Warszawy

Śladami Książąt Mazowieckich — Janusza I Starszego

12. Czersk — Ulubiona siedziba księcia Janusza

Niespełna 25 km na południe od granic Warszawy, położone są malownicze ruiny XIV-​​wiecznego zamku. Usytuowany na stromym wznie­sieniu górującym nad doliną Wisły, jest pozosta­łością po ulubionej siedzibie księcia mazowieckiego Janusza I Starszego.

Czytaj dalej

Śladami Księżnej Anny i ostatnich Książąt Mazowieckich

6. Ostrów Mazowiecka — Zaślubiona księżnej Annie

W 1434 r. Bolesław IV nadał osadzie prawa miejskie. W miejscu dzisiejszego ogródka jorda­now­skiego istniał dwór książęcy. Dnia 6 czerwca 2004 r. na skwerze miejskim odsłonięto pomnik księżnej Anny — matki ostatnich książąt mazowieckich. To jak dotąd jedyny na Mazowszu pomnik poświęcony władcom Mazowsza. Księżna nadała miastu przywilej organi­zowania 4 jarmarków i 1 targu tygodniowego, co przyczyniło się do dynamicznego rozwoju miasta, które na początku XVI w. zaliczane było do znaczących na Mazowszu.

Czytaj dalej

Śladami Książąt Mazowieckich

Histo­ryczne Mazowsze to kraina, która już za panowania Mieszka I została włączona do rodzącego się państwa pierw szych Piastów. Swym zasięgiem obejmowała obszar pomiędzy Wisłą. Skrwą, południową krawędzią Pojezierza Mazur­skiego. Orzycem i Narwią, a na południu sięgając po Pilicę. Książę Władysław Herman uczynił na krótko z najstarszej stolicy Mazowsza — Płocka, stolicę Polski. Jego syn Bolesław Krzywousty, który zmarł w Socha­czewie został pochowany w katedrze płockiej. W wyniku podziału na dzielnice już na początku XIII w. Mazowsze usamo­dzielniło się, a książę Konrad, jako pierwszy zasłużył na miano samodzielnego księcia mazowieckiego. Jego potomkowie aż do początku XVI w. utrzymali nieza­leżność Mazowsza.

Czytaj dalej

Przewodnik po Warszawie — Judaica

Aleje Jerozo­limskie

W 1768 r. zezwolono Żydom na swobodne zamiesz­kiwanie na Mazowszu, z wyłączeniem Warszawy. Wówczas za zachodnimi rogatkami miasta, w okolicach obecnego placu Zawiszy, Józef Potocki i August Sułkowski w 1774 r. na swoich gruntach założyli osady dla Żydów: Nowy Potok i Nowa Jerozolima. Władze Warszawy, uznając je za konku­rencyjne w prowa­dzeniu handlu, już po roku dopro­wadziły do ich likwidacji, ale droga prowadząca do Wisły i jej nazwa pozostały do dnia dzisiejszego.

Czytaj dalej

Legendy Mazowsza

Warszawska syrenka

Nad Wisłą, przy moście Święto­krzyskim, skąpany w strumieniach wody bijącej z fontanny stoi — zdaniem wielu — najpięk­niejszy pomnik Warszawy. Postać syreny pół-​​kobiety półryby, z mieczem w dłoni, osłoniętej tarczą zwrócona jest w kierunku północnym, gdzie zdąża królowa polskich rzek.

Czytaj dalej

Historia Góry Kalwarii, Czerska, Baniochy

Góra Kalwaria należąca do rodziny polskich kalwarii pątniczych, stanowi jedno z najcie­kawszych rozwiązań archi­tek­to­nicznych baroku. Nim jednak miasto stało się miejscem kultu, w którym klasztory miało 6 zgromadzeń zakonnych opieku­jących się 5 kościołami i 35 kaplicami, była to niewielka wieś egzystująca w sąsiedztwie silnego w średnio­wieczu Czerska.

Czytaj dalej

35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. VI

Burzliwe lata 1939 – 1945 zapisały się w historii Polski na wiele wieków, szcze­gólnie przez zbrojne i bardzo krwawe zmagania z zaborczymi sąsiadami. To dziwne, że wszyscy sąsiedzi nas nie lubią, a dalsi — fałszywi, po wykorzy­staniu ignorują. Musimy stale prostować przekłamania wrogich historyków poprzez organi­zowanie różnych uroczy­stości roczni­cowych, żeby przypomnieć światu co przeżył nasz naród, żeby istnieć!

Podczas II wojny światowej Polacy najdłużej walczyli z państwami „ Osi”- od września 1939 r. do sierpnia 1945 r. (Marynarka Wojenna, saperzy i pilot Arciszewski — na froncie japońskim).

Z okazji Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia, zobowiązany jestem z wdzięczności, w kilku słowach przypomnieć Kolegom zasługi naszego Honorowego Członka– pułkownika Stefana Strzel­bickiego, Szefa Wydziału Oficer­skiego WKU w Grójcu. Jest on założy­cielem naszego klubu,; troskliwym opiekunem i doradcą w działaniu statutowym. Akceptował wszelkie „nowinki” i jest dumny z| naszych osiągnięć. Był w I stałym kontakcie ze Sztabem Klubu. Pozytywnie rozpa­trywał wszelkie prośby, szcze­gólnie przed­stawiane przeze mnie wnioski na kolejne wyższe stopnie wojskowe i odzna­czenia MON. Bardzo wielu podpo­ruczników awansowało do stopnia kapitana, a nawet majora. Dziesiątki podoficerów– od st. szere­gowego lub kaprala dosłużyło się st. sierżanta sztabowego za udział w różnych szkoleniach, ćwiczeniach i zajęciach w sekcjach klubu. Dla niektórych to niby nic znaczącego, ale dla prawdziwego mężczyzny– Polaka to wielki zaszczyt, choćby w życiorysie dla własnych wnuków! Rozma­wiałem na ten temat z płk Strzel­bickim i przyznał rację, że tylko szlachetne charaktery czują wdzięczność. Jako emeryt sam nie spoczął na laurach, ale zajął się pracą społeczną, kierując wzorowo w Grójcu Związkiem Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego. Organizuje m.in. imprezy integracyjne w garnizonie oraz na wyjeździe, na które zawsze zaprasza nasz klub, jak np. bliskie naszemu sercu– sierpniowe na Przyczółku Warecko– Magnu­szewskim. Nie wstydzi się rodowodu LWP, bo ojczyzna jest jedna, nawet dla tych spod Grunwaldu, Cecory, San Domingo, Samosierry, Wester­platte, Lenino, Monte Cassino, Warszawy, Kołobrzegu, Bremy czy Berlina. Wszystkimi kierował jeden cel-​​wolność dla Polski!

Płk Stefan Strzelbicki, syn Marcina i Władysławy z d. Sitek, urodził się 24.08.1930 r. w mieście Zgorzała pow. Piaseczno. W 1940 r. rodzice przepro­wadzają się do Kazimierkowa koło Warki.

W 1944 r. kończy szkołę podstawową we Wroci­szewie. Po ukończeniu w 1950 r. szkoły przemysłowo– mecha­nicznej przy FUM– Warka, otrzymuje zawód tokarza. Od czerwca 1950 r. zostaje powołany do zawodowej służby w WOP– Brygada Krosno Odrzańskie. Z uwagi na wybitne zdolności dowódcze w latach 1951– 1952, po ukończeniu oficerskiej szkoły WOP w Kętrzynie i otrzymaniu stopnia oficer­skiego, zostaje skierowany do Brygady– Kłodzko na dowódcę Strażnicy — Lasówka, następnie — Golińsk i po kilku latach w drodze awansu– do Wałbrzycha. Na własną prośbę, w 1968 r. przeniesiony do Powia­towego Sztabu Wojskowego w Makowie Mazowieckim, gdzie pełni funkcję zastępcy komendanta. W 1970 r. kończy roczny kurs dokształ­cający oficerów WP. Od 1972 r. pracuje w WKU– Grójec. W 1987 r. zostaje przeniesiony do rezerwy. Za 37 lat służby wojskowej otrzymał wiele odznaczeń państwowych, resor­towych, organi­za­cyjnych, regio­nalnych itp., jak: KOOOP, zł. „Krzyż Zasługi”, zł. medal „ Za Zasługi dla Obronności Kraju”, zł. medal „ Sity Zbrojne w Służbie Ojczyzny”, zł. medal „ Za Zasługi dla LOK” oraz wiele odznaczeń Rad Wojewódzkich, PCK i ZŻLWP. Pełen troski opiekun KOR– LOK w Grójcu, Mogielnicy, Biało­brzegach i Warce. W listo­padzie 1994 r. organizuje w Grójcu Koło Związku Żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a w 1997 r. zostaje prezesem Zarządu Powia­towego. Dzięki Jego charyzmie, inicjatywie i wielkim staraniom 8.05.2000 r. ZŻLWP w Grójcu otrzymuje sztandar, który uświetnia wszelkie uroczy­stości patrio­tyczne w kraju i za granicą. Nadal pełni funkcje prezesa. W latach 2000– 2008 był Wiceprezesem Mazowieckiego Oddziału Wojskowego. Jest członkiem Zarządu Głównego ZŻLWP.

W obecnym, 2009 r. przypada wiele okrągłych rocznic związanych z historią Narodu Polskiego. KOR– LOK– Warka od początku istnienia, zawsze pamiętał o tych wydarzeniach i odważnie, różnymi imprezami starał sieje przypomnieć i odpowiednio uczcić. Rezerwiści wareccy zobowiązani moralnie do upamięt­nienia wojny obronnej Polaków w 1939 r„ sponta­nicznie, całkowicie społecznie, w ramach swoich możliwości, bez powoływania specjalnych komitetów, w kilka­naście dni postawili w 1989 r. przy ul. Polnej obelisk „1939– WRZESIEŃ-​​1989″! Podstawa, symbo­liczny fragment bunkrów kpt. Raginisa spod Wizny, głaz w kształcie kropli krwi, orzeł w koronie –z czapki obrońcy Polski i krzyż, który symbo­lizuje modlitwę, ostatnią nadzieję umiera­jącego na polu bitwy żołnierza polskiego. Wtedy nikogo nie pytaliśmy o zgodę, pewni sprawie­dliwości histo­rycznej, bo „ obrońcy wolności”, nieznający posta­nowień poczdamskich, tylko „zza węgła” kryty­kowali naszą pracę.

Jak to się w życiu wszystko zmienia, niczym chorą­giewka na wietrze!

W tym miejscu ponawiam serdeczne podzię­kowania– własne i w imieniu rezer­wistów– Koledze Władziowi Gostkow­skiemu, który z pomocą kpt. rez. Henryka Zalew­skiego i śp. kpt. rez. Jana Bieniasa podjął się wykonania obelisku bez żadnego wynagro­dzenia, społecznie, który do dzisiaj jest jedynym w Warce symbolem wojny w 1939 r.

St. sierż. sztab. rez. Władysław Gostkowski, syn Józefa i Wandy z domu Grzęda, urodził się 8.08. 1929 r. Szkołę podstawową ukończył w 1945 r„ a w 1950 r. 3– letnią szkołę przemysłowo-​​mechaniczną przy FUM– Warka. 11.12.1950r. wcielony do J.W– 1236 w Warszawie gdzie służył trzy lata; przeniesiony do rezerwy w j stopniu pluto­nowego. Wrócił do pracy w FUM-​​ie jako ślusarz, bryga­dzista, mistrz. Po ukończeniu Technikum Mecha­nicznego zdobył tytuł technika, st. mistrza dyplo­mo­wanego na wydziale montażu obrabiarek zespo­łowych. Od 1998 r. na emeryturze. Posiada wiele odznaczeń państwowych, organi­za­cyjnych, m.in. KOOOP, zł. „ Krzyż Zasługi”, zł. medal „ Za Zasługi dla Obronności Kraju”, zł. medal „ Za Zasługi dla KOR-​​LOK”, jubile­uszowe, wojewódzkie, itd. Od wiosny 1974 r. do chwili obecnej aktywny członek Sekcji Gospo­darczej KZR (KOR). Wieloletni Członek Zarządu, wspaniały nasz Kolega i mój Przyjaciel.

Prezes Honorowy KŻR ppłk Dariusz Kossa­kowski Tel. 607−164−851

35 lat Klubu Oficerów Rezerwy w Warce im. Piotra Wysockiego cz. I

Już przed 35-​​laty, w dniu 29 listopada 1973r, w Sali Aktowej gościnnego Muzeum im. K. Pułaskiego, wiedzieliśmy, że nadejdzie czas swobodnego naśla­dowania postaci „Wareckiego Bohatera” — Piotra Wysockiego, który w decydującym momencie sam, poderwie podcho­rążych do walki z zaborcą i zerwie kajdan niewoli. Ileż nadziei i odwagi było w tym młodym człowieku. Ileż patriotyzmu, poświęcenia, honoru, a później i cierpienia. Dlatego, wtedy w Muzeum, na Uroczystym Zebraniu Klubu Oficerów Rezerwy Ligi Obrony Kraju, zarząd wybrał Go, jedno­głośnie na swego Patrona, żeby przyświecał nam w działaniu społecznym na rzecz umocnienia obronności kraju i patrio­tycznego wychowania młodzieży wareckiej, przez przekazanie jej historii i tradycji narodowej.

Idealnym Patronem dla oficerów rezerwy. W Warce się urodził, tu wrócił z zesłania i tu złożone są Jego kości.

Wtedy, też uchwalono, że KOR-​​LOK będzie każdego roku, organi­zatorem uroczy­stości z okazji „ Nocy Listo­padowej”, w oparciu o Szkoły Podcho­rążych z całej Polski, zaprzy­jaźnione Jednostki Wojskowe i miejscowe Szkoły noszące imię Wysockiego.

I tak było przez dziesiątki lat. Na uroczyste capstrzyki przyjeżdżały delegacje podcho­rążych prawie z całego kraju. Kompanię Honorową stale wystawiała Wyższa Szkoła Służb Pożar­niczych z Warszawy i do tradycji należał też przyjazd całego I-​​go rocznika ze szkoły Orląt w Dęblinie. Była orkiestra wojskowa z Gór}/ Kalwarii, lub z Warszaw/​y, czy Dęblina. Były sztandary, tłumy miesz­kańców, przemó­wienia. Po prostu patrio­tyczna manife­stacja. Harcerze składali na rynku przyrze­czenie harcerskie, a potem masze­rowali z pochodniami ulicami miasta aż do grobu Wysockiego. Cała uroczystość była zawsze, jedną wielką demon­stracją przeciwko „ustaleniom jałtańskim”.

25 września 1973r., powstający w Warce KOR, oparty regulaminie LOK, był faktycznie patrio­tycznym stowa­rzy­szeniem oficerów . Przez szeroką działalność, nazywany później „modelowym”. Po 10-​​ciu łatach pracy zawodowej w Warce, miałem doskonałe rozeznanie wśród miesz­kańców na kogo można liczyć, kto jest kim?. Wśród najbardziej aktywnych byli oficerowie : ppor. dr Drogosław Wożniak — oficer pułkownika Maczka, ppor. Andrzej Węgiełek– syn lekarza zamor­do­wanego przez Niemców, ppor. Aleksander Gajewski — oficer gen. Kleberga i sybirak, por. Krystyna Falińska– żona dowódcy J.W. w Ogrodzie­nicach, por. Zygmunt Szywata — jeniec wojenny, ppor. Józef Szczepanik, ppor. Stefan Ambroż, ppor. Janusz Kozłowski, sierżant podchorąży Zdzisław Pilski– ostatni żołnierz pułkownika Ziele­niew­skiego, ppor. Tadeusz Sobczyk, ppor. Andrzej Czarnecki, ppor. Andrzej Jasiński, ppor. Henryk Zalewski. Po pół roku działalności, aktyw klubu zasilili wspaniali koledzy podofi­cerowie: Stefan Batte, Andrzej Sobolewski, Stanisław Rutkowski, Andrzej Buczek, Jerzy Domański, Tadeusz Krzyża­nowski, Krzysztof Cybulski, Władysław Król, Roman Gancarz, Antoni Cieślak, Janusz, Władysław, i Wojciech Gajewscy, Stefan Siekierski, Jan Skowroński, Roman Szynkowicz i wielu innych.

Dla prowa­dzenia syste­ma­tycznych zajęć szkolenia wojskowego na miejscu i na wyjeździe oraz organi­zowaniu różnych imprez, powstały sekcje : strzelecka, łączności i gospo­darcza, której efekty dobrze są znane społeczności Wareckiej, a powstały też dzięki przychylności i ofiarności dyrektorów i prezesów miejscowych zakładów pracy, a szcze­gólnie kolejnych naczelników miasta. Pełen pomysłów do uatrak­cyj­niania zajęć, zawsze zasięgałem opinii kolegów. Doradcą i powier­nikiem, oprócz kolegi Andrzeja Węgielka i Stefana Batte, był kol. (ppor.) kpt. Drogosław Woźniak, szcze­gólnie zasłużony dla Warki.

Dr. Drogosław Wożniak urodził się l-​​12-​​1914r. w Cieszynie na Śląsku jako syn Franciszka i Franciszki z domu Spinek (Czeszka). Ojciec Jego był podoficerem sztabowym w Armii Austriackiej. W Cieszynie ukończył szkoły zdaniu matury studiował medycynę na wydziale lekarskim UJ. w Krakowie. W 1938r. otrzymuje dyplom lekarski. 31 maja 1939r. kończy staż podyplomowy i idzie na 3-​​miesięczny kurs w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Po ukończeniu kursu zostaje wcielony do 5-​​go pułku pancernego w Krakowie dowodzonego przez płk. Góreckiego. Z wybuchem wojny zostaje awansowany do stopnia podpo­rucznika, opuszcza z pułkiem Kraków i udaje się na wschód do Żurawicy w celu dozbrojenia. 17 – 09-​​39r. w miejscowości Brody, Sowieci zarzucają ich ulotkami o treści: „ Przychodzimy do was– jako przyjaciele!” . 18 – 09-​​39r. płk Maczek zabiera całą dywizję pancerną i od 19 – 09-​​39r. pułki w zwartych szykach i w pełnym uzbrojeniu przekraczają granicę Węgier. W Polsce były nawet podstawione autobusy celem ewakuacji rodzin wojskowych i chętnych cywilów. Trzy dni stoją w miejscowości Racho czekając na resztę wojska, następnie zostają inter­nowani do miejscowości Eger. Zrządzeniem losu doktor Woźniak udzielając pomocy medycznej Węgrowi miesz­ka­jącemu w Budapeszcie znalazł mieszkanie i otrzymał kartę stałego pobytu na Węgrzech. Tęsknota za krajem i rodzina zmusza doktora do podjęcia działań zmierza­jących do powrotu do domu. W grudniu 1939r udaje się do Koszyc do konsulatu Polskiego z prośbą o pomoc w przerzucie do Polski.

W krótkim czasie zostaje zorga­ni­zowany powrót do domu zakończony niepo­wo­dzeniem. Niemcy aresztują dr Woźniaka i osadzają w więzieniu w Nowym Targu. W końcu grudnia zostaje zwolniony z aresztu i odstawiony do Krakowa . Może mieszkać z rodziną, jednakże pozostaje pod nadzorem policyjnym. Podczas trwania okupacji hitle­rowskiej pracuje zawodowo prowadząc praktykę lekarską w Stara­cho­wicach i w Racła­wicach. W roku 1948 przyjeżdża do Warki. Przez rok dojeżdża do pracy do Jędrzejowa zajmując funkcje lekarza powia­towego. Pracę doktorską pisze pracę doktorską na Uniwer­sytecie Poznańskim i 10 – 12-​​1949r. otrzymuje tytuł doktora nauk medycznych. Przez trzy lata mieszka we Włosz­czowej pełniąc funkcję lekarza powia­towego. W 1952 r. wraca do Warki obejmując Kierow­nictwo w Rejonowej Przychodni Lekarskiej, pracując jedno­cześnie w FUMie i Pogotowiu Ratunkowym, W latach osiem­dzie­siątych przechodzi na emeryturę po wielo­letniej , solidnej i pełnej poświęcenia pracy lekarza. Wysokiej klasy diagnosta, obdarzony zaufaniem pacjentów. Wolny czas poświęcał sekcji strze­leckiej naszego klubu. Spokojny, z celnym okiem był w pierwszej drużynie strze­leckiej. Uczest­niczył w wielu zawodach. Jako aktywista uczest­niczył chętnie w różnych uroczy­sto­ściach i oficjalnych spotkaniach rezer­wistów z władzami wojskowymi i cywilnym co dodawało splendoru Lidze Obrony Kraju.

Zawsze, bardzo ceniłem sobie Jego u wagi i rady. Za wzorową służbę i szkolenie w KOR-​​LOK został awansowany przez MON do stopnia kapitana. Jako senior klubu cieszy się z syste­ma­tycznej patrio­tycznej działalności lokowskiej i jest dumny z naszych osiągnięć. W imieniu rezer­wistów, życzę Szanownemu Seniorowi dalszych lat w zdrowiu i zadowoleniu.

Prezes Honorowy KŻR ppłk Dariusz Kossa­kowski Tel. 607−164−851

Moje harcerstwo zaczęło się w Modliborzycach

W lutym 1941 r, dotarła do nas wiadomość z Warszawy, że u Św. Boromeusza leży ciężko ranny z licznymi odmro­żeniami Józef Orłowski, brat mamy, a mój Chrzestny Ojciec. Pracował wtedy w Powiatowym Wydziale Drogowym w Grójcu, miał do dyspozycji motocykl i często służbowo jeździł do Warszawy. Zwerbowany do ZWZ, był łącznikiem. Któregoś razu pojechali za nim Niemcy i postrzelili go w drodze pod Raszynem. Tam wykrwa­wionego i przemar­z­niętego, przyjaciele umieścili go (schowali) na leczenie w szpitalu zakaźnym. Mimo wielkich starań lekarzy, zmarł 20 marca 1941 r, dzień po swoich imieninach. Pochowany jest na Bródnie. Wczesną wiosną (chyba był to marzec) 1941 r., przez kilka dni, przywożono furmankami chłopskimi (podwodami), ze stacji kolejowej w Szastarce do Modli­borzyc, Żydów wysie­dlonych z Wiednia wraz z ich dobytkiem. Żydów przyjechało około półtora tysiąca, całe rodziny. Twierdzili, że byli trzecim pokoleniem żydowskim, a mimo to zostali wyrzuceni z III Rzeszy.

W tym przypadku, nasze harcerskie działanie wywia­dowcze ograniczało się tylko na zloka­li­zowaniu ich zakwa­te­rowania, bo dużo zamieszkało w wynajętych pokojach u Polaków.

W Wielką. Środę Wielkanocną 1941 r., wieczorem, stojąc koło p.p. Wojto­wiczów, zobaczyłem ogień na górze „Cegielni”, który po chwili zgasł. Po niedługim czasie przebiegł szosą w kierunku miasta szofer z Urzędu Powia­towego w Janowie Lubelskim. Coś krzyczał i klął po polsku, że mu się zapalił samochód i piaskiem go ugasił. Był to Heinrich (Volks­deutsch) z Opolsz­czyzny, znany w Modli­bo­rzycach z częstych przyjazdów ciężarówką z Niemcem Millerem, złośliwą „szarąeminencją”(wymagał, aby mu kłaniano się, inaczej, bił czcionką ). Pewnie chciał zatele­fonować z komisariatu Polskiej Policji do Janowa z prośbą o pomoc. Zacie­kawiony pobiegłem na Cegielnię. Stała tam ciężarówka z towarem do kasyna niemieckiego. Kręciło się już przy niej dwóch mężczyzn. Wynosili butelki szampana, papierosy i coś jeszcze. Ja wziąłem naręcze paczko­wanych pierników i blaszany, malowany na zielono, kubek. Wszyscy pośpieszne uciekliśmy. Z domu długo obser­wowałem szosę, nic się nie działo i położyłem się spać. Rano otrzymałem surową reprymendę za brak rozwagi i grożące konsekwencje.

Od maja 1941 r., co kilka dni miałem obserwować przejeż­dża­jących Niemców szosą, koło naszego domu i dyskretnie notować w zeszycie; na lewej stronie jadące w lewo, na Janów, a na prawej w kierunku Kraśnika. Były rubryki na rowery, motocykle, samochody osobowe i ciężarowe. Ja miałem stawiać tylko pionowe kreski w odpowiednie rubryki. Polecenie pomiaru ruchu otrzymałem od kuzyna Józefa Olszowego, a zeszyty zabierał podobno p. Tadeusz Warski, kierownik miejscowego „Holztran­sportu”. Mieszkał przy ul. Kościelnej u p.p. Gładkowskich (grana­towego policjanta). Później skoja­rzyłem sobie to zadanie wywia­dowcze, z koncen­tracją Wehrmachtu na wschodzie Generalnej Guberni. Pan Warski był zaprzy­jaźniony z moimi wujkami i często bywał u nas. Ładnie malował, nawet zrobił mi w pasteli duży portret. Po wojnie, w październiku 1947r., skontaktował się ze mną w Warszawie. Pracował w KBW przy ul. Rakowieckiej (wejście od ul. Puławskiej). Był w stopniu majora i wrócił do właściwego nazwiska: Kostarski. Założył rodzinę. Byłem tez w jego mieszkaniu przy ul. Grotgera. Wiele spraw wyjaśnił mi, prosząc o dyskrecję i wyrozu­miałość. Mówił, że w ten sposób dużo pomógł i nadal pomaga prześla­dowanym Akowcom. Opowiadał o wysłaniu p. Doni Macie­rzyńskiej z Modli­borzyc w 1941 r. do Wiednia. 13 .11.1939r. , gen Władysław Sikorski powołał ZWZ ( Związek Walki Zbrojnej), który m.in. prowadził działania wywia­dowcze na terenie Niemiec. Agenci ZWZ byli umieszczani na terenie Rzeszy w rozmaity sposób i różnymi metodami. Najczęściej wykorzy­stywano tu akcję rekru­tacyjną do pracy w niemieckim przemyśle, ponieważ ludzie , którzy dobro­wolnie udali się do Niemiec, najczęściej mieli możliwość wyboru miejsca i charakteru zatrud­nienia. II Oddział AK (odpowie­dzialny za wywiad i kontr­wywiad) był w stanie umieścić szpiegów w różnych ważnych przed­się­bior­stwach , zakładach produk­cyjnych i insty­tucjach. Działalność szpie­gowskich agentów ZWZ w Państwie Policyjnym III Rzeszy , była bardzo niebez­pieczna. Siatki infor­matorów żyły w ciągłym zagrożeniu. Meldunki polskiego wywiadu były wysyłane kurierami do Warszawy, tam weryfi­kowane raz w miesiącu, drogą radiową , przeka­zywane wywiadowi Brytyj­skiemu. Wiele osób, wysłanych do Rzeszy, miało wykształcenie w różnych dziedzinach i potrafiło zdobywać cenne informacje. Z Modli­borzyc , jako agentka ZWZ , jesienią 1941 r. wyjechała do Wiednia p. Aldona (Donia) Macie­rzyńska , córka kpt. rez. WP Hieronima Macie­rzyń­skiego, miejscowego nauczyciela. Do ulokowania jej w Austrii, wykorzystano kontakty antyfa­szystów żydowskich, wysie­dlonych z Wiednia do Modli­borzyc. P. Donia, po wojnie nie wróciła do Polski. Zamieszkała w Wielkiej Brytanii (w mieście Streatham), wyszła za mąż; korespon­dowała z moją mamą w Modli­bo­rzycach. Wspominał też, że jeżdżąc często do lasów zwerbował do wywiadu, rosłego harcerza, patriotę, Ignacego Mucka, który jako ochotnik zgłosił się jako ochotnik na roboty do Rzeszy. Rzeczy­wiście, otrzymałem wtedy od Mucka kilka listów z Niemiec i nawet się zdziwiłem, że tak nagle „ na ochotnika”, pracuje dla wroga. P. Warski, ostrzegał mnie przed wylew­nością do kolegów — studentów przed rozmowami na temat okupacji, bo mogę nie otrzymać dyplomu lekarza.

Pierwsza moja dalsza wyprawa z Modli­borzyc była na początku czerwca 1941 r. do Wysokiego Lubel­skiego. Pojechałem rowerem, ścieżkami przez Wierz­chowiska, Błażek, Batorz, Ponikwy, Zakrzew, Tamawkę. Docelowo do apteki mgr Chrza­now­skiego. Zawiozłem list od Józefa Olszowego. Wtedy pracował w tej aptece mój wujek aptekarz Aleksander Orłowski. Tego samego dnia wieczorem wróciłem z odpowiedzią. Jadąc do Wysokiego, gdzieś w okolicy Tarnawki, mijałem duże oddziały Wehrmachtu. Młodzi żołnierze w czapkach „austriackich” — narciarkach z szarotkami. Mieli niskie pojazdy; prawie wszystkie na gąsie­nicach z małymi przyczepami prosto­kątnymi, poprzy­czepiane nawet po kilka. Te wagoniki były odkryte, takie skrzynie. Czołgi też mili małe i niskie. Wielu żołnierzy było rozebranych do pasa, myli się nad jakąś rzeczkaL, opalali się. Mgr Chrza­nowski mówił, że przyjechała tam niedawno jakaś górska formacja. Zamel­dowałem o tym p. Józefowi Olszowemu. Później, jak przez Modli­borzyce przejeżdżały na wschód różne kolumny wojska, skoja­rzyłem to z ofensywą na ZSRR. Wujek pracował u p. Chrza­now­skiego do 1943r. i wiedziałem, że był zaanga­żowany w pracy konspi­ra­cyjnej AK. Po tragicznej śmierci właściciela apteki opuścił Wysokie i przeniósł się do Warszawy. Mgr Chrza­nowski został zastrzelony przez dowódcę bandy ukraińskiej. Grasującej w okolicy. Bywając w Wysokiem, poznałem Nikodema i Jadzię Mazur­kie­wiczów, dzieci miejscowego lekarza weterynarii. Opowiadali mi historię Wysokiego, osadników tatarskich, dragonów i kurników Marysieńki Sobieskiej. Byłem na wieży nawiga­cyjnej LOT-​​u i pierwszy raz widziałem tak wielką latarnię. Wykorzy­stywano mój rowerowy szlak do Wysokiego i kilka razy przewoziłem gazetki „Biuletyn Infor­macyjny”. Zwijane były w ruloniki i chowane w ramie roweru pod siodełkiem. Część zosta­wiałem w Modli­bo­rzycach u p. Tadeusza Warskiego , a część przewoziłem dalej, do Potoczka, do inż. Jerzego Maciu­dziń­skiego, który w majątku p.p. Przanowskich zajmował się leśnictwem i rybołówstwem. Te moje „odwiedziny” w Potoczku nie wzbudzały podejrzeń, ponieważ jego żona, Leokadia, była moja chrzestna, matkat i utrzy­mywali z nami częste kontakty .Piszę o wydarzeniach i ludziach, którzy sami niezwykle bliscy. W 1943r. przez dłuższy czas kwaterował u nas por. Hans Nowak (Polak z Wrocławia). Dowodził jakąś „zbieraniną” stacjo­nującą, w Modli­bo­rzycach. Często jeździli na różne akcje. Por. Nowak jadał też u nas obiady i dobrze mówił po polsku. Był młody, wesoły i rozrywkowy. Woził mnie samochodem do Maciu­dzińskich, by czasowo wypożyczać patefon i inne płyty. Ze cztery razy, w patefonie tym ukryte gazetki, przewoziłem do Potoczka.

W lecie 1941 r. pomagałem przy hodowli jedwabników, którą prowadził druh Marian Torla, po uprzednim przeszkoleniu w Milanówku. Hodowle urządzono na parterze szkoły, stojącej obok kościoła. W jednej z sal lekcyjnych wyniesiono ławki, ustawiono obszerne półki — regały, pokryte papierem — pergaminem z małymi otworkami. Małe larwy jedwabników zjadając liście morw „rosły w oczach”. Trzeba było chodzić po okolicy szukać drzew morwowych, zrywać liście i całymi workami zanosić je do szkoły. Do naszych obowiązków należało też robienie otworów, dziurek, coraz to większych w arkuszach papieru przy pomocy ostrych metalowych rurek i młotka, potrzebnych do nakładania na stare brudne papiery, na które, po zasypaniu liśćmi morwowymi, jedwabniki przechodziły przez te dziury do góry i znowu „żarły”. Przy końcu sierpnia pochowały się w kokonach. Był to jeden ze sposobów na przeżycie biednego nauczy­cielstwa polskiego.

W ramach nauki na „tajnych kompletach”, chodziłem na lekcje polskiego, łaciny i niemieckiego do p. Wandy Kowalińskiej (wysie­dlonej z rodziną z Poznań­skiego). Mieszkała na Kolonii Zamek. U nich poznałem syna p. Stanisława Mikołajczyka Henryka, który przebywał tam razem z matką, pod zmienionym nazwiskiem: Jurand. Nawet przez kilka miesięcy pracował w Gminnej Spółdzielni w Modli­bo­rzycach. Jako harcerz -„wywiadowca”, dowie­działem się, że później wyjechał dyskretnie do Bełżyc, skąd zabrał go samolot do Anglii, a matkę aresz­towano i osadzono na Zamku w Lublinie.

W jesieni 1941 r., ja, Nunek Torla i Heniek Potocki, zreda­go­waliśmy pierwszą tajną gazetkę harcerską pod nazwą „Czuwaj”. Była napisana ręcznie, atramentem, na kratkowanym papierze A4. miała rubryki, jak prawdziwa strona gazety i kilka rysunków. Heniek „najlepszy w klasie z polskiego”, redagował artykuły, a ja ilustrowałem rysunkami. Heniek od dzieciństwa był moim dobrym kolegą i imponował mi wiedzą, patrio­tyzmem i sarmacką fantazją, odzie­dziczoną po ojcu. Pamiętam, że tytuł gazetki był zielonego koloru, a po obu stronach: lilijka i krzyż harcerski. Wiadomości w niej zamieszczone, były zasłyszane od dorosłych i audycji radiowych. Moi dziadkowie mieli ukryte radio. Gazetka była w jednym egzem­plarzu i po przeczytaniu, należało podać ją„dalej”. Naturalnie po domach naszych harcerzy. Wydaliśmy tylko trzy numery. W ostatnim, były nawet przepi­sywane wiadomości z „Biuletynu Infor­ma­cyjnego”, który już przywoziłem z Wysokiego. Gazetki powstawały w mieszkaniu Nunka, do chwili aresz­towania jego ojca p. Stanisława Torii. P.p. Torlowie, mieszkali zawsze przy ul. Piłsud­skiego (przed wojną nr. 4) w domu pp Krawców. Z Nunkiem robiliśmy dużo zdjęć,on miał aparat fotogra­ficzny i sam robił odbitki. Ja miałem, aż 3 aparaty: bakeli­towego „Kodaka”, małoobrazkową „Junke” i „Vouklendera” z miechem (6×9) na statyw i samowy­zwalacz. Też sam wywoływałem filmy „Franaszka” i robiłem odbitki , mając różne kopioramki i kuwety z wywoły­waczem i utrwa­laczem, pensety i obcinarkę w grube ząbki.

Rok 1942 rozpoczął się dla mnie bardzo smutną wiado­mością. Na początku lutego przyszła wiadomość do domu, że 26 stycznia o godzinie 5:00 rano zmarł mój ojciec — Wincenty. Wiadomość przesłał matce: Abteilung Justitz Deutche Strafaustalt w Wiśniczu Nowym. W rzeczy­wi­stości został spalony w Oświęcimiu w obozie, który budował. Aresz­towany w maju 1940r. w Puszczy Solskiej, w ramach „Oczysz­czania terenu” po polskim wojsku. Przeżył Zamek Lubelski, a następnie wywieziony do Oświęcimia, o którym jeszcze nikt nie słyszał. W zimowy wieczór, przyniósł do nas tę wiadomość sołtys p. Koszałka i powiedział, że jak żona wpłaci do Starostwa (landrata ) w Kraśniku 200 marek ( DM ), to przyślą urnę z prochami ojca. Zawia­do­mienie było po niemiecku maszy­nopisem, opatrzone pieczęcią z, wroną i swastyką”, podpisane przez jakiegoś starszego radcę. Ze sprowa­dzeniem urny do Modli­borzyc nic nie wyszło; po pierwsze termin wpłaty upłynął akurat tego samego dnia, kiedy mama otrzymała wiadomość. Po drugie: skąd, nagle zdobyć 200 DM ?, po trzecie czyje to będą rzeczy­wiście prochy?. Tak, jak na ten temat, były wcześniej wątpliwości z prochami śp. Ks. Prof. Lenarta. Po czwarte może ojciec żyje ?. Wiedzieliśmy, że siedział na Zamku. Były wielkie starania, żeby go uwolnić, wykupić, ale po pewnym czasie, kontakty się urwały. Po tej smutnej wiadomości, rodzina i znajomi z Lublina (p. Aga), nasilili wysiłek w poszu­kiwaniu ojca i dopiero w jesieni 1942 roku na podstawie tego niemieckiego dokumentu, sporządzono w Modli­bo­rzycach akt zgonu, który to dokument w 1972 roku, w tajem­niczych okolicz­no­ściach, zniknął z księgi parafialnej.

Cdn, Lekarz med. pediatra Dariusz Kossa­kowski Tel. 607−164−851

Rowerem z Warszawy do Góry Kalwarii i Czerska

Czytaj dalej