają podstaw do napisania książki. Autor jego biografii Edwin Hodder twierdził natomiast, że był to jeden z najbardziej interesujących rejsów, dzięki któremu mogłaby powstać książka.

W 1872 r. rejs rzeką Crimea został odwołany na korzyść podróży na Szetlandy. W 1873 r. Mac Gregor zaplanował podróż na Azory, lecz w ostatniej chwili zmienił zdanie aby w tym czasie poślubić Annę Caffin, którą „kochał w milczeniu od 8 lat”. Ślub odbył się 4 grudnia w Blackheath. Jego wyczyny kajakowe zostały w ten sposób zakończone. Zamiast tego przeprowadził serię niezwykle udanych objazdów z wykładami, aby zebrać pieniądze na cele dobroczynne. Wygłosił 56 wykładów dotyczących „Rob Roya” zarabiając 4.160 funtów, a w 1878 r. udało się mu osiągnąć swój cel, którym było zebranie 10000 funtów, sumy którą darował różnym misjom i stowarzyszeniom, w działalność których był zaangażowany. Zmarł w lipcu 1892 r. w wieku 67 lat po długiej i wyczerpującej chorobie.

Chociaż Mac Gregor najbardziej był znany ze swoich kajakowych wyczynów to jednak największe osiągnięcia wynikają z pomocy jaką niósł porzuconym i znajdującym się bez opieki dzieciom w Londynie. Jego wpływ na młodych ludzi ze wszystkich warstw społecznych był ogromny. Głębokie zrozumienie dla ich położenia, kłopotów i trudności korelowało z jego mężnym charakterem, a osiągnięcia budziły ich podziw. Tym bardziej, że wyczyny Mac Gregora były raczej efektem silnej i ambitnej natury niż niespokojnego usposobienia. Podróże kajakowe były zresztą także okazją do przekazania i rozpowszechnienia jego wiary i poglądów misyjnych wśród szerokich kręgów słuchaczy i w różnych środowiskach świata. M. in. w tym celu woził w swoim kajaku odpowiednie traktaty napisane w językach francuskim i niemieckim by darować je tym, u których wzbudzały zainteresowanie. Mac Gregor był wybitnym człowiekiem, który wiódł życie polegające na cierpliwym czynieniu dobra.