35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. III
Od początku założenia w Warce Klubu Oficerów Rezerwy – Ligi Obrony Kraju, Zarząd „Sztab Klubu” postanowił systematycznie organizować Zebrania Zarządu i Narady Aktywu, w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Z braku własnego lokalu początkowo spotykaliśmy się w Domu Rzemiosła przy ul. Franciszkańskiej, w sali OSP przy ul. Farnej i najczęściej w lokalu ZBOWiD-u przy ul. Warszawskiej. Ustalono plany szkoleń wojskowych i dodatkowe rodzaje zajęć dla rezerwistów i ich rodzin, ponieważ nasza organizacja wzbudzała zainteresowanie i zaczęła dominować w mieście. Atrakcyjne imprezy z okazji różnych świąt i rocznic, organizowane w sali OSP, cieszyły się coraz to większą frekwencją. Bale wiosenne i karnawałowe organizowaliśmy w salach stołówki FUM-u. Wszystko robiliśmy wzorowo, elegancko i miło, zyskując sobie sympatię i życzliwość lokalnego społeczeństwa, które widziało w tym nie tylko kulturalną rozrywkę, ale i działalność charytatywną, bo myślą przewodnią i celem tych imprez było zdobywanie pieniędzy – gromadzenie funduszu na cele organizacyjne. Celem nadrzędnym jednak, było posiadanie własnego lokum, a dokładnie- pawilonu przy strzelnicy sportowej nad Pilicą; pawilon z halą strzelecką, węzłem sanitarnym, kuchennym, dydaktycznym i niewielkim magazynkiem. Zabawy taneczne i bale przynosiły spory zysk, ale solidne ich przygotowanie wymagało czasu i wysiłku. W FUM-ie sale z pełnym wyposażeniem – nieodpłatnie, kuchnia i obsługa kelnerska – żony rezerwistów; one też wiele smakołyków przywoziły ze swoich domów. Orkiestra pana Alberta Zaparta- za półdarmo. Pieniądze wpływały do kasy: z wstępu, szatni, kotylionów, bufetu, loterii fantowej, „poczty francuskiej” i bonów na wybór „Królowej Balu”. A wszystkim kierował niestrudzony, pełen pomysłów Jerzy Domański, któremu pomagał Aktyw Klubu-pracownicy FUM-u (kol. Stefan Ambroż wykonywał ozdobne metalowe korony dla „Królowej Balu”).
W miesiącach letnich organizowaliśmy nad Pilicą zabawy ludowe- taneczne, wykorzystując okazje, jak: 1-maja, „Noc Świętojańską” i Odpust lipcowy. Imprezy odbywały się na Stanicy PTTK lub „na deskach”- przy targowicy. Wojskowe zespoły muzyczne przyjeżdżały nieodpłatnie z Góry Kalwarii. Z wojska wypożyczaliśmy też namioty na bufety. Piwo „w komis” całymi „Jelczami” z Browaru -Warka, wino z MZPOW. Atrakcje sztucznych ogni imitowali rakietnicami oficerowie z Ogrodzieniec, a porządku pilnowali milicjanci z psami, przyjeżdżając „na poczęstunek” z Sułkowic. Wszyscy nam pomagali. To były czasy prawdziwej pracy społecznej. Każdą złotówkę liczyliśmy po trzy razy. Bufety, które dawały największy zysk, prowadzili przeważnie koledzy : W. Pączek, A. Buczek, A. Grzelewski, Z. Tulo, J. i R. Domańscy, W. Węgrzyn, T. Krzyżanowski, Z. Nowicki, L. Seremak.
Początkowo „parkiet taneczny” – blaty z grubych desek wypożyczaliśmy z Z.G.K, później zrobiliśmy swoje. Pamiętam jakie to były ciężary, dźwigane ręcznie. Rozkładanie, składanie, przywożenie, odwożenie itd., itp. To była praca społeczna, a nie jak dzisiejsze organizacje społeczne, które czekają tylko na dotacje. U nas w LOK nikt nie otrzymywał żadnych gratyfikacji z racji pełnienia funkcji w klubie! A wszyscy garnęli się, jak kto i czym mógł, aby pomóc w osiągnięciu celu – posiadaniu własnego „gniazda”. Zbieraliśmy złom w życzliwych warsztatach rzemieślniczych, jak u pana Franciszka Majewskiego, p. Stefana Sobieraja, p. Tadeusza Wojtali, p. Edwarda Grzelewskiego, p. Ryszarda Gablera i wielu innych. Razem z nieodżałowanym kompanem Stefanem Siekierskim, brudni od różnych smarów, zwoziliśmy ten złom do sklepu na stacji PKP. I tak zebrany „grosz do grosza” przeznaczaliśmy na zakup cegły do budowy budynku, który miał stanąć na początku stu-metrowej strzelnicy. Ponieważ materiały budowlane kupowaliśmy przez dwa lata, dla bezpieczeństwa przed złodziejami składowaliśmy na terenie stadionu sportowego, którego gospodarzem był kpt. rez. Tadeusz Sikorowski i miał „oko na wszystko”. Działalność nasza cieszyła władze miasta, a szczególnie wielce zasłużonego Naczelnika p. Tadeusza Kulawika, który widząc nasze dotychczasowe osiągnięcia, zgodził się objąć patronatem budowę pawilonu KOR-LOK-WARKA. Dla formalności, na wiosnę 1978r. kol. Andrzej Sobolewski rozpoczął budowę fundamentów i podjął się kierowaniem budową. Sprowadził betoniarkę 150-kę i z pomocą kolegów: Stanisława Kowalskiego, Jana Skowrońskiego, Antoniego Cieślaka, Janusza i Władysława Gajewskich, Jerzego Domańskiego, Tadeusza Krzyżanowskiego i wielu innych, pracowali całymi popołudniami. Zalewane betonem kamienie pochodziły z przebudowy ulicy „górka Kuprasa”, chodników w mieście, a nawet zbierane z remontu cmentarza. Zbrojenia-z różnych odpadów, z życzliwych nam warsztatów ślusarskich. Projekt pawilonu pod nadzorem kol. A. Węgielka wykonał nieodpłatnie inż. bud. Henryk Sobolewski z ul. Farnej. Swoim entuzjazmem i pracowitością A. Sobolewski skupił wokół siebie duży aktyw Klubu. Zakochanemu w Warce Andrzejowi zawdzięczamy wiele trwałych pamiątek w mieście!
St. sierż. sztab. rez. Andrzej Sobolewski, syn Jana i Jadwigi z domu Grzelewskiej, ur. 16-08-1946r. w Warce. Tu ukończył szkołę podstawową, a następnie w latach 1960-65 Technikum Mechaniczne w Ursusie. Przez rok pracował w FUM-Warka.
W latach 1966-68 odbył służbę wojskową w 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno Desantowej (Niepołomice, Kraków).
W stopniu kaprala wrócił do FUM-u. Od 1973r. -Kierownik Zakładu Gospodarki Komunalnej. W 1989r Społeczny Komitet Budowy Domu Kultury powierzył mu kierownictwo budowy. Od 1994r. do chwili obecnej pracuje w firmie ,,Ru-rex” w Piastowie. Przez wiele kadencji-radny miasta. Posiada wiele odznaczeń państwowych, wojskowych, LOK i regionalnych. Jest moim wiernym kolegą klubowym i wypróbowanym przyjacielem, czego dowody odczuwam stale.
Prezes Honorowy KŻR dr ppłk Dariusz Kossakowski Tel. 607-164-851.
Z cyklu: Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”
Z cyklu: Zachować od zapomnienia „Białe Niedziele”
Wykorzystując przegląd – badanie fachowo jako pediatra; ale żeby byt efekt tej pracy, wzywałem na rozmowy osobiście rodziców, bo wiele dzieci wymagało jakiejś korekty czy nawet leczenia, jak: wady postawy, krzywica klatki piersiowej (tzw. kurza- kogucia), wydęty brzuch, skrzywienia kręgosłupa, krzywica podudzi, płaskostopie, różne wady wzroku i nagminna próchnica zębów; niedobory wagi ciała. Trafiała się też wszawica. Pamiętam, jak te rozebrane dzieci wyglądały: blade, mizerne, wystraszone, jak jakie sieroty. Podobno dostawały w szkole mleko, ale jabłka czy tranu nie widziały. A wtedy były jeszcze zapasy po UNRRA. Obowiązkowe szczepienia ochronne wg kalendarza też zajmowały dużo czasu w godzinach porannych, a wtedy byłem sam! Trochę papierkowej roboty, w międzyczasie pogadanka w szkole, a to na polowanie zapraszają., a to jacyś znajomi- „Jak się urządziłeś” ? Zacząłem być zmęczony. Największa przyjemność przychodziła wieczór, jak siedząc z matką, opowiadałem o pracowitym dniu; jak patrzyła na mnie z zadowoleniem. Opatrzność Boża i pewnie doktór Zieliński z „góry” czuwały nade mną, abym nie popełnił jakiegoś błędu , bo zacząłem leczyć wszystko, z czym się do mnie zwrócono. W czasie studiów medycznych w Warszawie miałem bardzo dobrych profesorów i ich asystentów, którzy mnie przygotowali wszechstronnie do samodzielnej pracy, przez przypadek w Modliborzycach. W tym miejscu powinienem podziękować też śp.dr Zielińskiemu za udzielanie mi praktycznych rad i wiadomości terapeutycznych na wakacyjnych dobrowolnych praktykach studenckich w Ośrodku Zdrowia. Lubił mnie, bo umiałem go słuchać, a wiedzę i praktykę miał ogromna.. Cieszył się, że chcę zostać lekarzem, bo z moich rówieśników nikt specjalnie nie rwał się do tego zawodu. Uczył mnie wielu praktycznych czynności, prostych, a jakże pomocnych w stawianiu diagnozy; sposobów leczenia, o których nie pisano nawet w podręcznikach. Każdego roku studiów byłem na takim miesięcznym szkoleniu. Nawet w sierpniu 1952r. oficjalnie zastępowałem dr. Zielińskiego w Ośrodku, jak miał urlop. Przyjeżdżając w 1955r. do Modliborzyc, nie żałowałem pozostawienia na „Czystem” – dr. Polaka, dr. Hankego lub prof. Groera, w powstającym Instytucie Matki i Dziecka. W każdym razie powiększająca się liczba pacjentów, nawet w dalszej okolicy, uspokajała mnie, że jestem przygotowany do pełnienia tej funkcji w społeczeństwie, szczególnie, że to środowisko było mi bardzo bliskie, znajome, przyjazne, ale przez to i wymagające. Prawie ze wszystkimi w Modliborzycach byłem na „PER TY” . Żeby nie osiąść na laurach, zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego w Lublinie, a następnie zostałem przyjęty w Klinice Dziecięcej prof. Klepackiego na dalszą specjalizację pediatryczna.. Jeździłem na posiedzenia, wykłady itp. Pracowałem też w komisjach Wojskowych przy RKU w Kraśniku. W Szpitalu Janowskim Ordynatorem Chirurgii był mój kolega gimnazjalny Anasiewicz. przez co nie czułem się osamotniony.
Służba Zdrowia zaczęła rozszerzać zakres działań na rzecz profilaktyki robieniem „bilansów” w określonych wiekowo grupach dzieci. Wymagań i obowiązków przybywało, więc jako Kierownik chętnie powiększyłem personel Ośrodka o druga, pielęgniarkę, p. Jadwigę Orłowska.z ul. Janowskiej i o dentystkę . Skromny gabinet stomatologiczny obsługiwała p. dr Danusia ( nazwiska już nie pamiętam). Przyjeżdżała do pracy z Janowa. Wtedy kursowały te słynne „stonki”. Pracy mieliśmy wszyscy dużo w gabinetach, jak i terenie, na wizytach domowych. Szczególnie dużo zabiegów wykonywały pielęgniarki p. Anna Dziadosz i p. Jadwiga Orłowska, bo miały różne zlecenia, nie tylko ode mnie . ale i od lekarzy z Janowa, Kraśnika, Lublina itd. Będąc pediatrą, lekarzem, szczególnie uczulonym na różne niedobory wagi i wzrostu, na alergię krzywicę, anemię itp. zacząłem stosować vit A+D3, Vit D3 forte. Był już też Vigantol i Calcium-Sandoz. Stosowałem witaminy z grupy B i preparaty żelaza. Sprowadzałem ze Szwajcarii zastrzyki „Arovit” – pobudzające wzrost, tak jak to robiłem w Warszawie. Matki woziły do Janowa kał dzieci do badania na obecność pasożytów jelitowych, bo było duże „zarobaczenie”.
Wprowadzono wtedy okresowe obowiązkowe szczepienia ochronne dla dzieci i młodzieży wg „kalendarza szczepień”. Trzeba było wzywać matki z dziećmi, nie przyzwyczajone do tej profilaktyki, namawiać i tłumaczyć zalety tych szczepień. Spotykałem się też z niezrozumieniem i zacofaniem. Ale „nic na siłę”, czekałem na wyrażenie zgody. Na początku niewiele matek zgłaszało się z dziećmi. Trzeba było ponownie wypisywać wezwania z nowym terminem stawienia się w Ośrodku. To bardzo komplikowało pracę, bo w Ośrodku zawsze byli jacyś chorzy, a tu na szczepienia przychodziły matki ze zdrowymi dziećmi, a poczekalnia jedna. Trzeba „obejrzeć” dziecko przed szczepieniem, matki niecierpliwe, dzieci na wszelki wypadek – już płaczą. Staramy się nie zniechęcać matek, bo więcej nie przyjdą. Uwijamy się jak w ukropie. To były pionierskie lata „służby zdrowia” na prowincji! To nie przedwojenne czasy i zasady praktyki lekarskiej. To było służba z nakazem jak do wojska i przydziałem pracy jak do jednostki. Była pensja i trzeba było cały rejon obsłużyć bezpłatnie, wszystkie leki ze zniżka., wszyscy ubezpieczeni, wszyscy mają być zdrowi i zadowoleni. A do tego „oko” wszech mądrej i nieomylnej – PZPR, byle się wtrącać i pouczać. Dobrze, że do żadnej partii i organizacji karierowiczów nie należałem (ojciec w grobie by się wywrócił).
Starsze dzieci szkolne przychodziły na przeglądy i szczepienia całymi klasami z wychowawcami. Instruktor sanitarny p.Koszałka, był w tamtych czasach powojennych bardzo pomocny w prowadzeniu różnych akcji profilaktycznych, oświatowych i przestrzeganiu higieny osobistej. Przeprowadzał wywiady epidemiologiczne u zakaźnie chorych. Badał wodę pitną, pobierając próbki i odwoził je do powiatowej stacji Sanepid w Kraśniku. Chodził do szkół z pogadankami na temat chorób zakaźnych, rozdawał skromne ulotki. Sprawdzał ważność książeczek zdrowia, ogłaszał o bezpłatnych szczepieniach ochronnych. Zawsze grzeczny, schludnie ubrany, służył dużą pomocą w Ośrodku Zdrowia. Wzbudzał zaufanie . I może dlatego zaczęto wykorzystywać go do przeprowadzania prelekcji na temat „Dobrodziejstwa Gospodarki Socjalistycznej”, do scalania niedawno rozdanej dworskiej ziemi w ramach reformy rolnej, z której chłop czy fornal nie mógł utrzymać rodziny, a nawet nie miał czym jej uprawiać. Powstawały różne spółdzielnie i kołka rolnicze. Dobrodziejstwo socjalizmu zaczęto też pokazywać przez Służbę Zdrowia, organizując tzw. „Białe Niedziele”. Badania, leczenie, profilaktyka dla ludności na prowincji- za darmo. Jak to w bogatym kraju jest dobrze, jak rząd dba o swoich obywateli. PZPR poprzez wójta załatwiała podwody (dwie lub trzy furmanki), wybrała miejscowość podworska., z lokalem w szkole. Kierownik szkoły, zawiadomiony wcześniej o tym dobrodziejstwie, o przyjeździe ekipy w ..białych fartuchach”, ogłaszał przez dzieci szkolne na całą okolicę . że można . a nawet trzeba przyjść i przebadać się u lekarza za darmo i na miejscu we wsi. Nie trzeba mitrężyć czasu w dzień powszedni. Czekać tam w kolejce, a tu po kościele, będą na Was czekali lekarze. Zabieramy na wóz rożne pomoce lekarskie, m.in.: fotel dentystyczny, wagi. wiaderka, materiały opatrunkowe, prześcieradła, jedyny parawan, leżankę, fartuchy, miednice, ręczniki, szpatułki, spluwaczkę itp. Rano wyjazd, urządzanie prowizorycznych polowych gabinetów w szkole i do pracy ! Jak się więcej ludzi zebrało, przerwa w pracy; bo głos zabierze prelegent z „rejkomu” na temat dobrodziejstwa gospodarki kolektywnej-socjalistycznej. Początkowo był to ktoś z powiatu, ale ludzie zniechęceni tym gadaniem, rozchodzili się , zabierając nawet ze sobą dzieci. Praktycznie na tym kończyła się cała akcja. Czasem ktoś wrócił się jeszcze po jakąś receptę. Do momentu rozpoczęcia agitacji pracowaliśmy sprawnie. Ja badałem pacjentów, przeważnie młodych, położna ważyła dzieci i chętnych dorosłych, pielęgniarki mierzyły ciśnienie, zmieniały opatrunki, dentystka rwała zęby. Higienista rozdawał ulotki o zapobieganiu chorobom zakaźnym, i widać było nasza, pomoc. Organizatorzy doszli do wniosku, że lepiej będzie jak ktoś z nas -„ z białego personelu” w międzyczasie będzie prowadził .. dyskusję, przekonywał wieśniaków, ile tracą, gospodarując indywidualnie na swoim. Naturalnie wybór padł na naszego instruktora sanitarnego p. Koszałkę. Prezencję i wymowę miał, a specjalnie ważnej funkcji w niedzielnej ekipie nie pełnił, więc dostarczyłem mu regulamin takiej spółdzielni, napisałem referat, który 30.05.55r. przepisał i czytał go po kilka razy, w odstępach czasu, do nowo zebranych ludzi. Jaki efekt jego wystąpień był, nie wiem? Ale my z tej społecznej pracy byliśmy zadowoleni. Zawsze jakiegoś chorego „wyłowiło się”. A najbardziej napracowała się nasza dentystka dr Danusia i na koniec mówiła : „Pół wiadra zębów wyrwałam, na żywca. A kto by się bawił w znieczulanie, jak kolejka nie malała? Po drugie – będą mnie długo pamiętać i te „ Białe niedziele”- Zamiast na sumę, to do dentystki”. Jeździliśmy tak w maju iw czerwcu przed wakacjami i robotami polowymi; po szkołach w Stojeszynie, Wolicy i Wierzchowiskach. Mnie najbardziej utkwił w pamięci jeden wyjazd do Wierzchowisk. Było to przy końcu czerwca 1955r. frekwencja, ludności chętnej na badania, mała. Przyszło trochę dzieci i kilka starszych kobiet. Wreszcie pytam jedna.starszą panią: „Co u Was, tak wszyscy zdrowi?” -., Ano zdrowi, tylko wnuczka jest jakaś dziwna”. Pytam dalej:”Ale ży czy chodzi?” – „Chodzi, jeno jakoś tak” -.. To proszę ja. przyprowadzić” .Nie upłynęło pół godziny, wchodzi do izby szkolnej gabinetu – młoda panienka, a za nią babcia. Dziewczyna zgrabna, wyprostowana, ładna 18-latka, z uśmiechem na ustach. Coś do niej mówię, a ona nic, tylko się śmieje z dziwnym grymasem na twarzy. Jak błyskawica przeleciał mi przez głowę wykład prof. Bogdanowicza o tężcu ! Zerwałem się z krzesła, podchodzę do niej, palcem uderzam w brzuch, jest twardy jak deska. Macam łydki- twarde, napięte. Pytam pospiesznie babcię, czy nie skaleczyła się . może jakaś rana ostatnio? „ Nic takiego”. Ale w końcu babcia przypomina sobie , że przed tygodniem paliło się w nocy na wsi i wszyscy lecieli do ognia, a ta dziewczyna nawet boso. Weszła jej w nogę drzazga ze starego płotu ., ale usunęli”. Wszystko jasne – galopujący tężec ..czerwiec – upały”. Coś jej tam z domu przyniesiono, dałem podwodę z najlepszymi końmi, z dziewczyną wsiadła położna Pani Danuta Masłach – bardziej doświadczona i na skróty, przez lasy , z Wierzchowisk do szpitala w Janowie. Tam sensacja, bo dawno nie mieli takiego przypadku. Przeżyła; leczona bardzo długo. Podobno „kukurużnik” co dwa – trzy dni zrzucał dla niej surowicę, zbierana, po Polsce.
Do ciekawszych wspomnień, zaliczam małego pacjenta, a było to na początku mojej pracy w Modliborzycach. Chyba przy końcu lutego 1955roku. Późnym wieczorem , już prawie w nocy. zapukał ktoś do domu dziadków Orłowskich, a właściwie to do mnie. z prośba, o zbadanie dziecka. Wiozą, ze szpitala w Krakowie chłopczyka 6-letniego, do domu. Mieszkająw Wolicy Drugiej. Jest beznadziejnie chory na gruźlicę opon mózgowo-rdzeniowych. Wypisali chłopca do domu, nadziei nie dali, leków nie przepisali. Jadąc ze stacji PKP, wstąpili po drodze do mnie, że może coś „podpowiem”. Dziecko było już wcześniej leczone w Janowie i Lublinie. U Dziadków Orłowskich- kuchnia duża, dziecko położyli na stole, w pierzynach, przepocone; najpierw niech się ogrzeją. Widzę zaczynające się wodogłowie, włosy skręcone na baranek, blady, słabo reaguje na otoczenie, mimo obcego domu, otępiały, obojętny, apatyczny z otwartymi ustami. Zbadałem go ogólnie, żeby nie zniechęcać rodziców i kazałem za dwa dni przyjechać po mnie wieczorem- po pracy. Z karty informacyjnej dowiedziałem się o wynikach licznych badań leczeniu. Otrzymywał m/in : Streptomycynę, rimifon, witaminy, wapń itd. Na drugi dzień zabrałem ze sobą streptomycynę i pojechałem saniami, drogą zimową, pod wieczór do pacjenta. Okazało się, że nie mają elektryczności. Jedyna w domu lampa naftowa, niby z lusterkiem, ale ciemnica. Miałem szczere chęci, jak mi Bóg miły, pomóc temu chłopcu. Przede wszystkim zrobić nakłucie lędźwiowe i upuścić płyn- zmniejszyć jego ciśnienie, żeby dziecko nie cierpiało na ból głowy. W kuchni był niewielki stół, ale chłopiec się zmieścił. Musiałem wytłumaczyć- nauczyć ojca, jak ma trzymać, leżącego na boku syna. Matka przyświecała lampą, ale ciekawska, więcej dla siebie, niż dla mnie. Bez przerwy, musiałem rodzicom zwracać uwagę- więcej ,,widziałem” macając palcami, niż, jak powinienem-oczami. Wyczuwałem strupki po poprzednich punkcjach, ale igłą kierowała chyba „ręka Pańska”. W tych warunkach najtrudniejszy był-pierwszy raz. Strumień płynu. Początkowo wyraźny, później krople. Wszystko to wydawało mi się za mało. Musiała być jakaś przeszkoda w odbarczaniu tego płynu z mózgu. Jest tam anatomiczne zwężenie, może w nim tkwi przeszkoda? Może coś gęstnieje, tworzy się „galareta” i utrudnia przepływ. Przypomniałem sobie Targi Poznańskie w 1953r„ stoisko farmaceutyczne Firmy „Raschel”, gdzie otrzymałem broszurkę reklamującą Hydrokortizon wraz z próbką. Szerokie możliwości tego leku zainteresowały mnie, nawet zatrzymałem się dłużej tam i przy szklance soku pomarańczowego z lodem wysłuchałem krótkiego wykładu na temat możliwości, skuteczności i sposobów stosowania tego preparatu. Wtedy w Wolicy pomyślałem, że spróbuję wykorzystać Hydrokortizon do rozpuszczania lub rozcieńczania ewentualnej przeszkody w kanale mózgowo-rdzeniowym. Powinien być widoczny efekt w postaci większego ubytku płynu, a tym samym zmniejszenie bólów głowy. No i streptomycyna będzie mogła w większym stężeniu- ilości dopłynąć do mózgu. Nie miałem się kogo poradzić, ale było to dla mnie logiczne. Może się uda?!. Hydrokortizon zdobyłem przez wujka Olesia, pracował w wojskowej aptece w Warszawie. Robiłem tak: najpierw odbarczałem ciśnienie, przez możliwie jak największy upust płynu, potem wstrzykiwałem Hydrokortizon i po chwili dawkę Streptomycyny. Te czynności wykonywałem co drugi wieczór, aż do wiosny! I udało się. Przy końcu kuracji, byłem tak wprawiony do nakłuć, że mogłem je robić nawet z zamkniętymi oczami. Chłopiec stopniowo nabierał zdrowia, apetytu, rumieńców, chodził swobodnie, nawet biegał i bawił się z rówieśnikami. Stan jego zdrowia poprawił się na tyle, że rozpoczoł od września naukę w szkole. Na drugi rok, całkiem już zdrowego chłopca, w wakacje w czasie zabawy w jakimś wyrobisku, przysypała ziemia. Nie zdążyli go uratować. Nie znane są wyroki Boskie. (Czytając ten fragment moich wspomnień, będą Państwo wiedzieli o kogo chodzi.)
W czasie tej ciężkiej zimy, dużo starszych osób leżało po domach z powodu różnych zapaleń, jak i nasilenia się dolegliwości przewlekłych. Choroby nie omijały, jak wspominałem-dzieci. Jeździłem więc po wsiach, gdzie w domach zbierało się kilkoro chorych osób, czekając na umówionego lekarza. Prawie za każdym razem, nie proszony, wstępowałem do chorych, którzy krępując się swojej biedy, nie wzywali lekarza. Dowiadywałem się o nich od woźniców, jak np. mijaliśmy ich domy. I tak było; od jednych dostawałem pieniądze, a drugim zostawiałem na leki. Wszędzie proponowano gorącą herbatę i jakiś poczęstunek, ale dzień krótki, a potem noc i śniegi. Ludzie nawet porobili sobie,, zimowe drogi”- na skróty, wszystko pozamarzane, zawiane. Wiele takich wyjazdów do chorych pamiętam, ale jeden szczególnie wspominam. Była to niedziela. Przyjechał do nas z Lublina dobry znajomy (już w grobie, mogę pisać), Inspektor Lasów Państwowych- inż.. Zagórski (faktycznie był Inspektorem, ale przed wojną i Policji Państwowej w Tarnopolu. W Lublinie „ryzuny”, nie namierzyli go). Po obiedzie, przed dom gdzie mieszkałem i w wolnych godzinach przyjmowałem pacjentów, podjechały parokonne sanie. Woźnica prosił, abym mimo świątecznego dnia pojechał do ciężko chorego dziecka w Wierzchowiskach. Usłyszawszy to pan Zagórski, wprosił się na tę przejażdżkę, a ja też byłem zadowolony, bo przy okazji gość będzie miał kulig. W saniach było dużo siana, wygodne siedzenia, zamiast baranicy-grube koce i jakaś burka. Opatuleni, ruszyliśmy z kopyta. Pogoda piękna, wokół wszystko się iskrzyło, konie wypoczęte zimą, rwały w kierunku stajni, nie czując w nogach przejechanych kilkunastu kilometrów. Bat był tylko od parady. Droga zimowa przetarta, widoki piękne, lekki wiaterek smagał policzki, tylko zachwycać się krajobrazem, bo rozmowa byłaby nie na miejscu. Sanie mknęły coraz wyżej, na wzniesienia Roztocza, potem na końcu niewielkiego wąwozu, skręciły w prawo, na podwórko pp. Janików w Wierzchowiskach Pierwszych. Zachorował mały synek pp. Janików. Nie pamiętam co mu było, ale chyba nic groźnego, bo pozostał w domu. Po zbadaniu dziecka, p. Michalina Janikowa w imieniu chorego- znajomego z Kamiennej Góry, prosiła, żebym przy okazji i jego zbadał; leży od dawna w łóżku. Była jeszcze wczesna pora. Inspektor został z p. Czesławem Janikiem, a ja pojechałem, już innymi saniami, do następnego pacjenta. Droga pod wyższą górkę, nawet woźnica zeskoczył z sani i biegł obok. Dom stary, słabo ogrzewany, czuć wilgoć, pod grubą pierzyna leży starszy mężczyzna. Leczył się od dawna w wielu miejscowościach(ale po kilku moich wizytach- ozdrawiał i mnie„wychwalał”). Wychodząc wtedy z pokoju chorego zobaczyłem w kuchni na stole, leżące w beciku głośno płaczące niemowlę sąsiadki; też chore. Na lepce, siedzi kilka kobiet w czarnych chustach (niedziela), głowy opuszczone. To ciekawskie sąsiadki zleciały się, bo doktór przyjechał, zerkają dyskretnie i nadsłuchują. Przy badaniu prawie żongluję tym dzieckiem. Matka patrzy z niepokojem na mnie, dziecko nadal płacze i w tym momencie, jedna z kobiet siedząca na lepce rozładowuje sytuację; podnosi głowę i mówi głośno:,, Kumo, mo taki głos, chyba organistom będzie”. Matka zachwycona życzeniami, odpowiada z zadowoleniem, kiwając głową: „Bóg zapłać!, Bóg zapłać!”. Wracając z Kamiennej Góry, podziwiam piękne widoki ośnieżonych wzgórz Roztocza, oświetlone na różowo promieniami zachodzącego słońca. Do tego para, buchająca z nozdrzy końskich, zapowiadała mroźna, noc. Wróciłem do pp. Janików po Inspektora, a tu „stop”. Długi stół nakryty śnieżnobiałym obrusem, gładkim jak opłatek, różne talerze, a na wierzchu „głębokie”, z żółtym, domowym makaronem; obok wiele platerów, zapowiadających ucztę. Było już kilku sąsiadów p. Czesława, którym Inspektor coś ciekawego opowiadał; a gawędziarz z niego wspaniały. Słuchali światowego człowieka z wielką ciekawością, bo tak wszystko obrazowo przekazywał. Chwilę po mnie weszli następni goście- same chłopy i każdy, zza pazuchy, wyjmował dyskretnie flaszkę. Obserwowałem Inspektora, śmiały mu się oczy na ten widok coraz bardziej. Pani Michalina zaprasza do stołu i stawia wazę z gorącym rosołem, chyba najlepszy, jaki jadłem w życiu. Potem było jakieś smaczne pieczyste, sałatki, bigos, wędliny, desery i herbata, parzona wodą z głębokiej studni i pokładów wapiennych. Przez przypadek był też program rozrywkowy, wprawdzie przez radio, ale na poziomie światowym. Transmitowano wtedy mecz hokeja na lodzie, między drużynami Kanady i ZSSR. Co gol-to toast i brawa za zdobycie kolejnej bramki przez Kanadyjczyków. Dobrze, że trunków wystarczyło- na 5:0 dla Kanady. Proszę sobie wyobrazić- nocna głusza na dalekiej Lubelszczyźnie, a tu kibice z Polski, przy małym bakelitowym „Pionierku” na półce przy ścianie, wiwatują w 1955r. „Dołożyć kacapom”, ,,Bić ruska”, „Jeszcze jeden gol!” i następny toast. Mecz skończył się grubo po północy i o drugiej siedzieliśmy już w saniach. Gościnna p. Michalina Janikowa wcisnęła nam na pożegnanie, pokaźny kołacz. Woźnica zaciął konie, na krótkich postronkach, żeby nie wpadać w zatoki. Księżyc ogromny leniwie przyświecał drogę. Inspektor Zagórski zadowolony, bo nie musiał w poniedziałek rano wstawać do pracy. Nawet jakąś melodię nucił. Konie parskały zdrowo, sanie płynęły, a ja chyba drzemałem. Ale teraz, co dla mnie najważniejsze- od zimy 1955r. jestem związany szczerą przyjaźnią z Rodziną Państwa Janików.
Przyszło lato, wakacje, żniwa, pacjentów w Ośrodku mniej. Któregoś dnia przyjeżdża do mnie furmanką gospodarz z prośbą na wizytę do jego przewlekle chorej żony. Choruje od kilku lat i choroba nasila się szczególnie w tym letnim okresie. Mieszka w Felinowie, nie tak daleko. Umówiłem się z nim na jutro, zaraz po obiedzie. Przyjechał. Wziąłem ze sobą lornetkę, flower; będę miał przy okazji wycieczkę, bo okolica piękna, tym bardziej, że mieliśmy jechać przez jakieś „Doły”. Wlekliśmy się stępa, ciągnieni przez niewielkiego gniadosza. Gospodarz podczas drogi opowiadał o chorobie żony, że jeździł z nią po różnych doktorach, znachorach, w zeszłym roku nawet sprzedał krowę na leczenie i nie ma żadnej poprawy. A słyszał o mnie, że jestem pomocny”, więc może ja, postawię ją na nogi, bo nie może chodzić, ani stać długo, tylko by leżała i leży w łóżku, a tu żniwa itd. Jesteśmy na kolejnej górce, pokazał nawet ręką w dali swoje zabudowania. Przejeżdżając obok wysokiego dębu, zobaczyłem na wierzchołku, siedzącego na suchej gałęzi grzywacza. Pewnie obserwował teren, pilnując żerującego stadka. Bez większego namysłu zdjąłem go z floweru; gotował się ze trzy dni. To musiał być przewodnik, źle zrobiłem, zabijając go. Miałem długo „kaca moralnego”. Wjeżdżamy na rozległe podwórko, pies ujada, tańcząc na łańcuchu. Z domu nikt nie wygląda. Gospodarz odpiął postronki i prosi do mieszkania. Przechodzę przez kuchnię, w której widać brak ręki kobiecej. W pokoju leży na łóżku, trochę blada na twarzy, młoda kobieta i w oczach jej widzę już ironiczne spojrzenie. Witam ją, przeprowadzam wywiad, badam. Wszystko w normie. Chłopina posępny – oparty o ścianę, czeka, co powiem?. A pacjentka bez przerwy narzeka na bóle, co ją dotknę, że nie ma władzy w nogach ani w rękach. Ale czuję, że mnie oszukuje. Spoglądam na zmartwionego męża, a on na mnie- pytają co: jaka diagnoza, czy mi się uda ją wyleczyć?. Zrobiło mi się go żal. Baba do rzeczy, tylko leń na żniwa, symulantka. Z bardzo poważną miną, niby pisząc recepty, przerywam, oboje patrzą na mnie pytająco, a ja do męża: Proszę Pana! Trzeba koniecznie wynieść z łóżkiem żonę na świeże powietrze, na słońce, taka blada, trzeba jej tlenu. Zrobimy zaraz próbę, pomogę Panu wynieść żonę. Kobieta zadowolona, czeka co będzie dalej. Gospodarz otworzył szerzej drzwi i obaj wynieśliśmy, dość lekkie metalowe łóżko razem z pacjentką, na podwórko, nieopodal studni.
Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossakowski
Zajazd na Winiarach w Warce
Zajazd na Winiarach w Warce
WITAMY I ZAPRASZAMY DO NASZEGO KRÓLESTWA DOBREJ KUCHNI. ZARÓWNO KULINARNI TRADYCJONALIŚCI, JAK I POSZUKIWACZE NASZYCH SMAKÓW ZNAJDĄ TU COŚ DLA SIEBIE, ISTNIEJEMY OD 1999 ROKU I MAMY CORAZ WIĘKSZE GRONO STAŁYCH KLIENTÓW, CO JEST DLA NAS DUŻYM POWODEM DO DUMY.
PODAJEMY DANIA PROSTE, LECZ GODNE POEMATU, PRZYRZĄDZANE Z NAJWYŻSZA WIRTUOZERIĄ I CO NAJWAŻNIEJSZE – Z SERCEM. W NASZEJ KARCIE PRZEWAŻAJĄ DANIA KUCHNI POLSKIEJ, ALE ZNAJDĄ TUTAJ PAŃSTWO TAKŻE POTRAWY BĘDĄCE FANTAZJAMI SZEFA KUCHNI. WARTO SPRÓBOWAĆ WYŚMIENITEJ SPECJALNOŚCI ZAKŁADU KTÓRA JEST: WARKOCZ WIEPRZOWO – DROBIOWO – WOŁOWY W SOSIE Z ZIELONEGO PIEPRZU Z PUSZYSTYMI KLUSKAMI KŁADZIONYMI I BULIETEM ŚWIEŻYCH JARZYN. DELIKATNEJ POLĘDWICY WOŁOWEJ ZATOPIONEJ W BIAŁYM SOSIE, ORAZ PRZEPYSZNYCH DESERÓW: KAWĘ MROŻONĄ Z LODAMI WANILIOWYMI CZY GORĄCEJ GRUSZKI W CZEKOLADOWYM SOSIE.
PROPONOWANY ZESTAW PRZYSTAWEK I DAŃ GORĄCYCH NA PRZYJĘCIA OKOLICZNOŚCIOWE ORGANIZOWANE W RESTAURACJI „ZAJAZD NA WINIARACH” W WARCE
Zajazd na Winiarach – Hotel
ZNAKOMITA KUCHNIA I ZACISZNA ATMOSFERA TO TYLKO NIEKTÓRE POWODY DLA KTÓRYCH WARTO ODWIEDZIĆ „ZAJAZD NA WINIARACH” A PÓŹNIEJ DO NIEGO NIEUSTANNIE POWRACAĆ…
ILOŚĆ MIEJSC DOSTEPNYCH – 26, MOŻLIWOŚĆ DOSTAWEK DO 30 MIEJSC
KONTAKT: tel. (048) 667-50-43, fax (048) 667-26-76
KOORDYNATOR D/S PRODUKCJI SPRZEDAŻY – Paweł Czerwiński
tel. 500-133-137, e-mail: pawel7956@wp.pl
XXXI Spływ Zimowy „BIAŁA DAMA” ŻELAZNO 2010
Zaproszenie na XXXI Ogólnopolski Zimowy Spływ Kajakowy „BIAŁA DAMA” Żelazno 28-31.01.10. rzekami: Biała Lądecka i Nysa Kłodzka
… czyniąc, śmiałość wielką okazując, a na przychylność pleno titulo, Kajakarskiej Braci licząc…
ORGANIZATORZY:
- Klub Turystyki Kajakowej „Ptasi Uskok” z Wrocławia
… w sukurs przyzywając, w licznych bojach Ziomków Wyprobowanych, a od których …
WSPÓŁUDZIAŁ został zapewniony, do swej kompanii zaprosił:
- Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Kajakarstwa z Warszawy,
- Centrum Turystyki Kajakowej ROKANA z Wrocławia,
- Klub Turystyki Kajakowe „M.G.” z Warszawy.
Ze światłych rad i pomocy wszelakiej życzliwych Organizatorom i Kajakowej Braci, Obywateli korzystając, którzy to teraz
KOMITET HONOROWY SPŁYWU stanowią P.T
- Wojciech Kudlik – Dyrektor Departamentu Sportu Powszechnego w Ministerstwie Sportu i Turystyki,
- Krzysztof Baldy – Starosta Powiatu Kłodzkiego,
- Ryszard Nowak – Starosta Powiatu Ząbkowickiego
- Zbigniew Łopusiewicz – Burmistrz Stronia Śląskiego
- Kazimierz Szkudlarek – Burmistrz Lądka Zdroju
- Bogusław Szpytma– Burmistrz Kłodzka
- Krzysztof Żegański– Burmistrz Barda
- Zbigniew Piotrowicz – Dyrektor Uzdrowiska Lądek Zdrój – Długopole
CEL I ZADANIA IMPREZY do których zaliczonymi będą:
- Popularności kwalifikowanej turystyce kajakowej przysporzenie,
- Uroków niezliczonych Dolnego Śląska, rzek Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej oraz stoków narciarskich w zimową szatę przyodzianych, Gościom licznym ukazanie,
- Możność swej woli i hartu ciała w nowej wodniackiej przygodzie sprawdzenie na uwadze mając
KIEROWNICTWO SPŁYWU:
- KOMANDOR: Marek Głowacki
- VICE KOMANDOR: Andrzej Piasecki
- SKARBNIK: Bożena Piasecka
- WODZIREJ: Ewa Więcaszek
- KWATERMISTRZ: Mirosław Okrasa
- SEKRETARIAT: Bożena Piasecka, Ewa Więcaszek
… ku wygodzie i zadowoleniu Wielce Szanownych Gościów i Harcowników jakoż i Wszelakiej Gawiedzi, publicznie ogłosić się podjęto:
ZBIÓR WIELKI PRZYWILEJÓW NADZWYCZAJNYCH z których to treści co poniżej wynika:
- Każdy Wodniak pragnący wziąć udział w imprezie winien starannie wypełnić druk zgłoszenia, specjalnie na tę okoliczność wykaligrafowany, a do każdego egzemplarza REGULAMINU dołączony.
- ZGŁOSZENIA, wraz z dowodem wpłaty, należy przesłać, w nieprzekraczalnym terminie do dnia 10.01.2010 roku na adres: Marek Głowacki, 57 – 540 Lądek Zdrój skrytka pocztowa 18, lub pocztą elektroniczną na adres mg@warszawa.home.pl
- WPŁATY symboliczne, w wysokości 300 złotych polskich dokonywać należy na konto: PKO BP S.A. I O/Wrocław90 1020 5226 0000 6202 0214 4970 z dopiskiem Biała Dama 2010.
- Każdy z Uczestników winien przezornie zaopatrzyć się w niżej rekomendowane glejty: dowód osobisty; ważną kartę pływacką, jeśli o kajakowych rozkoszach marzyć pragnie; książeczkę TOK ze zweryfikowaną odznaką minimum srebrną; zapasową bieliznę akuratnie przed wszelaką wilgocią, uznanymi patentami, pilnie strzeżoną; termos; trzos pełen dukacików kochaniutkich na tak miłe fundowanie białogłowom naszych przyjaciół też: trunków, łakoci i STRÓJ NA BAL KOSTIUMOWY inspirowany … przez „ŚWIAT DZIECKA” (BAJKI, MARZENIA, CYRK) dla koneserów biblijnego ducha strój Adama i Ewy rekomendować możemy.; porcyję niezbędnego przy każdej okazyii humoru przedniego, który pomocnym może się okazać przy znoszeniu niewygód wszelakich, z turystycznym bytowaniem i życiem wodniackim związanych.; Strój i maszyny piekielne nartami zwane tym którzy w zjazdach ze stoków przyjemności zażywać planują.
- Wierząc, iż męstwo i zapał w trudów wszelakich pokonywaniu wszystkich Uczestników Spływu daleko poza granicami Własnych Klubów jest znana, postanowionym zostało, iż te Ichmościów cnoty na publiczną ocenę wystawiane być nie mają i dlategoż: spływ w grupach prowadzon będzie; każdego z Uczestników z kapokiem nierozerwalna więź łączyć w czasie pływania winna; wyprzedzanie pilota grupy, lub zostawanie poza zamykającym ją pilotem końcowym za dyshonor poczytywane każdemu z Uczestników będzie; Swawolący na narciarskich szlakach dobro wszelakie współtowarzyszów i własne na uwadze mając umiar i rozsądek stosowny zachować przyobiecują.
- Każdy z uczestniczących w spływie Gości proszon jest przez Organizatorów o łaskawe przyjęcie: straw wielce smakowitych w ilościach umiarkowanych, w tutejszych kuchniach sposobionych; udziału w dwu balachi jednym wieczorze przy świecach; opieki kierownictwa spływu; ubezpieczenia w PZU; nagród licznych jakich zdobywanie będzie przyzwolone.
- Mając na względzie pełnię demokratycznych swobód Turystycznej Braci, organizatorzy przypomnieć by również pragnęli iż: udział w imprezie zupełnie dobrowolnym jest; w kajakach zapewnione miejsce być może tylko dla tych Waszmościanek i Waszmościów, którzy okazali się przezornymi i wszelkie glejty w punkcie 4 ZWPN / Zbioru Wielkiego Przywilejów Nadzwyczajnych / wymienione przy sobie mieć będą, a kondycji Ich swawole przebytej nocy wyraźnego uszczerbku nie poczynią; szkody w mieniu uczestników przez nich samych poniesione innej nad współczucie organizatorów rekompensaty mieć nie mogą; jeśli by szkód takich państwowe czy innych osób i organizatorów sprzęty doznać miały na ten czas tenże Sprawca do osobistej odpowiedzialności poczuwać się winien i zadośćuczynienie akuratne przedłożyć; Ci, którym los z ważnych powodów ukończyć spływu lub wziąć w nim udziału nie pozwoli straty wielkie ponoszą, bo mało, że wspólnych z innymi wielu uciech nie przeżyją to jeszcze na domiar złego żadnych gościńców otrzymać nie mogą a symboliczne wpisowe zwrócone Im nie będzie; srogość zimy czy inne aury nieprzychylności sprawić mogą, iż kierownictwo w części lubo w całości diariusz spływu zmienić a nawet odwołać w całości może
- Każdemu z uczestniczących w spływowych atrakcjach przywilej czytania pełnej treści tegoż wolumenu przysługuje – jeno interpretacyja zawarowaną dla organizatorów i kierownictwa zostać musi.
Zamiłowanie szczególne do punktualności i porządku Braci Turystycznej znając, organizatorzy poniższy … DIARIUSZ XXXI OGÓLNOPOLSKIEGO ZIMOWEGO SPŁYWU KAJAKOWEGO „BIAŁA DAMA”- ŻELAZNO 2010 rekomendują …
CZWARTEK 28.01.2010
- Godz. 17:00 Przyjmowanie i weryfikacja uczestników imprezy.
- Godz. 21:00 – 01:00 Bal kostiumowy /rozpoczęcie poszukiwania „BIAŁEJ DAMY” – Najmilszej Białogłowy Spływu/.
PIĄTEK 29.01.2010
- Godz. 08:00 – 09:00 Śniadanie.
- Godz. 09:30 Wyjazd grupy spływowej na start do Stronia Śląskiego i grupy turystycznej do Lądka Zdroju.
- Godz. 10:30 Rozpoczęcie spływu rzeką Białą Lądecką na odcinku: Stronie Śląskie, Lądek Zdrój, Żelazno; Rozpoczęcie zwiedzania Lądka Zdroju.
- Godz. 12:30 Drugie Śniadanie.
- Godz. 13:30 Kontynuacja programu kajakowego i turystycznego.
- Godz. 16 Powrót do zamku w Żelaźnie.
- Godz. 17 Zwiedzanie zamku i Żelazna.
- Godz. 19:30 – 24 „Wieczór przy świecach” połączony z posiłkiem i wodniackim swawoleniem; Dalsze poszukiwanie „BIAŁEJ DAMY” – Najmilszej Białogłowy Spływu.
SOBOTA 30.01.2010
- Godz. 08:00 – 09:00 Śniadanie.
- Godz. 09:30 Wyjazd grupy spływowej na start do Młynowa k/ Kłodzka i grupy turystycznej do Kłodzka.
- Godz. 10:30 Rozpoczęcie spływu rzeką Nysą Kłodzką na odcinku: Kłodzko, Bardo; Rozpoczęcie zwiedzania Kłodzka.
- Godz. 12:30 Drugie Śniadanie.
- Godz. 13:30 Kontynuacja programu kajakowego i turystycznego.
- Godz. 17 Powrót do zamku w Żelaźnie.
- Godz. 19:30 – 24:00 „I DOLNOŚLĄSKI BAL KAJAKARZY” połączony z posiłkiem i nie tylko wodniackim swawoleniem. Na balu stroje z dnia pierwszego jeno inaczej przyodziane obowiązują; Znalezienie „BIAŁEJ DAMY” – Najmilszej Białogłowy Spływu; Wręczenie wyróżnień i różnych serdeczności.
NIEDZIELA 31.01.2010
- Godz. 08 Śniadanie; Pożegnania; Wspólne zdjęcie; Przyjmowanie przez organizatorów słów podziękowań i zachwytu od wdzięcznych uczestników.
- Godz. 10 Wyjazd Uczestników.
Ogólność myśli w treści powyżej podanej, wynik swój z założenia tego bierze, iż szczegóły najłacniej wybadać i zasłyszeć można będzie za Uczestnika XXXI Spływu Kajakowego „BIAŁA DAMA” się podając, z serdecznie zapraszającymi jako się rzekło, organizatorami 237600 sekund spędziwszy.
Fotorelację z XXX Białej Damy 2009 znajdziesz w galerii STER Warka
Kraina Lessowych Wąwozów
Kraina Lessowych Wąwozów
Kraina Lessowych Wąwozów jest jednym z najbardziej interesujących regionów turystycznych Województwa Lubelskiego – sieć wąwozów lessowych, Małopolski Przełom Wisły, naturalna bujna roślinność tworzą niepowtarzalną aurę tego regionu. Wiele cennych przyrodniczo obszarów na tym terenie zostało objętych ochroną prawną w formie rezerwatów, parków krajobrazowych, obszarów chronionego krajobrazu. Wspaniałe pejzaże, unikalne zabytki, ciekawa architektura, nowoczesne spa, walory uzdrowiskowe, wody termalne, smakowita oferta kulinarna wszystko to jest podstawą do budowania ciekawych ofert dla turystów z każdej grupy wiekowej i o różnych zainteresowaniach. Każda z ośmiu gmin Krainy Lessowych Wąwozów ma do zaoferowania szereg niepowtarzalnych atrakcji i możliwości korzystania z bogatej oferty kulturalnej – unikalnych imprez związanych z tradycjami regionu. Wspaniała kuchnia lokalna, możliwość aktywnego wypoczynku i gościnność mieszkańców sprawiają, że warto tu się zatrzymać i poczuć choć przez chwilę magię tego miejsca.
Szlak gmin „Krainy Lessowych Wąwozów”
Na podstawie już istniejących i projektowanych szlaków rowerowych opracowana została trasa integrująca gminy Krainy Lessowych Wąwozów o długości 126,5 km. Prowadzi najciekawszymi krajobrazowo terenami Płaskowyżu Nałęczowskiego, Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, przełomowym odcinkiem Doliny Wisły i Chodelskim Obszarem Chronionego Krajobrazu.Trasa gwarantuje przemieszczanie się turystów pomiędzy poszczególnymi gminami Krainy Lessowych Wąwozów, daje możliwość zwiedzenia największych atrakcji przyrodniczych i kulturowych regionu. Uwzględnia także przeprawę promowana Wiśle. Z jednej strony stwarza szanse odpoczynku na łonie przyrody – nad wodą czy w parku, a z drugiej zwiedzenia największych miast krainy – Puław, Kazimierza Dolnego, Nałęczowa czy Opola Lubelskiego.
Gmina Nałęczów
Położona jest w powiecie puławskim, na obszarze lessowego Płaskowyżu Nałęczowskiego, w dolinie rzek Bystrej i Bochotniczanki, malowniczo meandrujących wśród łąk i wzniesień, porośniętych bujną roślinnością, porozcinanych gęstą siecią wąwozów. Nałęczów, znany kurort o ponad dwustuletnich tradycjach, jest niezwykle atrakcyjnym miejscem wypoczynku, regeneracji organizmu, leczenia chorób serca i innych schorzeń cywilizacjach. Unikalny mikroklimat, walory krajobrazowe, źródła mineralne oraz dobrze przygotowana baza leczniczo-wczasowa, łącząca tradycje z najnowszymi osiągnięciami medycznymi sprawia, że można tu odzyskać siły i zdrowie. Miasteczko może poszczycić się bogatą historią, związaną z pobytem i działalnością wielu znanych osobistości. Najcenniejszym zabytkiem jest Pałac Małachowskich – zbudowany w latach 1771-1775 przez Stanisława Małachowskiego herbu Nałęcz wg projektu Ferdynanda Naxa. Na piętrze – sala balowa z barokowo-klasycystyczną dekoracją stiukową, na parterze – jedyne w Polsce Muzeum Bolesława Prusa – najwierniejszego kuracjusza i kronikarza nałęczowskiego zdroju (autor bywał tu corocznie w latach 1882-1910). Sercem Nałęczowa jest urzekający zielenią i zachęcający do spacerów Park Zdrojowy, przeprojektowany w XIX wieku przez Waleriana Kronenberga. W jego centralnej części urokliwy staw z Wyspa Miłości, a w pobliżu dawny budynek Zakładu Hydropatii (obecnie Sanatorium Książę Józef), Pijalnia Wód i Palmiamia oraz najczęściej odwiedzany obiekt Atrium – SPA, a także Stare Łazienki, Domek Grecki, Willa Angielska (inaczej Dom Gotycki). Na tle nowoczesnych Term Pałacowych figura Chrystusa z 1905 roku, ufundowana przez wdzięczną za uzdrowienie kuracjuszkę. Przy głównych ulicach: Lipowej, Armatnia Góra – zabytkowa zabudowa willowa z przełomu XIX i XX wieku – wille w stylu szwajcarskimi (Podgórze, Oktawia), włoskim: (Ukraina, Raj, Pod Matką Boską) oraz obiekty w stylu zakopiańskim: (Chata Stefana Żeromskiego projektu Jana Koszczyc-Witkiewicza – obecnie muzeum pisarza, kaplica (kościół rektoralny) pw. św. Karola Boromeusza, murowana Ochronka (dzieło JKW), Dom Ludowy. Na wzgórzu, z daleka widoczny kościół pw. Jana Chrzciciela – z XVIII wieku oraz cmentarz, miejsce wiecznego spoczynku lekarzy – „wskrzesicieli uzdrowiska” i wielu innych znanych osobistości (m.in. Michała Elwiro Andriollego, Ewy Szelburg-Zarembiny). Przy drodze do Lublina – Antopol, dawny folwark należący do Antoniego Małachowskiego. Dwór, otoczony parkiem, w XIX wieku był własnością rodziny Śliwińskich, w okresie międzywojennym bywał tu marszałek Rydz-Śmigły. Warto także odwiedzić Czesławice, dawny majątek rodziny Wernickich i Lilpopów. W pałacu, zbudowanym ok. 1750 r. wg projektu Leonarda Marconiego, otoczonym parkiem z rybnymi stawami, częstym gościem był Henryk Sienkiewicz. W pobliżu Nałęczowa -miejscowość Bronice, wieś o średniowiecznym rodowodzie, z klasycystycznym pałacem murowanym w latach 1790-1820 wg projektu Christiana Piotra Aignera i parkiem w stylu angielskim zasadzonym z pomocą ogrodników dworu Czartoryskich w Puławach. W XIX wieku majątek należał do Józefa Dembowskiego, ostatnimi właścicielami (do 1944 roku) była rodzina Wołk-Laniewskich. Miejscowość Drzewce z zespołem dworskim, starym spichlerzem i domkiem myśliwskim, plenipotentówką z początku XIX wieku należała także do klucza dóbr Bronice.
Gmina Wąwolnica
Położona w powiecie puławskim, na Płaskowyżu NałęczowsKim, w dolinie rzeki Bystrej. na terenie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, oferuje wypoczynek i rekreację na świeżym powietrzu, przejażdżki konne, sporty zimowe, kontakt z życiem wiejskim w gospodarstwach agroturystycznych.
Wąwolnica – najstarsza osada grodowa na Lubelszczyźnie (powstanie parafii datowane jest na przełom XI i XII wieku) leżała na starym szlaku handlowym. Za panowania króla Kazimierza Wielkiego była miastem, istniał tu zamek obronny i murowana kaplica. Zachował się dawny miejski układ urbanistyczny z XVI-XVII wieku. Miejscowość znana jako ośrodek kultu Maryjnego, ważny ośrodek pątniczy Archidiecezji Lubelskiej, Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej, z cudami słynącą figurą wzorowaną na rzeźbie Pięknej Madonny z Vimperku. Kościół parafialny pw. św. Wojciecha – z początku XX wieku, zbudowany w stylu neogotyckim, w 2001 roku podniesiony został do godności Bazyliki Mniejszej. W ołtarzu głównym gotycka rzeźba Matki Bożej Wąwolnickiej, w bocznym relikwie św. Faustyny.
Celem pielgrzymek jest także kaplica w pobliskiej miejscowości Kębło, postawiona w miejscu objawienia się Matki Bożej podczas najazdu Tatarów w 1278 roku. W sąsiedztwie kaplicy zespół pałacowo-parkowy Roztworowskich z końca XIX wieku oraz zespół folwarczny z rządcówką, spichlerzem i magazynem zbożowym. (Dla miłośników koni istnieje możliwość przyjemnego spędzenia czasu w siodle, oferowana przez ośrodki jazdy konnej w Kęble i w Łąkach).
Przy drodze prowadzącej do Kazimierza Dolnego miejscowość Celejów – wieś nad rzeką Bystrą, siedziba rycerska Jakuba i Pawła z Chotczy. Zespół pałacowo-parkowy – dawny zamek rodu Choteckich z XV wieku, wielokrotnie zmieniał swój wygląd i właścicieli. Tarłowie przebudowali go wg projektu Franciszka Mayera, kolejnej rozbudowy dokonali Lubomirscy. W latach 1823-1831 rezydencja należała do Czartoryskich, a następnie przeszła w ręce Marcina Klemensowskiego.
Przy szosie prowadzącej z Lublina do Kazimierza – dawna papiernia, jedna z pierwszych w Polsce, wybudowana przez Czartoryskich w 1828 roku. Działała przez 22 lata, zaopatrując w papier m. in. książęcą rezydencję w Puławach, w roku 1850 z powodu braku zamówień, przekształcona w młyn. Dziś pozostały po | I niej tylko malownicze ruiny.
W pobliskim Rąblowie, urokliwie położonym wśród lessowych wzgórz, znajdują się wyciągi narciarskie i odkryty basen kąpielowy.
Gmina Miasto Puławy
Puławy – główne miasto, stolica powiatu, rozlokowane na prawym brzegu, w końcowym odcinku środko-wopolskiego przełomu Wisły, ważny ośrodek naukowy, kulturalny i przemysłowy. Dawna wioska rybacka, od XVII wieku stała się siedzibą najpotężniejszych rodów magnackich: Lubomirskich, Sieniawskich i Czartoryskich, ośrodkiem życia politycznego i kulturalnego doby oświecenia, skutecznie konkurującym z dworem królewskim Stanisława Augusta Poniatowskiego. Złoty wiek Puław, zwanych w owym czasie „Polskimi Atenami”, kończy wybuch powstania listopadowego w 1831 roku i konfiskata majątku. Następuje zmiana nazwy miejscowości na Nowa Aleksandria. Pałac staje się siedzibą Instytutu Panien, a od 1862 roku Instytutu Politechnicznego i Rolniczo-Leśnego (obecnie jest siedzibą Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa -Państwowego Instytutu Badawczego).
Główną częścią zabytkowego zespołu pałacowo-parkowego o pow. 32 ha jest pałac zbudowany w latach 1676-1679 przez Herakliusza Lubomirskiego wg projektu Tylmana z Gameren, przebudowany w początkach XVIII wieku na polecenie Czartoryskich przez Józefa Deybla i Franciszka Mayera. Klasycystyczny kształt nadał rezydencji Christian Piotr Aigner. Z przełomu XVIII i XIX w. pochodzi Świątynia Sybilli (1798-1801), zbudowana na wzór świątyni Westy w Tivoli pod Rzymem, pierwsze w Polsce muzeum. Dom Gotycki – kolejna przeznaczona na cele muzealne budowla powstała w latach 1800-1809. Domek Grecki -dawna oranżeria, Altana Chińska, Brama Rzymska, schody angielskie oraz groty to inne obiekty architektury parkowej z tego okresu. Przy drodze w kierunku Kazimierza, na skraju łachy wiślanej, widoczny jest Pałac Marynki zbudowany w latach 1791-1794 w stylu klasycystycznym wg projektu Ch. P. Aignera dla najstarszej córki Czartoryskich Marii Wirtemberskiej.
We Włostowicach, dawnej wsi starszej niż Puławy, a obecnie dzielnicy miasta, znajduje się kościół pw. św. Józefa wzniesiony z fundacji Elżbiety z Sieniawskich w latach 1725-1728 wg projektu Franciszka Mayera, w 1801 roku odnowiony przez Czartoryskich. W nawie bocznej wiszą obrazy przedstawiające św. Barbarę i św. Teresę autorstwa Kazimierza Wojniakowskiego – ucznia Bacciarellego, do których pozowały księżniczki Zofia i Maria Czartoryskie. Warto zobaczyć cmentarz parafialny, jedną z najstarszych polskich nekropolii z kwaterami rzymsko-katolickimi, prawosławnymi i ewangelicko-augsburskimi z ok. 1790 roku. Spoczywa tu m.in. matka i rodzina Bolesława Prusa. Na wzgórzu przy drodze w kierunku mostu na Wiśle znajduje się kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wzniesiony z fundacji księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego w latach 1801-1803 wg projektu Ch. P. Aignera w stylu klasycystycznej rotundy wzorowanej na rzymskim Panteonie. Podążając w górę Wisły warto odwiedzić Gołąb – wieś znaną już w XIV wieku – miejsce bitwy Stefana Czarnieckiego ze Szwedami w 1656 roku i zawiązania w 1672 roku Konfederacji Gołębskiej w obronie króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Cenne obiekty to: kościół pw. św. Katarzyny i św. Floriana z lat 1628-1636, wzniesiony w stylu manierystycznym i Domek loretański – kopia kaplicy z Loreto z ceramicznymi rzeźbami proroków – pierwszy tego typu obiekt na ziemiach polskich, zbudowany z fundacji Jerzego Ossolińskiego w latach 1636-1638.
Gmina Janowiec
Połozona w powiecie puławskim na lewym brzegu Wisły, w jej przełomowym, środkowym odcinku, zwanym Małopolskim Przełomem Wisły. Walory krajobrazowe i przyrodnicze oraz bogata oferta kulturalna (turnieje rycerskie, koncerty, festiwale, majówki artystyczno-muzyczne) oraz sąsiedztwo położonego po przeciwnej stronie Wisły Kazimierza Dolnego sprawia, że pobyt tutaj dostarcza wielu wrażeń i ciekawych doświadczeń. Zabudowania Janowca ciągną się wzdłuż wysokiej skarpy wiślanej, na której wznosi się ba-stejowy zamek, jedna z najokazalszych rezydencji w Polsce o charakterze obronnym, zbudowany na początku XVI wieku przez Mikołaja Firleja, rozbudowywany do XVIII wieku. Władały nim magnackie rody m.in. Firlejów, Tarłów, Lubomirskich. Imponujący i widoczny z daleka był dowodem zamożności i potęgi jego właścicieli. Pracowali przy nim światowej sławy architekci: Santi Gucci Fiorentino, Giovanni Batista Falconi i Tylman z Gameren. Potężne mury osnute są legendą pojawiającej się tam „czarnej damy, córki magnata zakochanej w ubogim rybaku i zamurowanej przez ojca w wieży. W XIX wieku zamek często zmieniał właścicieli i powoli popadał w ruinę. Od 1931 roku posiadłość należała do Leona Kozłowskiego, ale pomimo starań, nie udało się odrestaurować zamku, dodatkowo zniszczonego podczas bombardowań drugiej wojny światowej. Dopiero od 1975 roku, po przejęciu zamku przez Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym, dokonano częściowej odbudowy i konserwacji ruin, udostępniono do zwiedzania ekspozycje m.in. w Budynku Bramnym, Domu Północnym i obiektach przeniesionych na teren przylegający do zamku: dwór pochodzący z XVIII w., spichlerz zbożowy, drewniany z XIX w., a także stodoła drewniana pochodząca z XIX w.
U podnórza góry zamkowej kościół pw. św. Stanisława Biskupa i św. Małgorzaty, zbudowany latach 1537-1559 na murach gotyckiego kościoła z XIV wieku, przebudowany w latach 1585-1600 wg planów architekta Santi Gucciego, a następnie w stylu renesansowym przez Jakuba Balina. Ołtarz główny w stylu barokowym, w nawie bocznej nagrobek manierystyczny Andrzeja i Barbary Firiejów dłuta Santi Gucciego. Obok kościoła plebania wzniesiona ok. 1614 roku. Turyści, którzy wypłyną statkiem po Wiśle zachwycą się widokiem odsłoniętych warstw skał wapiennych wyrobiska kamieniołomu w Nasiłowie. Wydobywany tam kamień był bardzo popularnym materiałem budowlanym. Pomiędzy Janowcem a Kazimierzem Dolnym kursuje prom samochodowo-osobowy, którym od wiosny do jesieni można przeprawiać się przez Wisłę. (Dawniej przeprawa promowa funkcjonowała w niedalekim Wojszynie). Na terenie Gminy Janowiec znajduje się również drugi prom samochowo-osobowy, który zapewnia przeprawę między Nasiłowem a Bochotnicą. Na południe od Janowca – w Janowicach – znajduje się zbiornik wodny tzw. Zalew Janowice. Na terenie Gminy Janowiec odnaleźć można ciekawą bazę noclegową i gastronomiczną. Ciekawe wydarzenia zapewnia bogate kalendarium imprez cyklicznych odbywających się na terenie Gminy. Czynny wypoczynek uatrakcyjni ośrodek jeździectwa znajdujący się w miejscowości Wojszyn.
Gmina Kazimierz Dolny
Malowniczo położona w powiecie puławskim, na prawym brzegu Wisły, na terenie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. Kazimierz Dolny, we wczesnym średniowieczu zwany Wietrzną Górą, z uwagi na bogatą historię i zachowany dawny układ urbanistyczny, zaliczony został do światowej klasy zabytków, w 1994 roku uznany jako Pomnik Historii. Nad miastem góruje, widoczny z daleka – zamek obronny, wzniesiony ok. 1350 roku za czasów panowania króla Kazimierza Wielkiego, w XVII wieku przebudowany w stylu renesansowym. Zniszczony podczas potopu szwedzkiego i późniejszych wojen, pozostawiony własnemu losowi – zamienił się w romantyczną ruinę. Na szczycie wzgórza zamkowego – 20-metrowa, cylindryczna baszta z XIII wieku. Jako tzw. górny zamek pełniła funkcje obronne, była także siedzibą straży celnej, w nocy służyła jako latarnia | rzeczna. Z jej szczytu widoczna pracownia malarska Tadeusza Pruszkowskiego, rozległa panorama na Kazimierz i dolinę Wisły w jej środkowopolskim przełomie (Inny punkt widokowy to Góra Trzech Krzyży). Poniżej zamku – kościół farny pw. św. Bartłomieja i św. Jana Chrzciciela – wybudowany ok. 1325 roku, wielokrotnie przebudowany w XVI wieku oraz w latach 1610-1613 roku przez Jakuba Balina w stylu renesansu lubelskiego. Jednonawowy z trzema przylegającymi kaplicami, jest najbardziej charakterystycznym przykładem budowli sakralnych tego okresu. Wewnątrz renesansowa dekoracja architektoniczna i rzeźbiarska, bogate wyposażenie, w ołtarzach bezcenne kurdybany. Organy z pierwszej połowy XVII wieku, najstarsze w Polsce i jedne z najcenniejszych w Europie, skonstruowane przez Szymona Liliusza, organ-mistrza włoskiego pochodzenia. Przy Rynku Głównym – okazale kamienice mieszczańskie – „perły polskiego renesansu”, zbudowane na początku XVII wieku. Posiadają niezwykle oryginalne dekoracje rzeźbiarskie na fasadach zwieńczonych bogato dekorowanym belkowaniem i rozbudowaną attyką. Najcenniejsze to kamienice Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów i kamienica Ceiejowska przy ulicy Senatorskiej. Na Małym Rynku – Synagoga zbudowana w drugiej połowie XVIII wieku w stylu późnego baroku i dawne Jatki to jedyne pozostałości po dawnej dzielnicy żydowskiej. (Przy ulicy Czerniawy znajduje się pomnik wykonany I z macew pochodzących z cmentarza żydowskiego, zniszczonego podczas drugiej wojny światowej). Na Ple-baniej Górze wznosi się kościół i klasztor oo. Reformatów – świątynia pw. Zwiastowania NMP i św. Piotra z Alkantary, murowana w latach 1589-1591. W ołtarzu głównym – cudami słynący obraz Zwiastowania NMP z 1600 roku. Franciszkanie, sprowadzeni do Kazimierza w 1627 roku, rozbudowali kościół, zbudowali klasztor otaczając go potężnym murem. U nabrzeża, wzdłuż dawnego koryta Wisły – spichlerze z I połowy XVII wieku, zbudowane dla kupców handlujących zbożem i innym towarami. Do naszych czasów zachowało się zaledwie kilka. Najbardziej znane to Spichlerz Ulanowskich (obecnie Muzeum Przyrodnicze), Spichlerz „Pod Wianuszkami” (Schronisko Młodzieżowe), Spichlerz Kobiałki (hotel PTTK). Łaźnia (obecnie pensjonat przy ulicy Senatorskiej) zbudowana w 1922 roku i zespół gmachów dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych z lat 1922-1930, przy ulicy Nadwiślańskiej, Dom Kifnera przy Rynku to przykłady rozwiązań architektonicznych Jana Koszczyc-Witkiewicza. Architekt Karol Siciński jest autorem odbudowy kamienic przy Rynku i projektantem wielu obiektów, m.in. willi „Pod Wiewiórką” (ulica Małachowskiego), obecnie Dom-Muzeum Marii Kuncewiczowej. Atrakcją turystyczną jest także „żywy skansen” w pobliskim Męćmierzu, z wiatrakiem i wiekowymi chałupami starej rybackiej wioski nad Wisłą. W dolinie rzeki Bystrej, przy jej ujściu do Wisły, rozlokowała się miejscowość Bochotnica, znana z noweli Antek Bolesława Prusa. Na wzgórzu ruiny zamku Esterki – pozostałości dawnej warowni z XIV wieku, zbudowanej przez protoplastę rodu Firlejów, zniszczonej podczas wojen w XVII wieku. Według legendy, mieszkała nim Esterka, ukochana króla Kazimierza Wielkiego. Ruiny odwiedza podobno duch późniejszej właścicielki, Katarzyny Zbąskiej, która z bandą zbójców napadała j na przejeżdżające tędy karawany kupieckie. Na krawędzi płaskowyżu leży Parchatka, w końcu XVIII i XIX wieku miejsce romantycznych wycieczek i zabaw dworu puławskiego. Podczas okupacji na terenach nadwiślańskich, w Parchatce, Bochotnicy i Kazimierzu Dolnym, 18 listopada 1942 roku, miała miejsce masowa egzekucja mieszkańców tych miejscowości, dokonana przez oddziały żandarmerii i SS. Dzień ten, nazwany „krwawą środą”, upamiętniają tablice i pomniki ku czci pomordowanych.
Gmina Opole Lubelskie
Leży w południową części Kotliny Chodelskiej, w dorzeczu rzeki Chodelki. Jej walorem są cenne obszary przyrodnicze i krajobrazowe, z urozmaiconą rzeźbą terenu, położone w obrębie Wrzelowieckiego Parku Krajobrazowego. Miasto powiatowe Opole Lubelskie, to dawny gród założył w XIV wieku przez księcia Władysława Opolczyka. Zachował się otwarty układ urbanistyczny z XIV-XVIII wieku z dwoma rynkami: Starym i Nowym. W XVI-XVII wieku był tu silny ośrodek kalwinizmu. Cennym zabytkiem jest pałac wzniesiony w XVII wieku przez Słupeckich, przebudowany w 1740 roku przez Franciszka Mayera w stylu barokowym. Za czasów Lubomirskich przekształcony w stylu barokowo-klasycystycznym wg planów Dominika Merliniego i Ferdynanda Naxa, stał się okazałą rezydencją, konkurującą z pałacem Czartoryskich w Puławach. Kościół pw. Najświętszej Marii Panny, zbudowany w latach 1650-1675, rozbudowany w stylu barokowym, posiada cenną polichromię o tematyce starotestamentowej autorstwa Antoniego Dembickiego. Dzwonnica i brama pochodzi z drugiej połowy XVII wieku. Zespół klasztorny oo. Pijarów – późnobarokowy wzniesiony w połowie XVIII wieku z inicjatywy Jana Tarły wg projektu Franciszka Mayera, obejmuje dawny klasztor z lat 1740-1748 (obecnie plebania) i budynki dawnego Kolegium Pijarskiego z ok. 1750 roku. Mieściła się w nim pierwsza w Polsce szkoła rzemieślnicza, założona w 1761 roku. Jej rektorem był Ignacy Konarski, brat Stanisława. W pobliskim Niezdowie – dawnej wiejskiej rezydencji Aleksandra Lubomirskiego -klasycystyczny pałac zbudowany wg projektu Dominika Merliniego w latach 1785-1787. Park założony w XVIII wieku, przeprojektowany w 1905 roku przez Waleriana Kronenberga, jest jednym z największych parków w województwie lubelskim. Godną uwagi jest także zabytkowa cukrownia z 1884 roku, zbudowana wg projektu Eugeniusza Klayca. W Woli Rudzkiej zachowały się pozostałości zespoli folwarcznego z murowanym czworakiem z ok, 1900 roku i czynny obecnie młyn wodny z 1909 roku. W miejscowości Wrze-lowiec (dawne miasto Wrzelów) godny uwagi kościół pw. Trójcy Przenajświętszej i MB Częstochowskiej z fundacji Zofii Lubomirskiej, wzniesiony w latach 1777-1784 w stylu klasycystycznym, na planie ośmioboku z kopułą zwieńczoną latarnią. Dzwonnica murowana, ogrodzenie z czteroma kapliczkami i bramką oraz plebania pochodzą z końca XVIII wieku. W miejscowości Kluczkowice zachował się zespół pałacowo-parkowy rodziny Kleniewskich. Eklektyczny pałac, o cechach klasycystycznych, zbudowany w latach 1821-1831, przebudowany w końcu XIX wieku wg projektu Konstantego Wojciechowskiego, jest cennym przykładem wiejskiej rezydencji ziemiańskiej tego okresu. Wewnątrz zachowała się oryginalna biblioteka w stylu zakopiańskim, projektowana przez Stanisława Witkiewicza. Park krajobrazowy z ok. 1838 roku, z licznymi drzewami – pomnikami przyrody. Obok stawy rybne, nad największym z nich znajduje się ośrodek wypoczynkowy i plaża. Emilcin to miejscowość, gdzie miało miejsce, w maju 1978 roku, najsłynniejsze w Polsce spotkanie III stopnia. Zdarzenie to upamiętnia jedyny w kraju pomnik UFO – odsłonięty 25 października 2005 roku.
Gmina Poniatowa
Leży w powiecie opolskim, w zasięgu Chodelskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu. Miasto Poniatowa usytuowane jest na dwóch wzniesieniach podzielonych doliną rzeki Kraczewianki. Osobliwy urok tego miejsca wynika z piękna krajobrazu, którego malowniczość podkreśla okalający miasto pierścień lasów, zajmujący 50% powierzchni, obfitujący w zwierzynę i ok. 100 gatunków ptaków. Sprzyjające warunki klimatyczno-zdrowotne sprawiają, że można w tutejszym sanatorium leczyć schorzenia dróg oddechowych. Powstanie miasta związane jest z inwestycjami Centralnego Okręgu Przemysłowego w 1937 roku.
Atut Poniatowej to położone w samym sercu miasta zbiorniki wodne. Na uwagę zasługuje w szczególności znajdujący się przy Hotelu „Słowik” okazały zalew z wydzielonym basenem pływackim, akwenem przeznaczonym do pływania na rowerach wodnych, boiskiem do gry w siatkówkę plażową oraz placem zabaw. Na turystów czeka również nowo oddany wielofunkcyjny kompleks boisk sportowych, położony w centrum miasta. Można tam pograć w piłkę nożną, ręczną, siatkówkę, koszykówkę i tenisa ziemnego. W pobliżu boisk znajduje się również kryta pływalnia.
Niebywałą atrakcją jest także prężnie działająca sekcja jeździecka, która swą bazę posiada w Kra-czewicach Rządowych. Obecnie sekcja dysponuje 20 końmi. Najmłodsi mają możliwość dosiąść kucyka Hals, który jest maskotką sekcji. Nieco starszym dzieciom, powyżej 12 roku życia, proponowana jest nauka jazdy konnej od podstaw. Dla tych, którym tajniki hippiki nie są nowością, instruktorzy polecają wyjazdy konne w teren oraz szkolenie w skokach przez przeszkody.
W pobliżu Poniatowej znajduje się miejscowość Kraczewice, dawna własność Dobiesława Kmity, wojewody lubelskiego w XV wieku. W parku mieści się XIX-wieczny pałac secesyjny, zbudowany przez rodzinę Geriiczów. Obecnie działa tutaj Dom Muzyki, siedziba znanego zespołu „Szczygiełki” oraz zespołu muzyki dawnej „Scholares Minores pro Musica Antiqua”. W pobliżu znajduje się kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, drewniany, zbudowany w 1920 roku wg projektu Brzeskiego oraz plebania drewniana z lat 20. XX wieku i dzwonnica z 1936 roku.
Gmina Wojciechów
Położona jest na Płaskowyżu Nałęczowskim, w otulinie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. Wojciechów – siedziba gminy, to wieś o średniowiecznym rodowodzie, stanowiąca ważny w tym regionie ośrodek agroturystyczny o żywych tradycjach kowalskich. Jego największą atrakcją turystyczną jest czterokondygnacyjna Wieża Ariańska opisana przez Stefana Żeromskiego w Nawracaniu Judasza. Zbudowana została w XVI wieku przez rodzinę Pileckich herbu Leliwa jako wieża mieszkalna i obronna zarazem. Mieścił się w niej także zbór kalwiński. Obiekt był kolejno w posiadaniu rodów Spinków, Orzechowskich, Morskich, Grodzickich, Świeżawskich i Popławskich. Z czasem stracił funkcję mieszkalną i został przeznaczony na magazyn zbożowy. W 1910 roku, opustoszałą wieżę, przejęło Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Przeszłości i już po roku rozpoczęto tu prace remontowe kierowane przez Jana Koszczyc-Witkiewicza. Remont przerwała wojna. Dopiero w 1975 oddano odbudowaną wieżę na potrzeby Gminnego Ośrodka Kultury. Obecnie mieści się w niej również Muzeum Kowalstwa oraz Wojciechowskie Muzeum Regionalne. W otoczeniu zachowały się fragmenty wałów, fos ziemnych i muru obronnego z XVI wieku.
W Wojciechowie na uwagę zasługuje także kościół pw. św. Teodora, późnobarokowy, modrzewiowy, o konstrukcji zrębowej, ufundowany przez Teodora Orzechowskiego w 1725 r. Wewnątrz barokowy ołtarz główny i rokokowe ołtarze boczne z bezcennymi kurdybanami z koźlej skóry, bogato zdobione wzorami tłoczonymi i malowanymi. Na cmentarzu przykościelnym drewniana dzwonnica wybudowana równocześnie z kościołem oraz grobowiec Felicjany z Fredrów Grodzickiej z 1892 roku. W otaczający kościół parkan murowany wtopiona jest płyta nagrobna Stanisława Spinka z XVI wieku. Na cmentarzu grzebalnym – murowana kaplica grobowa Świeżawskich z XIX weku.
W centrum Wojciechowa – kuźnia Romana Czemieca, działająca od 1920 roku, znana z odbywających się tu Ogólnopolskich Spotkań Kowali i Warsztatów Kowalskich. W pobliskich Palikijach – pałac w stylu klasycystycznym z pierwszej połowy XIX wieku, otoczony parkiem z końca XVII wieku, przekomponowanym przez Waleriana Kronenberga. W miejscowości Łubki – drewniany, parterowy dwór z końca XIX wieku, zbudowany stylu klasycystycznym na planie wydłużonego prostokąta. W Nowym Gaju murowany młyn wodny z 1920 roku, z ekspozycją kolekcji minerałów.
Malownicza okolica kusi do spacerów i przejażdżek rowerowych. Pretekstem do poznania gminy Wojciechów może być wędrówka szlakami młynów wodnych czy przydrożnych kapliczek.
Wojciechów posiada dobrze rozwiniętą bazę noclegową i gastronomiczną. Kwatery agroturystyczne oferują gościom wygodne pokoje z łazienkami oraz kuchnię regionalną. Tutejsze lokale gastronomiczne słynąz doskonałej golonki i pierogów z grzybami.





601-418-860,
048-667-2281
zamów kajaki na wakacje już dziś

