Szlaki kajakowe Ziemi Giżyckiej
Szlaki kajakowe Ziemi Giżyckiej
Szlak rzeki Sapiny – długość 32,5 km – granatowy
Bardzo ciekawy, urozmaicony występującymi na przemian jeziorami i rzekami. Należy do łatwych, polecany na spływy rodzinne. Zaletą jest możliwość ustalania wariantów długości trasy. Pełny spływ o długości 32,5 km zaczynamy z jeziora Kruklin. Płyniemy jeziorami Patelnia, Gołdopiwo, Wilkus, Pozezdrze i Stręgiel. Wszystkie objęte są strefami ciszy. Na przepłynięcie całego szlaku proponujemy poświęcić dwa dni z noclegiem w okolicach miejscowości Kruklanki. Spływ jednodniowy o długości 22 km proponujemy rozpocząć w Kruklankach. Trzymając się lewego brzegu jez. Gołdopiwo płyniemy na północ w stronę śluzy w Przerwankach. Osiągamy ją na 6 km trasy. Po minięciu śluzy płyniemy krótkim odcinkiem rzeki i wpływamy na jezioro Wilkus. Trzymając się prawego brzegu, po pokonaniu 3,5 km wpłyniemy na rzekę, która doprowadzi nas do większego jeziora Pozezdrze. Przez jezioro przepływamy w kierunku północnym. Odległość od kolejnego etapu rzeki wynosi 2 km. Najdłuższym odcinkiem rzeki dopłyniemy do jeziora Stręgiel. Trzymając się lewego brzegu po 3 km ponownie wpłyniemy na rzekę i osiągniemy Ogonki, gdzie kończymy spływ.
Szlak kajakowy „Galindów” – długość 30 km – czerwony
Okartowo – Tyrkło – Buwełno – Wojnowo – Niegocin – Giżycko Szlak stanowi najkrótsze połączenie z jeziora Śniardwy do Giżycka. Prowadzi przez wąskie jeziora rynnowe. Atrakcją jest dwu kilometrowy transport lądowy kajaków na odcinku pomiędzy jez. Tyrkło i Buwełno. Spływ rozpoczynamy w miejscowości Okartowo. Płyniemy w kierunku północnym przez jez. Tyrkło o długości 5,5 km. Na północnym brzegu, we wsi Cierzpięty, spotykamy się z umówionym przewoźnikiem, który dokona transportu sprzętu na jezioro Buwełno. Następnym odcinkiem jest, liczące 9,5 km, jez. Buwełno. Po przepłynięciu 3,5 km, na prawym brzegu mijamy kanał, łączący Buwełno z jeziorami Ublik Wlk. i Mały. Płynąc dalej, na lewym brzegu mijamy miejscowość Marcinowa Wola. Kierujemy się na północ, wpływamy do kanału wprowadzającego szlak najeż. Wojnowo. Trzymając się lewego brzegu jeziora, mijamy wieś Kleszczewo. Przepływamy pod mostem drogowym i wpływamy na jezioro Nałk Mały, następnie Nałk Duży. Po przepłynięciu około kilometra wpływamy na jezioro Niegocin, skąd kierujemy się w stronę Giżycka. Od miasta dzieli nas 5,5 km. Płyniemy trzymając się prawego brzegu Niegocina.
Szlak Giżycko – jez. Dejguny – Giżycko – długość 32 km – brązowy
Trasa krótka – 16 km w jednym kierunku. Rozpoczynamy ją w Giżycku kierując się w Kanałem Łuczańskim na jezioro Kisajno. Po wpłynięciu najeż. Kisajno po lewej stronie mijamy ośrodki wypoczynkowe. Wzdłuż lewego brzegu docieramy do krótkiego kanału Piękna Góra łączącego z jeziorem Tajty (3,3 km). Płyniemy wzdłuż prawego brzegu. Po przebyciu 6,5 km kierujemy się w zwężenie jeziora, po lewej stronie mijamy osiedle domków letniskowych Wilkasy Zalesie, a po prawej wieś Wrony. Za przesmykiem odbijamy lekko w lewo w kierunku płd. zach., po 9 km dopływamy do mostu kolejowego i następnie do ujścia strugi łączącej z jez. Dejguny. Struga jest wąska, płytka i kręta o bezleśnych niskich brzegach. W okresie suszy miejscami jest konieczność holowania kajaka. Dopływamy do jeziora Dejgunek. Kierujemy się na północ w stronę mostu kolejowego i dalej wpływamy na akwen Dejguny. Jezioro ma dł. 7,3 km. Płyniemy w kierunku płn.-zach.. Na wschodnim brzegu jeziora leży wieś Bogacko, nieco dalej na lewym wieś Grzybowo. Kilometr dalej na ostro wysuniętym cyplu znajduje się pole namiotowe, również po przeciwnej stronie jeziora w linii prostej jest kemping z kąpieliskiem. Pod koniec jeziora na zachodnim brzegu leży wieś Kronowo. Droga powrotna przebiega podobnie, jednak wypływając z jez. Tajty kierujemy się na południe (prawo) do Kanału Niegocińskiego. Po wypłynięciu, wzdłuż lewego brzegu jez. Niegocin dopływamy do Giżycka.
Szlak Giżycko – jez. Wojnowo – Jeż. Buwełno – Ublik Mały – długość 14 km – żółty
Szlak łatwy. Pierwszy etap ma długość 7,5 km i prowadzi przez jezioro Niegocin. Płyniemy trzymając się lewego brzegu. Docieramy do wąskiego przesmyku łączącego Niegocin z jeziorem Wojnowo. Dalszy etap wiedzie jeziorami rynnowymi. Po przebyciu 5 km docieramy do kanaliku łączącego z jeziorem Buwełno. Po następnych 5,5 km na lewym brzegu w małej zatoczce wypatrujemy ukrytego w trzcinie wejścia do strugi łączącej z jez. Ublik Wlk., poruszamy się pod prąd w cienistym szpalerze drzew, przepływamy pod mostkiem, by po ok. 600 m dotrzeć do jeziora. Dalej kierujemy się w stronę ośrodka wypoczynkowego leżącego po przeciwnej stronie jeziora, wypatrujemy wejścia do tunelu wodnego, którym płyniemy ok. 50 m i wpływamy na jezioro o krystalicznie czystej wodzie – Ublik Mały (Zielone Jezioro), którym płyniemy do samego końca. Tam znajdują się kempingi, gdzie kończymy naszą podróż.
Szlak jeziorami Ziemi Giżyckiej – długość 80 km – niebieski
Ryńskie- Tałty- Jagodne – Niegocin – Kisajno – Dargin – Dobskie Decydując się na spływ tym szlakiem, w pełni doświadczymy atrakcyjności i piękna Ziemi Giżyckiej. Proponujemy przepłynąć go w kilka dni. Rozpoczynamy w Rynie, skąd jeziorem Ryńskim płyniemy na południe, docierając do jez. Tałty. Trzymając się lewego brzegu docieramy do Kanału Tałckiego, którym wpływamy na jez. Tałtowisko. Jest to 14 km szlaku. Przecinamy je, mijamy zatokę i wieś Zielony Gaj. Wpływamy do kanału Mioduńskiego, który prowadzi nas do wsi Szymonka. Istnieje tu możliwość uzupełnienia zapasów i zatrzymania się na nocleg. Następnie z jez. Szymoneckiego przedostajemy się w kierunku północnym najeż. Jagodne, którym po przepłynięciu 7 km, docieramy do Kanału Kula. Następnym punktem spływu jest jez. Boczne. Płynąc nim, po prawej stronie mijamy turystyczną miejscowość Rydzewo. Z jeziora Boczne wpłyniemy na wody Niegodna. Od Giżycka dzieli nas 8 km. Sugerujemy poruszanie się wzdłuż lewego brzegu. Mijamy miejscowość Wilkasy i dopływamy do Giżycka. Następnie Kanałem Łuczańskim docieramy do jez. Kisajno. Na jeziorze występują liczne wyspy, stanowiące rezerwaty ptactwa wodnego. Trzymając się prawego brzegu po pokonaniu 10 km dopływamy do Półwyspu Królewski Róg. Proponujemy skierować się w lewo, na widoczny Półwysep Fuledzki Róg, po minięciu, którego wpłyniemy na jez. Dobskie, będące ostoją kormoranów. Z jez. Dobskie wracamy ponownie na otwarte wody jez. Dargin, skąd możemy się udać na północ w kierunku Węgorzewa, lub wzdłuż brzegu wrócić do Giżycka, kończąc spływ.
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. VI
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. VI
Burzliwe lata 1939-1945 zapisały się w historii Polski na wiele wieków, szczególnie przez zbrojne i bardzo krwawe zmagania z zaborczymi sąsiadami. To dziwne, że wszyscy sąsiedzi nas nie lubią, a dalsi – fałszywi, po wykorzystaniu ignorują. Musimy stale prostować przekłamania wrogich historyków poprzez organizowanie różnych uroczystości rocznicowych, żeby przypomnieć światu co przeżył nasz naród, żeby istnieć!
Podczas II wojny światowej Polacy najdłużej walczyli z państwami „ Osi”- od września 1939 r. do sierpnia 1945 r. (Marynarka Wojenna, saperzy i pilot Arciszewski – na froncie japońskim).
Z okazji Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia, zobowiązany jestem z wdzięczności, w kilku słowach przypomnieć Kolegom zasługi naszego Honorowego Członka- pułkownika Stefana Strzelbickiego, Szefa Wydziału Oficerskiego WKU w Grójcu. Jest on założycielem naszego klubu,; troskliwym opiekunem i doradcą w działaniu statutowym. Akceptował wszelkie „nowinki” i jest dumny z| naszych osiągnięć. Był w | stałym kontakcie ze Sztabem Klubu. Pozytywnie rozpatrywał wszelkie prośby, szczególnie przedstawiane przeze mnie wnioski na kolejne wyższe stopnie wojskowe i odznaczenia MON. Bardzo wielu podporuczników awansowało do stopnia kapitana, a nawet majora. Dziesiątki podoficerów- od st. szeregowego lub kaprala dosłużyło się st. sierżanta sztabowego za udział w różnych szkoleniach, ćwiczeniach i zajęciach w sekcjach klubu. Dla niektórych to niby nic znaczącego, ale dla prawdziwego mężczyzny- Polaka to wielki zaszczyt, choćby w życiorysie dla własnych wnuków! Rozmawiałem na ten temat z płk Strzelbickim i przyznał rację, że tylko szlachetne charaktery czują wdzięczność. Jako emeryt sam nie spoczął na laurach, ale zajął się pracą społeczną, kierując wzorowo w Grójcu Związkiem Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Organizuje m.in. imprezy integracyjne w garnizonie oraz na wyjeździe, na które zawsze zaprasza nasz klub, jak np. bliskie naszemu sercu- sierpniowe na Przyczółku Warecko- Magnuszewskim. Nie wstydzi się rodowodu LWP, bo ojczyzna jest jedna, nawet dla tych spod Grunwaldu, Cecory, San Domingo, Samosierry, Westerplatte, Lenino, Monte Cassino, Warszawy, Kołobrzegu, Bremy czy Berlina. Wszystkimi kierował jeden cel-wolność dla Polski!
Płk Stefan Strzelbicki, syn Marcina i Władysławy z d. Sitek, urodził się 24.08.1930 r. w mieście Zgorzała pow. Piaseczno. W 1940 r. rodzice przeprowadzają się do Kazimierkowa koło Warki.
W 1944 r. kończy szkołę podstawową we Wrociszewie. Po ukończeniu w 1950 r. szkoły przemysłowo- mechanicznej przy FUM- Warka, otrzymuje zawód tokarza. Od czerwca 1950 r. zostaje powołany do zawodowej służby w WOP- Brygada Krosno Odrzańskie. Z uwagi na wybitne zdolności dowódcze w latach 1951- 1952, po ukończeniu oficerskiej szkoły WOP w Kętrzynie i otrzymaniu stopnia oficerskiego, zostaje skierowany do Brygady- Kłodzko na dowódcę Strażnicy – Lasówka, następnie – Golińsk i po kilku latach w drodze awansu- do Wałbrzycha. Na własną prośbę, w 1968 r. przeniesiony do Powiatowego Sztabu Wojskowego w Makowie Mazowieckim, gdzie pełni funkcję zastępcy komendanta. W 1970 r. kończy roczny kurs dokształcający oficerów WP. Od 1972 r. pracuje w WKU- Grójec. W 1987 r. zostaje przeniesiony do rezerwy. Za 37 lat służby wojskowej otrzymał wiele odznaczeń państwowych, resortowych, organizacyjnych, regionalnych itp., jak: KOOOP, zł. „Krzyż Zasługi”, zł. medal „ Za Zasługi dla Obronności Kraju”, zł. medal „ Sity Zbrojne w Służbie Ojczyzny”, zł. medal „ Za Zasługi dla LOK” oraz wiele odznaczeń Rad Wojewódzkich, PCK i ZŻLWP. Pełen troski opiekun KOR- LOK w Grójcu, Mogielnicy, Białobrzegach i Warce. W listopadzie 1994 r. organizuje w Grójcu Koło Związku Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a w 1997 r. zostaje prezesem Zarządu Powiatowego. Dzięki Jego charyzmie, inicjatywie i wielkim staraniom 8.05.2000 r. ZŻLWP w Grójcu otrzymuje sztandar, który uświetnia wszelkie uroczystości patriotyczne w kraju i za granicą. Nadal pełni funkcje prezesa. W latach 2000- 2008 był Wiceprezesem Mazowieckiego Oddziału Wojskowego. Jest członkiem Zarządu Głównego ZŻLWP.
W obecnym, 2009 r. przypada wiele okrągłych rocznic związanych z historią Narodu Polskiego. KOR- LOK- Warka od początku istnienia, zawsze pamiętał o tych wydarzeniach i odważnie, różnymi imprezami starał sieje przypomnieć i odpowiednio uczcić. Rezerwiści wareccy zobowiązani moralnie do upamiętnienia wojny obronnej Polaków w 1939 r„ spontanicznie, całkowicie społecznie, w ramach swoich możliwości, bez powoływania specjalnych komitetów, w kilkanaście dni postawili w 1989 r. przy ul. Polnej obelisk „1939- WRZESIEŃ-1989″! Podstawa, symboliczny fragment bunkrów kpt. Raginisa spod Wizny, głaz w kształcie kropli krwi, orzeł w koronie -z czapki obrońcy Polski i krzyż, który symbolizuje modlitwę, ostatnią nadzieję umierającego na polu bitwy żołnierza polskiego. Wtedy nikogo nie pytaliśmy o zgodę, pewni sprawiedliwości historycznej, bo „ obrońcy wolności”, nieznający postanowień poczdamskich, tylko „zza węgła” krytykowali naszą pracę.
Jak to się w życiu wszystko zmienia, niczym chorągiewka na wietrze!
W tym miejscu ponawiam serdeczne podziękowania- własne i w imieniu rezerwistów- Koledze Władziowi Gostkowskiemu, który z pomocą kpt. rez. Henryka Zalewskiego i śp. kpt. rez. Jana Bieniasa podjął się wykonania obelisku bez żadnego wynagrodzenia, społecznie, który do dzisiaj jest jedynym w Warce symbolem wojny w 1939 r.
St. sierż. sztab. rez. Władysław Gostkowski, syn Józefa i Wandy z domu Grzęda, urodził się 8.08. 1929 r. Szkołę podstawową ukończył w 1945 r„ a w 1950 r. 3- letnią szkołę przemysłowo-mechaniczną przy FUM- Warka. 11.12.1950r. wcielony do J.W- 1236 w Warszawie gdzie służył trzy lata; przeniesiony do rezerwy w j stopniu plutonowego. Wrócił do pracy w FUM-ie jako ślusarz, brygadzista, mistrz. Po ukończeniu Technikum Mechanicznego zdobył tytuł technika, st. mistrza dyplomowanego na wydziale montażu obrabiarek zespołowych. Od 1998 r. na emeryturze. Posiada wiele odznaczeń państwowych, organizacyjnych, m.in. KOOOP, zł. „ Krzyż Zasługi”, zł. medal „ Za Zasługi dla Obronności Kraju”, zł. medal „ Za Zasługi dla KOR-LOK”, jubileuszowe, wojewódzkie, itd. Od wiosny 1974 r. do chwili obecnej aktywny członek Sekcji Gospodarczej KZR (KOR). Wieloletni Członek Zarządu, wspaniały nasz Kolega i mój Przyjaciel.
Prezes Honorowy KŻR ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607-164-851
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. IV
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. IV
Może to nie przypadek, że w kwietniu 1943r. poprzez podanie wiadomości w „Kurierze Warszawskim” o odkryciu w Katyniu grobów polskich oficerów, kwiecień wybrano na „ Miesiąc Pamięci Narodowej”. Rezerwiści z KOR-LOK-Warka razem z rodzinami, podopieczną młodzieżą i kol. st. sierż. sztab, rez.- harcmistrzem Jerzym Kołodziejskim, który był idealnym kierownikiem „Sekcji młodzieżowej”, organizowali co roku w kwietniu różne spotkania i imprezy patriotyczne, szczególnie z myślą o młodym pokoleniu. Kol. Kołodziejski kochał młodzież, rozumiał ją, po prostu bawił się z młodymi ludźmi, przez co skupiał wokół siebie nie tylko harcerzy, ale i dzieci rezerwistów i ich opiekunów. Pełni inwencji jeździli do: Palmir, na Majdanek, do Mniszewa, Studzianek, Dąbrowy k. Ciepielowa. Na 30 kwietnia byli kilka razy w Anielinie, przy kurhanie „Hubala”. W Dębnowoli odwiedzali żyjącego wtedy jeszcze „Hubalczyka”- śp. p. Gałeckiego, na Winiarach- legionistę śp. P. Korczaka. Rezerwiści pamiętali zawsze o mogiłach powstańców i żołnierzy WP. Z tej okazji organizowano wiele zawodów strzeleckich. Młodzież szkół wareckich całymi klasami odwiedzała „Izbę Pamięci Narodowej” w Zespole Szkól Zawodowych przy ul. Obwodowej, utworzonej przez śmiałego patriotę, dyrektora tej placówki śp. por. rez. mgr inż. Tadeusza Sobczyka, który dołożył wielu starań w zgromadzenie różnych pamiątkowych eksponatów dotyczących czasów zmagania się Narodu Polskiego z okupantem niemieckim. Ja osobiście też przekazałem do „Izby”: hełm z powstania warszawskiego, granat, naszywkę z ubrania jeńca obozu koncentracyjnego ( żółty trójkąt z granatową literą „P”), cztery płyty gramofonowe- z hymnem polskim i pieśniami patriotycznymi, wydane w 1943r. przez ZPP i kilka dokumentów z okupacji. Wprawdzie „Izba” była poświęcona patronowi ZSzZ-1 p.l.m OPK „Warszawa”, ale kol. Sobczyk gromadził tam różne pamiątki z lat wojny. Eksponaty były opisane i stanowiły ciekawą i przyjemną lekcję historii- historii, o której powinniśmy stale pamiętać, bo potrafi się powtarzać, mimo że teraz ekonomia zastępuje armaty. Jak o tym wspominam z perspektywy lat, nie rozumiem orientacji niektórych kolegów z klubu. Co się z nimi stało? Czyżby „bohaterowie byli zmęczeni”? Kol. Sobczyk był zapewne aktywnym członkiem KOR. Cieszył się z budowy obiektu sportowo-obronnego. Z łopatą w ręku pomagał mi sadzić wzdłuż watów ochronnych topole nadwiślańskie. W 1979r. otrzymałem od MZPOW ze dwadzieścia drzewek, które po dwóch miesiącach wycięli w pień wandale z Ostrówka. W następnym roku ponownie obaj posadziliśmy osiemdziesiąt sztuk. Też je wycięto. Ubolewaliśmy nad tym bardzo, bo zostało tylko jedno. Dzięki koledze Sobczykowi mieliśmy stały kontakt z lotnikami w Mińsku Mazowieckim i bardzo dobre układy z Dowództwem na zasadzie współpracy „Organizacji Rodzin Wojskowych” z naszą sekcją „Rodzina w Klubie”. Organizowano różne spotkania, imprezy i zawody sportowo- obronne w Warce i Mińsku Mazowieckim. W 1980 r. dwudziestu pięciu żołnierzy z 1p.1.n. „Warszawa”, pod kierownictwem kol. Andrzeja Sobolewskiego wybudowało żelbetonowy kulochwyt zabezpieczający 100-metrową strzelnicę bojową. Kwaterowali w Szkole Podstawowej Nr 1, a stołowali się gościnnie w „Ratuszowej”.
Kol. por. rez. mgr inż. Tadeusz Sobczyk, 02.01. 1959r. przyjeżdża do Warki i zatrudnia się w FUM-ie. Jednocześnie kończy 28. 02. 1959 r. Politechnikę Warszawską, Wydział Technologii Budowy Maszyn. Wykłada też w ZSzZ w Warce. Od 1969r. jest dyrektorem tych szkół. Przyczynia się wielce do szybkiej budowy (17 miesięcy) nowego budynku szkolnego, który otrzymał na Patrona- 1 p.l.m. OPK „Warszawa”. Po studium wojskowym i ćwiczeniach poligonowych w stopniu ppor. rez. wstępuje 25.09.1973r. do KOR-LOK-Warka. Jest znany z patriotyzmu, prac społecznych i umiejętności utrzymywania dyscypliny wśród młodzieży. Dwukrotny prezes K.S. „Pilica”. Organizator i zawodnik turniejów szachowych w Warce. Prowadzi ciągłą akcję „Krwiodawstwa” w szkole pt. „Tobie Warszawo”. Radny miasta Warki, powiatu grójeckiego. Zdobył wiele medali i odznaczeń: państwowych, resortowych, MON, PCK, JPN, LOK i regionalnych. Przez lotników uhonorowany „kordzikiem”. Wielce zasłużony dla szkolnictwa wareckiego. Umiera w wieku 47 lat- 01.11.1982r. Żal, że tak wcześnie opuścił tych, którzy Go kochali i szanowali. Pochowany jest na starym cmentarzu parafialnym w Warce.
W tym miesiącu wspomnień szczycimy się także naszym kolegą klubowym, por. rez. Zdzisławem Pilskim, który w Warce, z racji piastowania różnych godności, pomagał LOK-owi i cieszył się z naszych osiągnięć. Jako jeden z ostatnich żołnierzy września, do 01.10.1939r. walczył w zgrupowaniu płk-a Zieleniewskiego na Roztoczu. W drodze na Węgry, 29 .09. 1939 r. grupa ta odbija z rąk niemieckich Janów-Lubelski. 01. 10. 1939 r. w okolicy wsi Momoty Górne, otoczeni przez Sowietów- kapitulują. Szczęśliwą ucieczką- unika Katynia. Dużo na ten temat rozmawialiśmy w Warce, gdyż byłem wtedy świadkiem walk tego zgrupowania- ułanów płk-a L. Koca pod Kopcami. Ceniłem sobie przyjaźń z człowiekiem, który wierny przysiędze wojskowej, walczył do końca możliwości i w obronie Polski przed germańskim najazdem nie wahał się oddać życia. Przeżył ciężkie bitwy, na polu walki widział wokół siebie konających kolegów, których często nie było nawet czasu pochować. A teraz, po wojnie, pozostał im moralnie dłużny, więc napotkane w lasach pod Warką, rozpadające się groby wojenne, pragnął za wszelką cenę ocalić od zapomnienia. Inicjatywę pod Jego kierownictwem podjęli rezerwiści z KOR-LOK-Warka. Wspierani transportem patronackiej JW, jeździliśmy po lasach z cementem, piaskiem, kamieniami, wodą, szalunkami z desek i w gęstwinie leśnej, w miejscach wskazanych przez Kol. Pilskiego robiliśmy obramowania betonowe, które następnie, przez wiele dni należało polewać wodą, przywożoną w beczkach z Warki. Teraz, w terenie zadbanym przez leśników widać je z dala, oświetlone słońcem. Kol. Pilski nawiązuje kontakty z lotnikami polskimi. Stawia im w centrum miasta pomnik- samolot, który wykonali rezerwiści z FUM-u Warka, pod kierownictwem Kol. kpt. rez. Stefana Ambroża (służył w lotnictwie). W wakacje 1963r. organizuje w Warce obóz dla Hufca ZHP z Mińska Mazowieckiego.
Kol. por. rez. Zdzisław Pilski, syn Sylwestra i Agnieszki z d. Strzelczyk, ur. 15.07.1916r. w Warszawie. Tam też 1938r., po ukończeniu Liceum Handlowego, otrzymuje maturę. Z racji zamieszkania w Siedlcach rodziców, 20.08.1938r. wstępuje tam do Podchorążówki, gdzie z chwilą wybuchu wojny mianowany jest na ppor. Po zmobilizowaniu oddziałów zapasowych, 07. 09. 1939 r. wyrusza z nimi w bój. Walczy do końca września i 01. 10. 1939r. wraz z kuzynem i kolegą chowa broń i do 12. 10. 1939r. ukrywa się w Lasach Janowskich szczególnie przed Niemcami, którzy byli wściekli za poniesione straty w dniu 29. 09. 1939r.: w Janowie, Zwoli i Kopcach._Do Siedlec dociera dopiero w Boże Narodzenie. Zatrudnia się na kolei. Jesienią 1941 r. przeniesiony do pracy w Baranowiczach. W 1944 r. ucieka z przejściowego obozu sowieckiego i wraca do Siedlec. Podejmuje prace w PKP. Następnie jest zawiadowcą stacji w Sokołowie Podlaskim, Tarczynie, a od 1961 r. mieszka w Warce. Przez dziewięć lat jest Przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Później- dwa lata pełni funkcję Naczelnika Stacji PKP w Warce i dziewięć lat- stacji PKP Warszawa- Okęcie. Skromny patriota. Zona Jego- Wanda z d. Skrzewska, córka zesłańca – sybiraka, urodziła się w 1918 r. w Irkucku. Po przejściu w 1981 r. na emeryturę dużo czasu poświęca pracy społecznej z młodzieżą, ucząc ją jak kochać Ojczyznę. Posiadał wiele odznaczeń, m.in. złoty „Krzyż Zasługi”, K.K.OOP, medal „ Za udział w wojnie obronnej 1939r.”, LOK, regionalne. Zmarł 23.11.1992r. Pochowany na starym cmentarzu parafialnym w Warce.
W „Miesiącu Pamięci Narodowej” KOR-LOK-Warka może poszczycić się wieloma podobnymi Patriotami. Cześć Ich pamięci!
Prezes Honorowy KŻR ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607-164-851
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
Od początku założenia w Warce Klubu Oficerów Rezerwy – Ligi Obrony Kraju, Zarząd „Sztab Klubu” postanowił systematycznie organizować Zebrania Zarządu i Narady Aktywu, w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Z braku własnego lokalu początkowo spotykaliśmy się w Domu Rzemiosła przy ul. Franciszkańskiej, w sali OSP przy ul. Farnej i najczęściej w lokalu ZBOWiD-u przy ul. Warszawskiej. Ustalono plany szkoleń wojskowych i dodatkowe rodzaje zajęć dla rezerwistów i ich rodzin, ponieważ nasza organizacja wzbudzała zainteresowanie i zaczęła dominować w mieście. Atrakcyjne imprezy z okazji różnych świąt i rocznic, organizowane w sali OSP, cieszyły się coraz to większą frekwencją. Bale wiosenne i karnawałowe organizowaliśmy w salach stołówki FUM-u. Wszystko robiliśmy wzorowo, elegancko i miło, zyskując sobie sympatię i życzliwość lokalnego społeczeństwa, które widziało w tym nie tylko kulturalną rozrywkę, ale i działalność charytatywną, bo myślą przewodnią i celem tych imprez było zdobywanie pieniędzy – gromadzenie funduszu na cele organizacyjne. Celem nadrzędnym jednak, było posiadanie własnego lokum, a dokładnie- pawilonu przy strzelnicy sportowej nad Pilicą; pawilon z halą strzelecką, węzłem sanitarnym, kuchennym, dydaktycznym i niewielkim magazynkiem. Zabawy taneczne i bale przynosiły spory zysk, ale solidne ich przygotowanie wymagało czasu i wysiłku. W FUM-ie sale z pełnym wyposażeniem – nieodpłatnie, kuchnia i obsługa kelnerska – żony rezerwistów; one też wiele smakołyków przywoziły ze swoich domów. Orkiestra pana Alberta Zaparta- za półdarmo. Pieniądze wpływały do kasy: z wstępu, szatni, kotylionów, bufetu, loterii fantowej, „poczty francuskiej” i bonów na wybór „Królowej Balu”. A wszystkim kierował niestrudzony, pełen pomysłów Jerzy Domański, któremu pomagał Aktyw Klubu-pracownicy FUM-u (kol. Stefan Ambroż wykonywał ozdobne metalowe korony dla „Królowej Balu”).
W miesiącach letnich organizowaliśmy nad Pilicą zabawy ludowe- taneczne, wykorzystując okazje, jak: 1-maja, „Noc Świętojańską” i Odpust lipcowy. Imprezy odbywały się na Stanicy PTTK lub „na deskach”- przy targowicy. Wojskowe zespoły muzyczne przyjeżdżały nieodpłatnie z Góry Kalwarii. Z wojska wypożyczaliśmy też namioty na bufety. Piwo „w komis” całymi „Jelczami” z Browaru -Warka, wino z MZPOW. Atrakcje sztucznych ogni imitowali rakietnicami oficerowie z Ogrodzieniec, a porządku pilnowali milicjanci z psami, przyjeżdżając „na poczęstunek” z Sułkowic. Wszyscy nam pomagali. To były czasy prawdziwej pracy społecznej. Każdą złotówkę liczyliśmy po trzy razy. Bufety, które dawały największy zysk, prowadzili przeważnie koledzy : W. Pączek, A. Buczek, A. Grzelewski, Z. Tulo, J. i R. Domańscy, W. Węgrzyn, T. Krzyżanowski, Z. Nowicki, L. Seremak.
Początkowo „parkiet taneczny” – blaty z grubych desek wypożyczaliśmy z Z.G.K, później zrobiliśmy swoje. Pamiętam jakie to były ciężary, dźwigane ręcznie. Rozkładanie, składanie, przywożenie, odwożenie itd., itp. To była praca społeczna, a nie jak dzisiejsze organizacje społeczne, które czekają tylko na dotacje. U nas w LOK nikt nie otrzymywał żadnych gratyfikacji z racji pełnienia funkcji w klubie! A wszyscy garnęli się, jak kto i czym mógł, aby pomóc w osiągnięciu celu – posiadaniu własnego „gniazda”. Zbieraliśmy złom w życzliwych warsztatach rzemieślniczych, jak u pana Franciszka Majewskiego, p. Stefana Sobieraja, p. Tadeusza Wojtali, p. Edwarda Grzelewskiego, p. Ryszarda Gablera i wielu innych. Razem z nieodżałowanym kompanem Stefanem Siekierskim, brudni od różnych smarów, zwoziliśmy ten złom do sklepu na stacji PKP. I tak zebrany „grosz do grosza” przeznaczaliśmy na zakup cegły do budowy budynku, który miał stanąć na początku stu-metrowej strzelnicy. Ponieważ materiały budowlane kupowaliśmy przez dwa lata, dla bezpieczeństwa przed złodziejami składowaliśmy na terenie stadionu sportowego, którego gospodarzem był kpt. rez. Tadeusz Sikorowski i miał „oko na wszystko”. Działalność nasza cieszyła władze miasta, a szczególnie wielce zasłużonego Naczelnika p. Tadeusza Kulawika, który widząc nasze dotychczasowe osiągnięcia, zgodził się objąć patronatem budowę pawilonu KOR-LOK-WARKA. Dla formalności, na wiosnę 1978r. kol. Andrzej Sobolewski rozpoczął budowę fundamentów i podjął się kierowaniem budową. Sprowadził betoniarkę 150-kę i z pomocą kolegów: Stanisława Kowalskiego, Jana Skowrońskiego, Antoniego Cieślaka, Janusza i Władysława Gajewskich, Jerzego Domańskiego, Tadeusza Krzyżanowskiego i wielu innych, pracowali całymi popołudniami. Zalewane betonem kamienie pochodziły z przebudowy ulicy „górka Kuprasa”, chodników w mieście, a nawet zbierane z remontu cmentarza. Zbrojenia-z różnych odpadów, z życzliwych nam warsztatów ślusarskich. Projekt pawilonu pod nadzorem kol. A. Węgielka wykonał nieodpłatnie inż. bud. Henryk Sobolewski z ul. Farnej. Swoim entuzjazmem i pracowitością A. Sobolewski skupił wokół siebie duży aktyw Klubu. Zakochanemu w Warce Andrzejowi zawdzięczamy wiele trwałych pamiątek w mieście!
St. sierż. sztab. rez. Andrzej Sobolewski, syn Jana i Jadwigi z domu Grzelewskiej, ur. 16-08-1946r. w Warce. Tu ukończył szkołę podstawową, a następnie w latach 1960-65 Technikum Mechaniczne w Ursusie. Przez rok pracował w FUM-Warka.
W latach 1966-68 odbył służbę wojskową w 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno Desantowej (Niepołomice, Kraków).
W stopniu kaprala wrócił do FUM-u. Od 1973r. -Kierownik Zakładu Gospodarki Komunalnej. W 1989r Społeczny Komitet Budowy Domu Kultury powierzył mu kierownictwo budowy. Od 1994r. do chwili obecnej pracuje w firmie ,,Ru-rex” w Piastowie. Przez wiele kadencji-radny miasta. Posiada wiele odznaczeń państwowych, wojskowych, LOK i regionalnych. Jest moim wiernym kolegą klubowym i wypróbowanym przyjacielem, czego dowody odczuwam stale.
Prezes Honorowy KŻR dr ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607-164-851.
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. I
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. I
Już przed 35-laty, w dniu 29 listopada 1973r, w Sali Aktowej gościnnego Muzeum im. K. Pułaskiego, wiedzieliśmy, że nadejdzie czas swobodnego naśladowania postaci „Wareckiego Bohatera” – Piotra Wysockiego, który w decydującym momencie sam, poderwie podchorążych do walki z zaborcą i zerwie kajdan niewoli. Ileż nadziei i odwagi było w tym młodym człowieku. Ileż patriotyzmu, poświęcenia, honoru, a później i cierpienia. Dlatego, wtedy w Muzeum, na Uroczystym Zebraniu Klubu Oficerów Rezerwy Ligi Obrony Kraju, zarząd wybrał Go, jednogłośnie na swego Patrona, żeby przyświecał nam w działaniu społecznym na rzecz umocnienia obronności kraju i patriotycznego wychowania młodzieży wareckiej, przez przekazanie jej historii i tradycji narodowej.
Idealnym Patronem dla oficerów rezerwy. W Warce się urodził, tu wrócił z zesłania i tu złożone są Jego kości.
Wtedy, też uchwalono, że KOR-LOK będzie każdego roku, organizatorem uroczystości z okazji „ Nocy Listopadowej”, w oparciu o Szkoły Podchorążych z całej Polski, zaprzyjaźnione Jednostki Wojskowe i miejscowe Szkoły noszące imię Wysockiego.
I tak było przez dziesiątki lat. Na uroczyste capstrzyki przyjeżdżały delegacje podchorążych prawie z całego kraju. Kompanię Honorową stale wystawiała Wyższa Szkoła Służb Pożarniczych z Warszawy i do tradycji należał też przyjazd całego I-go rocznika ze szkoły Orląt w Dęblinie. Była orkiestra wojskowa z Gór}/ Kalwarii, lub z Warszaw/y, czy Dęblina. Były sztandary, tłumy mieszkańców, przemówienia. Po prostu patriotyczna manifestacja. Harcerze składali na rynku przyrzeczenie harcerskie, a potem maszerowali z pochodniami ulicami miasta aż do grobu Wysockiego. Cała uroczystość była zawsze, jedną wielką demonstracją przeciwko „ustaleniom jałtańskim”.
25 września 1973r., powstający w Warce KOR, oparty regulaminie LOK, był faktycznie patriotycznym stowarzyszeniem oficerów . Przez szeroką działalność, nazywany później „modelowym”. Po 10-ciu łatach pracy zawodowej w Warce, miałem doskonałe rozeznanie wśród mieszkańców na kogo można liczyć, kto jest kim?. Wśród najbardziej aktywnych byli oficerowie : ppor. dr Drogosław Wożniak – oficer pułkownika Maczka, ppor. Andrzej Węgiełek- syn lekarza zamordowanego przez Niemców, ppor. Aleksander Gajewski – oficer gen. Kleberga i sybirak, por. Krystyna Falińska- żona dowódcy J.W. w Ogrodzienicach, por. Zygmunt Szywata – jeniec wojenny, ppor. Józef Szczepanik, ppor. Stefan Ambroż, ppor. Janusz Kozłowski, sierżant podchorąży Zdzisław Pilski- ostatni żołnierz pułkownika Zieleniewskiego, ppor. Tadeusz Sobczyk, ppor. Andrzej Czarnecki, ppor. Andrzej Jasiński, ppor. Henryk Zalewski. Po pół roku działalności, aktyw klubu zasilili wspaniali koledzy podoficerowie: Stefan Batte, Andrzej Sobolewski, Stanisław Rutkowski, Andrzej Buczek, Jerzy Domański, Tadeusz Krzyżanowski, Krzysztof Cybulski, Władysław Król, Roman Gancarz, Antoni Cieślak, Janusz, Władysław, i Wojciech Gajewscy, Stefan Siekierski, Jan Skowroński, Roman Szynkowicz i wielu innych.
Dla prowadzenia systematycznych zajęć szkolenia wojskowego na miejscu i na wyjeździe oraz organizowaniu różnych imprez, powstały sekcje : strzelecka, łączności i gospodarcza, której efekty dobrze są znane społeczności Wareckiej, a powstały też dzięki przychylności i ofiarności dyrektorów i prezesów miejscowych zakładów pracy, a szczególnie kolejnych naczelników miasta. Pełen pomysłów do uatrakcyjniania zajęć, zawsze zasięgałem opinii kolegów. Doradcą i powiernikiem, oprócz kolegi Andrzeja Węgielka i Stefana Batte, był kol. (ppor.) kpt. Drogosław Woźniak, szczególnie zasłużony dla Warki.
Dr. Drogosław Wożniak urodził się l-12-1914r. w Cieszynie na Śląsku jako syn Franciszka i Franciszki z domu Spinek (Czeszka). Ojciec Jego był podoficerem sztabowym w Armii Austriackiej. W Cieszynie ukończył szkoły zdaniu matury studiował medycynę na wydziale lekarskim UJ. w Krakowie. W 1938r. otrzymuje dyplom lekarski. 31 maja 1939r. kończy staż podyplomowy i idzie na 3-miesięczny kurs w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Po ukończeniu kursu zostaje wcielony do 5-go pułku pancernego w Krakowie dowodzonego przez płk. Góreckiego. Z wybuchem wojny zostaje awansowany do stopnia podporucznika, opuszcza z pułkiem Kraków i udaje się na wschód do Żurawicy w celu dozbrojenia. 17-09-39r. w miejscowości Brody, Sowieci zarzucają ich ulotkami o treści: „ Przychodzimy do was- jako przyjaciele!” . 18-09-39r. płk Maczek zabiera całą dywizję pancerną i od 19-09-39r. pułki w zwartych szykach i w pełnym uzbrojeniu przekraczają granicę Węgier. W Polsce były nawet podstawione autobusy celem ewakuacji rodzin wojskowych i chętnych cywilów. Trzy dni stoją w miejscowości Racho czekając na resztę wojska, następnie zostają internowani do miejscowości Eger. Zrządzeniem losu doktor Woźniak udzielając pomocy medycznej Węgrowi mieszkającemu w Budapeszcie znalazł mieszkanie i otrzymał kartę stałego pobytu na Węgrzech. Tęsknota za krajem i rodzina zmusza doktora do podjęcia działań zmierzających do powrotu do domu. W grudniu 1939r udaje się do Koszyc do konsulatu Polskiego z prośbą o pomoc w przerzucie do Polski.
W krótkim czasie zostaje zorganizowany powrót do domu zakończony niepowodzeniem. Niemcy aresztują dr Woźniaka i osadzają w więzieniu w Nowym Targu. W końcu grudnia zostaje zwolniony z aresztu i odstawiony do Krakowa . Może mieszkać z rodziną, jednakże pozostaje pod nadzorem policyjnym. Podczas trwania okupacji hitlerowskiej pracuje zawodowo prowadząc praktykę lekarską w Starachowicach i w Racławicach. W roku 1948 przyjeżdża do Warki. Przez rok dojeżdża do pracy do Jędrzejowa zajmując funkcje lekarza powiatowego. Pracę doktorską pisze pracę doktorską na Uniwersytecie Poznańskim i 10-12-1949r. otrzymuje tytuł doktora nauk medycznych. Przez trzy lata mieszka we Włoszczowej pełniąc funkcję lekarza powiatowego. W 1952 r. wraca do Warki obejmując Kierownictwo w Rejonowej Przychodni Lekarskiej, pracując jednocześnie w FUMie i Pogotowiu Ratunkowym, W latach osiemdziesiątych przechodzi na emeryturę po wieloletniej , solidnej i pełnej poświęcenia pracy lekarza. Wysokiej klasy diagnosta, obdarzony zaufaniem pacjentów. Wolny czas poświęcał sekcji strzeleckiej naszego klubu. Spokojny, z celnym okiem był w pierwszej drużynie strzeleckiej. Uczestniczył w wielu zawodach. Jako aktywista uczestniczył chętnie w różnych uroczystościach i oficjalnych spotkaniach rezerwistów z władzami wojskowymi i cywilnym co dodawało splendoru Lidze Obrony Kraju.
Zawsze, bardzo ceniłem sobie Jego u wagi i rady. Za wzorową służbę i szkolenie w KOR-LOK został awansowany przez MON do stopnia kapitana. Jako senior klubu cieszy się z systematycznej patriotycznej działalności lokowskiej i jest dumny z naszych osiągnięć. W imieniu rezerwistów, życzę Szanownemu Seniorowi dalszych lat w zdrowiu i zadowoleniu.
Prezes Honorowy KŻR ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607-164-851
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
W zimie 1942/1943r., otrzymałem zadanie od p. Feliksa Luszawskiego, przewozić dyskretnie „zakazane książki”, z Modliborzyc do nauczyciela w Wojciechowie, dla tajnej biblioteki. Z Wojciechowa wędrowały dalej – wiem, że na pewno do Wierzchowisk i Polichny. Przeczytane przez ludność, a w szczególności przez młodzież, przywoziłem z powrotem. Istniała taka wymiana już od dawna i ktoś to robił, a że zima była obfita w śniegi, zlecano to wtedy mnie (zaufanemu chłopcu uczniowi harcerzowi), który dysponował dobrym koniem wierzchowym i znał okolicę. Wyładowany książkami plecak, zakładałem na plecy i konno, wieczorami, często na skróty, przez Wolicę, lasek na górce, przyjeżdżałem do wsi. Po przeładowaniu plecaka zaraz wracałem do Modliborzyc. Z tego „kurierskiego szlaku” mam wspomnienie, które przez lata nie dawało mi spokoju. Otóż, któregoś razu jadąc prawie po ciemku do Wojciechowa, ścieżką przez lasek, w pewnym momencie koń drgnął pode mną, parskną.) i skręcił łeb w prawo. Spojrzałem, a obok przejeżdżającego drzewa, stał wysoki mężczyzna z owiniętą na głowie chusta.. Stał nieruchomo jakby zamarzł. Przeraziłem się na moment i minąłem go milcząco. Później uświadomiłem sobie, że może to był ukrywający się jakiś Żyd i czekał na kogoś ? W Wojciechowie, nie mówiąc dla kogo, poprosiłem o pół bochenka chleba; zdziwieni, dali mi chleb. Wracam pośpiesznie, ale tego mężczyzny już nie było w tym miejscu. Pokręciłem się trochę po lesie. Pewnie przestraszył się i w obawie o życie, uciekł. Na wiosnę, ktoś inny, pewnie rowerem, przejechał tę „bibliotekę objazdową”. A ja otrzymałem od druhny Krystyny Jaremkiewicz, która pełniła funkcję „zastępowego”, stopień „wywiadowcy” z wpisem do przedwojennej książeczki harcerskiej. Cieszyłem się bardzo, a nawet zacząłem ćwiczyć silna, wolę i znosić niewygody. Dyskretnie przed rodziną, przez trzy dni spałem na gołych deskach podłogi, trzy dni nic nie piłem, trzy dni nie jadłem (używając różnych forteli) itd. Chciałem być „twardy” na wypadek aresztowania. To była dalsza zabawa w harcerstwo.
W 1942r. raz i w 1943r. dwa razy wybrano mnie do bardzo poważnej misji kurierskiej „na wschód”. Ze względu na obowiązującą mnie nadal tajemnicę tych akcji i „słowo harcerza”, opiszę ogólnie przebieg zadania. Przewoziłem pieniądze z Lubelszczyzny dla Polaków i Oddziałów AK, za Bugiem. Pomoc pieniężna była konieczna w tamtych czasach na zakup broni od: Słowaków, Węgrów, Włochów, Rumunów, a nawet Niemców, niezbędnej do obrony przede wszystkim, przed „ryzunami”. Powstawały już wtedy większe skupiska polskiej ludności i organizowała się „Samoobrona”. Matka uszyła mi nawet odpowiednie ubranie, żebym wygla,dał na Ukraińca. Miałem długie buty i czapkę „papaszkę”. Dokumenty otrzymałem ze starostwa w Kraśniku i zezwolenie na przejazdy pociągami, nawet „ekspresami urlopowymi”. Załatwił to wszystko mgr Stefan Kubicki.
Pierwsza trasa przebiegała od apteki p.p. Kubickich w Modliborzycach do apteki p. Brykalskich w Grabowcu k/Hrubieszowa. W Modliborzycach matka uszyła z gazy duży kaftan, w którym były równo ułożone, na całej powierzchni, pliki różnych pieniędzy. Kaftan nałożony był na gołe ciało, a dopiero potem bielizna i ubranie. Uczucie miałem dziwne, niespokojne, zdawało mi się, że wszystko widać i wszyscy wiedzą co mam na sobie. Do Lublina podwiózł mnie pociągiem mgr Stefan Kubicki. Kilka godzin czekałem w jakimś mieszkaniu na Krakowskim Przedmieściu, blisko Krakowskiej Bramy. Następnie zabrało mnie pewne małżeństwo na dworzec kolejowy. Jechaliśmy z przesiadkami: przez Rejowiec, Zawadę, Zamość do Miączyna, skąd nocą, bryczką przyjechaliśmy do p. Brykalskich. W Rejowcu, obok stacji kolejowej i torów był ogrodzony drutem kolczastym, wielki obóz sowieckich jeńców wojennych. Pani mgr Brykalska była sama z córką. Mąż mgr Brykalski, już wcześniej aresztowany. Na pewno był w ruchu oporu. Córka też harcerka, była łączniczka, między dworami, a Hrubieszowem. W Grabowcu siedziałem na zapleczu apteki, cały dzień i nawet zaprzyjaźniłem się z ich psem. Wabił się „Cis”. Wyjątkowo mądry pies, polubił mnie, może z tęsknoty za „Panem”. W nocy, córka p. Brykalskiej zaprowadziła nas do pewnej rodziny, mieszkającej ze trzy kilometry na Górze Grabowskiej. Pies szedł też z nami i był bardzo pomocny, bo wszystko widział i lepiej słyszał, przez co mógł, w razie niebezpieczeństwa, szczekaniem ostrzec. W oddzielnym pokoju, po ciemku, rozebrałem się z „gazy” i kobieta z mojej obstawy, przekazała zawartość gospodarzom, których nawet dobrze nie widziałem. Wszystko odbyło się dość szybko i sprawnie. Wróciliśmy nie zauważeni i szczęśliwi do apteki. P. Brykalska bardzo zadowolona, nawet nadała mi pseudonim „Cis”, który później zaakceptowała druhna Krystyna i tak zostało. Zaraz w nocy małżeństwo „moja obstawa”, odjechało, chyba z powrotem do Lublina. Ja zaś, po drugim śniadaniu, jak był już ruch na drodze, poszedłem na miejscowa, plebanię, gdzie mój wujek, ks. Stanisław Orłowski pełnił w tym czasie funkcję wikariusza. Na pewno był wtajemniczony we wszystko, bo już czekał na mnie. U wujka spędziłem kilka dni. Wypadł wtedy odpust w parafii grabowieckiej na Św. Mikołaja. Byłem nawet na obiedzie z Radą Parafialna,. Proboszcz, ks. prof. Łapkiewicz z Lublina, ukrywał się w Grabowcu, mając pod bokiem niemieckiego powiatowego agronoma, zastępcę Starosty Landwirta, który mieszkał także na plebanii i miał za ordynansów kilku Łotyszy z karabinami. Niemca widziałem na tym przyjęciu. Poznałem też miejscowego Sołtysa, Ukraińca, nazywał się śmiesznie Niskuszapku. Wujek Staś lubił mnie bardzo i traktował poważnie. Pewnie też był w AK, jak p. Brykalska. Będąc na plebanii, przez przypadek odkryłem jego schowek z dużym pistoletem i amunicją; nie mówiąc mu o tym, dla jego spokoju. Schowek był zmyślny i pod ręka,. Do Modliborzyc wróciłem już sam, nawet na trasie: Hrubieszów – Lublin, ekspressem. Następne „kurierskie wyprawy” na wschód, były prawie ta, sama, trasą, ale z inną obstawą. Rozpoczynały się w Lublinie, jedna na Krakowskim Przedmieściu, druga z ul. Orlej, a docelowo dwór koło Szczelatynia i Włodzimierz (Wołyński). Oswajałem się z myślą, o przewożonych pieniądzach, „głupio ważny”, bo sumy były bardzo duże, w banknotach różnych krajów; a dodawało odwagi, że na trasie miałem w Grabowcu wujka, który o wszystkim wiedział, czuwał i mógł pomóc. On właśnie, znając moja odwagę, wskazał na swojego siostrzeńca do wykonywania tej ryzykownej misji i mimo, że byłem jedynakiem matka nie oponowała.
Powaga spraw, z którymi byłem związany, moja częsta nieobecność w Modliborzycach, zniechęcenie kolegów, którzy zajęli się nauka, w tajnych kompletach, przerwała nasza wspólna „służbę harcerska,”. Ja, wtajemniczony w wiele spraw dorosłych, nadal walczyłem. Dzisiaj, mimo upływu lat, dobrze wszystko pamiętam. To były wielkie przeżycia dla młodego człowieka, którymi później nie warto było się chwalić; zresztą, komu ? Cwaniakom ? co nic nie robili, a wypinali piersi po ordery! Kolaborantom lub karierowiczom ?
Wczesna, wiosną 1943r., dowiedziałem się, że w Kraśniku można otrzymać adresy i talony na paczki żywnościowe dla polskich jeńców wojennych, przetrzymywanych w Niemczech. P.Tadeusz Warski często jeździł służbowo do Kraśnika, więc przywiózł mi dwa adresy z talonami, otrzymał je z RGO lub PCK, już nie pamiętam. Jeden wzięła moja ciocia Bronia, a drugi ja. Jako harcerz, chciałem samodzielnie korespondować i wysyłać paczki. Miałem zawsze jakieś niewielkie pieniądze z „kieszonkowego”, od wujków lub od dziadka Ignacego Orłowskiego za pomoc w gospodarstwie. Po drugie to planowałem zająć się handlem, ale co sprzedawać, żeby zarobić ? Inspirowany przez Fredzia Głowackiego, mia.łem wiele pomysłów. Fredzio od dzieciństwa miał „smykałkę” do handlu i zakasał wszystkich swoich kolegów. Pamiętam, jak podziwiałem jego otwartą walizkę na ogrodzeniu rynku, z towarem. Co tam nie było? Kostki mydła i pasta do butów własnej produkcji.
Sznurowadła, zapałki, papierosy „Juno”, w opakowaniach po:3,6 i 12 sztuk (żołnierze Wehrmachtu maszerowali trójkami). Świece, kawa zbożowa „z łopatką” i „Enrylo”, cykorie (w grubych tabletkach), gęste grzebienie do wyczesywania insektów itd. To był wtedy chodliwy towar! Nie mógłbym Fredziowi dorównać, więc zrezygnowałem z tego rodzaju zarobku. Później, jak mieszkańcy zmienili oświetlenie z naftowego na karbidówki, handlował palnikami i kloszami. W komórce trzymał w blaszanej beczce karbid i z tego okresu, miał nawet nieprzyjemną przygodę, ale ciekawskim niech sam o tym opowie.
Do wysyłania paczek i korespondencji, wybrałem p. Stanisława Jeske [Gefangenennummer: 82372. Lager Bezeichnung: M. StammlagerX B. Deutschland (Allemagne). Od 1944r. jeszcze z dopiskiem: Arb Kdo 1225]. Z częstej korespondencji dowiedziałem się, że ma 25 lat, w WP był podchorążym. Mieszkał w Łodzi, miał studiować medycynę, nawet w 1939r. zdał wstępny egzamin, itd. Przysyłał mi talony, które zezwalały na wysyłanie paczek jeden raz w miesiącu. Paczki zawierały: kiełbasę suszona,, słoninę topiona, z czosnkiem, wędzonkę, cebulę, ciasto, papierosy, proszki z „kogutkiem” od bólu głowy, itp. Żeby mieć więcej swoich pieniędzy, w lecie zbierałem kwiat lipy i czarnego bzu, w jesieni kasztany i orzechy, które sprzedawałem na skupie w Spółdzielni w Janowie. Ostatni list otrzymałem z datą stempla: FELDPOST 13.5.44 9. Pozwolę sobie fragment tego listu przytoczyć: „Panie Darku ! Nie czekając na odpowiedź od Pana śpieszę, aby Panu podziękować za wspaniałą paczkę, którą otrzymałem d. 5/V 44r. Paczką ta, mogłem się poszczycić przed innymi kolegami. Doprawdy, gdyby Pan był tutaj u mnie, gdy ja, otrzymałem, to na pewno Pana zamęczyłbym w uściskach z radości – wszystko przeszło moje oczekiwania. A więc było tam ciasto, kiełbasa sucha, wędzonka, jajka, a przede wszystkim nasza tradycyjna pisanka wielkanocna, z wschodzącym słońcem, na którego tle żołnierz nasz wzywa na trąbce do boju, jeśli się nie mylę, to zdaje mi się, że pisanka ta jest Pańskim dziełem Panie Darku, obraz bardzo aktualny (…). Paczka przyszła, pomimo, że była w drodze przeszło miesiąc, bardzo dobrze. Nie wiem Panie Darku, czy kiedyś będę mógł Panu się odwdzięczyć za to, co Pan dla mnie czyni, ale jeśli Bóg pozwoli … Ślę najserdeczniejsze pozdrowienia dla Pana, Mamusi, Babci, Dziadzia i Cioci”, (podpis Stanisław Jeske).
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach
Przez całą okupację, bardzo często sołtys przyprowadzał do dziadków na kwaterę różnych niemieckich urzędników i wojskowych. Jedli i mieszkali, nawet po kilka dni, tygodni. Na początku lata 1942r. zamieszkał Niemiec, cywil, nosił w klapie okrągły znaczek NSDAP; jakiś urzędnik od wywożenia Polaków do pracy w Rzeszy. Pierwszego dnia pobytu, zaraz po obiedzie, zachciało mu się wódki. Ponieważ w domu jej nie było, a on nie wiedział gdzie kupić, matka poleciła mi zaprowadzić go do restauracji p. Osińskiej przy ul. Zaborskiej. Wyszliśmy do miasta po 18:00. Wtedy już obowiązywała Żydów godzina policyjna. Idąc lewą strona, ul. Piłsudskiego, z drugiego mieszkania, za domem doktora Zielińskiego otworzyły się nagle drzwi i wyszedł młody Żyd, wysoki, w białej koszuli, zielonych spodniach i czarnych oficerkach. Ponieważ na ulicy było pusto, Niemiec zorientował się zaraz, że to Żyd. Ten stanął obok drzwi blady, jak „słup soli” i podniósł ręce do góry. Krępy, średniego wzrostu Niemiec, wyjął spod marynarki pistolet i wymierzył w Żyda. Stojąc przy Niemcu, błyskawicznie podbiłem mu rękę z pistoletem do góry. Równocześnie padł strzał, ale w powietrze. Żyd osunął się na ziemię, Niemiec spojrzał groźnie na mnie, później na Żyda i zaczął się ogromnie śmiać. Nie wiedziałem z czego. Pokazał mi ręka, jego mokre spodnie!
Odcia,gna,łem Niemca od tego Żyda i poszliśmy dalej. Całe to wydarzenie widzieli przez okna przerażeni Żydzi. W przedostatnim domu, przed ul. Zamkową było otwarte okno, przez które dochodził glos modlącego się Żyda. Niemiec zajrzał tam po cichu, i później „na migi”, kazał mnie to samo zrobić. W niewielkim pokoju za stołem, tyłem do okna, a twarzą do jakiegoś kredensu, głośno modlił się Żyd. Był w stroju rytualnym („cycałe”), kiwał się bez przerwy, po lewej stronie paliła się w niewielkim lichtarzu świeczka. Znowu wyjął pistolet. Przeraziłem się. Przytknął palec do ust, żebym był cicho, pomachał ręka, uspokajająco i wskazał na świeczkę, którą jednym strzałem zgasił. Z mieszkania Żyda dochodziły jakieś krzyki, hałas. U p. Osińskiej kupił cztery butelki wódki, włożył do teczki i wróciliśmy do domu. Popił i po kolacji poszedł sam do miasta. Podobno kazał otworzyć „Judenrad” i złośliwie zalał tam atramentem kilka kart jakiejś księgi z dokumentami, nakazując przepisanie ich do rana. Kilkunastu Żydów pisało całą noc. Na drugi dzień rano, jak Niemiec poszedł do gminy, zebrała się przed naszym domem duża gromada Żydów, może ze dwieście osób. Dziękowali mojej matce za uratowanie Żyda od śmierci. Nie mieli słów podzięki i zachwytu za moja, odwagę. Ciekaw jestem, co by Żydzi myśleli, gdyby przy mnie Niemiec zastrzelił Żyda ? Oskarżyli by mnie, że Niemca „napuściłem”. A było ich wtedy w Modliborzycach ze dwa i pół tysiąca. Od tej pory, napotkani w mieście Żydzi, pokazywali mnie palcami i zaczęli nawet się kłaniać!
W południe 26 sierpnia 1942r. jakiś niepokój na ulicy Janowskiej. Biegnę i widzę po lewej stronie Niemców w mundurach Schutzpolizei, koło domu Pankowskich. Oficerze szpicrutą, stoi na środku ulicy, a kilku wynosi z domu jakieś książki, papiery i wrzuca do palącego się na podwórku ogniska. Wszystko widać dokładnie, bo nie było tam płotu. Widzę nawet obraz Matki Boskiej w ramach, Niemiec go rozbiera, ogląda i też wrzuca do ognia. Stałem bardzo blisko, więc oficer przepędził mnie, uderzając po nogach szpicrutą. Przeszedłem na druga, stronę ulicy i usiadłem na ławce przed domem vis a vis. Po pewnym czasie Niemcy odeszli w kierunku rynku. Tego dnia chcieli aresztować Kazimierza Pankowskiego, ale im uciekł. Następnie poszli po Wacława Pikulę, który ostrzeżony przez kuzyna Heńka Pikulę (kadeta), też zbiegł. To samo było tego dnia z Klimkiem Głowackim. Zaplanowana akcja nie udała się Niemcom, więc wzięli na zakładników: za Wacława Pikulę – jego ojca Dominika i brata Kazimierza, a za Klemensa Głowackiego też jego ojca Ignacego i brata Longina, których później, za górą „Cegielnią” na polu, rozstrzelali. To były następne ofiary za ruch oporu, które w Modliborzycach widziałem. Później dowiedziałem się, że Głowacki, Pankowski i Pikula należeli do Polskiej Organizacji Zbrojnej.
W osadzie zapanował większy strach przed okupantem. Ulice opustoszały, ludzie rozmawiali półgłosem. Dopiero wieczór, przemykano się opłotkami do znajomych.Okna szczelnie zasłaniano i spuszczano psy z łańcuchów. Ogólne przygnębienie. Do tego, zakradająca się bieda ludności, szczególnie narodowości żydowskiej. Dawne gry harcerskie: zwiad, zasadzki, podchody, były teraz prawdziwe i emocjonalne, ale ja tęskniłem do biwaków, wędrówek leśnych, budowy szałasów itp. Dlatego chętnie korzystałem z każdej okazji wyjazdu do lasu, na które zabierał mnie dziadzio Orłowski.
Z tego okresu zapamiętałem szczególnie jeden z wyjazdów po drewno opałowe. Pojechaliśmy raniutko, dużym parokonnym wozem, daleko, do jakiegoś gajowego. Zabudowania samotne, na niewielkiej polanie. Dziadzio z gajowym pojechali w głąb lasu.; ja pozostałem w gajówce. Tam trafiłem na skromne śniadanie, do którego usiadło pięcioro dzieci i stary dziadek, no i ja. Gospodyni postawiła na środku szerokiej ławy, dużą gliniana, miskę parujących kartofli „ w całości|”, na których leżało siedem skwarków słoniny, oraz przed każdym mała, glinianą miskę z gotowana, serwatka,. W żółtej serwatce, pływały pojedyncze okruchy białego sera. Jedliśmy łyżkami. Nic w tym szczególnego – pierwszy raz w życiu jadłem gotowaną serwatkę z kartoflami, ale czułem, że nędznie żyją, że jest tam bieda, bo jak dziadek chciał łyżka, wziąć skwarek z kartofli, dzieci, widząc to, szybko uderzały swoimi w łyżkę dziadka i skwarek wracał na kartofle. Scenę tę często mam przed oczyma, szczególnie, jak obecnie obserwuję marudzące dzieci przyjedzeniu.
Na początku września 1942r., przyjechał do nas dentysta z Łęcznej, Żyd, dr Zeman z synem Gutkiem. Gutek miał rodzinę w Modliborzycach, do której przed wojna., często przyjeżdżał w wakacje i bawił się z nami na łąkach, kąpał się i pływał po Sannie moim kajakiem, na Zamłyniu grał w piłkę, a na błoniu w palanta i pekę. Smakował mu chleb ze smalcem i ogórki kiszone. Kolegował się z chłopcami z naszej ulicy, szczególnie z Józkiem Estką i Wojtkiem Wojtowiczem. Należał w Lęcznie do harcerstwa żydowskiego; widziałem go w ich mundurku: biała koszula, czarne wąskie do kolan spodenki i białe podkolanówki z pomponami. Dr Zeman przewidując zamknięcie ich w Getcie, prosił o możliwość pozostawienia syna w naszym domu. Może się tu przechowa: gdzie często kwaterują Niemcy, w rodzinie jest ksiądz itd. bo mówi się ..że pod latarnią jest najciemniej”‘ . Gutek nie nosił gwiazdy Dawida i nie był podobny do Żyda. Ojciec jego miał na lewej piersi, przyszyta, sześcioramienną żółta, gwiazdę. Nosił ja, przepisowo od 1 września 1941 r.,Gutek został u nas. Był smutny, tęsknił i na kilka dni przed wypędzeniem Żydów, uciekł do rodziców.
We wrześniu Niemcy zarządzili wysiedlenie z Modliborzyc wszystkich Żydów do getta w Zaklikowie. Mieli zebrać się rano na rynku, z podręcznym bagażem. Przetransportowano ich furmankami [jak mieli pieniądze], część pieszo. Dużo ich zostało, po drodze, „na wieki”.
Z Zaklikowa, grupami, odjeżdżali towarowymi wagonami w nieznane. Jak zwykle ciekawski, biegałem po ulicach, szukając znajomych twarzy. Szczególnie profesora medycyny Gotliba z Wiednia, bywał u nas często. Profesorkę Konserwatorium w Wiedniu, która mieszkała u pp. Kubickich i uczyła mnie gry na fortepianie. Eryki, ślicznej dziewczyny, mieszkała z rodzicami przy ul. Kowalskiej. W Modliborzycach pozostała (nie na długo) tylko piękna wiedenka -„ Mauzi”, o której względy zabiegali nie tylko oficerowie niemieccy, ale i Olek Gerlicz, dziedzic ze Stojeszyna. Miała w naszej miejscowości, przyjaciółkę. Wracając z rynku, zauważyłem na ul. Błotnej grupkę osób przed domem pp. Krasowskich. Frontowy pokój miał pootwierane okna. U nich też mieszkali Żydzi wiedeńscy, starsze małżeństwo. On był jakimś profesorem chemii. Podszedłem i usłyszałem, że nie żyja,. Wszedłem do środka i zobaczyłem leżące na podwójnym łóżku, dwa martwe ciała. Leżeli równo na wznak, obok siebie. Łóżka przykryte czystymi, białymi prześcieradłami, oni oboje ładnie ubrani na czarno. Mężczyzna leżał od okna; ręce mieli złożone na piersiach. Wyglądali bardzo dostojnie. Na szafkach nocnych, stały dwie szklane zlewki laboratoryjne z białym osadem na ściankach. Prawdopodobnie w nocy oboje otruli się, przewidując uciążliwy i tragiczny koniec. To zdarzenie też zaliczam do swoich harcerskich wspomnień.
Rok 1942 szczególnie był tragiczny dla nas harcerzy. W styczniu ginie mój ojciec , w sierpniu nasz zastępowy Stach Pikula traci ojca i brata, a 2 października druh Marian Torla (Nunek) traci ojca. Nasiliły się aresztowania i Niemcy zabrali z domów w dniu 2 października 1942r. członków POZ (Grupa Oddział Wspomagający): p.p. Tomasza Pietrasa, Henryka i Stanisława Saganów (z Dapia), chorążego Stanisława Torlę, Henryka Saję i Brodzisza (z Modliborzyc). Aresztowanych wywożą ciężarówka, i tego samego dnia rozstrzelali ich w lesie za Kraśnikiem. Śmierci uniknął tylko p. Brodzisz, były wojskowy, który wyrwał się Niemcowi i uciekając zygzakiem pomiędzy drzewami, nie dał się zastrzelić. Później wrócił do Modliborzyc i ukrywał się do końca wojny. 26 października nowy cios dla rodziny naszego zastępowego. W jarach, koło wsi Bilsko, zastrzelono kilku ukrywających się partyzantów członków POZ (AK), a wśród nich dowódcę miejscowej placówki, ppor. Wacława Pikulę – brata Stacha.
Po rozpracowaniu tajnej organizacji wojskowej, do której należeli: Głowacki, Pankowski i Pikula, społeczeństwo Modliborzyc, zaczęło ostrożnie rozglądać się za szpiclami, donosicielami, kolaborantami, współpracującymi z „granatowa,” Policja, Polska, i Niemcami. Podejrzewano o to wiele osób z Modliborzyc i okolicy, ale pewności nie było. Będąc wtajemniczony w wiele spraw, dostałem polecenie od wujka Olesia, aby dowiedzieć się, ile mogę. o Grempczyku już wtedy „szarej eminencji”. Był wysiedlonym z poznańskiego, mieszkał na Kol. Zamek u pp. Drzymałów, razem ze stara, matka, i młoda, kobietą. W okupację pracował w Gminie Modliborzyce i bywał często w dworku na Kol. Zamek, gdzie mieściło się wtedy Leśnictwo. Do Zamku, chodziłem w ramach tajnego nauczania, na lekcje do p. Wandy Kowalińskiej, też wysiedlonej z poznańskiego, z która, to rodziną Grempczyk utrzymywał bliższy kontakt. Grempczyk miał bryczkę i zatrudniał jako woźnicę okresowo Stanisława Pasztaleńca (był kulawy). P. Pasztaleniec woził często, po okolicy, kobietę mieszkająca z Grempczykiem. Jeździła w podejrzanych sprawach. Po pewnym czasie, Grempczyk wydał Niemcom p. Pasztaleńca za kontakty z podziemiem. Aresztowany, przebywał w obozie w Puławach, później na Zamku Lubelskim i tam zamordowany. Po wypędzeniu Żydów w 1942r., i przez następny rok, Grempczyk często chodził nocami po Modliborzycach, węszył za ukrywającymi się Żydami i ich kontaktami z Polakami. Widywałem go w czasie pełnienia nocnych wart. Nawet raz w nocy przepędził, mnie jak go spotkałem koło domu p. Tomiły, przy ul. Piłsudskiego. Nie wiem co się z nim stało, ale chyba uciekł razem z Niemcami.
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski

601-418-860,
048-667-2281
zamów kajaki na wakacje już dziś

