Archiwa tagu: rosyjskie dyktando

Życiorys Kazimierza Pułaskiego, uwikłanie w zamach na króla, 04.03.1745 – 15.10.1779, cz. II

Uwikłanie Pułaskiego w rzekomy zamach na króla Stanisława Augusta Poniatowskiego

Większość historyków powtarza bezkrytycznie, że największym błędem, niemal samobójstwem dla konfederacji barskiej, było próba porwania i uprowadzenia króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że była to intryga, od początku „szyta grubymi nićmi”. Zważywszy na te rzeczywiście „grube nici intrygi”, można się nie dziwić, że opinia europejska i niemała część Polaków dała się oszukać na początku lat siedemdziesiątych XVIII wieku. Jak jednak zrozumieć tych, którzy twierdzą, że afery związanej z porwaniem króla nie dało się rozszyfrować do chwili obecnej?!

Niezależnie od wszystkich okoliczności sprawy, w której wątpliwości należy przecież interpretować na korzyść Pułaskiego jako oskarżonego, warto pamiętać o mądrości wyrażonej w łacińskiej sentencji: „Is facit cui prodest” – uczynił ten, kto miał korzyść. Korzyść z „porwania” króla i skompromitowania Kazimierza Pułaskiego, jako jednego z najgłośniejszych bohaterów i wodzów konfederacji barskiej w Polsce, miała polityka rosyjska. Co do tego nie ma wątpliwości.

Przyjrzyjmy się faktom i okolicznościom sprawy, w której niemałą rolę odegrał Stanisław Strawiński. Pierwszą o nim wiadomość mamy z końca roku 1770, gdy pojawił się na zamku w Warszawie i w czasie specjalnej audiencji prosił króla o wsparcie. Dostał wtedy 10 dukatów w złocie. Innym razem w czasie królewskiej audiencji niby jako prośbę na piśmie podał Strawiński… owinięty manifest «Generalności» ogłaszający tron wolnym. ” Stanowisko władz konfederacji w sprawie detronizacji Poniatowskiego nie było wówczas ani jednolite, ani propagowane. Król, gdy przeczytano mu ów manifest, kazał szukać śmiałka, aby bliżej coś w tej sprawie ustalić. „Śmiałka” tego nie znaleziono jednak, gdyż pojechał już z ważną misją do Kazimierza Pułaskiego.

Do Częstochowy przyjechał w końcu lipca 1771 r. Gdy dopuszczono go wreszcie do Pułaskiego stwierdził, że od dwóch już lat jest w konfederacji, że nie chodzi mu o pieniądze, bo sprzedał wieś na Litwie, fundusze, honor i wszystko co mam – mówił dalej Strawiński – poświęciłem, aby króla uzurpatora zgładzić.” Według późniejszych zeznań tegoż Strawińskiego, Pułaski go ofuknął i powiedział, „że teraz śmierć króla byłaby bezużyteczna, bo konfederacja nie jest na tyle wszechmocna, aby mogła dysponować tronem.” W dalszej rozmowie Pułaski rzekomo miał się jednak zgodzić, aby Strawiński porwał króla i przywiózł go do Częstochowy.

Jedna, a może nawet dwie rozmowy Strawińskiego z Pułaskim, rzeczywiście miały miejsce. Ale czy wynika z tego coś więcej niż ewentualny zarzut, że Pułaski postępował nieostrożnie, że powinien kazać aresztować „jegomościa” w celu wyjaśnienia sprawy, którą powinien uznać za podejrzaną od początku? Strawiński mówił, że działa z własnej tylko inicjatywy, że jest konfederatem, który nie może dłużej patrzeć bezczynnie na moskiewskiego uzurpatora. Nie ulega wątpliwości, że człowieka z taką „inicjatywą” trzeba było dobrze sprawdzić i wyjaśnić: maniak czy prowokator? Na sprawdzenie potrzebny był czas.

Bez obawy błędu można przyjąć, że w tym właśnie celu Pułaski wyznaczył Strawińskiemu termin kolejnej rozmowy – „za dwa tygodnie. ” Według zeznań Strawińskiego ta druga rozmowa odbyła się 15 sierpnia 1771 r. Wielu biografów Pułaskiego przyjmuje, że aczkolwiek nie wydał on żadnych poleceń i wyraźnie zakazywał zabicia króla, to jednak zgodził się na próbę porwania monarchy.

Bardzo wątpliwej reputacji Strawińskiego nie sprawdzono. Była w tym nie tylko naiwność i lekkomyślność, ale również niemożność zebrania wiarygodnych informacji. Czym jednak, w porównaniu z tą niemożnością, w ogólnym rozgardiaszu konfederackich walk i podjazdów, jest „niemożność” historyków, którzy przez ponad dwa wieki badają tę sprawę i przyjmują za wiarygodne to tylko, co oświadczał i zeznawał Strawiński?

Misja Stanisława Strawińskiego nie była na pewno jego inicjatywą osobistą i stała za nim dyplomacja rosyjska, wprawiona w najprzeróżniejszych intrygach i podstępnych „kruczkach”. Opierając się na zeznaniach samego Strawińskiego, liczni autorzy i komentatorzy powołują się na niesporny jakoby fakt, że dla wykonania zamachu Pułaski polecił wydzielić z oddziału Łukawskiego 26 ludzi. Warto więc wiedzieć, że oddział Łukawskiego bynajmniej Pułaskiemu nie podlegał, a jak wiadomo z innych, także oficjalnych źródeł, werbowaniem „zamachowców” zajmował się Kuźma – Kosiński, drugi obok Strawińskiego wtajemniczony w aferę, i tak jak pierwszy, nie tylko nie pociągany do odpowiedzialności, ale sowicie nagrodzony. Cała reszta, spośród 26 rzekomych zamachowców, o celu akcji wiedzieć nic nie musiała i najprawdopodobniej nie wiedziała.

Ani król, ani jego rosyjscy mocodawcy na pewno nie brzydzili się kłamstwem. Nie z nimi, ale z konfederatami solidaryzowało się trzy czwarte mieszkańców Rzeczpospolitej. Jak więc wytłumaczyć, że większość społeczeństwa uwierzyła w oficjalną wersję zamachu na króla?

3 listopada 1771 r. w Warszawie, która dosyć szczelnie obstawiona była wojskiem rosyjskim, król jechał ulicą Miodową, wracając z wizyty od swojego, chorego wówczas wuja Michała Czartoryskiego. Na powóz napadli „konfederaci”, pod wodzą Jana Kuźmy i Walentego Łukawskiego. Od pierwszego ich strzału padł śmiertelnie trafiony kulą w głowę hajduk Henryk Butzau. Wartą odnotowania poszlaką obciążającą króla „Ciołka” jest to, że bardzo urodziwa żona Butzaua była później, a można przypuszczać, że także wcześniej, jedną z sowicie opłacanych nałożnic królewskich. Drugi z hajduków Szymon Mikulski został zraniony pałaszem. Sam król, w ogólnym zamieszaniu, wymknął się z karety i pobiegł do bramy pałacu wuja.

Dalszy przebieg zamachu – według relacji, która opublikowana została w „Monitorze” z 27 listopada 1771 r. – miał być następujący: „W tym nieludzkim i cale dzikim z Nim obchodzeniu się, jeden ze złoczyńców (Kuźma) zmierzywszy się z pistoletu do samej głowy mu strzelił, ale go i tam opatrzność najwyższa zasłoniła tak dalece, iż z tego strzelania król jegomość nie więcej poczuł, jak tylko gorącość w tym głowy miejscu, obok którego kuła przeleciała. Dawszy więc pokój strzelaniu, czy to, że nie mieli już wtenczas pistoletów nabitych i czasu ich nabicia, czy też z innej jakiej przyczyny, zaczęli króla jegomościa szablami okładać. Futro, które miał na sobie sprawiło, że te ich cięcia innej szkody na ciele nie uczyniły, jak tylko siności na nim pozostałe (…). Raz tylko cięto go w tył głowy, tak mocno, że na niej została znacznie szeroka rana (…).

Tymczasem owi złoczyńcy, chcąc pospieszyć swoją ucieczkę przymusili króla jegomości wsiąść na konia, bez kapelusza, bez jednego buta (…). Przybywszy ku okopom, które miasto otaczają, zaczęli przebywać fosę, co gdy król jegomość był przymuszony uczynić, koń pod nim dwa razy związał się i nogę złamał (…). Przebywszy okopy błąkali się po polu, sami nie wiedząc, dokąd się udać mieli. Noc ciemna i strach przy tym, aby nie byli poścignieni, tak ich zmieszał, że nie mogli pomiarkować, dokąd im dążyć należało (…). Jakoż wkrótce na różne rozpierzchli się strony. „

Kuźma jakimś „dziwnym zbiegiem okoliczności” został z królem sam na sam i zawiózł go do młyna pod Marymontem. Tam „złoczyńca”, który strzelał rzekomo do swojego monarchy, wzruszył się jego przemową i poprosił o łaskę. Król przespał się spokojnie w łóżku młynareczki, a parobek jej biegł już z listem królewskim na Zamek. Król został „ocalony”.

Caryca, która pertraktowała już z dworami Prus i Austrii w sprawie rozbioru „pogrążonej w anarchii Rzeczypospolitej”, miała nowy i bardzo mocny argument. Mogła odwoływać się do solidarności ludzi zasiadających na tronach. Prowokacja okazała się bronią skuteczniejszą od kilkudziesięciotysięcznych korpusów rosyjskiego wojska. Fryderyk Pruski, Józef II i Maria II Teresa, równie stanowczo jak Katarzyna II, opowiedzieli się w obronie króla „Ciołka”. Ludwik XV wstrzymał w związku z tym „skandalem” realizację swoich obietnic dla konfederacji.

Bez przeprowadzenia jakiegokolwiek śledztwa wskazywano, że zamachowcy działali na osobisty rozkaz Pułaskiego i przeciwko niemu skierowano przede wszystkim oskarżenia. 30 listopada 1771 r. władze austriackie wydały nakaz jego aresztowania, pod zarzutem usiłowania królobójstwa, a 4 grudnia „Generalność” była już zdecydowana poświęcić Pułaskiego dla „dobra sprawy”.

Prasa krajowa i zagraniczna rozpisywała się nad okrucieństwami, których Pułaski chciał się rzekomo dopuścić na osobie monarchy. Odwracali się od niego nawet ci, którzy jeszcze niedawno chlubili się jego przyjaźnią. Ile hartu ducha musiał wykazać, aby nie załamać się pod ciosami, które na niego spadały? Wątpiących pytał, czy po upadku Baru, po pierwszych przegranych, było lepiej? Czy nie przybyło doświadczenia? Czy Turcja złożyła broń? Czy Europa zgodzi się na rozbiór Polski? Czy patriotyzm już się wyczerpał? Czy możemy złożyć broń i zdać się na łaskę i niełaskę silniejszych sąsiadów?

Wróciwszy do swojej jasnogórskiej reduty, Pułaski przygotowywał się do piątej wiosny konfederackiej, opracował plan nowej ofensywy wojskowej i wierzył, że wszystko jeszcze obróci się ku zwycięstwu. Do ministra Francji, księcia D’Aiquillon pisał i zaręczał, że „przypisany mu udział w zamachu na życie władcy jest wstrętnym oszczerstwem pozbawionym wszelkiej podstawy”. D’Aiquillon informował o tym generała Viomenil: „Otrzymałem od Pułaskiego pismo usprawiedliwiające go całkowicie (…) odmalowała się w nim w całości jego dusza tak pełna dzielności. Sam już ton tego pisma budzi wiarę, iż ten wódz konfederacji jest niewinny spisku, o który się go oskarża. „

Również Viomenil, lepiej od wielu rodaków poznał się na Pułaskim. W styczniu 1772 r. pisał do niego: „ Wierzaj mi, panie marszałku, że twe interesy są mi drogie, że dzieliłem twe utrapienia i że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby im jak najprędzej położyć kres. ” W liście zawarta była prośba, aby Pułaski zechciał dbać więcej o zachowanie swego życia, tak niezbędnego dla Polski w walce o wolność.

Chcąc oczyścić się od krzywdzących zarzutów „królobójstwa”, chwycił Pułaski za pióro i we władaniu nim wykazał niemały talent. „Granicą gorliwości obywatelskiej jest sprawiedliwość. Tylko fanatyzm pozwala sobie na wszystko. Od dziecięcych lat ganiłem głośno nadużycia władzy nad Cesarstwem, jakiego dopuścił się Cezar, ale potępiałem także czyn Senatu. Podziwiałem w Brutusie obywatela, nienawidziłem – mordercę. Głosiłem łagodność względem zwyciężonych i sam dawałem jej przykłady. Kiedy Rosjanie po barbarzyńsku postępowali z moimi rodakami, ja odsyłałem im jeńców. Karę śmierci, którą wszystkie ustawy stanowią, zmieniłem na roboty publiczne. Jeżeli chodzi o Stanisława Poniatowskiego, to czułbym się zaiste najszczęśliwszym ze śmiertelnych, gdybym mógł z nim wałczyć, idącym na czele niewolników i nieprzyjaciół, których wezwał do ojczyzny na wytępienie równych obywateli, gdybym wziął go do niewoli i mógł zmusić do abdykacji z tronu, zroszonego krwią moich ojców i przyjaciół (…). Przypisywane mi intencje zamachu na króla są wstrętnym oszczerstwem, pozbawionym wszelkiej podstawy wymysłem, zrodzonym pod ciężarem wyrzutów sumienia. „

W lutym 1772 r. pomiędzy Rosją, Austrią i Prusami zawarty został tajny na razie układ o przeprowadzeniu rozbioru Rzeczpospolitej. W tej sytuacji „łabędzim śpiewem” było zdobycie przez konfederatów Wawelu (2 lutego). Wiosną już cały kraj mówił wyłącznie o mającym nastąpić rozbiorze. Konfederaci „skompromitowani zamachem na króla”, coraz bardziej tracili popularność i wolę walki.

Kazimierz Pułaski należał do nielicznych, którzy żywili jeszcze nadzieję. 13 lutego pisał do Zaremby: „Ja ciągnę Krakowu z sukursem. JWP swoją komendą raczysz pomknąć na trakt warszawski, aby stamtąd siła jaka tyłu mi nie wzięła.” Spod Krakowa w 2000 koni ruszył Kazimierz na północ, aby zdobyć zamek Janowiec koło Kazimierza nad Wisłą. Złączył się tam z Kossakowskim i wspólnie wystąpili przeciwko Drewiczowi. Ten cofał się w wielkim pośpiechu. Pościg Pułaskiego pod Pińczów i Skalbmierz nie dał rezultatów.

W kwietniu 1772 r. do otwartej wojny z Polską przystąpiły Prusy. 19 kwietnia goniec Zaremby powiadomił „Generalność” o powziętej przez niego decyzji o złożeniu broni. W trzeciej dekadzie kwietnia padł obsadzony przez konfederatów Wawel. Radzimiński z dywizją, która walczyła w Sanockiem i Przemyskiem oraz Zieliński, marszałek ciechanowski, krewny Pułaskiego, przybyli do Częstochowy, która była ostatnią redutą konfederacji. Ciągnęły za nimi przeważające siły wojsk rosyjskich pod dowództwem Suworowa.

Jak długo może się jeszcze bronić Jasna Góra? Dać się pogrzebać pod gruzami fortecy, wytrzymawszy oblężenie, ile się da? Popełnić samobójstwo czy próbować uciec? – takie tragiczne dylematy miotały Pułaskim.

Zaczęły się bombardowania i szturmy. Obrońcy odpierali ataki, walczyli bohatersko, czasami zadawali przeciwnikowi ciężkie straty, ale wiedzieli już, że ta obrona nie może skończyć się zwycięstwem. Suworow obiecywał łaskę, wzywał do zaniechania rozlewu krwi. Pułaski, chcąc zyskać na czasie, podjął pertraktacje. Zgodził się oddać twierdzę przedstawicielowi senatu polskiego, a nie generałowi rosyjskiemu. Stawiał przy tym następujące warunki:

  • w niepamięć puszczone zostaną wszelkie pretensje z okoliczności wojennych;
  • forteca częstochowska zabezpieczona zostanie dla Polski, z komendantem katolickim;
  • żołnierze chętni do służby skierowani zostaną do oddziałów w wojsku Rzeczypospolitej.

Suworow wysłał do Warszawy gońca z pismem, aby upoważniono kogoś do odebrania Częstochowy. Główni przywódcy konfederacji zgromadzili się w Cieszynie, 19 maja podjęli decyzję o udaniu się na emigrację. Pułaski przebierał swych najwierniejszych żołnierzy i nocami umożliwiał im ucieczkę z oblężonej twierdzy. Również on sam postanowił postąpić w ten sposób, chyba że niebezpieczeństwo dostania się w ręce rosyjskie zmusi go do popełnienia samobójstwa. W ostatniej dekadzie maja wszystko było już przygotowane, komenda przekazana Radzimińskiemu i Zielińskiemu. 31 maja 1772 r. Pułaski ucharakteryzowany na kupca opuścił Jasną Górę. Z drogi, która go wiodła na tułaczkę, patrzył ostatni raz na Częstochowę.

Pozostałym w twierdzy obrońcom odczytywano jego ostatni rozkaz: „Wziąłem oręż do ręki dla dobra publicznego i dla niego złożyć go muszę. Związek trzech państw potężnych odejmuje nam wszelkie środki obrony, a sprawa, do której wplątany jestem, utrudniałaby mi przeprowadzenie dla Was kapitulacji, łącząc was z moim nieszczęściem… Znam Waszą gorliwość i Waszą odwagę i pewny jestem, że gdy szczęśliwie zdarzą się okoliczności dla służenia Ojczyźnie, będziecie takimi samymi, jakimi byliście ze mną. „

Bez trudu i cytowania dawniejszych, pełnych patosu opisów sarmackich dziejopisów, możemy sobie wyobrazić wiarusów konfederackich, którzy słuchali tego rozkazu. Ich zmienione od łez i wzruszenia twarze wyrażały ból, znany również w późniejszych polskich doświadczeniach – ból, przy którym mówi się: Nic to! Nil desperandum!

W tydzień po opuszczeniu Częstochowy raz jeszcze pisał Pułaski do pozostałych tam obrońców: -Jeszcze to nie ostatnie nadzieje, nasz Bóg mocniejszy nad wszystko, kto z nim, zawsze wygrany. Potencje nadmorskie nowy alians ze sobą czynią, a z tego generalna wojna spodziewana.”

Proces przeciwko Kazimierzowi Pułaskiemu rozpoczął się 7 czerwca 1773 r. Nieśmiało dopytywano się o Kuźmę-Kosińskiego i Strawińskiego, ale nie upierano się, by zeznania swoje złożyli osobiście. Za wiarygodne uznano ich listy. Kuźma, obdarzony przez króla szlachectwem (stąd Kosiński) i roczną pensją w wysokości 400 dukatów, przez długie lata żył w słonecznej Italii. Do Polski wrócił po III rozbiorze, a zmarł dopiero w roku 1822.

Do Włoch trafił również później, z odpowiednim wynagrodzeniem, Strawiński. Do zakończenia procesu przebywał pod bezpośrednią opieką carycy Katarzyny. 9 kwietnia 1773 r., półtora roku po zamachu, „zaniósł do grodu wileńskiego swój manifest” opisujący z zadziwiającą drobiazgowością, że Kazimierz Pułaski kazał mu porwać króla, a w razie pościgu, gdyby zawiodły nadzieje umknięcia – „życia go pozbawić. „

30 czerwca 1773 r. Pułaski pisał do marszałka Lubomirskiego, aby wyznaczyć mu adwokata. Sejm uznał jednak, że adwokat będzie dopuszczony tylko wówczas, gdy oskarżony stawi się osobiście. Głosy posłów, którzy ośmielali się protestować, zagłuszano brawami i pogróżkami Stanisława Augusta Poniatowskiego, który uznał, że jeżeli „nie będzie wyroku na królobójców, to nie będzie też amnestii dla wszystkich, którzy brali udział w konfederackich walkach. Niechaj więc panowie wybierają mniejsze zło.”

Obciążające „dowody” pochodzące od Kuźmy i Strawińskiego wspierał sam król, który jako jedyny „świadek” mówił raz jeszcze o „swoim cudownym ocaleniu z rąk zimnych morderców nasłanych przez Pułaskiego.” W wyniku tak prowadzonego procesu orzeczono, że ,Kazimierz Pułaski nie wiadomo z jakiej przyczyny, pałając nienawiścią ku Najjaśniejszemu Królowi, wykonanie zbrodni królobójstwa Strawińskiemu i Łukawskiemu polecił i w tym celu odpowiednie rozkazy wydał (…). Ciało rozćwiartowane spalić i na wiatr rozwiać, ręce obcięte do łokcia przy drodze publicznej wbić na pal, majątek cały przeznaczyć skarbowi królewskiemu” – tak brzmiały najistotniejsze fragmenty wyroku skazującego uwięzionego Walentego Łukawskiego i zaocznie Kazimierza Pułaskiego.

Wyrok ten hańbi i kompromituje tych, którzy go wydali. Kasacja wyroku skazującego Kazimierza Pułaskiego przeprowadzona została dopiero w roku 1792, w dobrym dla nas czasie, gdy ambasada rosyjska straciła na krótko swoją władzę w Polsce.

Nie pierwszy to i nie ostatni przejaw bezprawia realizowanego w Polsce pod rosyjskie dyktando. Ale co sądzić o historykach, którzy ponad 200 lat po tym haniebnym wyroku powtarzają bezkrytycznie, że „zorganizowany lub inspirowany przez Pułaskiego” zamach na króla był największym błędem konfederacji barskiej, a udział w nim „bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość przyćmiewa nieco plutarchową przejrzystość jego biografii”?